08 grudnia 2018

Pewnego dnia o zmierzchu świata


„Pewnego dnia o zmierzchu świata”


William Saroyan



Autor/ (ur. 31 sierpnia 1908, zm. 18 maja 1981 we Fresno w Kalifornii w USA) – pisarz amerykański ormiańskiego pochodzenia.

Tłumaczenie/ Kazimierz Piotrowski

Tematyka/ Napisana prosto, powściągliwie, utrzymana w nastroju zadumy, książka Saroyana nie jest pesymistyczna. Bohater o „zmierzchu” swojego życia odnajduje jeszcze pogodne chwile; odnawia dawne przyjaźnie, odnajduje wspólny język z najbliższymi. Książka tchnie atmosferą dobroci, ciepła, wiele w niej także subtelnego humoru, tak charakterystycznego dla całej twórczości tego pisarza.

Główny motyw/ „Pewnego dnia o zmierzchu świata” to powieść w dużym stopniu autobiograficzna. Jej poetycki, metaforyczny tytuł i motto sygnalizują, że będzie to pozycja utrzymana w nastroju refleksyjnym. Tematem książki jest kilkudniowy pobyt w Nowym Jorku starzejącego się dramaturga. Bohater przekroczył już „smugę cienia” i u schyłku życia zaczyna inaczej patrzeć na otaczający go świat – świat, który w jego oczach także przeżywa swój zmierzch.



  Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„(…) prawie wszystko zaczyna się od pocałunku- miłość, małżeństwo, dzieci”.

„(…) w jesieni życia prędzej czy później przychodzi chwila, kiedy człowiek chce tylko wyciągnąć się na łóżku i zamknąć oczy”.

„Pomyśl tylko. Ty miałeś siedemnaście lat i byłeś w Kalifornii, a ja byłam w Nowym Jorku i właśnie się urodziłam. Trzy tysiące mil jedno od drugiego. Komu by przyszło do głowy, że kiedyś będziemy mieli syna i córkę?”.

„A jak się siedzi i myśli, też traci się dużo czasu-człowiek jest sam. Wszystko jest bardzo realne i serce boli. I po co? Nie cierpię tego”.

„Nie znoszę rzeczywistości, ale to też jest prawdziwe. Akurat tak samo jak ból i samotność”.

„Myślę, że ten, co lubi swoją pracę, jest szczęśliwym człowiekiem”.

„Każdy jest trochę stuknięty”.

„Każdy dzień wszystkich moich lat czuję w kościach”.

„Na to nigdy nie jest za późno. – Na co? Na człowieczeństwo”.

„Dzieci wiedzą, jak być dziećmi. I nie potrzebują pomocy pisarzy. Potrzebni im są tylko rodzice, a twoja robota polega na tym, by pomóc mężczyznom, żeby byli dobrymi mężami i ojcami, i kobietom, żeby były dobrymi żonami i matkami”.

„Po prostu nie ma już mężczyzn na świecie. Nie mówię o żołnierzach, glinach, chuliganach, kanciarzach i sutenerach-ci tylko udają mężczyzn. Mam na myśli mężczyzn w każdym calu, a zwłaszcza wobec kobiet”.

„Nie ciągnie mnie do żadnych tanich rzeczy między mężczyzną a kobietą. Do śmiertelnie nudnych romansów”.

„Na co ci środki podniecające? Czyste powietrze i słońce to jedyne potrzebne człowiekowi podniety”.

„Jeśli cmentarz uważasz za świat, to ja na tym świecie nie żyję. Ale wy wszyscy też nie żyjecie. Tylko plączecie się po cmentarzu, szukając grobu na tyle nie zatłoczonego, byście mogli się w nim położyć”.

„Wzajemne zrozumienie jest lepsze niż gniew”.

„Miłość każdemu wychodzi na zdrowie”.

„Któż potrafi być ojcem kobiety?”.

„Chcesz prowadzić dom, musi być w nim zapach dobrej kuchni. Masz dom bez tego zapachu, to w ogóle nie masz domu”.

„Największą i najlepszą amerykańską rzeczą, jaka powstała w Ameryce, był zwyczaj przyjmowania z otwartymi ramionami ludzi, którzy przybywali tu z całego świata. Ale to się już skończyło”.

„Chodzi mi o to, że mężczyzna może być stuknięty i nikt na to nie zwraca uwagi, ale jeśli stuknięta jest kobieta, wszyscy są zgorszeni, zwłaszcza mężczyźni. A najbardziej wszyscy mężowie”.

„Ale pod tym wszystkim kryje się jedna rzecz-miłość, której każdy pragnie, ale nikt nie otrzymuje albo ją ofiaruje i spotyka się z odmową. Ostatecznie wszystko sprowadza się do miłości. A kocha się całe życie, jak o tym wiesz”.

„Jedyną rzecz, jaką możemy zrobić nie tracąc twarzy -to kochać”.

  

                    W książce „Pewnego dnia o zmierzchu świata” William Saroyan „wraca” do Nowego Jorku „przebrany” za Yepa Muscata, pisarza i znanego dramaturga. Gdziekolwiek wędruje, świat jest smutny i samotny. Yep Muscata ma czterdzieści siedem lat i przeżył już swoją „smugę cienia”[1], z punktu widzenia psychologa chodzi o czas między trzydziestym piątym a pięćdziesiątym rokiem życia. Nazwałabym to drugim dojrzewaniem - rewoltą, która nas czeka, niezależnie od tego, co się dzieje w naszym życiu. Bohater podąża myślami za słynną Conradowską „smugą cienia", która domaga się integracji. Yep uruchomił w sobie trudny proces tworzenia prawdziwego swojego „Ja”. Już nie skupia się na swoim zachłannym ego, typu: „Ja chcę coś mieć", „To jest moje", tylko zadaje sobie pytania: „Kim jestem?", „Po co tu jestem?", „Dlaczego się tu znalazłem?".

                   Aby zrozumieć bohatera z książki Williama Saroyana należy wyjaśnić ten trudny dla człowieka proces. Między 40-tym a 50-tym rokiem życia mężczyzna musi zmierzyć się ze sobą. To czas refleksji nad przeszłością i tym, jak wyglądać ma jego przyszłość. Bilans nie zawsze wypada pomyślnie. Obszarem zmian i perturbacji najczęściej staje się związek. Mężczyzna podczas kryzysu wieku średniego ma do czynienia z utratą. To trudne. Żegna się z dotychczasowymi rolami i możliwościami męskimi, które przynależą do czasu określanego młodością. Świadomość upływu czasu jest odbierana, jako ograniczająca, bywa, że rodzi frustrację i bunt. Tak to wygląda pobieżnie, z zewnątrz. Natomiast to, co najważniejsze, rozgrywa się w głębi psychiki i polega na kryzysie tożsamości. Do głosu dochodzą niewypowiedziane potrzeby oraz niedoświadczone części osobowości. Mężczyzna czuje, że czegoś mu brakuje, za czymś ważnym tęskni, chciałby doświadczyć siebie nieznanego. Jeśli to, co do tej pory znał, to na przykład aspekt rodzinności, odpowiedzialności, lojalności wobec partnerki, będzie odczuwał brak nieprzewidywalności, przygody, indywidualizmu. Na tyle, na ile ktoś żył w zgodzie ze sobą, na tyle, na ile poznał się z różnych stron, na tyle kryzys nie będzie przebiegał burzliwie. Zazwyczaj jednak, żyjemy według społecznych norm, które hamują naturalny rozwój i poznawanie siebie na głębszych poziomach i dlatego treści psychiczne ukryte w nieświadomości mogą ukazać się w sposób burzliwy. Mężczyzna wtedy może dojść do wniosku, że popełnił w życiu błędy, podjął nie te wybory, co trzeba i poczuć impuls do ucieczki od dotychczasowego życia. Jeśli te sygnały odbierze, jako bodziec do samopoznania i rozwoju psychologicznego – zyska. Kryzys wieku średniego może doprowadzić do wzrostu. Zdarza się, że struktury dotychczasowego życia zostaną w tym czasie zachwiane, a nawet zburzone, jeśli proces nie przebiega świadomie i pod kontrolą.

                   Według psychologów jest to jeden z najważniejszych etapów życia, bo właśnie wtedy następuje przełom i zmiana fundamentalnych wartości, jakimi kieruje się człowiek do momentu jego nadejścia. Psychologowie w tym aspekcie dzielą życie na dwie podstawowe fazy: pierwsza to funkcjonowanie przed kryzysem wieku średniego i obejmuje ona przede wszystkim wypełnianie narzuconych ról społecznych. Druga faza to życie po kryzysie, kiedy człowiek szuka indywidualności i zmierza się z pytaniami dotyczącymi ludzkiej egzystencji. Sam kryzys wieku średniego objawia się najczęściej zmianami w postrzeganiu świata i podejmowaniu skrajnych decyzji. To wtedy człowiek chce zmieniać swoje życie, rozwijać horyzonty i stara się, by codzienność była bardziej atrakcyjna.

                Niepokojący jest jednak fakt, że u osób, u których kryzys wieku średniego wystąpił trwa już do końca życia, dlatego tak istotna jest w tym przypadku rola psychoterapii, dzięki której osoba przeżywająca tego rodzaju rozterki może zachować w swoim postępowaniu zdrowy rozsądek. Wylicza się, że kryzys wieku średniego aż w 70% doprowadza do zdrady bądź wielokrotnej zmiany partnera. Jest swoistą zmianą tożsamości człowieka i często może być mylony z czasowym konfliktem wewnętrznym bądź nawet depresją. Z kryzysem średniego wieku wiąże się najczęściej spadek energii, poczucie bezsilności i beznadziei. Uaktywniają się również wszelkiego rodzaju lęki a nawet nocne koszmary. Wszystko to jest skutkiem myśli o sensie istnienia i podsumowań własnego życia. Osoby, których dopada kryzys wieku średniego uważają przeważnie, że ich życie jest nic niewarte a sam nie osiągnął wiele zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym.


                       
           Osoba, która zmaga się z kryzysem wieku średniego ma poczucie przemijalności życia, widzi, że czas, który jej pozostał jest niestety ograniczony. To właśnie taki rozrachunek swoich doświadczeń i postępowań doprowadza do przewartościowania wewnętrznego świata. Najgorszy jest symptom pesymistyczny, kiedy człowiek zauważa, że się starzeje? Wycofuje się a nawet traci swoją witalność fizyczną.
              Osoby, które przechodzą kryzys wieku średniego dostrzegają swoje niedoścignione marzenia i wszystko, czego nie udało im się do tej pory dokonać. Uznają, że to właśnie teraz nadszedł czas na to, by przed starością zmienić życie na lepsze. To, dlatego mężczyźni uciekają do młodszych partnerek a kobiety zaczynają bardziej o siebie dbać. Dobrym sposobem na radzenie sobie z przygnębiającymi myślami o kruchości życia jest odnalezienie nowej pasji? Zresztą jak twierdzą psycholodzy to właśnie tę formę rozrywki wybierają najczęściej kobiety. Kursy tańca, siłownia, aerobic a nawet prowadzenie bujnego życia towarzyskiego są najczęściej wybieraną odskocznią.
                    Wróćmy do książki i tego, co chciał autor przekazać czytelnikowi. Yep Muscata zatrzymuje się na kilka dni w Nowym Jorku. Przekroczył już swoją „smugę cienia” i zaczyna inaczej patrzeć na otaczający go świat- świat, który w jego oczach także przeżywa swój zmierzch. Bohater odnawia dawne przyjaźnie, odnajdując wspólny język z byłą żoną, dziećmi i starymi przyjaciółmi. Lata minęły, a oni jakoś się nie zmienili. Na przykład w hotelu, w którym Yep zatrzymał się na nocleg, pracował powolny, zwalisty Rosjanin z czarną brodą, wyrudziałą wokół ust od papierosów. Rosjaninowi stale towarzyszył chudy, pełen szacunku dla niego, nerwowy młodszy mężczyzna, który przynosił mu jedzenie i napoje, a z nimi były zawsze dwie kobiety- młodsza, ładniejsza, o łagodnym głosie, uprzedzająco grzeczna, a druga wesoła, uśmiechnięta, w podeszłym wieku i brzydka. Za każdym razem, kiedy zameldowywał się w tym hotelu, nie zdarzyło mu się jeszcze przyjść do baru i nie zastać ich tutaj. Nie zawsze byli w tym samym komplecie. Ale za każdym razem było ich czworo i mówili między sobą jakimś obcym językiem, jakby byli w swej ulubionej kawiarni w Petersburgu, Warszawie, Budapeszcie, Berlinie lub Paryżu. Zawsze z przyjemnością ich spotykał. W barze stale widywał też elegancką Murzynkę, która siedziała sama i piła herbatę.  Wytrawnym gościem był również tłuścioch, który zawsze jadł coś nietuczącego, na przykład twarożek.  Kiedy Yep opuszczał hotel i Szóstą Aleją szedł w stronę Central Park, tu też nic się nie zmieniło; płyty ze skał Manhattanu, drzewa, trawa, ludzie i dzieci w wózkach.
                     I tak minął pierwszy dzień w Nowym Jorku- pomyślał. Spotkał się z agentem producenta teatralnego. Dogadał się z kolegą Piperem w sprawie sztuki telewizyjnej i ustalił jej cenę. Uściskał córkę Rosey, miał rozmowę z synem Vanem, zjadł z nimi kolację i z ich matką w jej nowojorskim mieszkaniu. Rozmawiał z przyjacielem Zakiem Avakinem po prawie dwudziestoletniej przerwie. Nie kupił sobie porządnych butów, jak zamierzał ani przyzwoitego krawata. Wydał czterdzieści dolarów na nic- w każdym razie na nic takiego, co by się dało potrącić z podatku. Na dodatek rozbolał go ząb i umówił wizytę u dentysty. Po krótkiej drzemce w hotelu wypił dwie szklanki wody i znów się położył, by przejrzeć pierwszą z czterech porannych gazet, które kupił po drodze do hotelu. W gazetach były te same stare nazwiska, te same stare plotki: miłość, romans, ślub, dzieci, zdrada, rozwód, nienawiść. 
                       Podczas wszystkich swoich spotkań szczególnie z agentami teatralnymi i reżyserami Yep „wyłączał” się z rozmów i myślami „wędrował” w dziecięce lata spędzone w Kalifornii. Działo się to na łące usianej makami, wśród których barwiły się kępki innych polnych kwiatów, niebieskich, białych i czerwonych. Najmłodsza z jego sióstr, która miała wtedy trzynaście albo czternaście lat, i dwie jej najbliższe przyjaciółki, jedna Asyryjka, a druga daleka kuzynka, wzięły go wraz z małym braciszkiem Asyryjki, Joe’em, na spacer boso wczesnym rankiem. Postanowiły nazbierać maków i sprzedać je po pięć centów za bukiecik. Chłopcy poszli, jako ochrona dziewczynek. Mieli pomóc im w zbieraniu kwiatów i odprowadzić bezpiecznie do domu. Yep przy rozmowie zastanawiał się gdzie oni teraz są? Ano, siostra jest mężatką z czworgiem małych dzieci, Joe zginął w wypadku samochodowym. Siostra Joe’ego wyszła za malarza pokojowego w San Francisco, ale rozwiedli się i wróciła do domu z dwoma małymi chłopcami. Daleka kuzynka została pielęgniarką w Chicago. W ciągu dwudziestu lat napisała do niego parę razy. Czy ją pamięta? Oczywiście, doskonale ją pamiętał, poważną dziewczynkę z surową miną- dopóki się nie uśmiechnęła.
                  Teraz po tylu latach dokonywał przeglądu. Za osiem godzin miną równo dwie doby od jego przyjazdu do Nowego Jorku. Ubił interes z „Samym Życiem”, pieniądze, które zarobił pójdą na spłatę podatków. Pospacerował po mieście z przyjacielem Zakiem. Przespacerowali się do Bowery, gdzie jego ojciec chodził w roku 1905. Doktor Levy wyrwał mu bolący ząb. Pewien pisarz wynurzył się z przeszłości. Wziął udział w przyjęciu na jego cześć i poznał córkę innego wielkiego pisarza. No to –pomyślał- mam fabułę, mam akcję, postaci, miejsce i czas akcji, atmosferę, nastrój, punk kulminacyjny i nic więcej do nowej sztuki nie potrzebuje. Yep był świadomy tego, że śmierć „czeka” na niego jak i na innych ludzi, ale nic nie miał przeciw temu. Co dzień odwalał kawał roboty i też nie miał nic przeciw temu. Gdyby wszystko przyjęło obrót, na jaki przez tyle lat liczył, byłoby lepiej, czy też w tej także chwili układały się inaczej, ale nie zgłaszał do życia pretensji.  Zdawał sobie sprawę, że nabrał do życia dystansu. Według Yepa kłopot człowieka polega na tym, że jego świadomość siebie i otaczającego świata jest oddzielona od czystej percepcji, a powinny one stanowić jedność. Gdy tak się dzieje, nawiązujemy kontakt z „prawdziwą” świadomością, której nie dotykają tak mocno dramaty życia. Jest to bezcielesna, niezmienna i trwała samoświadomość, która jedynie obserwuje otaczający świat. Człowiek, który akceptuje otaczającą go rzeczywistość, który pogodził się z przeszłością skupia w sobie znajomość wszystkich form, dźwięków, zapachów, smaków, wrażeń dotyku oraz myśli. Tylko z miejsca dojrzałego obserwatora osiągniemy głęboki wewnętrzny spokój. Bez połączenia się z nim jesteśmy ograniczeni błędną wizją rzeczywistości. Wtedy rządzą nami dawne psychiczne wzorce, infantylizm, jesteśmy jak zaprogramowane maszyny odtwarzające ciągle te same bolesne emocje – lęk, złość, winę, wstyd. I wówczas myśli i czynności rodzą cierpienie.
                    Ciekawym motywem w książce jest powtarzający się opis bólu zęba Yepa. Chociaż autor tego nie sugeruje możemy domyślać się, że chodzi o „ząb mądrości”. Kiedy jest się w procesie „smugi cienia” częstym odczuwalnym przeżyciem jest cierpienie, stąd człowiek stawia sobie pytanie o jego sens i znaczenie. Sens życia natomiast określa dążenie do celów i wartości, ale także poczucie akceptacji własnego życia. Psychologowie słusznie zauwa­żyli, że jeśli człowiek chce zachować zdrowie, tak fizyczne, jak i duchowe, potrzebuje przede wszystkim odpowiedniego celu życia. W przeciwnym razie poczucie braku sensu doprowadzi go do utarty własnej wartości i wrażenia totalnej bezsensowności. W ujęciu psychologicznym największym osiągnięciem człowieka jest urzeczywistnianie wartości związanych z po­stawą, a te dochodzą do głosu w sytuacjach granicznych. Człowieka, według Victora Frankla [2], charakteryzuje przede wszystkim dążenie do nasyconego sensem i znaczeniem życia. Zdaniem autora „Homo patiens” [3] to poczucie bezsensu życia, jego jałowości, pustka egzystencjalna i pozbawienie życia treści stanowią podstawowe cierpienie ludzkości w naszych czasach. Tak jak człowiek starożytny lękał się fatum, średniowieczny boskiej kary, tak współczesny boi się bezsensu.
                    Yep kochał swoją córkę Rosey i syna Vana. Akceptował też ich matkę, niezrealizowaną aktorkę, z wiecznymi pretensjami, że nie napisał specjalnie sztuki dla niej - pod jej aktorskie predyspozycje. Yep zaczął „kochać” przypadki, bo nie miał nic przeciw przypadkom w życiu, które nadawały kolorytu jego egzystencji. Kochał wszystko i wszystkich, bo trzymał za rękę córkę i razem szli przez świat. Kochał ją tkliwie, kimkolwiek była-istotą pochodzącą od niego i jego nieznanej prawdy, istotą wydana na świat przez matkę i jej nieznaną prawdę. Albowiem Rosey, choć nieprzenikniona, była miłością, i teraz, na chwilę, miłość ta znajdowała się blisko niego. Z rączki, którą trzymał podczas wspólnych spacerów, miłość nieustanie przepływała do niego i przywracała mu „zdrowie”. W takich chwilach zapominał o bólu zęba, o smaku eteru w ustach, głuchocie prawego ucha, w którym bez przerwy coś mu syczało. Zapominał o tłuszczu, jakim w ciągu lat udręki obrosły jego mięśnie i kości. Zapominał o chronicznym pośpiechu, arogancji ludzi, gniewie, opryskliwości, nieodpartym popędzie do wplątywania się w coraz to nowe prace, do robienia czegoś bez przerwy, o długach, biedzie, stratach, zmarłych członkach rodziny, o szaleńcach w rodzinie i tych spośród przyjaciół, którzy zmarli lub postradali zmysły. Zapominał o wszystkim z wyjątkiem miłości, tej miłości, która z dłoni córki płynęła do jego ręki.
                   Yep w ciągu sześciu dni napisał nową sztukę. Ktoś w tej sztuce mówi: „Myślałem, że umarłem, ale był to, zdaje się, ktoś inny”. Kiedy kochamy żyjemy wiecznie, bo żyje nie ten, kto tylko je i pije, ale ten, kto naprawdę kocha. „Umieć kochać i pracować” – odpowiedział Zygmunt Freud studentowi, który zapytał go, jakie są podstawowe oznaki dojrzałości i zdrowia psychicznego. Ta wypowiedź twórcy psychoanalizy przeszła do historii, jako najbardziej lakoniczne określenie tego, co decyduje, o jakości naszego życia. Trudno się z tym nie zgodzić.

      

[1] „Smuga cienia”- jest powieścią psychologiczno-moralną napisaną w 1917 roku przez Josepha Conrada i należącą do kanonu literatury światowej. W psychologii nazywa się tak wkroczenie w kryzys wieku średniego.


[2] Viktor Emil Frankl (ur. 26 marca 1905 w Wiedniu, zm. 2 września 1997 w Wiedniu) – austriacki psychiatra i psychoterapeuta, więzień obozów koncentracyjnych, m.in. Auschwitz, jeden z twórców humanizmu psychologicznego.

_____________________________
[3] Autor w książce przedstawia losy jednostki ludzkiej, uwikłanej w problemy własnej egzystencji. Człowiek musi pytać o sens swego życia wcześniej, niż pytanie takie postawi przed nim samo życie.


     

02 grudnia 2018

Nie tylko pomarańcze


„Nie tylko pomarańcze”


Jeanette Winterson




Autorka/ (ur. 27 sierpnia 1959 r. w Manchesterze) – brytyjska pisarka i feministka, odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego. W dzieciństwie adoptowana przez bardzo religijną rodzinę, przygotowywana do roli misjonarki. W wieku szesnastu lat odnalazła się, jako lesbijka i z powodu miłości do swojej przyjaciółki uciekła z domu. Jej pierwsza, autobiograficzna powieść „Nie tylko pomarańcze” ukazała się w 1985 roku.

Tłumaczenie/ Waldemar Łyś

Tematyka/ „Nie tylko pomarańcze” to powieść autobiograficzna. Powieść o dzieciństwie i dojrzewaniu adoptowanej dziewczynki, której życie obraca się wokół kościoła i religii. Zaborcza matka, zdewociała, ortodoksyjna ewangeliczka najchętniej nie zaprowadziłaby dziewczynki nawet do szkoły, gdyby nie musiała tego zrobić, gdyż tam czyha na nią świat pełen grzechu, przed którym ona nie potrafi jej uchronić. W takiej atmosferze dorasta mała Jeanette, która na dodatek okazuje się... lesbijką.

Główny motyw/ Autorka mówi sama, że ta książka jest i zarazem nie jest jej autobiografią. Bohaterka powieści – adoptowane dziecko – wzrasta pod przemożnym wpływem matki, w atmosferze religijności graniczącej z dewocją. Matka obmyśliła już przyszłość dla swojej przybranej córki. Dziewczyna ma zostać misjonarką. Nadchodzi jednak okres dojrzewania i poznawania siebie, który zamienia się w pasmo dramatycznych odkryć i gorzkich rozczarowań. Młoda kobieta czuje, że jej życiowa droga będzie wyglądała zupełnie inaczej, niż myślała... W nowatorskiej, zaprawionej subtelną ironią powieści Jeanette Winterson z właściwym sobie mistrzostwem prowadzi czytelnika przez świat ludzkich obsesji i lęków. Odsłania to, co najbardziej prywatne i ulotne, a zarazem najbardziej delikatne.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Osobliwe, co też inni ludzie uważają za emocjonujące”.

„Niektórzy mówią, że jestem stuknięta, ale świat to coś więcej niż tylko to, co widać gołym okiem”.

„Na świecie istnieją kobiety. Na świecie istnieją mężczyźni. I istnieją bestie. Co powinno się zrobić, jeśli poślubi się bestię? Całowanie nie zawsze pomaga. A bestie są bardzo przemyślne. Przybierają taką postać jak twoja czy moja”.

„Jedyną rzeczą, co do której można mieć pewność, jest to, że wszystko to jest niesłychanie skomplikowane, jak splątany sznur”.

„Świadomość tego, w co należy wierzyć, miała swoje zalety. Zbudowała imperium i utrzymywała ludzi tam, gdzie ich miejsce, w jasnym królestwie sakiewki…”.

„Bardzo często historia jest sposobem na zadanie kłamu przeszłości”.

„Ludziom nigdy nie sprawia problemu pozbycie się przeszłości, gdy ta staje się zbyt trudna”.

„Jeśli jesteś dociekliwy, możesz nigdy nie powrócić do domu, jak wszyscy ci ludzie, którzy żyją sobie teraz z syrenami na dnie morza”.

„Tak więc przeszłość ponieważ jest przeszła, daje się kształtować tam, gdzie niegdyś była giętka”.

„Oto rada. Jeśli chcesz zachować własne zęby, przygotuj kanapki własnymi rękoma…”.

„Cóż takiego jest w intymności, co czyni ją tak bardzo niepokojącą?”.

„Czy miłość naprawdę może być sprawką demona?”.

„Koniecznie trzeba odróżnić fizykę od metafizyki”.

„Wyobrażałam sobie, że postrzegamy różne rzeczy w ten sam sposób, lecz cały czas żyłyśmy na różnych planetach”.

„Romantyczna miłość została rozcieńczona do postaci romansideł i sprzedana w tysiącach i milionach egzemplarzy”.

„(…) nie ma sensu przywiązywać się do rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia”.

„Nie ma takiego wyboru, który nie oznaczałby straty”.

„Muszę jednak pamiętać, że nie wszystkie ciemne miejsca potrzebują światła”.


                      Pomysł psychiatrycznego leczenia religijnych fanatyków wzbudza spore kontrowersje. Czy nie jest tak, że dziś zbyt łatwo każdą ludzką odmienność uznajemy za „syndrom" czy „chorobę"? W XXI wieku granica między „normą" a psychiczną chorobą niebezpiecznie łatwo się zaciera... Zdaje się to potwierdzać opublikowany niedawno podręcznik, który zdecydowanie rozszerza katalog chorób. Każdą ludzką odmienność można drobiazgowo opisać i skatalogować, jako „syndrom” czy „chorobę”, dodając im taką czy inną naukową etykietkę, to powoduje, że katalog chorób się rozdyma. Czy fundamentalizm religijny to choroba psychiczna? – to pytanie coraz śmielej stawiają sobie psychiatrzy. Pracują oni nad potwierdzeniem takiej tezy, będąc coraz bliżej uznania zbyt radykalnych poglądów religijnych za rodzaj schorzenia, które kwalifikuje się do leczenia psychiatrycznego. Zdaniem dr Kathleen Taylor z Wydziału Psychologii, Anatomii i Genetyki Uniwersytetu w Oxfordzie już w najbliższej przyszłości wielu radykałów religijnych będzie można z ich poglądów po prostu... wyleczyć.

                 Warto byłoby zadać pytanie, kto będzie „mierzył” domniemany fanatyzm. Łatwo, bowiem wyobrazić sobie irańskich psychiatrów uznających za chorych psychicznie tych wszystkich, którzy odrzucają panujący w kraju islam.  Praktyki polegające na „leczeniu z poglądów” miały miejsce np. w historii USA, gdzie kilkadziesiąt lat temu zabieg lobotomii[1] aplikowano setkom tysięcy osób m.in. z powodu „krnąbrności kobiet”, homoseksualności czy komunizmu.

                Bohaterka książki Jeanette Winterson „Nie tylko pomarańcze”, Jeanette jest wesołą i buntowniczą sierotą, która zostaje adoptowana do fanatycznej ewangelicznej rodziny w ponurej, przemysłowej północnej Anglii, w której aplikuje się ponure biblijne motta i potrząsa się małym tamburynem dla Jezusa. Ale kiedy ta początkująca „misjonarka” osiąga pełnoletność i godzi się ze swoją niekonwencjonalną seksualnością, dziwna równowaga jej bogobojnego domu nagle się rozpływa. Naleganie Jeanette na słuchanie prawdy o jej własnym sercu i umyśle - i opowiadanie ich z dowcipem i pasją - tworzy niezapomnianą kronikę ekscentrycznego, poruszającego przejścia w dorosłość.

                   „Nie tylko pomarańcze”… to „niebezpieczna” powieść. Obnaża ona świętość życia rodzinnego, jako grę pozorów; ilustruje przykładem, że to, co Kościół nazywa miłością, jest w gruncie rzeczy psychozą; śmie ona również sugerować, że niedogodności, jakich w życiu doświadczają homoseksualiści, nie są wynikiem ich perwersji, lecz perwersji innych ludzi. Co gorsza, robi to z taką dawką humoru i lekkością, iż nawet ci nastawieni nieprzychylnie odkrywają, że nie sposób się z nią zgodzić. Na tym zawsze polegało doświadczenie powieści. Książka wywołała ożywioną dyskusję, która sprawiła, że ludzie znaleźli w niej inny punk widzenia na życie. Rzecz jasna, części z nich bardzo to było nie w smak, jednak wielu komentatorów nie ma wątpliwości, że podwójne- książkowe i ekranowe- wcielenie „Nie tylko pomarańczy” … obaliło znacznie więcej barier niż wzniosło.

                Książka Jeanette Winterson jest bardzo krzepiącą powieścią. Jej bohaterka żyje na obrzeżach życia. Jest biedna, wywodzi się z klasy robotniczej, musi jednak zmagać się z wielkimi problemami przekraczającymi granice klas, kultur i ras. Każdy w którymś momencie życia musi dokonać wyboru, czy chce pozostać w zastanym świecie, który może być bezpieczny, ale narzuca pewne ograniczenia, czy też przeć do przodu, często przekraczając granicę zdrowego rozsądku, ku własnemu miejscu, nieznanemu i niezbadanemu. W książce możemy odnaleźć postać poszukiwania własnej seksualności i indywidualności. Na pierwszy rzut oka wygląda to na przypadek jednostkowy: religijny dom i młoda dojrzewająca dziewczyna, której świat przewraca się do góry nogami, ponieważ zakochała się w innej młodej dziewczynie. W rzeczywistości jednak „Nie tylko pomarańcze”… są o uczuciach i konieczności wyboru, jakich nikt z nas nie jest w stanie uniknąć. Pierwsza miłość, poczucie straty, żal, wściekłość, a przede wszystkim odwaga, to motory napędzające narrację przez ograniczenia narzucone fabułą. Beletrystyka potrzebuje konkretów, kotwic, po to, by móc je przekraczać. Potrzebuje też wyważonych- poznawalnych i dotykalnych- bohaterów, po to, by móc przez nich przeniknąć prosto ku otwartej, uniwersalnej przestrzeni. Paradoks ów sprawia, że książka zarówno daje się łatwo czytać, jak i nabiera ponadczasowego wymiaru; z trudnego do zniesienia napięcia rodzi się harmonia. Książka jest krzepiąca nie, dlatego, iż podsuwa łatwe odpowiedzi, lecz dlatego, iż mierzy się z trudnymi problemami. Jak powiedziała sama autorka: „Kiedy człowiek nauczy się mówić o trapiących go problemach, stawia krok w kierunku ich rozwiązania. A kiedy człowiek odnajdzie swój głos, staje się słyszalny”.

               Jeanette jest narratorką powieści, która mieszka z matką i ojcem. Jej matka jest silną kobietą, która często szuka konfliktów i nigdy nie widzi świata z mieszanymi uczuciami. Jeśli chodzi o matkę Jeanette, jej świat zawiera wrogów (diabła, ślimaki i seks) i przyjaciół (Boga, ciocię May, powieści Charlotte Bronte i granulki na zwalczanie ślimaków). Jeanette dodaje, że na początku również pasowała do kategorii przyjaciół. Matka Jeanette bardzo chciała mieć dziecko, więc szukała podrzutka- adoptowała Jeanette. Jeanette relacjonuje dalej, że nie mogła sobie przypomnieć takiej chwili, kiedy by czuła, iż jest kimś wyjątkowym. Jej ojciec lubił oglądać zapasy, a matka lubiła „brać w nich udział”; nie miało znaczenia, z kim się potyka. Stała „w białym narożniku” i tylko to się liczyło. Nigdy nie słyszała o mieszanych uczuciach. Dla niej istnieli tylko przyjaciele lub wrogowie. Jeanette pojawiła się w tej rodzinie, by dołączyć do matki w walce z „resztą świata”. Jej matka zrobiła, więc najlepsze, co jej pozostało, i załatwiła sobie znajdę. W jej myśleniu nie istnieli Mędrcy, ponieważ matka nie wierzyła w istnienie mądrych mężczyzn. W każdą niedzielę jej matka wstawała wcześnie i aż do dziesiątej nie wpuszczała nikogo do saloniku. Było to jej miejsce modlitwy i medytacji. Ze względu na swoje kolana zawsze modliła się na stojąco, podobnie jak Napoleon Bonaparte ze względu na swój wzrost zawsze wydawał rozkazy z konia. Zawsze modliła się dokładnie w taki sam sposób. Najpierw dziękowała Bogu za to, że pozwolił jej doczekać kolejnego dnia, a potem dziękowała Bogu za to, że podarował światu kolejny dzień. Potem mówiła o swych wrogach, co było jej niemalże tak bliskie jak katechizm.

                        
                   Po wszystkich religijnych rytuałach jej matka przepytywała Jeanette z wiedzy o Biblii, później siedząc razem słuchały w radiu audycji World Service- religijnego show. Jeanette odnotowywała sukcesy i porażki misjonarzy z różnych krajów, a później składała matce sprawozdanie. Każdego południa Jeanette i jej matka wychodziły z psem na spacer. Jeanette zapamiętała pewien incydent, kiedy idąc przez bardzo podejrzaną dzielnicę miasta, spotkały pewną Cygankę, która chwyciła ją za rękę. Po przestudiowaniu dłoni powiedziała Jeanette, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Zgodnie z tą przepowiednią, Jeanette pomyślała o dwóch kobietach, które znała a nie były małżeństwem. Jeanette kupowała u nich w sklepie papierniczym swój ulubiony komiks, kobiety często dawały jej darmowy bananowy batonik. Pewnego razu owe kobiety zaproponowały, że zabiorą ją na plażę, matka Jeanette gwałtownie odmówiła i nie pozwoliła, od tego czasu chodzić Jeanette do ich sklepu. Później Jeanette podsłuchała, jak jej matka skarżyła się pastorowi, że te dwie kobiety zajmują się „nienaturalnymi namiętnościami". Jeannette wtedy nie rozumiała, co to oznaczało. Myślała, że ma to związek z batonikami.
                    Jeanette nie chodziła do szkoły, bo matka twierdziła, że jest to jedna wielka wylęgarnia zła. Dziewczynka nie miała pojęcia, co to oznacza, ale wiedziała, że jest to coś niedobrego, jak „nienaturalne namiętności”. Myślała o tym wszystkim w ubikacji. Wychodek znajdował się na zewnątrz i było to jedyne miejsce, do którego można było pójść samemu. Aż tu pewnego ranka, kiedy wstały wcześnie, by posłuchać radia, do skrzynki na listy wpadła gruba koperta. Matka pomyślała, że to list z podziękowaniami od tych, którzy wzięli udział w Krucjacie Uzdrawiania Chorych. Okazało się, że jest to urzędowe pismo, które informuje, że Jeanette musi uczęszczać do szkoły. Kiedy Jeanette straciła słuch i trafiła na operację do szpitala matka jej nie odwiedzała, ponieważ miała ważne obowiązki w kościele. Zamiast tego zostawiła Jeanette w szpitalu z dużą torebką pomarańczy.
                     Matka za cel swojego życia obrała sobie walkę z grzesznikami, konkretnie z sąsiadami, których nazywa „najbliższe drzwi”. Dorośli wysyłają Jeanette na lody, żeby nie słyszała bezbożnych dźwięków sąsiadów. Jeanette nie wie, co oznacza słowo rozpusta ani dlaczego jest tak głośno za ścianą, ale wie, że jest to grzech śmiertelny. Po powrocie Jeanette widzi, jak jej matka z innymi kobietami śpiewają hymn na rzecz „najbliższych drzwi”. Sąsiedzi reagują uderzając w ściany i rury. Ich niezadowolenie tak bardzo podoba się matce, że kobiety zaczęły śpiewać drugi werset jeszcze głośniej. Młody sąsiad wyskoczył prawie nago na podwórko, aby je uspokoić, ale matka Jeanette odpowiedziała radośnie karcąc go cytatami z pisma świętego.
                  Jeanette ma sny o związkach między kobietami i mężczyznami.  Zastanawia się nad bajką „Piękna i Bestia" i rozważa, czy wszyscy mężczyźni stają się książętami w noc poślubną, jak w tej bajce. Jednak zamiast chłopaka „swojego życia” Jeanette spotyka Melanie, w której się zakochuje. Od tej pory dziewczyny wszystko robiły razem, nawet Jeanette zostawała u niej na noc. Matka nie robiła żadnych uwag, ponieważ bała się, że chłopcy mogliby posunąć się za daleko w relacjach koleżeńskich, co mogłoby zaowocować niechcianą ciążą i piekielnym potępieniem. Mimo tego dziewczyny i tak zakosztowały „zakazanego owocu” pieszcząc się wieczorami do utraty przytomności.
                  Pewnej niedzieli Jeanette i jej matka poszły do kościoła. Na początku wszystko wydawało się normalne i przewidywalne. Od czasu do czasu matka posyłała jej piorunujące spojrzenie. W kościele śpiewano już pierwszy hymn. Dziewczyna usiadła obok panny Jewsbury, która szeptem powiedziała jej, by była spokojna. Jeanette doszła do wniosku, że musiała zwariować. Kościół był nabity jak zwykle i za każdym razem, gdy napotkała czyjś wzrok, ludzie uśmiechali się do niej lub kiwali głowami. Kiedy hymn dobiegł końca, dziewczyna przesunęła się bliżej Melanie i pomyślała, że ta dziewczyna jest darem od Boga. Była nadal głęboko pogrążona w tych rozmyślaniach, kiedy dotarło do niej, że dzieje się coś niepokojącego. Kościół ucichł, a pastor stał na mównicy z jej matką u boku. Łkała. Dziewczyna poczuła kłujący ból palców; to pierścionek Melanie. Panna Jewsbury ponagliła ją, by wstała, powtarzając: „Tylko spokojnie, tylko spokojnie”, i wystąpiła do przodu razem z Melanie. Rzuciła jej spojrzenie. Była blada. „Te oto Boże dzieci- zaczął pastor- wpadły w sidła Szatana. Te oto Boże dzieci padły ofiarą swych chuci. Te oto dzieci pełne są demona”. Po tych słowach zaczęto odprawiać egzorcyzmy, które były kontynuowane jeszcze kilka dni po niedzielnym nabożeństwie. 
             Kiedy egzorcyzmy nie pomogły matka chciała, żeby Jeanette się wyprowadziła z domu, i miała w tym poparcie pastora i większości członków ich religijnej kongregacji.  Twierdziła, że córka sprowadziła na nią nieszczęście, sprowadziła nieszczęście na dom oraz na Kościół. Tym razem nie było odwrotu. Wszystko wynikało z tego, że nie kochała odpowiednich ludzi. Odpowiednich pod każdym względem, z wyjątkiem tego jednego; miłość do innej kobiety jest grzechem. Jeanette nie miała wówczas zielonego pojęcia o orientacjach seksualnych, ale wiedziała, że homoseksualista ma mniej wspólnego z kobietą niż nosorożec. Istnieją przeróżne spostrzeżenia znaczeniowe, ale jakby na to nie popatrzeć, mężczyzna pozostaje mężczyzną. Jej matka zawsze była dla niej źródłem problemów, ponieważ była i religijnie „oświecona”, i reakcyjna jednocześnie. Nie wierzyła w Determinizm i Odrzucenie, wierzyła, że ludzie kształtują siebie samych zgodnie z własną wolą. Każdy może być zbawiony, każdy też może wpaść w szatańskie sidła, jest to jego wybór. Dziewczyna po egzorcyzmach usiłowała zastąpić swój świat innym. Wiedziała, że jej pogmatwana osobowość to nie ona, lecz jej matka.
                        „Mackintosh”[2] to brytyjskie słowo oznaczające płaszcz przeciwdeszczowy. Matka Jeanette kupuje jej taki płaszcz po tym, jak Jeanette przypadkowo go rozerwała. Ten płaszcz przeciwdeszczowy był zbyt duży i miał różowy kolor. Jeanette bardzo go nie znosiła. Ten płaszcz przeciwdeszczowy symbolizował „ostateczną próbę” matki Jeanette, by zmusić ją do czegoś, czym nie jest. Jego różowy kolor sugeruje kobiecość lub dziewczęcość, którą matka Jeanette chce zachować w swojej córce. Kiedy matka ubiera ją w ten płaszcz, Jeanette myśli o „Człowieku w żelaznej masce”. Główny bohater tej historii był zamknięty w więzieniu z maską na twarzy przez wiele lat. Dla Jeanette ten różowy płaszcz przeciwdeszczowy symbolizuje maskę ideologiczną, którą próbuje założyć jej matka; wymaga, aby Jeanette stała się heteroseksualna i podążała za jej fanatycznym myśleniem. Gdy Jeanette wychodzi ze sklepu, czuje mdłości z powodu płaszcza przeciwdeszczowego. Jej fizyczne cierpienie pojawia się, ponieważ Jeanette wie na poziomie nieświadomości, jak mało pasuje do tego, kim naprawdę jest. Jak na ironię, to choroba Jeanette zmusiła ją, aby rozejrzała się po rynku, wtedy zobaczyła Melanie, jej pierwszą miłość. Ta sytuacja pokazywała, że Jeanette była w stanie zajrzeć przez swoją „żelazną maskę różowego płaszcza przeciwdeszczowego”, aby się wyzwolić. Ostateczna próba jej matki „symbolicznego uwięzienia” córki przestała działać.  
                   Jeanette próbuje zrozumieć otaczający ją świat i często jej się to nie udaje, bo świat poza gminą wyznaniową nie jest tłumaczony przy pomocy Biblii. Życie w tych specyficznych warunkach religijnych i ciągła jej obecność w każdej chwili życia wyobcowywała ją od rówieśników i przyprawiała o ból głowy nauczycieli. Jeanette czuła się dobrze w religijnej enklawie, tu czuła się bezpiecznie, tu miała swoich przyjaciół i tu zawsze znajdowała odpowiedź na nurtujące ją pytania. Nawet, gdy zaczęła się interesować innymi dziewczynkami i eksperymentować z seksualnością nie zdawała sobie sprawy z tego, że to, co robi jest wielkim grzechem w oczach matki, Kościoła i współwyznawców. Jeanette porzuca kościół i dom, zamieszkała u znajomej, pomagając jej w kaplicy kościelnej przy pogrzebach. W końcu udaje się na studia i żyje wolnym życiem nie zapominając jednak o swoich rodzicach i środowisku, z którego się wywodzi.




[1] Lobotomia
Zabieg neurochirurgiczny polegający na przecięciu włókien nerwowych łączących czołowe płaty mózgowe ze strukturami międzymózgowia. Dawniej jedna z metod leczenia chorych na schizofrenię lub inne poważne zaburzenia psychiczne.
 

[2] Mackintosh -prochowiec; rodzaj materiału nieprzemakalnego.