13 września 2025

Gwiazda poranna

 

„Gwiazda poranna”

Karl Ove Knausgård

Autor/ Norweski pisarz, urodzony w 1968 roku w mieście Arendal. Wychował się w należącej do klasy średniej rodzinie, jest synem nauczyciela i pielęgniarki, studiował historię sztuki oraz literaturoznawstwo na Uniwersytecie w Bergen. Jako prozaik zadebiutował w roku powieścią Ute av verden (W świat, 1998). Jego druga powieść En tid for alt (Jest czas na wszystko, 2004) nominowana była do prestiżowych nagród Rady Nordyckiej oraz Dublin Literary Award. Sławę międzynarodową i niebywały rozgłos medialny przyniósł mu tom pierwszy cyklu zatytułowanego Min kamp (Moja walka).

Tłumaczenie/ Iwona Zimnicka

Tytuł oryginału/ nov Morgenstjernen

Tematyka/ Gwiazda Poranna to symbol zaczerpnięty z Biblii. Oznacza Chrystusa, który ma nadejść, ale, jak wyczytał w innym miejscu jeden z bohaterów, może oznaczać też Lucyfera. Motto powieści autor zaczerpnął z Apokalipsy: „I w owe dni ludzie szukać będą śmierci, ale jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, ale śmierć od nich ucieknie.” (Ap 9,6). Chodzi więc chyba o jakiś koniec znanego nam świata? Paruzję, czyli drugie przyjście Chrystusa? To już zbyt mocna interpretacja, ale na pewno chodzi też o wiarę, raczej niedogmatyczną, której potrzebujemy, chociaż przeważnie jej nie mamy. Oraz o wszystko to, co nie mieści się w naszych racjonalnych schematach.

Główny motyw/ Bohaterów jest kilkoro: Arne, profesor literatury, którego żona Tove przechodzi atak psychozy; pastorka Kathrine; Egil – autor filmów dokumentalnych i eseju o śmierci; wyobcowana nastolatka; dziennikarz; pielęgniarka i inni. Wszyscy oni zauważają pojawienie się nowej gwiazdy, a wraz z nią – dziwnych zjawisk w przyrodzie. Niektórzy ludzie zaczynają widzieć tajemnicze stworzenia o ludzko-zwierzęcych kształtach i żółtych oczach. Co więcej – pojawiają się także zmarli. „Wszyscy jesteśmy martwi” – mówi w pewnym momencie Tove. To różni bohaterowie i bohaterki, w różnym wieku i na różnych etapach życia: pastorka, która przestała kochać męża; cyniczny dziennikarz, tropiący sprawę sensacyjnego morderstwa czterech członków zespołu deathmetalowego; gitarzysta; niespełniony pisarz; pielęgniarka; samotnik, który czytuje Biblię i Kierkegaarda…

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Przecież on też był stworzeniem żyjącym na tym świecie.”

„Kiedy człowiek jest dzieckiem, wydaje mu się, że ma tajemnice, że nikt nie wie, co robi…”

„Wszystko bowiem pojawia się i znika, aby już nigdy więcej nie powrócić, nic się nie powtarza i niczego nie da się uchwycić, bo nawet jeśli się da, jest to już czymś innym.”

„Królestwo śmierci należało kiedyś do rzeczywistości, nigdy jednak nie było częścią świata.”

„Za młodu wierzymy, że będzie coś więcej, że to dopiero początek, ale w rzeczywistości to już wszystko, a to, co mamy i nad czym w ogóle się nie zastanawiamy, wkrótce będzie jedynym, co mieliśmy.”

„Teoretyków od większości ludzi dzieli przepaść, podobna do istniejącej między większością ludzi a tymi, którzy znajdują się na samym dnie społeczeństwa.”

„Sens to coś, co pochodzi od nas. Coś, co nadajemy światu, a nie coś, co od niego dostajemy.”

„Muzyka była żywa. Tak jak żywi są ludzie.”

„Mówi się, że starzy ludzie znikają, stają się niewidzialni (…).”

„Śmierć zawsze jest gdzie indziej. Aż do chwili, gdy się do nich zbliży – co jest nieuchronne – i na pewien czas przejmie władzę nad ich dotychczasowym życiem, odsunie je od nich.”

„W Polsce też wszystko się teraz wali. (…) To takie dziwne. Najpierw byli tam naziści, potem komuniści, a ci ludzie ze wszystkich możliwości wybierają akurat nacjonalizm.”

„Kontrolowanie historii stanowi chyba element budowania tożsamości narodowej.”

„Ale takie jest życie. Nawet drzewa chorują i umierają.”

„Ale lęk to piekło. Depresja – piekło. Psychoza – piekło.”

„Pytania od odpowiedzi oddziela czas albo przestrzeń: należy pokonać jakiś odcinek. Wykonać pracę. Dociera się do tej wiedzy, ale wysiłek zwiększa jej wartość.”

„Wielbienie Jezusa było jak uświęcenie nas samych, prawda? Uczyniliśmy Bogiem jednego z nas.”

„Ale w ciągu życia zmienia się nie tylko potrzeba wolności, zmienia się także jej rozumienie.”

„Czterdzieści lat to wiek, kiedy człowiek, przegląda się w lustrze i po raz ostatni dokonuje podsumowania, zanim będzie za późno na zmianę kierunku w życiu.”

„Bo to, co złe, zawsze jest małostkowe.”

„Wszystko ma historię.”

„Potop, kara za grzechy nadejdzie. Potop to morze, którego poziom się podnosi, a grzechem jest konsumpcja.”

„Jakie to pretensjonalne! Oto syn bogacza tkwi samotnie w swoim domku letniskowym i wydaje mu się, że jest filozofem!”

„(…) bo bez względu na to, jaką formę przybiera śmierć, rezultat zawsze jest taki sam (…).”

„Bo granica między tym, co racjonalne, a tym, co nieracjonalne, jest niemal równie absolutna jak ta między życiem a śmiercią.”

„Śmierć to koniec życia, a życie ma charakter biologiczno-materialny.”

„Żyjemy na ziemi przez pewien czas, potem umieramy i wszystko odchodzi w zapomnienie. Również dobro.”

„Einstein wiedział o śmierci równie mało jak pierwsi ludzie zamieszkujący jaskinie.”

W książce Gwiazda poranna pod powierzchnią codzienności wyczuwamy zarys tego, co niewyrażalne. Jednak to, co przyziemne, nigdy nie znika z naszego pola widzenia. Kontrast między jaskrawymi, rozedrganymi promieniami światła a monotonną płaskością żółtego słońca i błękitnego nieba wydaje się zgrzytem – czy naprawdę o taką „bezprecedensową jasność” chodziło Knausgårdowi? Jego wielbiciele mogą powiedzieć, że właśnie o to mu chodzi – że wraz z jasnością przychodzi prostota. Karl Ove Knausgård pochylił się jeszcze bardziej w tę niewielką przestrzeń między codziennością a transcendencją, pięknem a nużąco szarością, w dużej mierze unikając nowatorskiej formy. Oś czasu książki obejmuje zaledwie dwa dni, a większość tekstu składa się z przyziemnych szczegółów. Akcja powieści rozgrywa się w okolicach Bergen, w Norwegii. Jest „gorąco jak diabli”, trawniki są „żółte i spieczone”, a poczucie nadciągającej katastrofy wydaje się nieuniknione.

Tove, żona Arnego i artystka, przechodzi załamanie psychotyczne. Kathrine, pastorka, zaczyna kwestionować swoje letnie małżeństwo. Turid, pielęgniarka, pracuje nocami na oddziale psychiatrycznym, podczas gdy jej niewierny mąż Jostein pije i pomstuje na niesprawiedliwy świat. Dziewięcioro narratorów Knausgårda zmaga się z różnymi kryzysami: alkoholizmem, zawodowym rozczarowaniem, utratą wiary i rozpaczą. Tymczasem na niebie pojawia się nowa, gigantyczna gwiazda. Czy to supernowa? Zwiastunka biblijnej apokalipsy? „Coś strasznego miało się wydarzyć” – myśli Kathrine. „To tylko Armagedon” – mówi Jostein. „Prędzej czy później musiało nadejść.” Może to mieć związek z dziwnym, agresywnym zachowaniem zwierząt w Bergen i pojawiającymi się w lasach potwornymi postaciami – pół-ludźmi, pół-bestiami. Złowrogie niepokoje, złe przeczucia, wizje ognia: czy naprawdę dzieje się coś złego? Czy umarli powstali z martwych?

Podczas gdy charakterystyczne dla Knausgårda domowe znaki rozpoznawcze – zmywanie naczyń, dzieci kłócące się o iPady – pozostają w jego najnowszej powieści nienaruszone, autor wprowadza również silne elementy grozy oraz podejmuje wzniosłe tematy religijne. W ten sposób okazuje się zaskakującym mistrzem niesamowitości. Widzimy pastorkę odprawiającą ceremonię pogrzebową dopiero co poznanego mężczyzny; martwego dawcę narządów, którego oczy otwierają się na stole operacyjnym…

Znaczna część powieści rozgrywa się w przestrzeniach granicznych – między świadomością a snem, pijaństwem a trzeźwością, życiem a śmiercią. Nasi narratorzy tracą koncentrację, odbierają rzeczywistość tylko połowicznie. Martwy kociak wydaje się wciąż ciepły. Ogromny ptak w lesie zdaje się mieć twarz dziecka. Knausgård stopniowo wprowadza w czytelniku ten sam rodzaj dezorientacji, sprawiając, że różne wątki fabularne biegną w różnym tempie. W miarę jak coraz bardziej wymykają się spod kontroli, wszelkie wrażenie równoczesności czy normalnej chronologii zostaje subtelnie, lecz celowo podważone.

Jak mogą się spodziewać wieloletni fani, pod powierzchnią tej prozy kryje się bogactwo erudycyjnych odniesień – od Biblii i augsburskiej Księgi cudów, przez Nietzschego, Kierkegaarda i Heideggera. Wydaje się, że na twórczość Knausgårda silny wpływ miały również filmy Larsa von Triera, zwłaszcza niepokojący Antychryst oraz apokaliptyczna epopeja depresji Melancholia. Istotnym punktem odniesienia pozostaje także Dante – od językowego echa (upały to oczywiście „Inferno”), po sceny tak przyziemne jak spuszczanie wody w toalecie, gdzie „wszystko wiruje w podziemiach”. W jednym z delirycznych, późnych rozdziałów bohater pije wodę z rzeki Lete i traci pamięć – jak w Purgatorio[1]. I choć kryzys religijny z Boskiej komedii zostaje tu przetransponowany na serię późnokapitalistycznych kryzysów wieku średniego, niektórzy bohaterowie Knausgårda zachowują pokorę wobec nieznanego, uznając przepaść między tym, w co wierzymy, a tym, co wiemy. Na końcu powieści znajduje się długi esej poświęcony wyobrażeniom śmierci w różnych cywilizacjach – pogłębia on zasadniczy temat książki, choć nie w pełni udanie wpisuje się w jej narracyjną strukturę. Jego domniemany autor, sąsiad Arnego, Egil, okazuje się postacią najbliższą metafizycznemu sercu opowieści. To przez niego przemawia ciemniejsze, filozoficzne jądro tej książki: „Ale świat i rzeczywistość to nie to samo; świat to fizyczna realność, w której żyjemy, natomiast rzeczywistość to także wszystko, co o nim wiemy, co myślimy i czujemy. Rzecz w tym, że tych dwóch płaszczyzn absolutnie nie da się od siebie oddzielić. Królestwo śmierci należało kiedyś do rzeczywistości — nigdy jednak nie było częścią świata.” 


Taka materia sugeruje, że książka będzie eksplorować apokaliptyczną serię wydarzeń lub – jeśli poważnie potraktować biblijne odniesienia – może nawet skoncentruje się na Dniach Ostatecznych. Choć liczne zwiastuny przerażają lub wprawiają bohaterów w zakłopotanie, a jawne zło, mogące zwiastować koniec świata, wprowadza chaos, powieść wydaje się jednak nie tyle zainteresowana samą ideą apokalipsy, ile świadomie ją zawiesza – raz ogłoszona, zostaje odłożona na czas nieokreślony (być może do drugiej i trzeciej części trylogii). Raczej, jak odkrywają czytelnicy Gwiazda poranna obsesyjnie skupia się na mniejszych procesach rozpadu, wygasania i śmierci: biologicznych, psychicznych i interpersonalnych, które rządzą naszą egzystencją nawet w pozornie normalnych okolicznościach. Dzieło Knausgårda, napisane w szczytowym okresie pandemii COVID-19 i w cieniu alarmujących doniesień o stanie naszej planety, zmusza czytelnika do przyjrzenia się rozpadowi życia zwierzęcego i naszej zależności od niego; końcom relacji – zarówno przewidywalnym, jak i niespodziewanym; kruchości ludzkiego życia w obliczu starzenia się i chorób; a także możliwości zaniku świadomości. Wszystko to prowadzi do zbliżającego się, choć nieoczywistego, punktu kulminacyjnego powieści. W Gwieździe porannej wszystko ma swój koniec.

Powieściowa gwiazda może być nową Gwiazdą Betlejemską albo ciałem niebieskim inspirowanym jedną z licznych komet i gwiazd, które w średniowiecznych i wczesnonowożytnych kronikach uważano za boskie znaki. Po jej pojawieniu się zaczynają dziać się dziwne rzeczy, jednak życie toczy się dalej. Wszyscy bohaterowie powieści, którzy dostrzegają gwiazdę, zmagają się z bieżącymi problemami osobistymi lub zawodowymi – i to właśnie na tych trudnościach skupia się fabuła. Z realistycznymi (a być może częściowo autobiograficznymi) szczegółami, momentami ocierającymi się o autofikcję, Knausgård opowiada o doświadczeniach dziewięciu postaci reprezentujących różne aspekty społeczeństwa, choć w rzeczywistości są one do siebie bardziej podobne, a wiele z nich łączy przynajmniej symboliczny, „knausgårdowski” związek z kulturą lub sztuką. Wśród bohaterów znajdziemy profesora literatury i jego żonę, malarkę; pastorkę z Kościoła Norwegii; młodą opiekunkę w przedszkolu i rockmana po godzinach; studentkę, która porzuciła studia i pracuje w supermarkecie; pielęgniarkę na oddziale chirurgicznym; salową w szpitalu psychiatrycznym; nieudanego dziennikarza; kustosza muzeum; młodą matkę; a także skonfliktowanego dokumentalistę. Czy to z wyboru, czy z konieczności, pojawienie się gwiazdy sprawia, że wszyscy próbują na nowo zrozumieć lub przewartościować swoje miejsce w świecie, innymi słowy: próbują pogodzić się z rolami społecznymi i rodzinnymi, które przyjęli lub w których się znaleźli. Nawet jeśli są szczęśliwi, lub przynajmniej wierzą, że są, wszyscy wydają się niepokojąco oddzieleni od innych, wyobcowani, niezdolni do komunikowania się ani ze sobą, ani z kimkolwiek innym.

Jak pokazał Bastion Stephena Kinga (1978), tylko odmieńcy mogą mieć ogromny potencjał literacki jako postaci z „krwi i kości”, zwłaszcza w krajobrazie, który nagle stał się apokaliptyczny. A jeśli gwiazda wydaje się mniej istotna w swoim pierwszym przejawie, przytłoczona ciężarem i tak już niestabilnej egzystencji bohaterów, to to narracyjne „zlekceważenie” fantastyki również okazuje się celowe, jest to jeszcze jedna manifestacja autorskiej zarozumiałości, być może nawet godna samego Kinga. Można powiedzieć, że łatwiej jest opowiedzieć o procesie, w którym metafizyka czy system przekonań bohatera zostaje wywrócony do góry nogami, jeśli jego codzienne, „normalne” problemy skutecznie uniemożliwiają mu oddawanie się bardziej metafizycznym refleksjom. To mniejsze ryzyko niż zaczynanie od współczesnego Jana z Patmos[2], który od lat czekał na znak z nieba i tylko czekał, aż coś takiego się wydarzy. Podobnie jak jego poprzednik, Knausgård nie spieszy się z opowiadaniem tych „zwyczajnych” historii, ale w przeciwieństwie do niego wielokrotnie skłania czytelnika do zastanowienia się, czy gwiazda w ogóle ma jakikolwiek wpływ na bieg niespokojnego życia bohaterów. Aby to podkreślić, dzieli książkę na dwie części: Pierwszy dzień i Drugi dzień, wprowadzając strukturalny podział, który zmusza czytelnika do zestawienia pojawienia się gwiazdy z bardziej przyziemnymi wydarzeniami. Jednocześnie jednak autor konsekwentnie odmawia zasugerowania wyraźnego związku przyczynowo-skutkowego między gwiazdą a dziwnymi zwrotami akcji. Można odnieść wrażenie, że te dwa dni mogłyby przebiec dokładnie tak samo, nawet bez żadnej niebiańskiej ingerencji.

Wróćmy do naszych bohaterów. Arne, profesor literatury, spędza wakacje z córką, synami bliźniakami i żoną Tove w ich letnim domu na wybrzeżu. Bezskutecznie próbuje pracować nad książką. Tove, artystka, znajduje się w szponach psychozy, która wciąż się pogłębia. W ciągu dwóch dni w makabryczny sposób zabija dwa koty. Arne ukrywa ich śmierć, nie mogąc, a może nie chcąc się do niej przyznać. Sam zaczyna się gubić w swoim życiu – zostawia dzieci, udaje się na całonocną wyprawę do lasu, rozbija samochód i uświadamia sobie, że musi zawieźć żonę do szpitala psychiatrycznego. Katherine, pastorka przepełniona wątpliwościami na temat swojego małżeństwa, wraca z konferencji Towarzystwa Biblijnego w Oslo, gdzie spotkała się z przyjaciółmi ze studiów – tylko po to, by pod wpływem impulsu zdecydować, że nie wróci do domu, do męża i dzieci. Spędza samotną noc w hotelu. Jej mąż staje się coraz bardziej podejrzliwy. Zrozpaczona, rozważa odejście, podczas gdy w ramach obowiązków zawodowych wygłasza mowę pogrzebową nad ciałem człowieka, który – jak podejrzewa – mógł być mężczyzną, którego spotkała w samolocie w drodze do domu. Solveig, pielęgniarka, spędza czas, opiekując się swoją starszą, niepełnosprawną matką, która drugiego dnia doznaje poważnego upadku i wydaje się być bliska śmierci. Co gorsza, po tym jak pacjent po udarze zostaje uznany za osobę ze śmiercią mózgu, Solveig zostaje wezwana do pomocy zespołowi transplantacyjnemu przy pobraniu jego narządów – i odkrywa, że pacjent wciąż żyje. Jostein, dziennikarz kryminalny zdegradowany do działu Sztuki i Kultury w lokalnej gazecie, przez pierwszą noc pije, śledząc malarkę, którą skrytykował w gazecie. Coraz częściej traci przytomność. Zamiast wrócić do domu, otrzymuje wiadomość o makabrycznym morderstwie i rusza w pogoni za sensacją dziennikarską. Tymczasem jego żona, Turid, pracuje na nocną zmianę w domu pomocy społecznej. Chora na astmę, zmartwiona sytuacją w domu i szukająca wsparcia, przypadkowo pozwala uciec agresywnemu pacjentowi. Następnego dnia dowiaduje się, że w domu wydarzyło się coś strasznego. Egil, niespełniony dokumentalista i syn bogatego dewelopera, siedzi w swojej letniej chatce, pisze, pali, pije i czyta. W ciągu dwóch dni ta najbardziej knausgårdowska z postaci zostaje nagle obarczona problemami innych ludzi – czymś, czego desperacko stara się uniknąć.

Horror, którego doświadczają bohaterowie, to horror kryzysów wieku średniego, nadużywania substancji psychoaktywnych, chorób psychicznych, dysfunkcyjnych związków, okropnych miejsc pracy i okazjonalnych, nieoczekiwanych spotkań ze zmianami klimatycznymi. Życie bohaterów mogłoby wyglądać tak samo, nawet gdyby gwiazda się nie pojawiła. Ponieważ ich ciągłe problemy ją poprzedzają, można powiedzieć, że jeśli ma jakikolwiek wpływ na ich doświadczenia, to tylko po to, by spowodować dodatkowe, choć niezwiązane z nią cierpienie. A jednak nastrój, który przenika powieść, to nastrój strachu – i gwiazdy nie można całkowicie pominąć. Wiele małych i dużych odchyleń od normy, których doświadczają bohaterowie, ma miejsce równocześnie, właśnie w chwili, gdy gwiazda wznosi się na niebie. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że wszystkie te mniej lub bardziej przyziemne problemy wydają się mieć wspólny mianownik: dosłowną lub symboliczną konfrontację ze śmiercią.

Choć dla każdego z bohaterów istnieją racjonalne powody, by taka konfrontacja nastąpiła właśnie teraz, w powieści Knausgårda racjonalne wyjaśnienia szybko okazują się niewystarczające. Tak wiele śmierci naraz – to przytłacza. Śmierć przenika krajobraz zarówno w sposób subtelny, jak i jawny. Od zmarłego mężczyzny pochowanego przez Katherine, którego śmierć wydaje się niemożliwa i niewytłumaczalna, zważywszy na jego równoczesną obecność w mieście przez klinicznie martwego pacjenta, którego klatka piersiowa zostaje rozcięta, by pobrać organy – lecz który w tajemniczy sposób odzyskuje życie w trakcie zabiegu: aż po martwego kota zabitego przez Tove, o którym Arne zdaje się myśleć, że odmawia pozostania martwym. Dla postaci, która strzela do siebie, ale nie może umrzeć, i dla tych, które widzą zmarłych – klasyczny chwyt narracyjny – śmierć staje się dziwna, irracjonalna, groteskowa, melodramatyczna i wszechobecna. W miarę jak ten motyw się rozwija, irracjonalne elementy fabuły zaczynają ją przytłaczać.

Wydaje się, że Knausgård chce, by czytelnik zastanowił się, czy gwiazda jest w jakiś sposób odpowiedzialna za te dziwne zdarzenia – nawet jeśli w pewnym sensie odrzuca jej symboliczne znaczenie, spychając je do krótkich wzmianek, by skupić się raczej na tym, co takie chwile bliskości ze śmiercią mogą nam powiedzieć o samej śmierci jako procesie. Słusznie zakłada chyba, że nie można opowiadać o końcu świata – z całym jego religijnym, moralnym i filozoficznym ciężarem – bez uprzedniego zastanowienia się, co taki koniec oznacza właśnie w tych kategoriach. A także bez zbadania szerszego zagadnienia: jak współcześnie postrzegamy śmierć.

Wydaje się, że aby naprawdę opowiedzieć koniec świata, trzeba najpierw zrozumieć, czym dla nas jest samo zakończenie, zarówno w sensie zbiorowym, jak i indywidualnym, i spróbować nadać śmierci jakiś sens. Niemniej jednak, mimo że Knausgårdowi udaje się uchwycić różne doświadczenia związane ze śmiercią – niektóre makabryczne, inne żałosne, a jeszcze inne głęboko poruszające, nie do końca udaje mu się zgłębić, czym właściwie jest umieranie, ani nadać mu wyraźnego znaczenia. Być może właśnie po to, by wybrnąć z tego impasu, podejmuje próbę bardziej bezpośredniego zmierzenia się ze śmiercią w czymś, co można uznać za trzecią część książki: filozoficznym eseju O śmierci i umarłych, napisanym przez Egila, niespełnionego dokumentalistę. Jednak nawet tam odpowiedź na pytanie, jak rozumieć śmierć, pozostaje niepełna i nie do końca przekonująca. Esej kontynuuje szereg wątków narracyjnych, z których żaden nie jest łatwy do pogodzenia, ale ogólnie rzecz biorąc, wysuwa dwa twierdzenia. Pierwsze z nich głosi, że śmierć została przez ludzkość źle zrozumiana, a w istocie stanowi ewolucyjny mechanizm przynoszący korzyści zarówno gatunkowi, jak i całej planecie. „To śmierć umożliwiła rozwój. A właśnie ten rozwój umożliwił nasze istnienie. Jesteśmy równie niekonieczni jak śmierć i – bez względu na to, jak dziwnie to zabrzmi – nasza obecność tutaj jest mocniej związana ze śmiercią niż z życiem” – pisze Egil. „To śmierć nas stworzyła”.

Dla Egila przetrwanie gatunku zawsze łączy się z jego przeciwieństwem – z niemożnością przetrwania, tak jak rozmnażanie się członków gatunku zawsze pociąga za sobą jego odwrotność – niepowodzenie w reprodukcji. Czy słuszne jest twierdzenie, że to właśnie porażki są w istocie tym, co napędza sukcesy? Podążając za tą nieortodoksyjną ideą, Egil argumentuje dalej, że nasza świadomość ewoluowała równolegle ze świadomością własnej śmiertelności – że bycie świadomym oznacza bycie świadomym śmierci. Na zakończenie sugeruje, że w miarę jak ludzkość będzie czynić postępy w medycynie i technologii, dojdziemy do momentu, w którym śmierć przestanie istnieć. Wówczas, jak twierdzi, ludzie będą musieli zmierzyć się z załamaniem procesu ewolucyjnego, a także – biorąc pod uwagę, że człowiek definiuje się w odniesieniu do swego kresu – z nowym problemem: nieśmiertelnością świadomości.

W tym samym czasie książka podejmuje inne pytanie Egila: co by było, gdybyśmy zgodzili się ze starożytnymi, że śmierć nie oznacza całkowitego wyginięcia, lecz przejście do innej formy istnienia? Gdybyśmy przyjrzeli się temu bliżej, uprawomocniając osobiste, pozornie irracjonalne doświadczenia – czy moglibyśmy to dostrzec? Tak, odpowiada Knausgård. Dziwnym trafem książka zakłada, że klasyczny półświat może rzeczywiście istnieć – przynajmniej w jakiejś mentalnej formie. W trakcie powieści jeden z bohaterów udaje się tam w podróż, gdzie spotyka zmarłych, pije z rzeki Lete i ma trudności z powrotem, co stanowi swoiste powtórzenie mitu o Orfeuszu i Eurydyce. Książka sugeruje, że życie pozagrobowe, czy to chrześcijańskie, pogańskie, czy panteistyczne, naprawdę istnieje. Znaków jest wiele. Bogowie i potwory przenikają do banalnej teraźniejszości powieści, przynosząc ze sobą rytuały i biblijne rozmazy krwi, choć Knausgård unika jednoznacznego zdefiniowania, czym te istoty są. Zmarli – pacjenci po przeszczepach, dzieci, dawno pogrzebani ojcowie i matki – również zaczynają powracać, częściowo lub całkowicie.

***

W książce pojawia się również wątek polski. Jeśli ktoś wątpi, że świat nie interesuje się tym, co dzieje się w Polsce, to jest w błędzie. Autor nawiązuje do rządów Zjednoczonej Prawicy w 2018 roku oraz do głośnej ustawy o IPN, a konkretnie do artykułu 55a, który przewidywał kary grzywny lub do trzech lat więzienia za przypisywanie narodowi polskiemu lub państwu polskiemu współodpowiedzialności m.in. za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką. Jeden z bohaterów Sverre mówi: „Przyjęli ustawę, na podstawie której wymienienie Polski w powiązaniu z nazistowskimi obozami zagłady jest karalne (…). Kontrolowanie historii stanowi chyba element budowania tożsamości narodowej.”

 

 

 

 


[1] „Purgatorio" to druga część Boskiej komedii Dantego Alighieri. Po polsku nazywa się Czyściec. 

[2] Klasztor Świętego Jana Teologa (gr. Μονή του Αγίου Ιωάννου του Θεολόγου) – prawosławny klasztor leżący na greckiej wyspie Patmos, w miejscu w którym, jak się sądzi, Jan Teolog miał wizje spisane w księdze Apokalipsy. Miejsce jest czczone zarówno przez wyznawców prawosławia, jak i katolików.

 

21 sierpnia 2025

Pozostawieni

 

„Pozostawieni”

Tom Perrotta

Autor/ (ur. 13 sierpnia 1961 w Nowym Jorku) – amerykański pisarz i scenarzysta, znany z błyskotliwych i często ironicznych portretów amerykańskiej klasy średniej. Ukończył studia na Yale University oraz kreatywne pisanie na Syracuse University. Tom Perrotta wnikliwie analizuje moralne dylematy i przemiany obyczajowe w Ameryce, zachowując jednocześnie lekkość narracji i charakterystyczne, ironiczne spojrzenie. Niezależnie od tego, czy jego proza jest określana jako mroczno-komiczna, czy społecznie satyryczna, Perrotta pozostaje jednym z najważniejszych głosów współczesnej literatury amerykańskiej.

Tłumaczenie/ Anna Gralak

Tytuł oryginału/ an-us The Leftovers

Tematyka/ Powieść „Pozostawieni” odwołuje się do popularnej w kościołach protestanckich apokaliptycznej koncepcji „dyspensacjonalistycznego premillenaryzmu”. To jedna z wizji końca świata – dla katolika egzotyczna, bo wśród kościołów chrześcijańskich katolicy opowiadają się za traktowaniem apokaliptycznych przepowiedni jako metafory. Protestanci jednak wierzą w literalność opisanego w Liście do Tesaloniczan „porwania Kościoła”. Ma to wyglądać jak nagłe przeniesienie prosto do nieba wszystkich umiłowanych Bogu, by nie musieli na własnej skórze odczuwać złych rzeczy, które będą towarzyszyć apokalipsie. „Porwanie Kościoła” w powieści nastąpiło 14 października. 2 procent populacji zniknęło bez śladu. Ci, którzy zostali, odtąd dzielą życie na „przed 14 października” i „po 14 października”, co jest aluzją do punktów zwrotnych w amerykańskiej historii najnowszej: 11 września czy upadku Lehman Brothers.

Główny motyw/ Powieść „Pozostawieni” zagłębia się w pytania, na które Perrotta nigdy nie zamierza udzielić odpowiedzi. Jak zareagowalibyśmy, gdyby bliscy zostali nagle i w niewytłumaczalny sposób odebrani z naszego życia? Czy odpowiedzielibyśmy nienawiścią, przemocą, dezorientacją? Czy porzucilibyśmy wiarę, nadzieję i moralność – bo kogo obchodzi, co się teraz stanie? A może zareagowalibyśmy naturalnym zakłopotaniem i smutkiem, ale starali się iść naprzód, żyjąc najlepiej, jak potrafimy? Przedstawione są różne formy reakcji na stratę. Jedną z nich jest sekta milczących Winnych Pozostałych – członkowie tej grupy ubierają się na biało, nałogowo palą papierosy, traktując to jako rodzaj sakramentu („Zapalajmy” zamiast „Módlmy się”). Ich zadaniem jest pielęgnowanie poczucia winy i sprawianie, by inni również je odczuwali. Kolejną grupą są tzw. „Bosi Ludzie” – jak można się domyślić, chodzą boso i przypominają nieumytych hipisów z lat 60. Głoszą hasła „Jedz, pij i bądź wesoły”, wyznając ideologię „wolnej miłości” i życia bez zobowiązań.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„(…) niemądrze jest w cokolwiek wierzyć.”

„Rodzina: czuła się źle, nawet gdy wymawiała to słowo.”

„(…) zaczęła rozumieć, w jaki sposób czyjaś nieobecność może spowić umysł, skłonić do wyolbrzymiania zalet i umniejszania wad brakującej osoby.”

„Zniknęło tylu ludzi, że nie można było sobie pozwolić na zatrzymanie się przy jednym człowieku.”

„Widocznie nawet najpotworniejsze tragedie i ludzie, których dotykają, po jakimś czasie trochę powszednieją.”

„Tak wyglądała smutna prawda i nie było sensu udawać, że jest inaczej.”

„Gdy słowa są zbędne, lepiej zachować je dla siebie albo w ogóle o nich nie myśleć.”

„Niektórzy mają interesująco przesrane dzieciństwo (…).”

„(…) choć miłość stała się nieprzydatna, była tylko kolejnym tępym bólem w uciętej kończynie.”

Książka „Pozostawieni” autorstwa Toma Perrotty została wydana w Stanach Zjednoczonych w 2011 roku. W innych krajach, w tym w Polsce, stała się popularna dopiero po emisji serialu, który powstał na jej motywach.

Fabuła powieści zbudowana jest na szczególnie popularnym w środowiskach protestanckich biblijnym proroctwie: „Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona” (Mt 24, 40–41). Akcja książki toczy się w niewielkim amerykańskim miasteczku Mapletone, trzy lata po nagłym zniknięciu dwóch procent ludzkości. Nie zabrzmiał żaden anielski róg. Zmartwychwstały Chrystus nie powrócił z okrzykiem. Zmarli pozostali w grobach. Zamiast tego, (w pewnym sensie) miliony ludzi nagle i przypadkowo wyparowały, pozostawiając emocjonalne spustoszenie w ślad za ich cichym i niewyjaśnionym odejściem. Perrotta w powieści przedstawia obraz społeczności, która próbuje sobie poradzić z tym traumatycznym wydarzeniem.

Głównym bohaterem powieści jest Kevin Garvey, który w miasteczku pełni funkcję burmistrza. Jego żona Laurrie opuściła rodzinę i przystąpiła do sekty zwanej Winni Pozostali, która ukonstytuowała się po zniknięciu pewnej części ludzkości. Członkowie organizacji ubierają się na biało i ślubują milczenie, pojawiają się w miejscach publicznych parami lub w większych grupach, stanowiąc wyrzut sumienia dla tych, którzy pozostali. Kevin ma także dwoje nastoletnich dzieci. Jego syn porzucił szkołę i postanowił służyć samozwańczemu prorokowi. Za to córka – przedtem dobra uczennica i posłuszne dziecko – skupia się głównie na zabawie i żyje swoim życiem. Istotną postacią jest też Nora Durst – kobieta, która jako jedyna w Mapletone straciła całą rodzinę, czyli męża i dwoje małych dzieci. Nora w miarę rozwoju fabuły zostaje partnerką życiową Kevina.

Bardzo istotnym wątkiem w powieści jest religia, w fabule pojawiają się protestanci, fikcyjna sekta Winni Pozostali, a także wspomniany samozwańczy prorok. Wśród bohaterów jest między innymi pastor Mat, który wydaje niewielką tabloidową gazetkę. Na jej łamach za wszelką cenę próbuje udowodnić, że zniknięcie części ludzkości nie jest tak zwanym „porwaniem Kościoła”. Duchowny uważa się bowiem za prawego człowieka, usiłuje więc zagłuszyć myśli o tym, że Bóg jednak zdecydował inaczej i pozostawił go wśród grzeszników. W swojej gazecie pastor publikuje informacje kompromitujące tych, którzy zniknęli, ma to obalić tezę o boskiej interwencji w zdarzenie. Co ciekawe, najgłośniej powtarzali ten argument sami chrześcijanie, którzy, chcąc nie chcąc, musieli zauważyć, że wiele osób, które zniknęły 14 października – hinduistów, buddystów, muzułmanów, żydów, ateistów, animistów, homoseksualistów, Eskimosów, mormonów, zaratusztrian – nie akceptowało Jezusa Chrystusa w roli swojego osobistego zbawiciela. Wszystko wskazywało na przypadkowe zniknięcie, a jedyną cechą, która nie powinna była charakteryzować porwania Kościoła, była właśnie przypadkowość (zniknął też papież Benedykt XVI oraz Putin). Cały jego sens polegał na oddzieleniu ziarna od plew, na nagrodzeniu prawdziwych wyznawców i pogrożeniu reszcie świata.

Fabuła książki koncentruje się przede wszystkim na relacjach międzyludzkich i sposobach radzenia sobie z traumą. Wydarzenia są prezentowane linearnie, a kwestie zniknięcia części mieszkańców miasteczek pojawiają się w retrospekcjach bohaterów. Powieść można określić raczej jako psychologiczno-społeczno-obyczajową niż fantastyczną. W książce wielokrotnie dostrzec można elementy charakterystyczne dla narracji o szeroko rozumianym kryzysie i to w wielu aspektach. Zamiast teologii, Perrotta zajmuje się sposobami, w jakie ludzie reagują na kataklizm, strategiami, które stosują, i patologiami, w które popadają, próbując zrozumieć straszliwą stratę. Widoczny jest rozpad rodziny. Nie tylko na przykładzie najbliższych Kevina Garveya i jego bliskich (jego żona odchodzi do Winnych Pozostałych, syn podąża za samozwańczym prorokiem, a córka mieszka z ojcem w jednym domu, ale prawie się z nim nie komunikuje). Podobny problem dotyka wielu innych rodzin mieszkających w miasteczku. Małżeństwa i narzeczeństwa się rozpadają. Załamują się systemy religijne. Szczególnie widać to w wątku, w którym Winni Pozostali przejmują protestancki kościół utracony przez pastora z powodu długów i odpływu wiernych. Intensywnie rozwijają się sekty, nie tylko ta, która jest wyraźnym pokłosiem traumatycznego zniknięcia części ludzkości. Ludzie koncentrują się również wokół podejrzanej proweniencji proroków i szamanów. Szwankuje system opieki społecznej, organizacje powołane do tego, by wspierać osoby, które utraciły bliskich, stają się własnymi karykaturami. Nora Durst pracuje w jednej z takich instytucji, choć sama straciła całą rodzinę. Procedury wymuszają na bohaterce, by rodzicom zaginionego mężczyzny z zespołem Downa zadawała wiele krępujących pytań na temat życia syna. Są pytani między innymi o jego życie intymne oraz o stosowanie narkotyków.

Autor stawia czytelnikom wiele pytań. Czy zbawi nas zwykła przyzwoitość, czy więzy rodzinne, czy wyartykułowana teologia, czy też wyznawana etyka? Czy jest to wiara w właściwego Zbawiciela, we właściwym czasie, zanim nadejdzie przemoc i jeźdźcy Apokalipsy? W Mapleton ostateczna bitwa nie toczy się między dobrem a złem, ale między niekończącym się poczuciem winy a rodzącą się nadzieją. Z pewnością trudno nie dostrzec echa tej książki w postaciach takich jak Matt Jamison – były pastor Zion Bible Church, który nie potrafi pogodzić się z faktem, że nie znalazł się wśród zaginionych. Jego biuletyn, noszący histeryczny (w obu znaczeniach tego słowa) tytuł 14 PAŹDZIERNIKA NIE BYŁ PORWANIEM!!, specjalizuje się w demaskowaniu przewinień „wybrańców" – od biseksualnych eksperymentów miejscowego pediatry po zdrady małżeńskie znanego biznesmena. „Ci ludzie nie byli bohaterami” – mówi Kevinowi podczas Dnia Pamięci i Refleksji Zmarłych Bohaterów. „Musimy przestać traktować ich tak, jakby byli”. Pomimo całej swojej histrioniczności Matt formułuje jedno z kluczowych pytań powieści: jak ci, którzy nie zostali „zabrani", mają się z tym pogodzić i żyć dalej? Problem, jak rozumie go Perrotta, okazuje się znacznie bardziej złożony, niż mogłoby się wydawać, i działa na wielu poziomach jednocześnie. Sednem powieści jest nie tylko poczucie straty, ale i głębokiej daremności – jakby Bóg upomniał się o siebie tylko po to, by zostawić świat w jeszcze większym chaosie. Co właściwie znaczy, że Pochwycenie nie ma żadnego sensu? Że nie ma żadnej logiki w tym, kto został wybrany, a kto nie? Tom Perrotta mądrze pozostawia tę kwestię otwartą, koncentrując się nie na metafizyce, lecz na doświadczeniu ludzkim – a może właśnie na tym, co z metafizyki zostaje, gdy przestaje działać. Kevin staje się idealnym przewodnikiem w tej opowieści, z córką dryfującą gdzieś na marginesie, synem w jednej sekcie i żoną, Laurie, w innej – wśród Winnych Pozostałych, którzy ubrani na biało i milczący, prześladują innych, by nie pozwolić im zapomnieć o dniu Porwania. Dla wszystkich tych postaci najbardziej przerażający okazuje się nie sam kataklizm, lecz to, co po nim – normalność, która wraca, jakby nic się nie stało. Codzienność, która trwa, choć przecież nie powinna. A jednak znikanie najbliższych wciąż trwa. Uświadamia to sobie Jill, córka Kevina. W kolejnych miesiącach i latach z jej życia „znikają” kolejne osoby – nawet jeśli nie wygląda to już tak dramatycznie. Starszy brat wyjeżdża na studia i nie wraca. Matka opuszcza dom i milknie, dosłownie – składając przysięgę milczenia jako członkini Winnych Pozostałych. Zostaje tylko ojciec: zagubiony, oszołomiony mężczyzna, który bardzo się stara, ale nigdy nie potrafi powiedzieć tego, co naprawdę trzeba. 


Najtrudniej mają ci, którzy kogoś stracili – bo skoro nikt nie wie, czy zaginieni umarli, czy może zostali wzięci do nieba, to nikt nie wie też, jak – i czy w ogóle – należy ich opłakiwać. Tymczasem świat nieustannie się zmienia. Perrotta sugeruje, że nie możemy już polegać na zewnętrznych strukturach – religijnych czy jakichkolwiek innych – jeśli chodzi o nadawanie znaczeń. Dlatego też przywołuje nie tylko sam akt Pochwycenia, ale i jego datę – 14 października – brzmiącą znajomo w cieniu 11 września, jako metaforę współczesnej traumy i destabilizacji. A jednak – choć to spostrzeżenie jest inteligentne i przekonujące – coś w tej wizji pozostaje niedopełnione. Może nie w samej koncepcji, ale w jej realizacji. Najbardziej wyraźnie widać to w tym, że Perrotta rzadko w pełni zanurza nas w życie emocjonalne swoich bohaterów. Poza dwiema scenami pod koniec powieści, które rzeczywiście poruszają, przez większość czasu obserwujemy jedynie ich gesty. Widzimy, ale nie czujemy, ich cierpienia. Rozumiemy, że zostali wykorzenieni, że Pochwycenie – czymkolwiek było – podważyło ich podstawowe wyobrażenia o tym, jak powinien działać świat. Ale co dokładnie zostało zakwestionowane? Perrotta nie daje jasnej odpowiedzi. Spisuje rozpacz i desperację, lecz dopiero gdy Kevin, a potem Nora otwierają swoje serca, czytelnik naprawdę doświadcza ciężaru ich utraty.

Powieść „Pozostawieni” przesiąknięta jest żałobą od pierwszych stron: opowieść ocalałego, jak opowieść o 11 września – bez popiołów i bez nikogo winnego. Najbardziej dojrzała, wciągająca książka Perrotty, która potwierdza jego ewolucję: od dowcipnisia do śmiałego kronikarza naszych najgłębszych niepokojów i ludzkich pragnień. Ta wnikliwa powieść, przyprawiona humorem i zabarwiona grozą, wciąga nas w bardzo mroczne zakamarki ludzkiej psychiki. Choć ci ludzie są smutni, ich smutek jest raczej absorbujący niż przygnębiający. Choć autor wciąż nie opuścił przedmieść, zdołał po raz kolejny udowodnić – podobnie jak Updike i Cheever – że to właśnie tutaj, na cichych, wysadzanych drzewami ulicach miłej dzielnicy, ludzie toczą kosmiczne bitwy z własnymi i cudzymi demonami.

W rękach innego pisarza te elementy mogłyby stać się punktem wyjścia dla dzieła science fiction lub eksploracji metafizycznych bądź duchowych pytań: Dokąd poszli ci ludzie? Jakie były mechanizmy ich odejścia? Co to znaczy żyć w świecie, w którym coś takiego jest możliwe? Perrotta nie jest jednak szczególnie zainteresowany ideami czy niepewnością. Jego troski są lokalne, domowe – dotyczą raczej tego, co rzeczywiste, niż eteryczne. To konfrontacja dzieci z dorosłością lub dorosłych z bolesnym faktem, że nie mogą już być dziećmi. Ten nastrój zastoju sprawia, że „Pozostawieni” stają się szczególnie trafną, rozbudowaną metaforą recesji gospodarczej z 2008 roku – swoistej kulturowej apokalipsy, która przyniosła sprzeczne i ambiwalentne skutki. W obu przypadkach (11 września czy upadku Lehman Brothers) życie zostaje wywrócone do góry nogami, na jaw wychodzą wady systemu, a cała struktura ujawnia się jako zepsuta i niesprawiedliwa. A jednak, zamiast wykorzystać moment upadku jako okazję do przekształcenia świata, po prostu wróciliśmy – oszołomieni i pomniejszeni – do dawnych przyzwyczajeń. Dawne czasy jeszcze się nie skończyły. Obiad musi być na stole do godziny osiemnastej. W powieści groza wyłania się właśnie z tego subtelniejszego realizmu emocjonalnego. Ten stan świetnie podsumowuje Laurie, żona Kevina: „Życie z poczuciem straty, godzenie się z jej brutalną nieodwracalnością, było okropne, ale wydawało się prawdziwe, w przeciwieństwie do płacenia rachunków, planowania wiosennej imprezy bibliotecznej, przypomnienie sobie o kupieniu paczki makaronu w supermarkecie, gratulowania własnej córce zdobycia dziewięćdziesięciu dwóch procent punktów na klasówce z matematyki albo cierpliwego czekania, aż mąż skończy stękać i wysunie się z twojego ciała”. Właśnie od tego musiała uciec Laurie do sekty Winnych Pozostałych – od nierealności udawania, że wszystko jest mniej więcej w porządku, że tylko wpadli w koleiny na drodze i powinni po prostu jechać dalej, wykonywać swoje obowiązki, wypowiadać puste frazesy, korzystać z prostych przyjemności, które świat wciąż uparcie oferował.

W krajobrazie tego nowego świata ludzie dawniej religijni czują się lekceważeni, a niewierzący mają mniej powodów niż kiedykolwiek wcześniej, by wierzyć w Boga. Bóg nie daje pocieszenia, gdy wszyscy, których kochasz, zostali ci odebrani. Ludzie próbują wcisnąć się w ubrania ze swojego poprzedniego życia, ale one po prostu już nie pasują. Cheerleaderki ćwiczące na szkolnym korytarzu wydają się prymitywne; planowanie ślubu wydaje się w jakiś sposób obraźliwe. Watahy dzikich psów są tak blisko zombie, jak to tylko możliwe, ale nawet one są efektem apatii dotykającej ludzi. Podstawowym napięciem powieści jest to, że postapokaliptyczny krajobraz może wyglądać jak nasze codzienne życie.

* * *

Tsunami w Japonii, huragan Katrina, huragan Maria, trzęsienia ziemi w Turcji, Syrii i na Haiti – ukazują wspólny, głęboko ludzki wymiar tych tragedii: masowe, nagłe „zniknięcie” tysięcy ludzi, które pozostawiło za sobą ogromne cierpienie, traumę i pustkę w życiu tych, którzy przeżyli. To właśnie ten wymiar łączy te wydarzenia z powieścią „Pozostawieni” Toma Perrotty. W książce Toma Perrotty mamy do czynienia z fikcyjnym zjawiskiem nagłego zniknięcia 2 procent populacji świata – bez wyjaśnienia, bez ostrzeżenia, bez możliwości pożegnania. Tak jak w przypadku katastrof naturalnych, ci, którzy zostają, muszą poradzić sobie z niewyobrażalną stratą i brakiem odpowiedzi. Pogrążeni w żałobie, szukają sensu, wyjaśnienia, niektórzy poddają się rozpaczy, inni tworzą nowe systemy wierzeń, jeszcze inni próbują zapomnieć i żyć dalej – tak jak w realnym świecie czynią to ci, którzy przeżyli tragedie.

 

 

 

 

 

 

 

Małe dzieci

 

„Małe dzieci”

Tom Perrotta

Autor/ (ur. 13 sierpnia 1961 w Newark) – amerykański pisarz i scenarzysta filmowy, nominowany do Oscara. Największy sukces Tom Perrotta odniósł powieścią Little Children z 2004, która stała się bestsellerem. W oparciu o nią w 2006 powstał film Małe dzieci z Kate Winslet w roli głównej, z nominacjami do Oscara w trzech kategoriach – w tym dla najlepszego scenariusza adaptowanego dla Toma Perrotty i reżysera Todda Fielda. W 2011 opublikował powieść The Leftovers. Został także współscenarzystą i producentem nakręconego na jej podstawie serialu telewizyjnego Pozostawieni, w którym zagrali m.in. Justin Theroux, Amy Brenneman i Carrie Coon

Tłumaczenie/  Piotr Pawlaczek

Tytuł oryginału/ an-us Little Children

Tematyka/ Wydaje mi się, że to, co Tom Perrotta tak znakomicie uchwycił w książce „Małe dzieci”, to śliska natura naszych marzeń i pragnień. Wszyscy bohaterowie w pewnym momencie dochodzą do wniosku, że ich życie nie potoczyło się tak, jak mieli nadzieję i jak (je) planowali. Perrotta ukazuje tragiczne i komiczne skutki tej realizacji z dużą wnikliwością i humorem. W zależności od naszych doświadczeń z niektórymi problemami (małżeństwo, zdrada, rodzicielstwo itp.), może się okazać, że sposób przedstawienia przez autora jest zbyt bliski naszemu życiu lub całkowicie od niego oderwany. Uważam jednak, że „Małe dzieci” to przyjemne i skłaniające do refleksji spojrzenie na współczesne relacje rodzinne – pełne niedopowiedzeń, pęknięć i cichych kompromisów, które z czasem stają się częścią codzienności. To książka, która nie tyle daje odpowiedzi, ile zmusza do stawiania właściwych pytań – o siebie, o innych i o to, czym właściwie jest „dobre życie”.

Główny motyw/ Powieść opowiada o kilku rodzinach mieszkających na fikcyjnych przedmieściach Bostonu o nazwie Bellington. Todd i Sara, przypadkowo i odważnie połączeni spotkaniem na placu zabaw, rozpoczynają namiętny romans, który grozi wywróceniem do góry nogami tych już i tak kruchych, pełnych napięcia żyć. Wydaje się, że każdy z bohaterów nastawiony jest przede wszystkim na dążenie do własnej przyjemności i spełnienia – często kosztem innych. Wszyscy znaleźli się w pułapce życia, którego nigdy sobie nie wyobrażali, i desperacko szukają z niego ucieczki. Wierzą, że jeśli tylko uda im się osiągnąć określony cel – zakochać się na nowo, zdobyć upragnione uznanie, stworzyć idealną rodzinę – wszystko wreszcie się ułoży. Ale czy rzeczywiście? Jest Mary Ann – spięta, zorganizowana „supermama”, która planuje seks z mężem na każdy wtorkowy wieczór o dziewiątej i już teraz trenuje swojego czterolatka na przyszłego studenta Harvardu. Jest Ronnie – skazany za pedofilię, którego powrót z więzienia wywołuje falę oburzenia w lokalnej społeczności – i jego matka, May, która z uporem i naiwnością wierzy, że jej syn może się jeszcze zmienić. Tom Perrotta z ogromną przenikliwością ukazuje mieszkańców Bellington jako ludzi uwięzionych między codzienną rutyną a wewnętrznym głodem czegoś więcej. Pokazuje, jak cienka jest granica między normalnością a chaosem – i jak łatwo można ją przekroczyć, gdy marzenia i frustracje przestają mieścić się w ustalonych ramach. To opowieść jednocześnie intymna i społeczna, tragikomiczna i niepokojąco znajoma.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Ta profesja [wykładowca akademicki] jest przeładowana przekłutymi do stołków staruszkami, którzy nie ustępują miejsca młodym.”

„Jestem żenująco zwyczajna – przypominała sobie codziennie – skazana na żenująco zwyczajne życie.”

„Bo rzeczywistość była taka, że kobiety, ogólnie rzecz biorąc, i tak w najbliższym czasie nie miały szans na obalenie patriarchatu, więc póki co każda mogła liczyć jedynie na siebie.”

„Nie należy nazywać czegoś spotkaniem literackim, jeśli nie dyskutuje się o książkach.”

„Nie wszystko jest wolą boską. Jeśli magnetowid nie działa, to nie dlatego, że Bóg nie chce, żebyś obejrzała film.”

„(…) wierzyła, przez parę krótkich, niesamowicie słodkich chwil, że jest kimś wyjątkowym, szczęściarą, bohaterką romansu ze szczęśliwym zakończeniem.”

                       „Małe dzieci” to opowieść o grupie dorosłych z klasy średniej, którzy czują się uwięzieni w rutynie życia na przedmieściach niewielkiego amerykańskiego miasteczka. Akcja toczy się w fikcyjnym Bellington w stanie Massachusetts — miejscu uchodzącym za spokojne i idylliczne. Ten pozorny spokój zostaje jednak zakłócony, gdy do miasta wprowadza się Ronnie James McGorvey, skazany przestępca seksualny. Historia prowadzona jest w czasie przeszłym ciągłym, krok po kroku ukazując doświadczenia bohaterów, którzy stopniowo konfrontują się ze swoimi pragnieniami, lękami i moralnymi dylematami. Łatwo jest dziś naśmiewać się z powierzchowności i przesady współczesnych przedmieść: domów jak z foremki, nieskazitelnych trawników i szpalerów paliwożernych SUV-ów. Dlatego kiedy pisarz przynosi świeżą, ostrą satyrę, która ukazuje to środowisko w nowym, fluorescencyjnym świetle — bez powielania tych samych, wyeksploatowanych narzekań — mamy do czynienia z czymś naprawdę ekscytującym.

„Małe dzieci" Toma Perrotty są właśnie taką książką: zjadliwą powieścią, która z humorem i przenikliwością demaskuje życie na przedmieściach, jednocześnie oddając ducha bardzo konkretnego momentu z niedalekiej przeszłości. Ujęte z taką szczegółowością i werwą, że istnieje ryzyko, iż historia wyda się niemal natychmiast anachroniczna. Mimo to Perrotta oferuje tak głęboki wgląd w emocjonalne życie swoich bohaterów i otaczający ich świat, że powieść zasługuje na miano reprezentatywnej dla wczesnych lat dwutysięcznych – i to na długo. Na przedmieściach Bostonu, w fikcyjnym Bennington, w krainie supermam – misternie umalowanych kobiet w spandexowych strojach treningowych, które całe dnie spędzają, słuchając konserwatywnego radia – Sara, główna bohaterka powieści, wyraźnie odstaje. Nie jest supermamą. Postrzega siebie jako outsiderkę: lepiej wykształconą, upartą i otwarcie liberalną. A jednak żyje w stanie wewnętrznego paraliżu – przerażona seksualnym zamieszaniem oraz serią „bezpiecznych” życiowych decyzji, które doprowadziły ją do małżeństwa z dużo starszym mężczyzną, którego nie kocha, i do codzienności z wymagającą trzyletnią córką, Lucy. Czując się uwięziona w „Kidworldzie”, Sara musi ciągle przypominać sobie, by „myśleć jak antropolożka”: „Jestem naukowcem badającym zachowania nudnych małomiasteczkowych kobiet. Sama nie jestem nudną małomiasteczkową kobietą.”

                       Zachowania tych „nudnych kobiet z przedmieść” obejmują między innymi wzdychanie do tajemniczego, przystojnego ojca, Todda, zwanego przez nie „Studniówkowym Księciem” – mężczyzny, który został w domu, by opiekować się trzyletnim synem. Każdego dnia przyprowadza Aarona na pobliski plac zabaw, choć tak naprawdę powinien przygotowywać się do trzeciego podejścia do egzaminu adwokackiego. Zamiast tego całe dnie spędza na zabawie z synem, a wieczorami obserwuje grupę nastoletnich skaterów, trenujących na schodach miejskiej biblioteki.

Spośród całej gromadki matek na placu zabaw tylko Sara – przeciętna, nie w formie, z rozczochraną, kędzierzawą czupryną – ma odwagę zagadać do Todda. Ich pierwsze spotkanie szybko przeradza się w namiętny romans. Gdy ich dzieci śpią na górze, oni kochają się na dole, jakby odnajdywali w sobie wszystko, czego dotąd brakowało w ich życiu. „Między ludźmi dochodziło do transakcji, które odbywały się na jakimś tajemniczym poziomie pod skórą, a może nawet poza ciałem.” Ich związek daje im kilka krót­kich, szczęśliwych chwil wyjścia poza ograniczenia codzienności – zanim świat nie runie im z powrotem na głowy.

                       Tytułowe małe dzieci w tej satyrycznej powieści to tak naprawdę dorośli, którzy – uginając się pod ciężarem rodzicielstwa – próbują na nowo odtworzyć swoją nieskrępowaną młodość. Sara, wykształcona młoda gospodyni domowa, porównuje napady złości córki do „ponurej rosyjskiej epileptyczki” z powieści Dostojewskiego i tęskni za czasami studenckiego feminizmu oraz biseksualnych eksperymentów. Podczas gdy jej mąż zamawia używane majtki przez Internet, ona wikła się w ukradkowy romans z Toddem, którego powtarzające się niepowodzenia w zdaniu egzaminu adwokackiego prowokują tylko pogardę ze strony jego atrakcyjnej, ambitnej żony. Humor Perrotty bywa czasem okrutny, ale autor nigdy nie zdradza złożoności swoich postaci. Mimo wszystkich grzechów Sary – zaniedbywania córki, pogrążania się w romantycznych złudzeniach – jest coś niemal odważnego w jej odmowie przyłączenia się do społeczności perfekcyjnych matek, które od najmłodszych lat ukierunkowują swoje dzieci na ścieżkę prowadzącą prosto do Harvardu. Sara tęskni za czymś więcej niż „żenująco zwyczajne życie” – marzy o autentyczności, namiętności, o świecie, który nie sprowadza się do lunchboxów, zajęć z piłki nożnej i rozmów o śpioszkach. Tom Perrotta celnie i z humorem ukazuje frustracje klasy średniej: bohaterowie jego powieści tkwią w wygodnym, ale dusznym życiu podmiejskich przedmieść, w którym pozory szczęścia maskują głębokie pragnienia niespełnionych ambicji, seksualności i emocjonalnej bliskości. To opowieść nie tyle o kryzysie rodzicielstwa, co o kryzysie tożsamości – o ludziach, którzy w dorosłości nagle orientują się, że nie stali się tymi, którymi mieli być. 


                       Sara stanowi przeciwieństwo grupy kobiet z placu zabaw – można powiedzieć, że jest upadłą feministką, która pragnie być definiowana przez coś więcej niż tylko macierzyństwo. Pozostałe kobiety pełnią w powieści funkcję niemal greckiego chóru – zbiorowego głosu, który komentuje i ocenia rzeczywistość. Najważniejsze rozmowy dotyczą tego, do jakiego przedszkola pójdzie dziecko, jakimi zabawkami bawiono się w dzieciństwie i jakie programy telewizyjne oglądało się przez zmęczone, półprzymknięte powieki. Już samo to mogłoby doprowadzić człowieka do nadużywania alkoholu, ale Sara wybiera inny rodzaj ucieczki — "skok w bok”. Była kobietą, która jeszcze w liceum pragnęła, lecz nie mogła umawiać się z popularnym sportowcem; podobnie było na studiach. Teraz, po latach, realizuje tę młodzieńczą ambicję, nawiązując romans z Toddem. Ich relacja ma ogromną siłę w kontekście uwięzionego życia, jakie oboje – Sara i Todd – czują, że prowadzą. Ekscytacja nie wynika tyle z nielegalnej natury ukrywania się przed małżonkami, ile z faktu, że łączy ich autentyczna ciekawość wobec siebie nawzajem. Właśnie w tym tkwi mistrzostwo Perrotty – w uczłowieczeniu tej dwójki. Z pewnością było mi żal Richarda i Kathy, odtrąconych współmałżonków. Ale więcej czułem smutku niż złości, że Sara i Todd odnajdują ucieczkę w sobie nawzajem.

Zrozumienie dla obojga kochanków przychodzi naturalnie, bo łatwo utożsamić się z powodem ich romansu: poczuciem bycia niedocenianym przez partnera. Nie chodzi tu o trudną rzeczywistość w dosłownym sensie,  raczej o subtelne, narastające wrażenie, że druga osoba przestała nas dostrzegać. Wtedy potrzeba uznania zaczyna szukać ujścia gdzie indziej. Todd przechodzi przedwczesny kryzys wieku średniego. Dwukrotnie oblał egzamin adwokacki, choć twierdzi, że poszedł na studia prawnicze z kaprysu. Z zazdrością patrzy na nastolatków jeżdżących na deskorolce, sam trafiając ostatecznie do drużyny futbolowej złożonej z byłych policjantów. Czuje się w porządku jako mąż, ale jego żona oczekuje od niego konkretnego wkładu – przede wszystkim finansowego. Sara ma równie prostą historię: jej mąż nie wykazuje wobec niej zainteresowania. Pragnie czuć się ważna. Jest inteligentna i przenikliwa, ale przekonana, że jedyny sposób, by wyróżnić się spośród tłumu matek, to flirt z żonatym mężczyzną.

                       Dla autora byłoby zbyt łatwe, gdyby po prostu zdystansował czytelnika od Richarda i Kathy. Zamiast tego Tom Perrotta czyni z nich postaci z krwi i kości – oboje są pełni wad, ale i ludzkiej prawdy. Kathy to kobieta udręczona, dochodząca do granic swojej cierpliwości wobec męża. Słusznie czy nie – czuje się przytłoczona. Pracuje, więc nie ma dość czasu dla ich syna, Aarona. Choć spełnia swoje marzenie o reżyserowaniu filmów dokumentalnych o weteranach II wojny światowej, jej twórczość nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Była wyrozumiała i wspierała Richarda mimo jego kolejnych porażek. Teraz jest po prostu zmęczona. Richard to postać trudniejsza do uchwycenia. Ujął go umysł Sary, kiedy spotkali się po raz pierwszy, a dziś to on zapewnia rodzinie finansową stabilność. Ale i on ma dość – pragnie czegoś mniej przewidywalnego, mniej codziennego. Czegoś innego. To właśnie cenię w pisarstwie Perrotty. Owszem, potrafi wyśmiać życie na przedmieściach, ale jego bohaterowie to ludzie tacy jak ty czy ja. W różnych okolicznościach każdy z nas mógłby być Sarą, Richardem, Kathy albo Toddem. Postaci Perrotty, mimo że czasem budzą naszą dezaprobatę, pomagają nam lepiej zrozumieć, czym jest ludzki bagaż emocjonalny i kulturowy. Są wiarygodni, bo autor z niezwykłą precyzją oddaje dysonans między podstawowymi, często nieuświadomionymi pragnieniami (czyli naturą), a tymi deklarowanymi – ukształtowanymi przez wychowanie, środowisko i edukację. Jedna ze scen, która doskonale to ilustruje, to moment, w którym Todd zauważa, że jego syn całkowicie go ignoruje, gdy tylko Kathy wraca do domu. W tej krótkiej chwili skoncentrowany jest błysk zazdrości ojca o więź między matką a dzieckiem – poczucie, że chłopiec i matka tworzą własny, zamknięty świat, z którego jego, ojca, wykluczają. Pojawia się też subtelna, ale wyraźna nuta wstydu: Todd może czuć się niemęsko w roli „męża domowego”, a jego wysiłki pozostają niezauważone – ani przez syna, ani przez żonę. Wszystko w tej scenie brzmi autentycznie. Tom Perrotta nie ocenia Todda, nie mówi, czy jego odczucia są słuszne, ale też ich nie wyśmiewa. Czytelnicy mogą sympatyzować z Toddem – albo nie – jednak suma takich drobnych, codziennych wydarzeń buduje coś większego: sprawę, którą Perrotta stara się zrozumieć, a nie usprawiedliwić. Dzięki temu możemy spojrzeć poza etykietki takie jak „zdrajca” czy „cudzołożnik” i dostrzec człowieka uwięzionego między swoimi oczekiwaniami a rzeczywistością, między naturą a społeczną rolą.

                       Co ciekawe, Perrotta ukazuje rytuał kozła ofiarnego, stary jak sama ludzkość. Ronnie McGorvey, przestępca seksualny o skłonnościach pedofilskich, staje się społecznym kozłem ofiarnym. Jego grzechy, szeroko relacjonowane w ogólnokrajowych wiadomościach, sprawiają, że mieszkańcy postrzegają go jako uosobienie czystego zła. Niektórzy posuwają się nawet do tego, by sprayem napisać słowo „Zło” na ścieżce prowadzącej do jego domu. W ten sposób staje się on figurą symboliczną – ofiarą, na którą wspólnota przenosi własny niepokój, lęki i winy.

Mechanizm ten opisał René Girard w swojej teorii mimetycznego pożądania i przemocy. Według Girarda, w momentach kryzysu społecznego wspólnota podświadomie wybiera jednostkę, której może przypisać odpowiedzialność za własne napięcia i konflikty – i wyklucza ją, często w sposób brutalny. To działanie oczyszczające, które pozornie przywraca równowagę. Ronnie McGorvey idealnie wpisuje się w tę rolę: jego przeszłość i społeczna izolacja czynią z niego łatwy cel, a jednocześnie pozwalają pozostałym członkom społeczności odwrócić uwagę od własnych grzechów – zdrad małżeńskich, przemocy domowej, uzależnień czy hipokryzji.

Analogiczny proces obserwujemy w Chłopach Władysława Reymonta. Jagna, młoda kobieta, która łamie normy społeczne i obyczajowe, zostaje symbolicznie i fizycznie wykluczona ze społeczności. Mieszkańcy Lipiec przerzucają na nią wszystkie swoje frustracje i winy – jej seksualność i niezależność stają się zagrożeniem dla ustalonego porządku, a więc musi zostać ukarana. W obu przypadkach mamy do czynienia z klasycznym mechanizmem ofiary zastępczej – społeczeństwo oczyszcza się przez przemoc wobec jednostki „naznaczonej”. Zarówno Perrotta, jak i Reymont demaskują moralną iluzję, na której opiera się rytuał kozła ofiarnego. Pokazują, że to nie jednostka jest źródłem zła, lecz mechanizmy tłumienia, wykluczania i projekcji obecne w samej społeczności. W tym sensie obie historie stają się nie tylko analizą jednostkowych losów, lecz także krytyką zbiorowych mechanizmów przemocy i hipokryzji.

                       Można się domyślać, że morał tej historii brzmi: komunikacja między dwojgiem ludzi ma swoje granice. I może właśnie na tym polega miłość —  mimo tych ograniczeń jedna osoba nadal próbuje rozmawiać z drugą, nadal o niej myśli, nadal chce być zrozumiana i zrozumieć. Jeśli tak, to w świecie przedstawionym przez Toma Perrotte miłość staje się rzadkim, może wręcz nieosiągalnym luksusem. W jego opowieści rozmowy się urywają, ludzie mijają się w pół słowa, milczenie narasta – a zatem, jeśli miłość to rozmowa, to świat Perrotty wydaje się niemal całkowicie jej pozbawiony.