05 lipca 2025

Dublińczycy

 

„Dublińczycy”

James Joyce

Autor/ Irlandzki pisarz tworzący w języku angielskim, jeden z najwybitniejszych autorów XX wieku. Urodził się w katolickiej rodzinie Johna Stanislausa Joyce’a i Mary Jane Joyce w Rathgar, dzielnicy Dublina. Był najstarszym z dziesięciorga rodzeństwa, z których dwoje zmarło na tyfus. Rodzina Joyce’a, poza krótkim okresem dobrobytu, żyła w nędzy. Rodzice posłali Jamesa do szkoły jezuickiej Clongowes Wood College. Joyce miewał lęki już od czasów młodości. Lęk przed psami spowodowany był atakiem jednego z tych czworonogów. Miał również lęki przed burzami z piorunami i przed morzem. W pewnym okresie zaczął bać się wiary. Życie zakończył w Zurychu, gdzie – jak mówiono – „zmarł pijany, ślepy i bez grosza”. Wiele źródeł podaje, że był chory na syfilis i być może to, mimo leczenia, wyniszczyło mu organizm. Zmarł na zapalenie otrzewnej o drugiej rano, 13 stycznia 1941 roku, przed utratą świadomości mówiąc „Czy nikt nie rozumie?”. Zwłoki skremowano na Fluntern Cemetery.

Tłumaczenie/ Zbigniew Batko

Tytuł oryginału/ en-ie Dubliners

Tematyka/ Dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni Joy­ce zało­żył sobie, że za pomo­cą drobnych form lite­rac­kich spor­tre­tu­je miesz­kań­ców Dubli­na – wte­dy jesz­cze pro­win­cji na rubie­żach impe­rium. Wymy­ślił sobie meto­dę, któ­rą nazwał scru­pu­lo­us mean­ness, co mia­ło ozna­czać opis dro­bia­zgo­wy, oszczęd­ny w środ­kach, ale pod­szy­ty zło­śli­wo­ścią. Nic zatem dziw­ne­go, że zna­ko­mi­ta więk­szość boha­te­rów „Dubliń­czy­ków” to ludzie o wąskich hory­zon­tach myślo­wych, ogra­ni­cze­ni przez mar­ne uro­dze­nie i niski sta­tus ekonomiczny. Przede wszystkim po lekturze całości widzimy przemyślaną strukturę wiekową: narratorzy bądź bohaterzy kolejnych opowiadań są coraz starsi. Pierwsze historie śledzimy z punktu widzenia dzieci, dalsze – młodzieńców, a wreszcie – ludzi dojrzałych. Do tego dodajmy duży rozrzut społeczny bohaterów: są wśród nich osoby szanowane; lokalne autorytety; politycy, są zwykli mieszkańcy miasta: klasa średnia i robotnicza; są wreszcie ludzie marginesu: drobne cwaniaczki i oszuści. Taka różnorodność wieku i pozycji bohaterów daje w efekcie ogromnie wiarygodną panoramę życia mieszkańców Dublina.

Główny motyw/ Tematy opowiadań w „Dublińczykach” zdają się niepozorne, np. chłopcy na wagarach; młodzieńcza miłość; przebiegła właścicielka pensjonatu umiejętnie wydająca córkę za mąż; rozczarowany swoim życiem dziennikarz czy przyjęcie u starszych ciotek. Od razu po lekturze można wręcz odnieść wrażenie, że to dość nudne: zwykłe życie zwykłych ludzi. A jednak Joyce nie zawodzi także w wydaniu realistycznym. Z tych niepozornych historii wyłania się niemalże kompletny obraz ludzkich trosk codziennych, nadziei, sposobów na poprawę swego losu (bądź przyczyn niemożności jego przezwyciężenia). A wszystko to osadzone w swoim miejscu i czasie – Dublinie (pars pro toto Irlandii, która szuka u progu XX wieku swego sposobu wyrazu w czasie rozbudzenia uczuć patriotycznych i nadziei na niezależność).  

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Kto by pomyślał, że będzie z niego taki piękny nieboszczyk.”

„Ale prawdziwe przygody, myślałem sobie, nie przydarzają się tym, którzy siedzą w domu: trzeba ich szukać w dalekich krainach.”

„Był, jak stwierdził, wyznawcą znanej zasady, że ciągła praca bez żadnych rozrywek stępia człowieka.”

„Zwykła rozwiązywać wszelkie kwestie moralne z subtelnością tasaka rąbiącego mięso (…).”

„Wierzył w starą, powszechnie znaną prawdę, że małżeństwo to grób wszystkiego.”

„Dopuszczał myśl, że w pewnych okolicznościach byłby zdolny obrabować własny bank, ale ponieważ okoliczności takie nigdy nie zaistniały, jego życie toczyło się bez wstrząsów – niczym wyprana z jakichkolwiek sensacji opowieść.”

„Żadne z nich nie przeżyło nigdy przedtem takiej przygody, toteż nie mieli poczucia niestosowności sytuacji.”

„Dzięki tym dwóm elementom garderoby (cylinder i getry), mawiał, człowiek może zawsze liczyć na to, że będzie zaakceptowany.”

„Linia jego życia nigdy nie była prostą łączącą dwa punkty, toteż czasami musiał dobrze wysilić mózgownicę, żeby na to życie zarobić.”

            Najlepsze wprowadzenie do „Dublińczyków” dał sam Joyce w 1906 roku w liście do wydawcy Granta Richarda. „Moim zamiarem było napisanie rozdziału z dziejów moralności mojego kraju – wyjaśnił – a jako widownię akcji obrałem Dublin, bo miasto to wydawało mi się ośrodkiem upadku. Starałem się ukazać je… w czterech aspektach: w aspekcie dzieciństwa, młodości, dojrzałości i układu społecznego. Kolejność opowiadań ustawiłem według tego porządku. Większość z nich utrzymałem w stylu dokładnie oddającym język potoczny, w przekonaniu, że tylko nader śmiały człowiek mógłby odważyć się na zmianę, a tym bardziej zniekształcenie czegokolwiek, co widział i słyszał.” I rzeczywiście – „Dublińczycy” są przede wszystkim sekwencją kronikarskich, fotograficznie wiernych obrazów i szkiców z życia miasta i jego mieszkańców, szkiców przywodzących na myśl Czechowa, Ibsena, francuskich i niemieckich naturalistów, a zwłaszcza Flauberta, który głównie interesował się tematami zaczerpniętymi z najbardziej niezwykłej, przeciętnej, w gruncie rzeczy nienawistnej mu codzienności mieszczańskiej i dążył – jak już wspomniałem – do przedstawienia jej w sposób beznamiętny, obiektywny, nie zdradzający stanowiska twórcy.

            W większości opowiadań „Dublińczyków” Joyce jest istotnie bezwzględny, bezlitośnie zdziera maski z obywateli ojczystego miasta. Robi to niemal z naukową precyzją, na chłodno, tylko raz po raz angażując się bardziej osobistym, „liryczniem” zabarwionym ujęciem czy komentarzem lub podsuwając czytelnikowi pewne wnioski, przez co pośrednio ujawnia swój punkt widzenia. Po trzech utworach otwierających tom i opowiedzianych w pierwszej osobie, narracja przestaje być czysto osobista, nabiera cech prozy rejestrująco-obiektywnej, rzeczowej, właściwej formie epickiej. Ukazana w ten sposób rzeczywistość zarysowuje się kliniczną ostrością.  Prawie wszyscy ci mieszczanie, komiwojażerowie, młode i stare kobiety, księża, politykierzy, rzekomi patrioci, pijacy, sutenerzy, zboczeńcy, obłąkańcy itp. są dotknięci „paraliżem” – słowo to pojawia się zaraz na pierwszej stronie książki („Ilekroć spojrzałem w okno, powtarzałem sobie po cichu słowo paraliż”).   - Ciążą ku śmierci fizycznej, duchowej lub moralnej, są żywymi trupami, (są) uwikłani w sytuacje, z których nie mają siły się wydobyć, sami nieszczęśliwi, unieszczęśliwiają drugich. Ksiądz James Flynn z opowiadania „Siostry” „miał zmarnowane życie”, po mimowolnym sprofanowaniu cyborium „zaczął szwankować na umyśle”, popadł w zupełne odrętwienie  i oto „leży… w swojej trumnie… z pustym kielichem na piersi.” Farrington z „Do pary”, pijak i bufon, nienawidzi biura, pracy oraz przełożonych i wyładowuje swoją nienawiść na rodzinie, a zwłaszcza na synku. Tytułowa bohaterka opowiadania „Eveline”, 19-letnia dziewczyna, nie może wyruszyć z ukochanym Frankiem w podróż ku szczęściu, zadaje straszny cios jemu i sobie samej, bo więzi ją otoczenie, tyrański ojciec, matczyny nakaz zza grobu, a najbardziej atrofia woli. Odjeżdżający Frank „widzi przed sobą jej białą twarz, zamkniętą, bierną, o spojrzeniu bezradnego zwierzęcia.” Mały Chandler z „Chmurki” wie, że „w Dublinie nic nie zdziała”, marzy o innym życiu, o twórczości i drodze poety, o wielkich miastach za granicą, o których opowiada mu irlandzki emigrant, dziennikarz Gallaher, wybitna osobowość prasy londyńskiej, ale cóż z tego, skoro jest więźniem biura, żony, dziecka, a przede wszystkim swej własnej inercji – „więźniem skazanym na dożywocie.”

            Takim więźniem będzie też Bob Doran z „Pensjonatu” – pod naciskiem spowiednika straszącego „grzechem”, z lęku przed mieszczańską opinią publiczną pozwala zmusić się sprytnej pani Mooney do małżeństwa z niekochaną dziewczyną, jej córką. A kasjer bankowy James Duffy, bohater opowiadania „Godny ubolewania incydent”, oschły moralizator i skostniały pedant, mający „wstręt do wszelkich objawów nieładu czy to fizycznego, czy umysłowego”, cofa się przed gorącym uczuciem mężatki, pani Sinico, i przez to staje się przyczyną jej nieszczęścia i śmierci. „Teraz, kiedy odeszła, zrozumiał, jak puste musiało być jej życie… Jego życie będzie równie samotne i puste aż do dnia, kiedy i on odejdzie, przestanie istnieć, stanie się wspomnieniem – jeśli ktokolwiek zechce go wspominać… Czuł, że jego siła moralna rozpada się w gruzy.” Postacie Joyce’a błąkają się po labiryncie upodlenia lub rezygnacji, zmarnowanych uczuć i szans, nieuleczalnie samotne w złym, głupim, bezsensownym świecie. W tym świecie, w tym zatęchłym światku dublińskim, w którym organizatorzy patriotycznych imprez są nieuczciwymi kombinatorami („Matka”), a byli towarzysze Parnella, obecnie agitatorzy przedwyborczy niegodnego kandydata-knajpiarza, zalewają się jego darmowym piwem i w ten sposób „czczą” pamięć zmarłego przywódcy – żałośni oportuniści, sentymentalnie wspominający chwałę dawnych dni i zdający sobie w głębi duszy sprawę z własnego upadku. Nawet sutener Lenehan z opowiadania „Dwaj dżentelmeni” odczuwa beznadziejną nicość swojej egzystencji, chciałby ją odmienić, lecz nadal będzie uprawiać niecny proceder, bo go nie stać na to, aby z nim zerwać. I chyba nadal będzie pić zrujnowany przez „nowoczesne metody handlu” komiwojażer Kernan z „Łaski bożej”, tak jak nadal będą oszukiwać i wyzyskiwać biedaków lichwiarz Harford i „właściciel trzech lombardów” Michael Grimes, z którymi razem odbywa rekolekcje w kościele Jezuitów.

            Egon Naganowski w swojej książce „Telemach w labiryncie świata” zauważa, że przy rozpatrywaniu autobiograficzności dzieł Joyce’a na ogół za mało bierze się pod uwagę „Dublińczyków”. A przecież autor przedstawił w nich szereg osób ze swego najbliższego otoczenia (np. dziennikarza Gallahera), opisał szereg autentycznych zdarzeń i gra główną rolę w kilku szkicach, właśnie tych najważniejszych ze względu na późniejszą twórczość. Farrington, Henchy (z „Dnia Bluszczu w sztabie wyborczym”) i poniekąd komiwojażer Kernan – to ojciec pisarza, John Stanislaus, ukazany w prawdziwych sytuacjach, do których większość materiału Joyce wziął z wszelkimi szczegółami z dzienników i listów… brata Stanisława. Ten ostatni opowiedział też Jamesowi o swojej znajomości z pewną mężatką, z czego powstał „Godny ubolewania incydent”. Nieszczęsny pan Duffy – to Stanisław w średnim wieku, namalowany przez Joyce’a, gdy brat miał… 18 lat. Ale główne cechy charakteru, choć mocno przejaskrawione, zostały jednak, jak przyznaje sportretowany, trafnie uchwycone. Obaj bracia są bohaterami autobiograficznego „Spotkania”, w którym dwaj chłopcy idą na wagary, lecz nie docierają do upragnionego celu swej wyprawy, bo spotykają starego, nędznie ubranego homoseksualistę, postać godną litości i zarazem niesamowitą. Wreszcie sam Joyce jest chłopcem-narratorem w „Siostrach” i „Arabii” (gdzie znajdujemy wierny opis ponurego domu rodziców) i jest w głównych zarysach Gabrielem ze „Zmarłych”, w których na wigilijnym przyjęciu u panien Morkan występują różni członkowie bliższej i dalszej rodziny autora, a konflikt uczuciowy między młodym, uczącym w szkole pisarzem i jego żoną Grettą ma w dużej mierze autobiograficzne tło.

            W „Zmarłych”, ostatnim, najbardziej sugestywnym i najbardziej rozbudowanym opowiadaniu „Dublińczyków”, Gretta słyszała na przyjęciu pieśń, która przypomina jej zmarłego ukochanego z lat dziewczęcych, Michała Furey; zahipnotyzowana muzyką przeszłości zatraca się w tym wspomnieniu i odsuwa od męża, a ten zrozumiawszy, że żona „przeżyła romans swego życia” z kimś innym, że sam jest „śmieszną figurą”, bezwolnie poddaje się tchnieniu śmierci i przemijania. Niedługo wszyscy umrą, „wszyscy, jeden za drugim, staną się cieniami!”. Jak tamten młody chłopak, ukochany żony, jak ci, którzy już odeszli. Natomiast jeśli chodzi o jednostronność ujęcia dublińsko-irlandzkiej rzeczywistości, to warto zwrócić uwagę, że Joyce-outsider i egocentryk, stroniący jako artysta i człowiek od aktualnych spraw społecznych i politycznych, wskazał jednak właśnie w tej dziedzinie na pewne pozytywne siły, czego dowodem jest opowiadanie „Dzień Bluszczu w sztabie wyborczym”, w którym obok satyry na oportunizm byłych zwolenników „niekoronowanego króla Irlandii” i obok dawnej sympatii dla Parnella dochodzi w słowach reportera Hynesa do głosu dosyć nieoczekiwana u Joyce’a pochwała klasy robotniczej: „Jaka jest różnica między przyzwoitym murarzem a właścicielem knajpy? Nie sądzisz, że robotnik, tak jak każdy inny, ma prawo zostać radnym miasta?”. Zdanie to jest echem przejściowego i swoistego zainteresowania się pisarza socjalizmem, w którym zresztą przede wszystkim można upatrywać czynnik antyklerykalny, mogący się skutecznie przeciwstawić przemożnym wpływom Kościoła i w ogóle wszelkiej tyranii ograniczającej wolność jednostki. W takim kontekście Joyce nazwał siebie nawet „socjalistycznym artystą.” 


            Dublin jest dla Joyce’a duchowym więzieniem i więcej – symbolem duchowego więzienia w ogóle, w którym podzieliłby los Małego Chandlera, gdyby stamtąd nie uciekł. Pierwszą próbę takiej ucieczki widzimy w autobiograficznym „Spotkaniu”, będącym również doskonałym przykładem zmitologizowania i uogólnienia własnych przeżyć autora. Nieudana wyprawa dwóch wagarujących chłopców do zagadkowego „Gołębnika” – „Pigeon House” (popularna nazwa dublińskiej elektrowni!), która chyba symbolizuje wyzwolenie lub szerzej (jak „latarnia morska” w „Do latarni morskiej” Virginii Woolf) – cel wszystkich ludzkich tęsknot, kończy się spotkaniem ze starym homoseksualistą, który przypomina księdza Flynna z opowiadania „Siostry”, będącego symbolem moralnie rozkładającego się, sparaliżowanego i paraliżującego ludzi Kościoła; czy nawet „bezsilnego Boga”, więc znaczenie „Spotkania” staje się jasne. W opowiadaniu „Arabia” mały Stefan gorąco pragnie zwiedzić bazar pod tą egzotyczną nazwą, gdzie ma się odbyć „wspaniała wenta”, lecz kiedy przychodzi na miejsce, przez porównanie niedwuznacznie skojarzone z kościołem, doznaje straszliwego rozczarowania: wenta się skończyła, stoiska się likwidują, światła gasną. Malec wraca do domu, gdzie „poprzedni lokator, ksiądz, umarł w salonie od podwórza”. We wszystkich utworach zebranych w tomie „Dublińczycy” istnieje nie dająca się przekroczyć przepaść między nędzą, więzieniem, cuchnącą rozkładem rzeczywistością a iluzją, marzeniem o nieosiągalnym albo też utraconym raju, do którego tęsknią Mały Chander, Gretta Conroy, Maria z opowiadania „Glina”.

            Przedstawieni bohaterowie w „Dublińczykach” to nędzna banda: pijacy bijący żony, narcyzi, księża hipokryci. Ale Joyce stara się pokazać siły, które uczyniły ich tym, kim są, wymagania, które ich ograniczają, rozczarowania, które osłabiły ich wolę działania. Wierzył, że pokazując nam ludzi tacy jacy są, może pomóc nam zrozumieć siebie, wybaczyć sobie i innym, wyrwać się z naszych utartych schematów trzymania się kurczowo starych przyzwyczajeń i zacząć się zmieniać. Wierzył, że odkupienie jest czymś, co możemy osiągnąć dla siebie. Jeżeli książka jest soczewką, przez którą można zobaczyć świat, to nie możemy uniknąć zniekształceń oglądającego przez nas widoku. Naturalistyczne podejście Joyce'a nie przekształca Dublina i jego mieszkańców w kogoś, kim nie są. Jego szczególne zniekształcenie skupia się na nich i ujmuje prawdę w ludzkim doświadczeniu, a nie w nudnych faktach. Wiele historii sprawiało wrażenie małych fragmentów życia bohaterów, często pozbawionych kontekstu, a w niektórych przypadkach nawet celu. Czytając „Dublińczyków” czułem się tak, jakbym szedł nocą ulicą i zaglądał przez okna, w których nie było zasłon. Joyce pozostawia czytelnikowi miejsce na refleksję nad własnymi doświadczeniami, na zwrócenie uwagi na własne życie oddalone od Dublina o wiele mil i lat.

Sto lat później po napisaniu opowiadań w Dublinie wiele się nie zmieniło. Brytyjczyków już nie ma, Kościół chyli się ku upadkowi, ale miasto nadal jest kontrolowane przez zewnętrznych agentów: firmy technologiczne, fundusze hedgingowe, tajemnicze akronimy z siedzibą w Europie i poza nią. Właściciele ziemscy, celnicy, bankierzy, politycy pozostają głównymi graczami, a spustoszenie gospodarcze, jakie te podmioty poczyniły między sobą, sparaliżowało miasto równie skutecznie, jak ich odpowiednicy sto lat wcześniej. Ale są też pozytywy. Joyce, poliglota, z pewnością zachwyciłby się wielowątkowym gobelinem języków – polskim, kantońskim, joruba, tagalskim – które można dziś usłyszeć na przystanku autobusowym lub w kolejce w supermarkecie. A ponieważ wyjechał z obrzydzeniem i nigdy nie wrócił, z pewnością byłby rozbawiony, widząc, jak on i jego dzieła zakorzeniły się w prawie każdym elemencie życia Dublina. To, że w dzisiejszych czasach cytują go nawet politycy, to może trochę za dużo, ale myślę, że mógł czerpać przyjemność z niekanonicznych manifestacji, które pojawiają się w całym mieście – kiepskich murali, głęboko zwodniczej nagrody James Joyce Pub Award. W ciągu stulecia przekształcił się z bezbożnego pariasa w artystyczną świętą krowę, w narodową tchotchke[1], coś, co można reklamować turystom jak bluzy z kapturem znanej firmy i szczęśliwe czapki krasnoludków. Ale dla Joyce'a to piractwo, żeby nie powiedzieć okradanie grobów, ma pewien sens. Profanacja sacrum jest tym, o co chodzi w „Dublińczykach”, a rolą sztuki, tak jak on ją widział, jest wzięcie tych codziennych bluźnierstw i uczynienie ich na nowo świętymi. Jeśli Raymond Chandler, amerykański autor opowiadań i powieści kryminalnych, zastosował morderstwo w alejce, Joyce wrzucił geniusz z powrotem na ulicę. Wciąż tam jest, pośród replik, trzymając swoje ładnie wypolerowane lustro przed przesuwającym się tłumem.

            Czym są „Dublińczycy”? To jedno dobre spojrzenie na siebie w swoim ładnie wypolerowanym lustrze. Ta mimesis – skarłowaciałego kolonialnego miasta pogrążonego w alkoholowym odrętwieniu pod brytyjskimi rządami, katolicką teokracją i nieskutecznym nacjonalistycznym oporem. Diagnozując Dublin jako centrum „paraliżu", były student medycyny Joyce zaproponował leczenie go „uczciwością”. Zamiast wygłaszać kazania do słuchaczy jak wiktoriański powieściopisarz, po prostu pokazywał prawdę o rzeczach za pomocą języka naznaczonego tym, co nazywał „skrupulatną podłością.” Fikcyjna epifania nie musi więc koniecznie być jakimś kulminacyjnym urzeczywistnieniem ze strony bohatera opowieści, ale jest raczej kulminacyjnym obrazem opowieści, obrazem, który zbiera w jedno objawienie wszystkie implikacje narracji. Prawie każde opowiadanie w  „Dublińczykach”, może z wyjątkiem ostatniego, jest negatywne: przejaw obrzydzenia, udręki, przemocy, podłości, rozkładu lub śmierci.

Jednak Joyce'owskie połączenie naturalistycznego języka choroby (paraliżu) z wywodzącym się z religii idiomem objawienia (epifanii) tłumaczy dziwny efekt tak wielu z tych historii, w których nieukojona i nieunikniona podłość codziennego życia jest podana z tak promienną jasnością, że paradoksalnie wydaje się tajemnicza, niewysłowiona, niewytłumaczalna. Z tych stron promieniuje estetyczna radość, radość z olśniewającej złożoności sztuki, pomimo jej nędznej tematyki.

           

 

 

 

 



[1] mały, zazwyczaj niedrogi, ozdobny przedmiot, bibelot lub pamiątka. Słowo to pochodzi z języka jidysz i jest używane do określania drobiazgów, takich jak breloczki, figurki, czy inne małe przedmioty dekoracyjne.

04 lipca 2025

Portret artysty w wieku młodzieńczym

 

„Portret artysty w wieku młodzieńczym”

James Joyce


Autor/ Urodzony w 1882 roku w Dublinie, irlandzki prozaik i poeta. Powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych pisarzy europejskiego i światowego modernizmu. Swoje rodzinne miasto uwiecznił nie tylko w „Dublińczykach”, ale również w „Ulissesie”, bodaj najwybitniejszym ze swoich utworów. Opublikował m.in. tomy poetyckie „Chamber Music” (1907) oraz „Pomes Penyeach” (1927), wspomniany zbiór opowiadań pt. „Dublińczycy” (1914), powieść „Portret artysty w wieku młodzieńczym” (1916) oraz „Finneganów tren” (1939), najbardziej kontrowersyjne ze swoich dzieł. Po wyjeździe z Dublina mieszkał także w Trieście i Zurychu, w którym zmarł 13 stycznia 1941 roku.

Tłumaczenie/ Jerzy Jarniewicz

Tytuł oryginału/ en-ie A Portrait of the Artist as a Young Man

Tematyka/ Bohater Joyce’a, wzorowany na samym pisarzu, to dziecko wrażliwe, intelektualnie przewyższające rówieśników, ale fizycznie słabe, co przejawia się w wątłej budowie ciała i słabym wzroku. Fakt, że Stefan jest krótkowidzem, czyni go wrażliwym na dźwięki, zwłaszcza na melodię słów; można nawet powiedzieć, że jego percepcje są wyznaczone przez język, wobec czego bardziej żyje w świecie słów niż rzeczy. Chłopiec ma też bujną wyobraźnię, kompensującą braki percepcyjne, będącą jednak źródłem dodatkowych cierpień. Przebywając w Clongowes Wood College, Stefan dotkliwie odczuwa chłód i szorstkość pościeli w internacie, a także oddalenie od matki. Pobyt u jezuitów jest dla niego ciągłą tęsknotą za wakacjami, które spędzi w domu. Z chwilą zaś, gdy czas wolny dobiega końca, chłopiec traci apetyt; nie smakują mu nawet ulubione zrazy baranie.

Główny motyw/ Utwór Joyce’a ma cechy wspólne z cyklem powieściowym Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”, ukazującym dojrzewanie artysty; o ile jednak Proust akcentuje rozwój wewnętrzny pisarza, o tyle Joyce’a interesują zmagania przyszłego artysty ze szkołą. Dzięki temu poznajemy zarówno rozterki bohatera, jak i system, który go ukształtował. Powieść składa się z pięciu rozdziałów, ukazujących kolejne etapy dojrzewania artysty. Rozdział I opisuje dzieciństwo, przy czym głównym wydarzeniem jest wyjazd do szkoły. Rozdział II jest opisem fizycznego i intelektualnego dojrzewania Stefana. Chłopiec przeżywa pierwsze doznania seksualne, które są zarazem tajemnicze i grzeszne. Tematem rozdziału III są rekolekcje, głoszone przez ojca Arnalla w dniu św. Franciszka Ksawerego. Przypadają one w życiu Stefana na okres świadomości własnego upadku, kiedy młodzieniec traci nadzieję na zbawienie. Rozdział IV ukazuje duchowy przełom bohatera. Skupiony na modlitwie Stefan wierzy, że odzyskał łaskę Boga. Rozdział V ukazuje w pełni ukształtowanego młodzieńca, który obrał sztukę za treść życia. Decyzja ta wiąże się z porzuceniem religii oraz zerwaniem więzi rodzinnych i narodowych.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Czuł, że robi mu się niedobrze w sercu, jeśli w sercu w ogóle może być komukolwiek niedobrze.”

„Chodzimy do domu Bożego w pokorze, żeby modlić się do Stwórcy – powiedział pan Casey – a nie po to, by wysłuchiwać deklaracji wyborczych.”

„Jesteśmy nieszczęsnym narodem na księżym postronku, zawsze tak było i zawsze tak będzie aż po koniec baśni.”

„Nie chciał się bawić. Chciał spotkać w rzeczywistym świecie ten niematerialny wizerunek, który nieustannie widział oczyma duszy.”

„Duszę targały niepokoje i rozpacz, których źródłem było to ponure zjawisko zwane Dublinem.”

„(…) czuł, że świat bezceremonialnie zadaje kłam jego fantazjom.”

„Zszokowany, odkrył w świecie zewnętrznym ślad tego, co dotychczas zdawało mu się prymitywną i jednostkową przypadłością jego umysłu.”

„Myślę, że syn nie może bać się ojca.”

„Czas jest, czas był, lecz czasu nie będzie.”

„Rozmnażanie jest początkiem śmierci.”

„(…) a skoro Chrystus pozwolił dzieciom, by przychodziły do Niego, to czemu Kościół wysyła je wszystkie do piekła, jeśli są nieochrzczone?”

„Każdy osioł, co łazi po ulicach, sądzi, że ma idee.”

            W swojej zewnętrznej warstwie znaczeniowej „Portret artysty w wieku młodzieńczym” Jamesa Joyce’a jest powieścią autobiograficzną. Ukazując zasadnicze fazy rozwoju i buntu bohatera powieści Stefana Dedalusa, znane nam z życia pisarza, autor ze szczególnym mistrzostwem i wnikliwością opisuje świat myśli, wyobrażeń i uczuć małego chłopca, potem zaś gwałtowne burze okresu dojrzewania, wywołane przez zderzenie się młodzieńczego seksualizmu ze specyficzną pobożnością wychowanka jezuickich szkół, upatrzonego przez Ojców na przyszłego księdza lub nawet członka zakonu. Dzieje Stefana, szamocącego się między „natarczywym wołaniem ciała” a przytłaczającym poczuciem grzechu, między jezuicką, jakże zmysłowo-cielesną wizją piekła a egzaltowanym niebem mistycznych uniesień i tęsknot – to studium psychologiczne i psychoanalityczne, którego nie powstydziłby się Zygmunt Freud. W studium tym nie brak niczego: ani autoerotyzmu, ani wypraw do prostytutek, ani masochistycznej samoudręki, ani kompleksów, ani zahamowania popędu, ani jego sublimacji w młodzieńczych wierszach czy w estetycznej kontemplacji widoku obnażonej dziewczyny nad brzegiem morza.

            Egon Naganowski w książce „Telemach w labiryncie świata” napisał, mimo że te i inne konflikty i problemy dojrzewania Stefana, które razem przygotowują i pobudzają jego rewoltę przeciwko uświęconym wartościom, znakomicie tłumaczą się w autobiograficzno-psychologicznym planie powieści, to jednak dopiero wykrycie ich głębszego sensu pozwala odczytać dzieło zgodnie z intencjami autora. Wtedy okaże się, że w „Portrecie artysty w  wieku młodzieńczym” wszystko ma podwójne, często potrójne czy poczwórne znaczenie, że jedna postać mieści w sobie kilka postaci i że materiał autobiograficzny posłużył pisarzowi właściwie tylko do ewokacji starego mitu, który w interpretacji Joyce’a staje się parabolą odwiecznej, a jednocześnie nader współczesnej sytuacji człowieka i artysty w labiryncie świata, rządzonego przez zachłanne autorytety. Słowo „labirynt” kojarzy się oczywiście nie tylko z Ariadną, lecz także z ateńskim budowniczym Dedalem, a Dedal to przecież nazwisko Stefana. Oto klucz do podziemi powieści, której autor dał motto zaczerpnięte z „Metamorfoz” Owidiusza: „Et ignotas animum admittit in artes” („I zwróć umysł ku nieznanym sztukom”).

            Analogie między „Portretem artysty w wieku młodzieńczym” a kreteńskim mitem sięgają najdrobniejszych szczegółów, których dokładne rozpatrzenie zawiodłyby nas jednak za daleko. Skoncentrujemy się wyłącznie na sprawach zasadniczych. W starożytnej legendzie Dedal, emigrant skazany w ojczyźnie na banicję, zbudowawszy na rozkaz króla Minosa gmach labiryntu, więzienie dla groźnego Minotaura, został w nim potem zamknięty za jakieś przewinienie. Co do rodzaju tego przewinienia istnieją najróżniejsze wersje w różnych wariantach mitu. Chodziło albo o zdradzenie planu budowli Ariadnie, by umożliwić jej uratowanie Tezeusza, albo o chęć wyzwolenia się spod władzy króla i ucieczki z Krety, albo wreszcie o skonstruowanie dla żony Minosa, Pazyfae, drewnianej krowy, do której wnętrza królowa wchodziła, by móc niepostrzeżenie cudzołożyć z bykiem. Tę krowę spotykamy zaraz na wstępie w „Portrecie…” pod niewinną, dziecięcą postacią „ryczykrówki”. Ponieważ zaś krowa we wszystkich mitologiach jest symbolem płodności, dla myślącego teologicznymi kategoriami Joyce’a, który nie uznawał naturalnych związków krwi i marzył o duchowym pokrewieństwie z wyboru, kojarzy się ona z pojęciem grzechu pierworodnego, obciążającego Stefana.  Grzech ten, główna skaza, polega na  jego pochodzeniu z fizycznego aktu, co właśnie zamknęło młodego bohatera w labiryncie cielesnych, gwałtownych tłumień żądz, przede wszystkim zaś w labiryncie przemożnych instytucji – rodziny, Kościoła, ojczyzny. W ten sposób labirynt urasta do alegorii losu-więzienia, na które człowiek jest skazany, a starszy kolega szkolny Stefana, Wells, inspektor ojciec Dolan, rodzony ojciec (tj. John Stanislaus) i inne karzące lub nastające na chłopca osoby w powieści są kolejnymi wcieleniami króla Minosa, symbolu obrażonej, często niesprawiedliwej i zawsze brutalnej władzy.

            Labirynt, po którym błąka się bohater Joyce’a przybiera najrozmaitsze, lecz z reguły łatwo rozpoznawalne zewnętrzne rysy. W Clongowes Wood „Stefan wyszedł w szeregu z innymi chłopcami z sali wykładowej i poszli w dół po schodach i przez korytarze do kaplicy. Korytarze były słabo oświetlone, podobnie jak kaplica. Wszystko pogrążało się w  końcu w mroku i śnie… Cały ten mrok jest zimny i niesamowity. Tkwią w nim blade, niesamowite twarze, ślepia wielkie jak latarnie powozowe. Są to duchy morderców…”. Wizja labiryntu i straszących w nim potworów-widziadeł męczy chłopca w gorączkowym, koszmarnym śnie o własnej śmierci i pogrzebie, trumnie i katafalku. Ręka prefekta, która dotyka jego czoła, przypomina mu szczura, wstrętne, oślizłe zwierzę podziemi. A kiedy Stefan został niesłusznie ukarany przez ojca Dolana, chłopiec przemienia się w Tezeusza, samotnie walczącego w zakamarkach labiryntu, i wyrusza na poszukiwanie Minotaura – rektora szkoły.   


            Również nocny Dublin, którego ulicami młody człowiek wędruje do dzielnicy prostytutek, jest miastem-labiryntem: „Błąkał się po ciemnych, zabłoconych ulicach; zaglądał w mrok ciasnych zaułków i bram…”. „Dostał się w labirynt ciasnych i brudnych uliczek” itd. A piekło, którym podczas rekolekcji straszy jezuicki kaznodzieja, piekło odmalowane iście dantejskim pędzlem, „to ciasne, ciemne i smrodliwe więzienie”, też przywodzi na myśl labirynt – najstraszliwszy, bo wieczny. W ponownym lękowym śnie Stefan przeżywa jego okropności, spotyka zaludniające piekło-labirynt poczwary, całe czeredy ohydnych Minotaurów. „Poruszają się powolnymi, kolistymi ruchami, kołując coraz bliżej, by otoczyć, otoczyć… Jak szalony zrzucił z siebie koce, aby oswobodzić twarz i szyję. To jego własne piekło. Pan Bóg pozwolił mu ujrzeć piekło przeznaczone mu za jego grzechy…”. W końcu więc sam Bóg występuje w roli karzącego Minosa i mitologia grecka łączy się z chrześcijańską.

            Cała powieść opiera się zresztą na tej koegzystencji legend, gdyż, zdaniem wielu krytyków literackich, „Portret…” jest nie tylko powtórzeniem historii Dedala, ale również historii św. Stefana męczennika, ukamienowanego przez tłuszczę, oraz historii Chrystusa, ukrzyżowanego przez naród i kapłanów. Warto ponadto zwrócić uwagę na bezpośrednie skojarzenie przez autora dziejów Stefana z dziejami Prometeusza. Zaraz na wstępie „Portretu…” dowiadujemy się, że malec był nieposłuszny wobec autorytetów dziecięcego świata, matki i guwernantki. „Schował się pod stół. Jego matka powiedziała: - O, Stefan chce przepraszać. Dante powiedziała: - O, jeśli tego nie zrobi, przylecą orły i wydziobią mu oczy”. Zamiast o wątrobie z prometejskiego mitu, jest tu więc mowa o innym organie, najbardziej zagrożonym u Stefana-Jamesa (należy nadmienić, że James Joyce cierpiał na poważną wadę wzroku).

            Miejsca, w których toczy się akcja powieści, owe ponure pokoje, kaplice i konfesjonały, owe zaułki, krużganki, korytarze i schody, wiodące do niskich drzwi, do zamkniętych pomieszczeń, chwilami żywo przypominają scenerię z utworów Kafki i podobnie jak i ona symbolizują ograniczoność i koszmar ludzkiego istnienia oraz – z psychoanalitycznego punktu widzenia – labirynt ludzkiej podświadomości, labirynt kompleksów i zahamowań. Główna różnica między autorem „Procesu” a autorem „Portretu…” polega jednak na tym, że Kafka głosząc konieczność walki nie wierzył w możliwość odniesienia zwycięstwa, wyzwolenia się z koszmaru, natomiast Joyce każe swemu bohaterowi nie tylko buntować się, ale wreszcie zerwać pęta. To co nie udaje się postaciom Kafki lub dzisiejszym Tezeuszom, udaje się Stefanowi. Jak mityczny Dedal przeciwstawia się Minosowi, jego kolejnym wcieleniom, jak kreteński Tezeusz stawia czoło Minotaurowi, jak Ulisses wywołuje gniew Posejdona z powodu oślepienia jego synów, jak Ikar wypowiada posłuszeństwo ojcu, jak Prometeusz wykrada boski ogień twórczej inspiracji.

            „Portret artysty w wieku młodzieńczym”, przypowieść-mit o współczesnym Dedalu, o edukacji zbuntowanego człowieka-artysty, uznającego tylko jednego boga – sztukę i tylko jedną zasadę – niezależność twórczego ducha, zapowiada jeszcze wyraźniej i bardziej bezpośrednio niż inna książka „Dublińczycy” wielki mit „Ulissesa”, z którym łączą go rozliczne więzy fabularne, „personalne” i formalne. Jeżeli Stefan w „Ulissesie” okazuje zupełną obojętność do rodziny i mieszka gdzie indziej, jeżeli nie spotyka się ze swym „cielesnym” ojcem i niby Telemach żegluje po dublińskim morzu w poszukiwaniu ojca „prawdziwego”, mistycznego, to przyczyna leży w jego przeżyciach przedstawionych w „Portrecie…”.

   Stefan w „Portrecie artysty w wieku młodzieńczym” jest Dedalem i Ikarem, Tezeuszem i Ulissesem, Prometeuszem i Lucyferem, św. Stefanem i Chrystusem – a więc każdym człowiekiem, który śmiało dąży do wyznaczonego celu, nie zważając na niebezpieczeństwa, cierpienia i prześladowania. Lynch – przyjaciel Stefana ze studiów, grający rolę odwiecznego zdrajcy: Judasza, Jaga, Rosenkrantza i Guildensterna[1] w jednej osobie – jest jego cieniem i antytezą. Naga dziewczyna znad brzegu morza – Wenus Anadyomene, Nauzykaa, Ariadna i muza – to z kolei różne wcielenia kobiecego pierwiastka: inspiratorki młodego, poszukującego swojej drogi poety. Matka Stefana symbolizuje Kościół, ojciec – ojczyznę. Inne postaci pojawiające się w powieści (rozmaite wcielenia króla Minosa i Minotaura) również współtworzą mitologiczny wymiar narracji. W autobiograficzno-realistycznym planie powieści są to postacie mniej lub bardziej zindywidualizowane, lecz poprzez wielość i pomnażalność swoich mityczno-symbolicznych znaczeń zapowiadają pojawienie się Leopolda Blooma – uniwersalnego wędrowca naszej epoki i wszystkich epok, żyjącego w bezczasowym czasie osiemnastu wszechogarniających godzin.

            Bohater Joyce’a, wzorowany na samym pisarzu, to dziecko wrażliwe, intelektualnie przewyższające rówieśników, ale fizycznie słabe, co przejawia się w wątłej budowie ciała i słabym wzroku. Krótkowzroczność Stefana sprawia, że jego zmysły koncentrują się przede wszystkim na dźwiękach, a zwłaszcza na melodiach ukrytych w słowach. Można wręcz odnieść wrażenie, że to język wyznacza granice jego percepcji – chłopiec zdaje się żyć bardziej w świecie słów niż rzeczy. Towarzyszy mu także niezwykle żywa wyobraźnia, która choć rekompensuje ograniczenia zmysłowe, bywa jednocześnie źródłem dodatkowych cierpień i lęków. Podczas pobytu w Clongowes Wood College Stefan szczególnie dotkliwie odczuwa chłód i szorstkość pościeli, samotność internatu i fizyczne oddalenie od matki. Życie wśród jezuitów jawi mu się jako pasmo oczekiwania na wakacje – upragniony powrót do domu. Gdy jednak zbliża się ich koniec, ogarnia go smutek tak głęboki, że traci apetyt.

„Portret…” jest powieścią autobiograficzną, Joyce bowiem, podobnie jak Stefan, w wieku sześciu lat został oddany do szkoły jezuickiej (Clongowes Wood College), gdzie panował surowy rygor. W 1883 roku pisarz trafił do kolegium jezuickiego w Belvedere, gdzie pobierał nauki również jego bohater. Joyce, podobnie jak Stefan, myślał o wstąpieniu do zakonu, ostatecznie jednak podjął studia świeckie w prowadzonym przez jezuitów University College w Dublinie; ukończył je w roku 1902. Przebywając w szkołach jezuickich przez 14 lat, pisarz dobrze poznał realizowany w nich model wychowania. Zrażony do zakonu zerwał z religią, stając się (podobnie jak Stefan) ateistą.

            Powieść składa się z pięciu rozdziałów, ukazujących kolejne etapy dojrzewania artysty. Rozdział I opisuje dzieciństwo, przy czym głównym wydarzeniem jest wyjazd do szkoły. Dom rodzinny oznaczał dla Stefana miłość matki, surowość Dante i bluźniercze opinie ojca na temat Kościoła katolickiego (zwłaszcza irlandzkiego); szkoła z kolei jest miejscem samotności i tęsknoty za domem. Kluczowa dla tego okresu jest wizytacja inspektora Dolana, który niesłusznie ukarał Stefana. Chłopiec, potrącony przez rowerzystę, stłukł okulary; nie mogąc czytać ani pisać, został zwolniony przez nauczyciela z pracy na lekcji. Inspektor uznał jednak, że Stefan to leń zasługujący na karę. Incydent, który przydarzył się też Joyce’owi, ukazuje bezsilność ucznia; kiedy bowiem Stefan złożył skargę u rektora, ten uznał zajście za nieporozumienie i nie podjął żadnych działań. Rozdział II jest opisem fizycznego i intelektualnego dojrzewania Stefana. Chłopiec przeżywa pierwsze doznania seksualne, które są zarazem tajemnicze i grzeszne. Źródłem tej ambiwalencji było potępienie przez jezuitów życia erotycznego; tymczasem pierwszy w życiu akt płciowy (z prostytutką) dał Stefanowi poczucie bezpieczeństwa. Tematem rozdziału III są rekolekcje, głoszone przez ojca Arnalla w dniu św. Franciszka Ksawerego. Przypadają one w życiu Stefana na okres świadomości własnego upadku, kiedy młodzieniec traci nadzieję na zbawienie. Przerażony wizją piekła, kreśloną przez kaznodzieję, wraca na krótko do praktyk religijnych. Rozdział IV ukazuje duchowy przełom bohatera. Skupiony na modlitwie Stefan wierzy, że odzyskał łaskę Boga. Jego pobożność widzą też jezuici, sugerując mu drogę kapłańską; Stefan jednak propozycję odrzuca, odkrywa bowiem, że jego prawdziwym powołaniem jest poezja, co znajduje potwierdzenie w spotkanej na plaży dziewczynie, podobnej do morskiego ptaka i symbolizującej świętość sztuki. Z chwilą dokonanego wyboru Stefan odzyskuje poczucie wolności. Rozdział V ukazuje w pełni ukształtowanego młodzieńca, który obrał sztukę za treść życia. Decyzja ta wiąże się z porzuceniem religii oraz zerwaniem więzi rodzinnych i narodowych; wychowanek jezuitów odmawia służby Bogu, Kościołowi i ojczyźnie. Powtórzenie buntowniczych słów Lucyfera (non serviam) świadczy o tym, że Stefan wszedł na drogę wolności, za jedyne bóstwo uznając piękno. Odmówił nawet prośbie matki, skłaniającej go do wypełnienia praktyk wielkanocnych, nie potrafił bowiem udawać wiary. Stefan zrywa też z Irlandią, postanawiając wyjechać za granicę, co nie wynika z braku troski o kraj, lecz z niechęci do panującego w nim nacjonalizmu. Struktura powieści Joyce’a przypomina greckie tragedie, rozpoczynające się od prologu, ukazującego sytuację wyjściową akcji; w „Portrecie…” rolę tę pełni rozdział pierwszy. Podobnie do tragedii greckiej, składającej się z epizodów (od trzech do pięciu), w powieści kluczowe są trzy dalsze rozdziały (od drugiego do czwartego), ukazujące duchowy przełom Stefana. Ostatni (piąty) rozdział odpowiada exodusowi w tragedii greckiej, rozwiązującemu wszystkie wątki akcji.

            Bohater Joyce’a przechodzi zatem drogę od niewinności dziecka, drżącego przed straszliwym Sędzią, po afirmację życia, której nie tłumią kościelne zakazy. Odraza do ciała, którą czuł w czasie rekolekcji, została pokonana dzięki negacji Boga w imię wolności i sztuki, będącej najpełniejszą ekspresją ludzkiego życia. Znaczy to, że początkowa tresura, polegająca na karach cielesnych i lęku przed piekłem, prowadzi Stefana do zrzucenia krępujących go więzów. Potwierdza to także struktura powieści: na początku widzimy malca, straszonego piekłem przez Dante, na końcu zaś poetę, który zaświaty uznaje za mit – o czym świadczy nawiązanie do autora „Boskiej komedii”. Ewolucja Stefana ukazuje jednak nie tylko narodziny artysty, lecz także system wychowawczy, który go ukształtował.

           

           

           

              

 

 

 



[1] Rozenkranc i Gildenstern – postacie fikcyjne, bohaterowie sztuki Williama Szekspira Hamlet. Szkolni koledzy głównego bohatera i jego, jak sami się określają, najlepsi przyjaciele. Zostali wezwani do Danii przez króla Klaudiusza i królową Gertrudę, żeby uprzyjemnić życie Hamletowi. Mieli oni spędzać z nim czas, rozweselać go i sprawić, by otworzył się przed nimi i zwierzył ze swoich problemów. Przede wszystkim mieli jednak szpiegować młodego księcia i donosić jego stryjowi o wszystkim, co on robi. Hamlet jednak nie daje się oszukać i – domyślając się ich prawdziwych intencji – nie powierza im swoich sekretów.