13 października 2018

Plugawy ptak nocy


„Plugawy ptak nocy”

 

José Donoso


Autor/ (ur. 5 października 1924 w Santiago, zm. 7 grudnia 1996 tamże) – chilijski pisarz, współtwórca boomu na literaturę iberoamerykańską.

Tematyka/ "Plugawy ptak nocy" to niesamowita powieść. Książka, która przenosi nas do innego świata, mimo że jej akcja dzieje się w rzeczywistości nam współczesnej. To książka o śmierci, o brzydocie, o starości, naturalistyczno-turpistyczna w swej wymowie, z bardzo ciekawą narracją, przypominającą strumień świadomości, tak typową dla nurtu literatury iberoamerykańskiej. Pierwsze strony powieści są mało zachęcające - stanowią one opis pogrzebu jednej z pensjonariuszek domu dla starych kobiet. Jednakże stopniowe zagłębianie się w fabułę i przenikanie do świata staruch, Iris, Olbrzyma i Głuszka powoduje, że nie można się oderwać od tej książki. Ponadto fascynujący jest jej język, miejscami wulgarny, odpychający, a innym razem mający w sobie coś z sacrum. I ta baśniowość, ciągłe powracanie do legend, historii, zabobonów, liczne retardacje - to wszystko przesądza o niesamowitym klimacie tego dzieła.

Główny motyw/ Sześć staruch tworzy rodzaj sanhedrynu. Są wtajemniczone w odmienny stan jednej z sierot, Iris. Oczekują na przyjście dziecięcia z dziewicy. Ich powiernikiem jest Głuszek, klucznik domu. Jose Donoso pisze o wiecznej kobiecości, o wiecznym macierzyństwie, o wiecznym potwornieniu świata i odwiecznej tęsknocie do pełni, do przekroczenia granicy własnego ciała, do życia w kilku czasach równocześnie. Autor opisuje nie tylko swoje udręki. Obsesją literatury chilijskiej, argentyńskiej i meksykańskiej jest poszukiwanie owej utraconej ongiś tożsamości. Rozpoznać siebie w muzeum szaleństwa, w galerii mitów, w labiryncie wszelkich możliwości można tylko - to podpowiada nam autor książki „Plugawy ptak nocy” - jeśli zbadamy dziesiątki możliwych wariantów: losu człowieka, bytowania karła, umierania legendy, powstawania rzeczywistości skarlałej ze snów o spełnieniu. Nieludzkiego z ludzkiego. Donoso rozpoczyna powieść obrazami rozpadu i śmierci. Zamyka - sceną unicestwienia, palenia resztek czegoś, co przypomina kształt ludzki. Widzimy śmierć narratora, którego nigdy nie było. Donoso zamyka krąg czasu, krąg, w którym stale przenikają się twarze i maski.

Cytaty z książki charakteryzujący problematykę utworu:

„(…) w tej staruszce było więcej zakamarków niż w całym Domu (…)”.

„(…) złe czasy rodzą paskudne myśli (…)”.

„(…) dzisiejsze dziewczyny to zachodzą [ w ciążę] od samego widoku spodni”.

„Olbrzymia jest siła strachu”.

„Bo dobrze jest płakać i lamentować w czasie pogrzebów, tak jak dobrze jest radować się w czasie narodzin”.

„(…) ludzie mają wiele przeznaczeń (…)”.

„(…) bo cóż można stracić, skoro nie ma się nic godnego czyjejkolwiek zazdrości…”.

„(…) łóżka świadków zawsze są samotne (…)”.

„Ostatecznie w najlepszych rodzinach zdarzają się wariaci, potwory albo degeneraci”.



                 „Plugawy ptak nocy” to dziwna, „pokręcona”, prześladująca czytelnika, nieprzyzwoita książka! To jedna z najtrudniejszych powieści, jakie dotychczas czytałem. Były chwile, kiedy czułem, że mogę się z nią połączyć, ale przez większość czasu miałem wrażenie, że unoszę się w groteskowym koszmarze, z zamurowanymi oknami i drzwiami, nie mogąc znaleźć drogi wyjścia. Jeśli przez przypadek zostałem brutalnie -od nowa- „wrzucony” w rzeczywistość, zmuszało to mnie do całkowitej fascynacji, aby wrócić i sprawić, żeby mój mózg od nowa zmieniał się w „papkę”. Z każdego niemal rozdziału można było usłyszeć, „jak ta książka oddycha”, jak zmieniający się kształt bytu „zawinięty” jest starannie w kilka warstw fantasmagorii.

              W którym momencie powinienem zacząć recenzję o „Plugawym ptaku nocy”? To, czego doświadczyłem od samego początku, było głębokim zamętem. Nie mogłem zrozumieć, kim byli ci ludzie, którzy między sobą prowadzili dialogi, kto był narratorem? Stopniowo, z długopisem i papierem w dłoni, zacząłem wędrować przez tę gęstą i chaotyczną książkową „dżunglę” niedomówień i niejasności.

               Bohaterem książki jest Humberto Peñaloza, który żyje (lub lepiej powiedzieć, chowa się) w Domu Duchowych Ćwiczeń „Zwiastowania” w Chimba, pod prowizoryczną osobowością - El Mudito. Był sekretarzem Jerónimo Azcoitía, senatora, który pochodził z zamożnej, starej rodziny, która założyła Dom. Książka „zamieszkiwana” jest przez całą obsadę postaci, ja wymienię tylko kilka: Inéz Azcoitía, żona Jerónimo; Iris Mateluna, sierota żyjąca w Domu, która w pewnym momencie jest uważana za ciężarną; Peta Ponce, pielęgniarka Iris; Chłopiec- potworny syn. Szczerze mówiąc, to wyliczenie stanowi niesprawiedliwość wobec ogromnej złożoności książki, jest mdłe i bezpłodne, tak jak książka jest bogata i pełna znaczenia. Narrator jest wszechwiedzący, wszechobecny, podszywa się pod niemal każdą postać tej książki, czasami w trakcie tego samego zdania. Punkt widzenia przesuwa się gwałtownie, niczym promień światła odbijający się od szorstkiego kryształu. Po pewnym czasie zacząłem szybciej reagować na zmiany zachodzące w książce, co było wielką ulgą. Książka wydaje się być rzędem pustych domów, opustoszałym miejscem w filmie, w którym pojedynczy szalony dozorca wchodzi do nich przypadkowo i na chwilę napełnia je życiem.

                 Tak jak głos narratora przechodzi od jednej postaci do drugiej w chaotyczny sposób, tak też również osobowości bohaterów podlegają kilku zmianom: w całej książce grają różne role, tak jak w zwielokrotnionym jednoosobowym serialu. Nie jest to radykalna transformacja, jest po prostu postrzegana, jako taka: na przykład Humberto Peñaloza jest z kolei biednym i niejasnym młodym człowiekiem, nieudanym pisarzem, „potworem” poprzez swoją normalność, pośród zdeformowanych ludzi, niemych i głuchych, siódmą starą kobietą pozbawioną seksu, chłopcem, który się kurczy. Postacie zmieniają także swoje cechy - Jerónimo kradnie rany Humberta, podczas gdy tan kradnie potencję Jeronima. Inés Azcoitía naśladuje głosy otaczających ją osób, podszywając się pod nie. Przeszłość i teraźniejszość wydają się współistnieć, tak jakby ręce wiedźmy myliły czas, łamiąc linię i układając segmenty równolegle.

                 Na zarysowany powyżej charakter dzieła decydujący wpływ ma bez wątpienia osoba Głuszka alias Humberto Peñaloza będącego głównym bohaterem i jednocześnie porte parole Donoso. To szaleniec, schizofrenik cierpiący na manię prześladowczą i rozpad osobowości. Jego umysł produkuje dwie rzeczywistości. Jego ojciec był człowiekiem mającym obsesję na punkcie niskiej pozycji rodziny, uwidaczniało się to w zazdrości o tytuł szlachecki i wyższą pozycję. Bycie „kimś” oznaczało dla niego zajęcie znaczącej pozycji w społeczeństwie. Społeczne hierarchie były przez niego mylone z samą egzystencją. W rozmowie z ojcem Humberto mówi: "Przysięgam, że będę kimś”. Jego pragnienie materializuje się w postaci olbrzyma, wielkiej groteskowej maski noszonej przez „anonimowego” mężczyznę. Jest to imponujący i pusty artefakt, ale dzięki temu zyskuje „obecność”. Użycie tej maski nadaje mu definicję, ale z kolei pozbawia go całej indywidualności. Wniosek, który wyłania się z tej „gry” z użyciem maski, jest taki, że widoczność społeczna oznacza wyrzeczenie się swojego „Ja”. Motywy masek, kostiumów i szaleństwa pojawiają się często w całej książce Jose Donoso. Można pokusić się o stwierdzenie, że autor zafascynowany jest transwestytyzmem. Brak pokrewieństwa i statusu społecznego, powoduje, że Peñaloza żyje w desperackim poszukiwaniu widoczności, ale kiedy widoczność jest tylko wynikiem wizji innych, wewnętrzna Jaźń nie istnieje. Jednostka jest zanurzona w rodzaj abstrakcji. W tym kontekście symboliczne zniszczenie maski Gianta oznacza odmowę istnienia, która zależy od sankcyjnego spojrzenia innych.

             W pierwszej części Humberto Peñaloza jest niemym służącym w Domu Ćwiczeń Duchowych „Zwiastowanie” w Chimbie, zamieszkałym głównie przez stare kobiety. W drugim świecie (uprzedzając – chyba ciekawszym) jest niespełnionym pisarzem Humbertem Peñalozą, służącym senatora Hieronima de Azcoiti, zatrudnionym, jako nadzorca w raju wynaturzeńców – miejscu utworzonym przez wyżej wymienionego dla Boya, upragnionego, niemniej potwornego potomka w celu zapewnienia mu odpowiedniej przestrzeni życiowej. W konsekwencji powieść koncentruje się przede wszystkim na problematyce utraty tożsamości, rozpadu osobowości oraz nieświadomej, nieuniknionej deformacji „własnego ja” przez koegzystencję z innymi ludźmi oraz tzw. okoliczności zewnętrzne, zaś cała książka staje się podróżą przez splątany labirynt świadomości, rodzenia się i umierania, w którym wieczne sąsiaduje z chwilowym, a sacrum z profanum. Biologiczna ewolucja, jakiej doświadcza Humberto w swoim halucynacyjnym stanie, odpowiada postępowi, który przenosi go z tradycji do potworności, od akceptacji siebie do przestępstwa. Ta artykulacja ciała i historii w powieści Donoso przywołuje równanie, które Foucault ustanawia między analizą fizjologiczną a analizą historyczną.
                                  
                  Oba wykreowane przez autora-głównego bohatera światy są nie tylko komplementarne wobec rzeczywistości zewnętrznej, lecz odpowiadają sobie nawzajem. Mistrzostwo umiejętności pisarskich Donoso najbardziej uderza właśnie w tym miejscu, na poziomie kreacji dwóch wzajemnie warunkujących się rzeczywistości wewnętrznych i kompozycji, która przy dużych walorach artystycznych wydaje się być zarazem bardzo prawdopodobna psychologicznie. W obu domach, w obu zamkniętych społecznościach zachodzą analogiczne wydarzenia. Bohaterowie nie mają inicjatywy ani decydującej kontroli nad przyszłością swojego życia. Cała inicjatywa przypada na czas przygody i wypadkową zdarzeń: rzeczy dzieją się ludziom wręcz nieprzewidywalnie. Zdarzenia występują w sposób irracjonalny, a zatem może to być jedyne badanie lub antycypacja, magiczna siła natury, wróżbiarstwo, mity i wierzenia. Kryzys tożsamość głównego bohatera najwyraźniej uwidacznia się w akcie seksualnym, w którym uczestniczy w masce, przebrany za kogoś innego. Pożądanie staje się destrukcyjną siły pchającą go do ostatecznego utożsamienia się z kimś innym, założenia maski i metamorficznego bycia nie sobą. Utrata tożsamości ukazywana jest, jako proces następujących kolejno permutacji osobowości, podczas których odautorskie ja ulega coraz głębszej destrukcji. Akt seksualny staje się aktem prokreacji, a powieść tym samym wkracza w odwieczny porządek rodzenia i umierania. W obu przypadkach obserwujemy transformację głównego bohatera w dziecko. Szczególnie szokuje jego przemiana w Rinconadzie: w świecie potworów normalność jest potworna - zdegenerowany Boy staje się centralnym punktem odniesienia i wartościowania, zaś główny bohater potwornieje w oczach własnych i najbliższego otoczenia. W obu przestrzeniach krąg mitu wprowadza legenda o Błogosławionej i jej żółtej suce. Odpowiednikiem tej relacji na planie fabularnym wydaje się być relacją zachodzącą pomiędzy Iris, a starą służącą, wiedźmowatą Petą Ponce. Ona wraz z odpowiadającym jej na tej płaszczyźnie Hieronimem odpowiadają za pojawiającą się w głównym bohaterze manię prześladowczą, który czuje z ich strony permanentnie narastające zagrożenie, aż do całkowitego zaanektowania i rozpadu jego osobowości. Oba światy kończy wreszcie destrukcja (lista analogii jest bardzo duża i niestety jeszcze bardziej skomplikowana). Narracja jest jak groteskowy koszmar z sprzecznościami, skrzyżowaniami tożsamości, mitów... W atmosferze halucynacji potwory i zniedołężniałe istoty poruszają kwestie dekadencji, przetrwania, magii, frustracji, marginalizacji, obsesji, izolacji społecznej, gdy pozory już nie działają. Innym tematem książki jest świat magii, mitów i legend, począwszy od legendy o Błogosławionej Inez i żółtego psa, który wcielił się jej nianię, jest to kontynuacja chilijskiego mitu imbunche dziecko, które od wczesnych miesięcy swego życia blokuje wszystkie otwory ciała.

                        Kiedy fundowano kapelanię, nikomu nie przyszło do głowy, że pewnego dnia może zabraknąć mężczyzny, nosiciela i spadkobiercy rodzinnych praw, bowiem dzieci płci męskiej było- jak stwierdzały akta epoki- dziewięcioro wszyscy pożenili się, i wszyscy mieli wielu synów, wnuków i prawnuków. Jednak od XVIII wieku, niby jakieś przekleństwo, rodziły się u nich przeważnie kobiety, piękne, bogate i pełne cnót, które wychodziły za mąż szybko i dobrze, łącząc ich z całą ówczesną socjetą, ale one to rządziły zgromadzoną wokół „ognia” rodziną, one manewrowały „cienkimi nitkami” oplatając mężczyzn siecią szeptów i półsłówek. Dyskretne kobiety w milczeniu przesuwały się w swoim świecie: szycia, służby, chorób, odwiedzin, kościoła, z oczami spuszczonymi na kolorowe nitki jedwabiu na tamborkach, podczas gdy ostre głosy męskie podnosiły się w dyskusjach o czymś, czego nie rozumiały ani nie chciały rozumieć.

                         Całą książkę przenika legenda o „Błogosławionej Inez”, która w XVIII wieku, jako córka potężnej rodziny z Ameryki Południowej nagle i tajemniczo została zamknięta w klasztorze, specjalnie dla niej zbudowanym na terenie majątku rodzinnego, ponieważ wierzono, że jest albo wiedźmą, albo świętą, albo może jednym i tym samym w tym samym czasie. Niektórzy twierdzili, że widzieli ją pod postacią straszydła ze straszliwą głową z uszami, z nietoperzymi skrzydłami latającą w powietrzu w księżycowe noce; inni natomiast przypomnieli sobie, jak przez swoją pobożność, cudem uratowała klasztor przed zniszczeniem podczas trzęsienia ziemi. Inez miała dziewięciu braci, jednak to ona była jasnością oczu dziedzica. Dziewczynka była roześmiana, o włosach niby dojrzałe zboże, a taka robotna, że w całej okolicy znana była ze swych domowych talentów, tych odwiecznych kobiecych zajęć nauczyła się od pewnej staruszki o pokrytych brodawkami rękach, która była jej piastunką od dziecka, bowiem matka obumarła ją, wydając na świat.  Może z racji przywilejów, z których niańka korzystała dzięki więzom łączącym ją z dziewczynką miejscowi chłopi znaleźli łatwe wytłumaczenie dla tylu nieszczęść i trzeba było na kogoś zrzucić winę, „a złe czasy rodzą paskudne myśli”.  Czy to stajenny powiedział ogrodnikowi, żonie lub siostrzenicy kowala nie ważne, chłopi roznosili plotki o Inez, że wraz z piastunką są wiedźmami. To one były wszystkiemu winne, bo dziewczynka była czarownicą i czarownicą była jej niańka, która prócz niewinnych kobiecych zajęć- jak smażenie konfitur i prowadzenie domu- wtajemniczyła małą w inne sprawy. Z pewnością była opętana, tak jak wszyscy w tej książce. Bracia doszli do wniosku, że przeczekawszy dla zmylenia oczu parę dni należy pozbyć się jakoś piastunki, jeżeli bowiem ktoś jest winien, to ona: ona rzuca na dziewczynkę swój niepewny cień. Zresztą jakież miało znaczenie poświęcenie nieznanej staruchy, jeżeli w ten sposób cała sprawa „wypłynie na czyste wody”? Plotka okazała się prawdą!

                  Legenda o Inez sprawiła, że bohaterowie żyli jej paradoksalną historią. Rzeczywiście, można powiedzieć, że prawdziwym przedmiotem tej książki jest sens życia: nadawanie sensu swojego życia poprzez legendę, kobietom przez mężczyzn, „staruch” przez zużyte przedmioty, biednym przez bogatych, bogatym przez odrzucenie biednych, pamięci przez niezrealizowane pragnienia. Fabuła jest jedną wielką łamigłówką z wszystkim, od „zielonych wymiocin” do romansu, od magii po morderstwo, często dziwaczne, ale zawsze - bo Donoso jest opętany zadziwiająco zwinną wyobraźnią - zainwestowaną żywą, niemal taneczną rzeczywistością. Nawet sama sceneria to rodzaj labiryntu w labiryncie.

               Nie było tajemnicą, że wielu młodych niemających ani stosunków, ani pieniędzy, ani rodziny, ani prezencji, młodych o pochodzeniu nijakim, groteskowych nazwiskach chciało za wszelka cenę przeskoczyć barierę klasową i stać się kimś innym, wymykając się z kręgów ludzi „bez twarzy”. Świat tych innych, tych, którzy byli kimś, ludzi z natury rzeczy znanych, zachowywał dla nich magiczne proporcje, niebywały wydźwięk. Takim człowiekiem był właśnie Humberto Peñaloza, który już, jako mały chłopiec chciał być tym „kimś”. Pewnego ranka, kiedy ojciec prowadził go za rękę prze centrum miasta, pokazał mu bogatego, dystyngowanego człowieka, tym człowiekiem był Hieronim ojciec Iris. Chłopiec przysiągł sobie, że kiedyś połączy się z tą rodziną. Po latach, kiedy Humberto pracował dla Domu Duchowych Ćwiczeń „Zwiastowania”, w którym przebywała niepełnosprawna Iris, wsunął na swoją głowę maskę przypominającą wielką głowę, przepchnął ją do muru, padli na murawę… Iris zaszła w ciążę.

            Humberto Peñaloza całe życie był pogrążony w obserwacji tej nieprzekraczalnej bariery, która odgradzała go od możliwości bycia kimś. Podniecony tymi wszystkimi tęsknotami, które choć na chwilę miały zostać zaspokojone, gdy dostał to „szlacheckie przebranie”, ten nowy „strój” miał otworzyć mu okno na nieznane „pejzaże”, wśród których wszystko mogło się przydarzyć. Ciąża Iris, choć poczęta w sposób naturalny dla starych kobiet z Domu Duchowych Ćwiczeń „Zwiastowania” była niepokalanym poczęciem.

            Co zaszło w rzeczywistości? Pod koniec osiemnastego wieku bogaty właściciel ziemski baskijskiego pochodzenia, ojciec dziewięciu synów i córki jedynaczki, opuszcza swoje majętności na południe od rzeki Maule, aby zamknąć córkę w klasztorze, równocześnie fundując kapelanię związaną z rodziną Azcoitia. Oto historia, ale, dla jakich przyczyn ojciec uwielbiający swą córkę, wdowiec, niemłody już, zamykałby jedynaczkę na zawsze w klasztornych murach? Dlaczego usiłuje karać ją, jako czarownicę, skoro czarownice nie istnieją, tak jak nie istnieją inne demony? Czy po to ukarał niańkę, aby lud nadal wierzył w te opowieści, w te maski strachu? Po co budować specjalny Dom i zamykać w nim dziewczynkę, jeżeli jest prawdą, że nawiedziły ją mistyczne ekstazy i był w niej materiał na błogosławioną, która mogła i powinna świecić przykładem?

             Inez de Azcoitia nie była ani czarownicą, ani świętą. Wszystko to jest o wiele prostsze. Dorastająca dziewczynka, zamknięta na zapadłej wsi osiemnastego wieku, do której może wiodły ścieżki, ale na pewno nie trakty, samotna na tej dziewiczej ziemi zaludnionej tylko przez zwierzęta i awanturników, zakochała się w jakimś młodzieńcu, może delikatniejszym, może piękniejszym, może po prostu czyściejszym niż jej bracia i ojciec. Kryta przez starą, w jej przypadkowej roli stręczycielki, niezdolnej ukochanemu dziecku niczego zabronić, miała romans z chłopcem, którego niańka jej przyprowadziła, może był to sąsiad, może jakiś chłopak z fermy, może koniuszy, to nie ma znaczenia. Czy to nie poród córki zakryło szerokie ojcowskie ponczo, przysłaniając zbyt szerokie otwarte drzwi rzeczywistości. Czy nie zwrócił on umyślnie furii swych podwładnych przeciw starej, by wykończyli ją, jedynego świadka całej tajemnicy? Czyż nie, dlatego wyrwał swą córkę z życia, by zamknięta w tym Domu odpokutowała ów zwykły grzech, rodząc legendę zamiast odkryć prawdę? A tak ojciec okrył legendą córkę, fundując kapelanię; nie ma „plamy”; nie ma syna; i nigdy go nie było i nigdy go nie będzie. A skoro Inez nie ma syna, jest rzeczą jasną, że nie ma i ojca ani żadnej zemsty nad tym ojcem. Kompletne milczenie kacyka, który nie powierzył sekretu nawet własnym synom, bo nie zrozumieliby zemsty utkanej tak cienko, polegającej po prostu na zaprzeczeniu istnienia, unicestwienia owego nieszczęsnego, nieśmiałego ojca, który uciekł, zanim go tych dziewięciu „dzikusów” zabiło; ale oni go nie zabili, bo go nie gonili, bo go nie było. Inez wstępuje do klasztoru, jest cnotliwa i czysta, nic, absolutnie nic się nie stało… Kacyk pozbył się wnuka, podrzucając go do domu jakiegoś chłopa, w której ze swych daleko położonych posiadłości, gdy ją mijali w czasie podróży do stolicy.

                   Realizm magiczny stał się etykietką, która na stałe przylgnęła do literatury latynoamerykańskiej. Była w tym określeniu intrygująca - nomen omen - magia, która zwracała na nie uwagę i czyniła zeń znakomite narzędzie marketingowe. Pisarze z Ameryki Południowej posługiwali się jednak tą nazwą niechętnie albo wcale. Na przykład wspomniany Jose Donoso, autor jednej z najważniejszych powieści latynoskiej eksplozji, "Plugawy ptak nocy", pisząc w 1971 r. książkę eseistyczną "Moja osobista historia boomu" nie użył go ani razu. Autorzy latynoscy zdawali sobie sprawę z tego, jak różna jest ich twórczość i że tylko słowo boom opisuje siłę, z jaką wdarli się na światowe salony literackie.  Dzisiaj Jose Donoso jest pisarzem zapomnianym, jak wiele innych gwiazd tamtych lat. Myślenie magiczne za sprawą popularności New Age upowszechniło się i nie jest ciekawostką literacką. Rozmaite nacje powielały pomysły Latynosów, a gdy coś jest powielane masowo, to najczęściej komercjalizuje się i trywializuje. Podczas siedmiu lat, które Donoso poświęcił na napisanie powieści, jego sytuacja psychiczna odpowiadała stanom, jakie przechodzi główny bohater. Autor doświadczał paranoi, halucynacji, rozdwojenia jaźni, co doprowadziło go do targnięcia się na własne życie. „Plugawy ptak nocy” jest powieścią o metamorfozie w różnych punktach widzenia od scenarzysty, który gromadzi w sobie swoje postacie, świat własny, deliryczny, barokowy, chaotyczny, prowadzący zarówno do czarnych obrazów Goi, jak i do refleksji myśli schizofrenicznej w mrocznej i brudnej atmosferze życia ludzkiego.

07 października 2018

Wszystko rozpada się / Świat się rozpada


„Wszystko rozpada się”

(„Świat się rozpada”)


Chinua Achebe



Autor/ właśc. Albert Chinụalụmọgụ Achebe (ur. 16 listopada 1930 w Ogidi, Nigeria, zm. 21 marca 2013 w Bostonie, USA) – nigeryjski pisarz, poeta, krytyk i nauczyciel akademicki. W 2007 nagrodzony The Man Booker International Prize. Pisał w języku angielskim, tematyką jego powieści była Afryka, a zwłaszcza problemy społeczne, polityczne i kulturowe, tuż po odzyskaniu niepodległości. Zwany był „ojcem” nowoczesnej literatury afrykańskiej. Był najczęściej tłumaczonym pisarzem afrykańskim.

Tłumaczenie/ Jolanta Kozak

Tematyka/ Książka opowiada o życiu Okonkwy z plemienia Ibo, przywódcy i lokalnego mistrza zapasów w fikcyjnej nigeryjskiej wiosce Umuofia. Dzieli się na 3 części: pierwsza opisuje jego rodzinę i dotychczasowe życie, zwyczaje i społeczeństwo Ibo, a dwie dalsze mówią o wpływie brytyjskiego kolonializmu i chrześcijańskich misjonarzy na tę społeczność.

Główny motyw/ Nigeria przedkolonialna, ok. roku 1895. Okonkwo chce być silnym mężczyzną, gdyż jego ojciec ma wiele słabości. Okonkwo buduje własne bogactwo, jest odważny i potężny, ma 3 żony, jest jednym z przywódców wioski. Jego problemy zaczynają się, gdy dla pokazania swej męskości zabija przybranego syna, zakładnika z innej wioski. Wkrótce przypadkiem zabija z broni syna najstarszego mężczyzny w wiosce, Ezendu, i zostaje wygnany na 7 lat. W tym czasie w Umuofii pojawiają się biali kolonizatorzy. Po powrocie Okonkwo wchodzi z nimi w konflikt, on i inni przywódcy niszczą kościół chrześcijański, za co są ukarani chłostą. Okonkwo zabija potem białego wysłannika pragnącego zapobiec powstaniu. Wieś nie udziela mu wsparcia zbrojnego. Nie chcąc być sądzony, wiesza się, co jest potępiane wśród Ibo.


Cytaty z książki charakteryzujący problematykę utworu:

„Zawsze powtarzał, że widok ust nieboszczyka przypomina mu, jaką głupotą jest nie najeść się w życiu do syta”.

„Starzy ludzie powiadają, że słońce najpierw świeci na tych, co stoją, a dopiero później na tych, co przed nimi klęczą”.

„Ale Okonkwo działał z zapałem opętańca. Bo też istotnie opętany był lękiem przed godnym pogardy życiem ojca i jego haniebną śmiercią”.

„Wyrocznia powiedziała mu: >Twój zmarły ojciec chce, żebyś mu poświęcił kozę <. A wiecie, co on odpowiedział Wyroczni?. Odpowiedział tak: >Zapytaj się mojego zmarłego ojca, czy za życia miał na własność, chociaż kurę <”.

„(…) bo jak to powiadają: starej kobiecie zawsze nieswojo, jak słyszy przysłowie o suchych kościach”.

„Ale co w jednym miejscu jest dobre, to w innym jest złe”.



               „Wszystko rozpada się” lub w innym tłumaczeniu „Świat się rozpada” to pierwsza i najsłynniejsza powieść Chinui Achebe, napisana w reakcji na mało przychylny obraz Afrykańczyków, prezentowany w kanonicznych angielskich tekstach, takich, jak „Jądro ciemności” Josepha Conrada czy „Mister Johnson” Joyce’a Cary’ego. Sprzedano ponad 8 milionów egzemplarzy tej książki i przełożono ją na ponad 30 języków. Opowiada o historycznej tragedii, jaką było przybycie Brytyjczyków do ziemi Igbo we wschodniej Nigerii. W pierwszej części autor prezentuje złożoną i dynamiczną lokalną kulturę i religię, dziewiczą i nieskażoną przez cywilizację europejską. Część druga opisuje zmiany społeczne spowodowane przez pierwszych osadników i chrześcijańskich misjonarzy. Część ostatnia koncentruje się na problemie milczenia Afryki, będącym bezpośrednią konsekwencją brytyjskich rządów kolonialnych. Na tym tle opowiedziane zostają losy głównego bohatera, Okonkwo. „Wszystko rozpada się” to powieść antykolonialna. Znaleźć tu można liczne przykłady milczenia Afrykanów lub ich nieobecności, ukazanych, jako kontrast dla angielskiej obecności i wymowności. Jednak pomimo tych aktów uciszenia, dzieło to wskazuje inny kierunek: protestując przeciwko kolonializmowi, czci radosną hałaśliwość nieskolonizowanego świata ludu Igbo. Kultura Igbo to kultura mówiona- pełno tu obrzędów, przysłów, przypowieści, dyskusji, plotek i rozmów, nad którymi górują wszechobecne zachodnioafrykańskie „mówiące bębny”.

                  Autor uważał, że zadanie pisarza zależy od stanu, w jakim znajduje się jego kraj, i tylko, jeśli jego ludzie mają się dobrze, może pozwolić sobie na większą swobodę. Sam Achebe nigdy nie skorzystał z takiego przywileju. Jego debiutancka powieść "Wszystko rozpada się" ukazała się w 1958 r. w brytyjskiej oficynie Williama Heinemanna i natychmiast została uznana za pierwszą prawdziwą powieść afrykańską. Na czym polegała jej prawdziwość? Nigdy wcześniej do świadomości zachodniego czytelnika nie przebił się obraz Afryki stworzony przez mieszkańca tej ziemi. Zachód oglądał ten kontynent -żyjących na nim ludzi, ich języki i obyczaje - własnymi oczami. Łatwo się domyślić, że była to perspektywa uwzględniająca tylko jeden- imperialny- punkt widzenia. Achebe zrozumiał, że walka z kolonializmem będzie skuteczna tylko wtedy, gdy uda się rozmontować fundamenty zachodniego sposobu myślenia. Nie wystarczą interwencje międzynarodowych organizacji niosących pomoc, nie wystarczy zaangażowanie polityczne postępowych rządów. Trzeba zmienić świadomość ludzi, a najlepszym środkiem do tego celu jest literatura.

                Bohater książki „Wszystko rozpada się” Okonkwo był szeroko znany w dziewięciu wioskach, a nawet dalej. Sławę zawdzięczał solidnym osobistym osiągnięciom. Jako osiemnastoletni młodzieniec okrył chwałą rodzinną wioskę, powalając Amalinzego „Kota”. Amalinze był wielkim zapaśnikiem, przez siedem lat niepokonanym przez nikogo od Umuofii po Mbaino. Nosił przydomek „Kot”, ponieważ jego grzbiet nigdy nie dotknął ziemi. Tego właśnie człowieka Okonkwo obalił w walce, o której starzy ludzie zgodnie mówili, że była najzajadlejszą od czasu, gdy założyciel ich osady zmagał się z duchem puszczy przez siedem dni i siedem nocy. To było przed wielu laty, dwudziestu albo i więcej, a od tamtego czasu sława Okonkwo rozprzestrzeniała się jak pożar buszu. Okonkwo był wysoki i potężny, a krzaczaste brwi i szeroki nos nadawały mu bardzo srogi wygląd. Miał ciężki oddech; powiadano, że gdy spał, jego żony i dzieci w chatach obejścia słyszały, jak sapie. Kiedy szedł, ledwo muskał ziemię stopami- wyglądał, jakby stąpał na sprężynach, jakby miał zaraz rzucić się na ofiarę. I bywało, dość często, że rzucał się na innych. Lekko się jąkał, więc kiedy wpadał w złość i nie mógł się wysłowić, używał pięści. Nie miał cierpliwości do nieudaczników. Nie miał cierpliwości do swojego ojca.

                 Unoka, bo tak miał na imię ojciec Okonkwo, umarł przed dziesięciu laty. Za życia był leniwy, niezaradny i całkiem niezdolny do myślenia o jutrze. Gdy trafiły mu się jakieś pieniądze, co zdarzało się rzadko, zaraz kupował tykwy wina palmowego, skrzykiwał sąsiadów i urządzał zabawę. Zawsze powtarzał, „że widok ust nieboszczyka przypomina mu, jaką głupotą jest nie najeść się w życiu do syta”. Unoka był, rzecz jasna, zadłużony, każdemu sąsiadowi winien był pieniądze. Unoka był biedny, a jego żona i dzieci ledwo miały, co jeść. Ludzie wyśmiewali się z niego, że jest obibokiem, i zarzekali się, że nie pożyczą mu ani kauri, bo nigdy nie oddaje. Ale Unoka jakoś zawsze umiał jeszcze raz pożyczyć i powiększyć swoje długi. Unoka zmarł, nie przyjąwszy w życiu żadnego tytułu, w dodatku ciężko zadłużony. Czy można się, więc dziwić, że syn, Okonkwo, wstydził się ojca? Całe szczęście, że jego lud zwykł oceniać mężczyznę wedle wartości własnej, a nie wartości ojca. Po Okonkwo widać było, że jest stworzony do wielkich rzeczy. Był jeszcze młody, a już zdobył sławę wielkiego zapaśnika w dziewięciu wioskach. Jako zamożny rolnik, miał dwie spiżarnie pełne jamsów i właśnie poślubił trzecią żonę. W dodatku szczycił się dwoma tytułami i opinią nadzwyczajnej waleczności w dwóch wojnach plemiennych. Tak, więc, choć młody, Okonkwo już stał się jednym z najważniejszym ludzi swoich czasów. Wśród jego ludu szanowano, co prawda, wiek, ale czczono osiągnięcia. Jak to mawiali starzy: „dziecko, które samo umyło ręce, może jeść z królami”. Okonkwo od dawna „sam mył ręce”, dlatego jadł z królami i ze starszyzną. Z tego też powodu dostał pod opiekę młodego skazańca, poświęconego wiosce Umuofia przez jej sąsiadów dla uniknięcia wojny i rozlewu krwi. Nieszczęsny młodzik zwał się Ikemefuna.

                 Okonkwo rządził w domu twardą ręką. Jego żony, szczególnie najmłodsza, żyły w ustawicznym lęku przed ognistym temperamentem głowy rodziny, tak samo zresztą ich małe dzieci. Możliwe, że w głębi duszy Okonkwo nie był okrutnikiem. Ale całe jego życie zdominował lęk, lęk przed porażką i słabością. Ten lęk był w nim głębiej zakorzeniony niż lęk przed złymi i kapryśnymi bogami, przed magią, przed puszczą, przed siłami przyrody, złowieszczymi, o czerwonych zębiskach i szponach. Lęk Okonkwo był większy niż te wszystkie lęki. Nie pochodził z zewnątrz, lecz wypływał z jego wnętrza. Był to lęk przed samym sobą obawa, aby się nie okazać podobnym do ojca. Już, jako mały chłopiec Okonkwo brzydził się ojcowskim nieudacznictwem i słabością, wciąż pamiętał, jak bardzo go zabolało, gdy towarzysz zabawy powiedział o jego ojcu: „agbala”. Właśnie w ten sposób Okonkwo dowiedział się, że „agbala” to nie tylko inna nazwa kobiety, ale epitet dla mężczyzny, który nie pozyskał żadnych tytułów. Dlatego Okonkwo oddał się władzy jednej pasji: nienawidzić wszystkiego, co jego ojciec, Unoka, kochał. Jedną z takich rzeczy była łagodność, inną- bezczynność. Przy takim ojcu jak Unoka Okonkwo nie miał takiego startu w życiu, jak wielu innych młodych mężczyzn. Nie odziedziczył ani spiżarni, ani nawet młodej żony. Jednak pomimo tych niedogodności, jeszcze za życia ojca zaczął kłaść podwaliny pod swoją dostatnią przyszłość. Odbywało się to powoli i z wielkim trudem. Ale Okonkwo działał z zapałem opętańca. Bo też istotnie „opętany” był lękiem przed godnym pogardy życiem ojca i jego banalną śmiercią.
                       
                   Kiedy zakładnik Ikemefuna trafił do wioski, starsi klanu postanowili, że przez jakiś czas pozostanie pod opieką Okonkwo. Nikt jednak nie sądził, że potrwa to aż trzy lata. Wyglądało to tak, jakby zapomniano o chłopcu, ledwie decyzja zapadła. Z początku Ikemefuna bardzo się bał. Raz czy dwa próbował uciec, ale nie wiedział, jak się do tego zabrać. Wspominał matkę i trzyletnią siostrę, i gorzko płakał. Nwoye żona Okonkwo była dla niego bardzo dobra i traktowała go jak własne dziecko. On jednak stale pytał tylko: „Kiedy pójdę do domu?”. Ikemefuna chorował przez trzy targowe tygodnie, a gdy wyzdrowiał, zdawało się, że przezwyciężył swój wielki strach i smutek.

                   Ikemefuna był z natury żywym chłopcem i domownicy lubili go coraz bardziej, zwłaszcza dzieci. Syn Okonkwo, Nwoye, dwa lata młodszy od Ikemefuny, nie odstępował go na krok, bo starszy chłopiec zdawał się wiedzieć i umieć wszystko. Potrafił zrobić fujarkę z pędu bambusa, a nawet ze słomianej trawy. Znał nazwy wszystkich ptaków i zestawiał sprytne pułapki na drobne gryzonie z buszu. Wiedział, z którego drzewa ściąć gałąź na najmocniejszy łuk. Nawet sam Okonkwo bardzo polubił chłopca- co, oczywiście, ukrywał. Okonkwo nigdy nie zdradzał swoich uczuć, chyba, że chodziło o uczucia gniewu. Okazywanie uczuć było oznaką słabości; jedyną rzeczą wartą okazywania była siła. Traktował, więc Ikemefunę tak, jak traktował wszystkich- twardą ręką. Nie ulegało jednak wątpliwości, że lubi chłopca. Czasami, kiedy udawał się na walną wioskową naradę lub na zbiorowe święto przodków, pozwalał Ikemefunie iść ze sobą, jak synowi, i nieść swój stołek oraz worek z koziej skóry. Ikemefuna zaś zwracał się do niego „ojcze”. Przez trzy lata mieszkał Ikemefuna w domostwie Okonkwo, a starszyzna Umuofii jakby o nim zapomniała. Rósł szybko, niczym „młody pęd krzewu” w porze deszczowej. Całkowicie wtopił się w nową rodzinę. Okonkwo radował się w duchu rozwojem syna i wiedział, że to była zasługa Ikemefuny. Lecz pewnego dnia do Okonkwo przyszedł Ezeudu, najstarszy mężczyzna z okolicy. W swoim czasie był wielkim, nieustraszonym wojownikiem, więc szanowano go teraz wielce w całym klanie. Był także wysłannikiem „wyroczni” Umuofia, która zdecydowała, aby chłopca zabić tylko, dlatego, że nazywa Okonkwo swoim „ojcem”. Na drugi dzień z samego rana grupa starszych ze wszystkich dziewięciu wiosek stawiła się w domu Okonkwo i zabrała chłopca poza wioskę. Szli, więc mężowie zbrojni w osłonięte pochwami maczety. Po chwili padły ciosy, Ikemefuna przeszył zimny dreszcz lęku i krzyknął do Okonkwo: „Mój ojcze, zabili mnie!”. Zaślepiony lękiem, Okonkwo chwycił maczetę i zadał decydujący śmiertelny cios. Bał się, żeby go nie uznali za słabeusza.

                     Najgorsze do Okonkwo miało dopiero nadejść. Podczas plemiennego pogrzebu, kiedy bębny i tańce rozszalały się jeszcze bardziej ogniście, właśnie wtedy z samego centrum delirycznej orgii podniósł się agonalny krzyk i wrzask przerażenia, jakby ktoś rzucił czar. Wszystko umilkło. Pośrodku zbiorowiska leżał chłopiec w kałuży krwi. Był to szesnastoletni syn zmarłego, który wraz z rodzonymi i przyrodnimi braćmi wykonywał tradycyjny pożegnalny taniec na cześć ojca. Strzelba Okonkwo wypaliła znienacka i żelazny odłamek przeszył serce chłopca. Zapanował zamęt, jakiego jeszcze nie znała historia Umuofii. Zabicie członka rodzimego klanu było zbrodnią przeciwko bogini ziemi, więc winowajca musiał zbiec przed klanem. Zbrodnia ta miała dwie odmiany: męska i żeńską. Okonkwo popełnił żeńską, gdyż zadziałał niechcący. Wolno mu było powrócić do klanu po siedmiu latach.

                    Tej samej nocy spakował wszystkie swoje najcenniejsze rzeczy w toboły do niesienia na głowie. Jego żony szlochały głośno, a dzieci płakały wraz z nimi. Ledwie zaświtało, wielki tłum odzianych w wojenne stroje mężczyzn przypuściło szturm na obejście Okonkwo. Podpalili jego chaty, rozwalili czerwony mur, pozabijali zwierzęta, zburzyli stodołę. Tak mściła się bogini ziemi, oni byli tylko jej wysłannikami. Nie mieli w sercach nienawiści do Okonkwo. Wśród nich był też jego największy przyjaciel, lecz rytuał nakazywał zniszczyć to, co spowodowało śmierć chłopca.

                       To na wygnaniu Okonkwo dowiedział się, że do wioski przybyli misjonarze. Wznieśli swój kościół, pozyskali garstkę wiernych. Młody Kościół w Mbancie przeżył u swojego zarania parę kryzysów. Początkowo klan uważał za oczywiste, że Kościół nie przetrwa długo. On jednak trwał, i stopniowo rósł w siłę. Krążyły także pogłoski, że biały człowiek przyniósł ze sobą nie tylko religię, ale i rządy. Siedem lat to długa nieobecność we własnym klanie. Nie zawsze czekało na człowieka miejsce, które opuścił. Zaraz po odejściu zajął je ktoś inny. Klan był niczym jaszczurka, która traci ogon, lecz szybko odrasta jej nowy. Okonkwo był oburzony na nową religię, lecz wielu mężczyzn i kobiet w Umuofii nie podzielało jego oburzenia na nowe porządki. To prawda, że biały człowiek przyniósł bałamutną religię- ale też pobudował sklep: nagle olej palmowy i ziarno stały się towarem wysokiej wartości i do wioski zaczęły napływać duże pieniądze. Pobudowano także szkołę, do której zgłaszało się coraz więcej uczniów. A misjonarze nagradzali ich za to podkoszulkami i ręcznikami. Powrót Okonkwo do ojczystej ziemi nie był aż tak wielkim wydarzeniem, jak sam Okonkwo sobie życzył. Mieszkańcy skupili swoją uwagę na lokalnym Kościele i profitach, jakimi Kościół ich obdarowywał. Okonkwo zaczął się buntować przeciwko Kościołowi i nowym rządom białego człowieka. Jego buntownicze działania doprowadzą go do tragedii.

                     Pisarstwo Achebego wyrasta z jego biografii. Dorastał w regionie Nigerii zamieszkanym przez lud Igbo w schrystianizowanej rodzinie (jego ojciec, jako jeden z pierwszych przyjął chrześcijaństwo od anglikańskich misjonarzy). Od najmłodszych lat obserwował spory religijne między bliższą i dalszą rodziną (ta ostatnia pozostała przy tradycyjnych wierzeniach). Edukację zawdzięczał szkołom założonym w Afryce przez Europejczyków. Studiując zachodnią literaturę, wierzył jeszcze, że pomyślny rozwój Nigerii zależy od szybkości, z jaką przebiegać będzie jej akulturacja. Szybko jednak przyszło otrzeźwienie, które Achebe zawdzięczał nie tylko wyjątkowej przenikliwości i inteligencji, ale także działalności publicznej (przez lata pracował, jako dziennikarz radiowy).

Przez całe życie krytykował kolonializm, analizując każdy jego aspekt, ujawniając każdą nikczemność najeźdźców i szukając lekarstwa na wywoływane przez nich choroby społeczne. Podkreślał, że za stan Afryki odpowiada cały zachodni świat - również ci, którzy nie realizowali bezpośrednio kolonizatorskiego projektu. Krwawe rządy europejskich potęg, które uczyniły z Afryki antropologiczno-ekonomiczne laboratorium, nie byłyby możliwe bez milczącego przyzwolenia milionów Europejczyków. Zło czynili nawet ci, którzy przybywali do Afryki z zamiarem pomocy (w ich przekonaniu) zacofanym społecznościom. Dlatego najważniejszym zadaniem Afrykanów - tłumaczył Achebe - jest zidentyfikowanie wroga i rozpoznanie jego prawdziwego imienia.  Opowiadał przy tej okazji anegdotę popularną wśród Igbo. Stado ptaków zostało zaproszone na ucztę w niebie. Gdy dowiedział się o tym żółw - osobnik nieprzyjemny i złośliwy - zaczął zabiegać o to, by ptaki zabrały go ze sobą. Zgodziły się, choć niechętnie. Aby uczcić zgodę między gatunkami, żółw zaproponował, aby wszyscy wybrali dla siebie nowe imiona, które będą symbolizować to przymierze. Ptaki uznały pomysł za osobliwy, ale od tej pory zwracały się do siebie z namaszczeniem: jeden nazwał się Mistrzem Nieba, drugi Strumieniem Światła, kolejny Błyskiem Słońca... Żółw wybrał sobie najdziwniejsze imię: Wy Wszyscy. Gdy dotarli do bram nieba, żółw wysunął się przed szereg i zapytał, dla kogo przygotowano wspaniałe potrawy. Gospodarz odpowiedział: "Dla was wszystkich, oczywiście".

              Dobrze mieć tę opowieść w pamięci, kiedy usłyszy się często w ostatnich dniach powtarzaną na Zachodzie opinię, zgodnie, z którą pisarstwo Achebego jest... dla nas wszystkich.