19 stycznia 2019

Zimna Góra


„Zimna Góra”


Charles Frazier




Autor/ (ur. 4 listopada 1950 w Asheville) - amerykański pisarz. W 1973 uzyskał dyplom University of North Carolina. Otrzymał tytuł magistra na Appalachian State University w latach 70., i doktorat na University of South Carolina w 1986. Jego pierwszą powieścią była wydana w 1997 „Zimna Góra”.

Tłumaczenie/ Zdzisława Lewikowa

Tematyka/ Wspaniała historia o miłości w czasie amerykańskiej wojny domowej. Niezwykła opowieść o wojennej odysei Inmana, żołnierza konfederatów, który dezerteruje, aby powrócić do swej ukochanej Ady. Fabuła powieści, odwołująca się do wzorca „Odysei”, choć opowiada o minionym świecie, głęboko porusza człowieka naszych czasów. Nieprzerwanie od chwili wydania, książka jest na listach bestsellerów.

 Główny motyw/ XIX wiek, wrażliwa Ada zamieszkuje z ojcem w Karolinie Północnej. W dziewczynie zakochuje się z wzajemnością cieśla Inman. Gdy wybucha wojna secesyjna, zaciąga się on do armii konfederatów. Żegna się z ukochaną, która obiecuje na niego czekać. Pod jego nieobecność umiera ojciec Ady. Ona nie radzi sobie z prowadzeniem gospodarstwa, więc farma popada w ruinę. O względy przymierającej głodem dziewczyny stara się okrutny Teague, który zajmuje się tropieniem i zabijaniem dezerterów. W trudnych chwilach Adę wspiera sąsiadka Sally, i pomagająca jej w gospodarstwie Ruby. Tymczasem Inman zostaje ciężko ranny i trafia do szpitala. Otrzymuje rozpaczliwy list od ukochanej, która błaga, by wrócił w rodzinne strony. Świadomy konsekwencji swojej decyzji, ucieka z wojska i rusza w drogę. Chce dotrzeć do domu, nie dając się złapać ani zabić. Na swojej drodze napotyka wiele przeszkód. Książka została zekranizowana a Renée Zellweger za rolę Ruby otrzymała Oscara. Obraz był nominowany do tej nagrody także w 6 innych kategoriach.

 Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Nie lubił bezdusznego oblicza współczesności; teraźniejszość nieustannie go zdumiewała. Gdy zaś wybiegał myślami w przyszłość, jawił mu się świat, z którego wszystko, co uważał za ważne, zostało dokładnie wymiecione lub z własnej woli odeszło”.

„Wszystkie okropności, z jakimi się ostatnio spotykał, dokonywały się ludzkimi rękami, więc już niemal zapomniał o tym, że istnieją jeszcze inne nieszczęścia”.

„(…) to dobrze, iż wojna jest tak straszna, bo inaczej za bardzo byśmy ją polubili”.

„Jaką cenę płaci poszkodowany, gdy nie ma kogo obwinić za swoją szkodę? Na kim ma się mścić, jeśli nie na sobie samym?”.

„Nie kochać bowiem świata było bardzo łatwo. Aby go nienawidzić, nie trzeba się było wiele wysilać, wystarczy rozejrzeć się dookoła”.

„(…) jakie to dziwne uczucie: znaleźć uznanie we własnych oczach”.

„Żyjemy w chorym świecie”.

„Zepsute i bezwstydne kobiety są fascynujące”.

„Nie wszyscy, na których psy szczekają, są złodziejami”.

„Nikt z nas, nie jest w stanie odwrócić biegu wydarzeń. Byłoby za proste wymazać z przeszłości to, co nam nie pasuje, i zastąpić czymś innym”.

„Dawno już bowiem doszedł do wniosku, że spekulowanie, co dzień przyniesie, nie ma większego sensu. Popełnienie błędu było nieuniknione. Z doświadczenia wiedział, że rozważanie o nadchodzącym dniu w żadnym wypadku nie przyczynia się rozproszenia obaw”.

„Uważam, że żenić się z kobietą, dlatego że jest piękna, to nonsens. Zupełnie tak, jakby chciał pan zjeść ptaka, bo ładnie śpiewa; zresztą błąd dość powszechnie popełniany…”.

    

                           Inman, bohater powieści Charlesa Fraziera „Zimna góra", jest dezerterem. Pod koniec 1864 roku, kiedy wyzdrowiał i nabrał sił w wojskowym lazarecie, po zagłębieniu się w absurd i okropność wojny secesyjnej, postanawia zbiec. Bohater początkowo wierzy w słuszność sprawy Południa, ale z czasem, gdy zaczyna być świadkiem kolejnych koszmarów wojny, stopniowo przechodzi głęboką przemianę.  W końcu jest przekonany, że najważniejszą wartością jest miłość do kobiety, do której za wszelką cenę chciałby powrócić. Wyrusza, więc w podróż do domu na głębokim południu. Konflikt militarny dobiega końca. Ten amerykański „Ulisses” i tak był już po przegranej stronie, był jednym z niewielu, którzy przeżyli oblężenie fortyfikacji. Myślał, że jego „Troja” to najwyraźniej nie do zdobycia posterunek konfederacki w Petersburgu w stanie Wirginia, jednak inżynierowie Unii wykopali długi, głęboki tunel pod fortyfikacjami, napełnili go materiałami wybuchowymi i doprowadzili do jednej z największych masakr w czasie wojny.

                       Inman został ciężko ranny podczas walk o Petersburg. Kiedy dwaj najbliżsi towarzysze zerwali z niego odzież i zobaczyli ranę na szyi, sądzili, że wkrótce umrze. Powiedzieli mu uroczyście: „Żegnaj, spotkamy się w lepszym świecie!”. Tymczasem Inman wciąż żył. Zabrano go do przyfrontowego lazaretu, ale i tam lekarze nie wierzyli, że przetrzyma. Zaliczyli go do umierających i położyli na łóżku polowym z dala od innych, aby spokojnie czekał na śmierć. Nie myślał jednak rozstawać się z tym światem. Po dwóch dniach, z braku miejsca, odesłano go do zwykłego szpitala w stanie, z którego pochodził. Po cierpieniach, jakich doznał najpierw w lazarecie, a potem w czasie podróży pociągiem na południe, gdy umieszczono go w wypełnionym rannymi towarowym wagonie, Inman uwierzył swoim przyjaciołom i lekarzom, którzy twierdzili, że umrze. W szpitalu lekarze, obejrzawszy go, powiedzieli, że niewiele mogą pomóc. Być może przeżyje- takiej pewności jednak nie mieli. Dali mu szmatkę i niewielką miskę z wodą, żeby sam próbował czyścić sobie ranę. Wkrótce okazało się, że rana sama się oczyszcza. Zanim zaczęła się zabliźniać, wypluła z siebie przeróżne rzeczy. Szyja zaczęła się wreszcie goić. Miał jednak za sobą trudne tygodnie, kiedy nie mógł obrócić głowy ani utrzymać w ręce książki.

                      „Penelopa” Inmana to Ada, piękna córka lokalnego pastora w Zimnej Górze, małym miasteczku na wzgórzu w Północnej Karolinie. Wychowała się w Charlestonie i na skutek nalegań ojca otrzymała wykształcenie znacznie przekraczające granice dopuszczalne dla kobiet. Była mu intelektualną towarzyszką, a przy tym pełną życia, wesołą i troskliwą córką. Wbito jej do głowy wiedzę z dziedziny sztuki, polityki i literatury i przygotowano do prowadzenia dyskusji w obronie swoich poglądów. Nie mogła jednak przypisywać sobie żadnych szczególnych talentów ani zdolności. Dobrze opanowała język francuski i łacinę, liznęła greki, a ponadto nieźle sobie radziła z wyszywaniem i haftem. Całkiem dobrze grała na fortepianie, ale daleko jej było do wirtuozerii. Miała niewielkie zdolności malarskie: potrafiła dość precyzyjnie namalować jakiś widoczek czy martwą naturę, posługując się kredką albo wodnymi farbami. No i była dość gruntownie oczytana.

                    Przyjechała w te strony sześć lat temu wraz z ojcem, który miał nadzieję, że ostre górskie powietrze zahamuje postęp choroby trawiącej jego płuca. Pluł bowiem krwią tak intensywnie, że w ciągu dnia potrafił przemoczyć sześć chusteczek. Wierzył w zbawienny wpływ ruchu na świeżym powietrzu. Bez zwłoki zaczął organizować przeprowadzkę. Ada początkowo sceptycznie odnosiła się do tej perspektywy. Wszyscy bowiem znajomi w Charlestonie wmawiali jej, że tereny górskie to dzika kraina zapomniana przez Boga, gdzie wiecznie pada, a mężczyźni, kobiety i dzieci rosną w atmosferze nędzy i występku.

                   W ciągu pierwszych tygodni po przyjeździe wielebny Monroe wraz z Adą odwiedzał wszystkich swoich aktualnych i potencjalnych parafian. Rzeczywiście, ludzie ci wydawali się Adzie nieco dziwni. Jednak największą porażkę w swojej działalności misyjnej poniósł Monroe latem. Miało to związek z Esco i Sally Swangerami: pewien parafianin doniósł pastorowi o ich porażającej wręcz ignorancji. Oboje małżonkowie uważali Biblię za coś w rodzaju księgi wiedzy tajemnej i używali jej do czarnoksięskich praktyk. Na przykład upuszczali Biblię na podłogę, patrząc, na której stronie się otworzy. Potem na chybił trafił celowali w nią palcem i zgadywali, co oznacza słowo, które w ten sposób wskazali. Wróżbę tę traktowali jak wyrocznię i postępowali odpowiednio do niej, jakby otrzymali instrukcję od samego Pana Boga.
                    
                   Inman chodził do kościoła wyłącznie po to, by spotkać Adę. Ada i jej ojciec zbyt długo zachowywali się jak naiwni nowicjusze w kraju, w którym się osiedlili. Dla rodzin mieszkających w tych stronach sposób bycia Ady i jej ojca stanowił komiczne widowisko. By w nim uczestniczyć, wystarczyło siedzieć na ganku i patrzeć, jak przejeżdżają obok dwukołowym powozem albo obserwować Adę, kiedy spaceruje na łonie natury, przechadzając się wzdłuż drogi nad rzeką. Wszyscy się zgadzali, że dziewczynie nie brak urody, śmieszyły ich natomiast jej stroje, uszyte według mody panującej w mieście. Plotka głosiła, że Ada wszędzie chodzi z notatnikiem i ołówkiem. Czyżby była tak pozbawiona pamięci, że jeśli nie zapisze w notesie, to gotowa zapomnieć o tym, co jeszcze przed chwilą wydawało się jej ważne? 

                  Wstydliwy Inman wymienił z nią jeden, pełen namiętności pocałunek w dniu, w którym jego pułk wyruszył na wojnę trzy lata wcześniej. Podczas gdy w szpitalu dochodzi do siebie po straszliwej ranie na szyi, otrzymuje list od Ady deklarujący jej miłość oraz prośbę, aby jak najszybciej wrócił do domu. Przyjmuje to, jako rozkaz i rozpoczyna swoją desperacką podróż do swojej „Itaki”. Poprzez setki mil niebezpiecznego, zdewastowanego kraju przemierza lasy, rzeki i góry narażając się na pewną śmierć, jeśli zostanie aresztowany, jako dezerter.

                      Praktycznie w każdym punkcie podróży, Inman, aby przeżyć musi uciekać się do przemocy. Tak jak Odyseusz, bohater „Odysei” Homera Inman spotyka na swojej drodze przeróżnych ludzi. Pewnego razu spotkał pastora, który uśpił dziewczynę, która była z nim w ciąży, aby utopić ją w pobliskiej rzece. Inman uniósł swój wielki rewolwer i zmusił pastora do zwierzeń. Pastor był zaręczony z inną kobietą a z tą spłodził dziecko. Gdyby go przyłapano, wygnano by go z hrabstwa. Jego Kościół był niezwykle surowy. Przywoływano do porządku członków kongregacji za tak małe przewinienia, jak to, że grano w domu na skrzypcach.  Inman postanowił położyć dziewczynę z powrotem do łóżka, jakby nic się tej nocy nie wydarzyło. Wrócili do miasteczka, zaniósł dziewczynę do domu, położył na łóżku a kiedy się zbudziła powiedział jej: „Nie myśl, że pastor przemawia w imieniu Boga. Nikt z ludzi nie jest w stanie tego uczynić. Spróbuj teraz znowu zasnąć, a rano, gdy się zbudzisz, niech ci się zdaje, że ci się przyśniłem, i we śnie mój głos ci nakazał, żebyś z pastorem zerwała. On nie ma dobrych zamiarów wobec ciebie. Weź to pod rozwagę!”. Wyszedł z chaty i wrócił do pastora przywiązanego wcześniej do drzewa. Pogrzebał w plecaku, po czym wyjął pióro, atrament i papier. Po prostu w krótkiej notatce ujął to, czego się dowiedział o niedoszłym morderstwie pastora na dziewczynie i nienarodzonym dziecku. Kiedy skończył, nadział kartkę papieru na gałąź drzewa na wysokości głowy pastora, lecz poza jego zasięgiem. Przed wojną Inman nie należał do ludzi szukających zwady, nie był skory do bitki. Ale w momencie, gdy się zaciągnął do wojska, nie miał nic przeciw walce i dobrze sobie w niej radził.

                 Powrót do Zimnej Góry, trwał kilka lat, przez co bohater jest świadkiem tego, jak społeczność załamuje się z powodu biedy i głodu. Wymogi wojny i działań Gwardii Narodowej oraz mściwego grona strażników ścigających dezerterów skutkuje głęboko zakorzenionymi urazami oraz wyzwala w ludziach podłe instynkty. Przewodzi im brutalny malkontent Teague, który wierzy, że on i jego rodzina są prawdziwymi właścicielami całego obszaru, a co za tym idzie, sugeruje, że Ada też do niego należy. Tymczasem Ada widzi, jak po śmierci jej ojca majątek podupada. Z pomocą przychodzi jej tajemnicza dziewczyna -Ruby.

                    Ruby potrafiła przewidzieć nadejście zimy równie bezbłędnie jak niedźwiedź, który gromadzi zapasy tłuszczu przez zapadnięciem w sen. Roztaczała, więc przed Adą perspektywy prac, które będą musiały wykonać, aby przeżyć zimę. Monolog Ruby naszpikowany był samymi czasownikami oznaczającymi najbardziej męczące czynności: orać, sadzić, okopywać, ścinać, wekować, karmić, zabijać… Dawniej nie brudziła się pracą w ogródku, bo pastor zawsze najmował kogoś do tej roboty. Adę interesował tylko produkt finalny- jedzenie od momentu, kiedy je stawiano na stole. Dopiero Ruby brutalnie sprowadziła dziewczynę z obłoków na ziemię. Potrafiła zmusić ją do pracy nawet wtedy, kiedy Ada nie miała na to ochoty. Za swoje pierwsze zwycięstwo Ruby uznała to, że Adzie udało się samodzielnie ubić masło, a drugie- że przestała zabierać ze sobą książkę, idąc z motyką w pole. Na odpoczynek dziewczęta miały czas dopiero wtedy, kiedy pozmywały naczynia po kolacji i odstawiały je na miejsce. Siadywały razem na werandzie i Ada czytała na głos, dopóki się nie ściemniło. Oczywiście Ruby nie miała nigdy w ręku książki, ale Ada uznała, że najwyższy czas zapoznać ją z klasykami literatury. W tym celu najpierw opowiedziała Ruby, kim byli starożytni Grecy, a potem zaczęła czytać jej utwory Homera.

                        „Zimna Góra" pokazuje Amerykę w trudnym i przełomowym dla niej okresie. Jednocześnie książka jest o wielkim uczuciu. Problem jednak polega na tym, że poza kilkoma retrospekcjami, nasi bohaterowie nie mają okazji by tę miłość w jakiś szczególnie ujmujący sposób pokazać. To bardziej traktat o trwaniu i wytrwałości. Jakby dwie różne historie, Inmana i Ady. Emocjonalnie niewiele z tego wynika. Całość wypełniają mniej lub bardziej dramatyczne epizody, a koniec może być tylko jeden. Charles Frazier nie zajmuje się roztrząsaniem przyczyn wojny, nie jest tu ważne, która strona ma rację (bo nie ma chyba żadna). Nieważny jest kolor munduru - niezależnie od pochodzenia i poglądów politycznych, uczestnicy wojny dopuszczają się czynów strasznych. Książka „Zimna Góra” jest zatem swego rodzaju rozliczeniem, ale niekoniecznie z wojną secesyjną, raczej z wojną w ogóle. Inman na zło i okrucieństwa napatrzy się nie tylko w bitwach, ale też w swojej drodze do domu. Spotka nie tylko tych, którzy są przez nią ugodzeni (na przykład Sarę, która straciła męża i nie ma, za co żyć), ale też tych, którzy z wojny korzystają i za nic mają życie innych (jak ci, którzy wydają dezerterów). Wojna jest zła - i wydaje się, że wiemy to wszyscy. A jednak, czy przed wielkimi konfliktami młodzi mężczyźni nie jechali na front tak ochoczo, jakby czekała ich wspaniała przygoda? Czy nie słyszeliśmy wiele razy o wojennym honorze i bohaterstwie? Jak wiele jest tego na wojnie, a jak wiele strachu, bólu, brudu, okrucieństwa, nienawiści i bezsensownych śmierci? Czy nie wpaja się następnym młodym pokoleniom, że wojna to tak naprawdę fajna przygoda? Równolegle z wątkiem wędrówki Inmana obserwujemy przemianę jego ukochanej, Ady, z damy posiadającej tylko niepraktyczne umiejętności w pewną siebie farmerkę. Ujęło mnie bogactwo języka, jakim posługuje się autor. Wszystkie postacie są pełnowymiarowe, mają własne historie, własne życie, charaktery. Najbardziej zapada w pamięć kobieta hodująca kozy w leśnej pustelni, oraz wychowująca niemowlaka młoda wdowa Sara, tak biedna, że je z misek wydrążonych z dyni.

                          Autor książki Charles Frazier wychował się w Blue Ridge Mountains w Północnej Karolinie. Tam pamięć wydarzeń wojny secesyjnej była ciągle żywa. Opowieści o tamtych dramatycznych wydarzeniach przekazywano z pokolenia na pokolenie. Szczególnie zafascynowała Fraziera historia W.P. Inmana, jednego z jego przodków, który odbył pełną niebezpieczeństw wędrówkę – liczącą ponad 300 mil – ze szpitala wojskowego w Wirginii w rodzinne strony. Frazier był zdania, że taka perspektywa w opisie wojny secesyjnej i jej skutków była stosunkowo rzadka w amerykańskiej literaturze. Jak wiadomo, piśmiennictwo na jej temat jest niesłychanie bogate, lecz główna jego część to szczegółowa i wyczerpująca rekonstrukcja działań wojennych, zwłaszcza krwawych bitewnych starć. Frazier podkreślał, że nie interesowały go dylematy ani decyzje słynnych dowódców, ale los zwykłych ludzi, zagubionych w okrutnym wojennym tumulcie, walczących o przetrwanie i często– pod wpływem brutalnych wydarzeń– przewartościowujących cały dotychczasowy światopogląd.

13 stycznia 2019

Terapia


„Terapia”


David Lodge




Autor/ (ur. 28 stycznia 1935 w Londynie) – brytyjski pisarz, którego powieści często satyrycznie, przedstawiają środowisko uniwersyteckie, a szczególnie przedstawicieli nauk humanistycznych. Lodge był wykładowcą na Uniwersytecie w Birmingham w latach 1960-1987.

Tłumaczenie/ Zuzanna Naczyńska

Tematyka/ David Lodge doskonale ujmuje ten bardzo współczesny niepokój człowieka, który czuje się bezcelowo w swoim życiu i rozpaczliwe poszukuje wypełnienia pustki, na którą wciąż z przerażeniem patrzy. Książka pokazuje, jaką postawę powinniśmy przyjąć w życiu, podczas podejmowania ważnych decyzji, jak uniknąć stałego poczucia lęku, jak żyć autentyczną egzystencją. Bohater odkrywa, jak bardzo filozofia Sørena Kierkegaarda była inspirowana jedną wielką miłością jego życia, Regine, którą odrzucił w chwili jednego niezdecydowania, decyzji, której żałował przez resztę swojego życia.

Główny motyw/ Laurence Passmore, bohater powieści, cierpi na depresję. Początkowo nie istnieją żadne racjonalne powody jego ciągłego przygnębienia, poza odzywającym się od czasu do czasu bólem kolana. Laurence ma żonę, dwoje dorosłych dzieci, jest bogaty i odnosi sukcesy, a jednak coraz częściej jest nieobecny myślami, cierpi na bezsenność, czuje się po prostu nieszczęśliwy. Jest pochłonięty sobą, cały czas wypełniają mu różnego rodzaju terapie: akupunktura, aromaterapia, psychoterapia, masaże. W rezultacie odchodzi od niego żona, co oczywiście potęguje depresję bohatera. Laurence zaczyna czytać filozofów, lekarstwa na przygnębienie szuka w towarzystwie kobiet, rozpamiętuje przeszłość i pisze dziennik.

 Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Przypomina to próbę wytarcia oceanu paczką chusteczek higienicznych, ale zapobiega wyczerpaniu współczucia”.

„(…) nawet najlepszy scenariusz zawiedzie, jeśli aktorzy są niewłaściwie dobrani”.

„(…) żadne z nas nie umie żyć teraźniejszością, ciągle gonimy za złudą doskonałości innego miejsca i czasu”.

„Definicja człowieka zamożnego: ktoś, kto płaci za bilet pierwszej klasy z własnej kieszeni”.

„Nie ma w tym żadnej logiki, ale chyba po to są marzenia”.

„Plotkowanie to handel wymienny. Nie dostaniesz żadnego towaru, jeśli sam czegoś nie sprzedasz”.

„Jedną z najbardziej przygnębiających rzeczy w depresji jest świadomość, że mnóstwo ludzi na świecie ma znaczenie ważniejsze powody niż ty, aby czuć przygnębienie”.

„Najstraszniejszą formą depresji jest sytuacja, kiedy nie potrafisz podać absolutnie żadnego powodu, dla którego jesteś przygnębiony”.

„Gdy nadzieja jest śliczną, wymykającą się z rąk dziewczyną, a wspomnienia miłą, choć nieco niedołężną staruszką, powtórzenie pozostaje ukochaną, zawsze pociągającą żoną”.

„W restauracji zawsze można poznać, którzy ludzie są małżonkami, bo jedzą w milczeniu”.

„Bycie szczęśliwie żonatym lub szczęśliwie zamężną oznacza, że nie musisz odgrywać małżeństwa, po prostu w nim żyjesz, jak ryba żyje w morzu”.

„Czuję się tak, jakbym żył we śnie. Ale to jawa jest prawdziwym koszmarem”.

„Najstraszniejsza rzecz, jaka może człowieka spotkać, to stanie się śmiesznym we własnych oczach w kwestii zasadniczej wagi”.

„(…) według Freuda pisarzy napędzają trzy pragnienia: sławy, pieniędzy i miłości kobiet”.

   

                          Wielkie powieści są zawsze oparte na prawdzie. To rzecz zupełnie zrozumiała. Kiedy czyta się książkę Davida Lodge'a „Terapia” z pewnością nie można nie zauważyć podobieństwa między bohaterem książki Laurence'a „Tubbym” Passmore'em a samym autorem książki. W powieści poznajemy życie bohatera od powojennych lat dzieciństwa spędzonych we wschodnim krańcu Londynu, po prawdopodobnie mało prawdopodobny sukces w późniejszym życiu literackim, Tubby i Lodge mają ze sobą wiele wspólnego. Wspominam ten biograficzny aspekt wyłącznie ze względu na zaskakujący finał powieści. Czy autor rzeczywiście wędrował po czterdziestu latach niewidzenia się z byłą dziewczyną przez pył i gorąco północnej Hiszpanii? Kuszące.

                      Tubby Passmore jest odnoszącym sukcesy pisarzem sitcomu z dużym domem jednorodzinnym na eleganckim przedmieściu Londynu, równie ostentacyjnym aglomeratem miejskim i małżeństwem, które powoli, ale z pewnością się rozpada, do tego bohatera cechuje obsesja psychoanalizą i duńskim filozofem Kierkegaardem. Bohater jest pochłonięty sobą, neurotyczny i materialistyczny i trudno mu współczuć, przynajmniej na początku książki. Ma upodobanie do luksusu w życiu i wydaje się obojętny wobec otaczającego go świata. Dopiero, gdy jego małżeństwo rozpada się, patrzymy na niego łagodniejszym wzrokiem. Stopniowo Tubby zyskuje naszą sympatię. W tym momencie powieść przechodzi od opowieści w pierwszej osobie do różnych relacji osób trzecich - typowej sztuczki Lodge. Ten przemyślany „chwyt” pisarski pozwala czytelnikowi dostrzegać coraz bardziej niewytłumaczalne zachowania Tubby'ego z punktu widzenia zwykłego czytelnika a nie psychoanalityka. W ten sposób czytelnik „dzieli” się niespodziewanym zachowaniem Tubby’ego z innymi bohaterami książki. Mamy też relacje z pierwszej ręki od Sally - żony Tubby'ego i jej trenera tenisa, które są także zabawne i dowcipne. Są też relacje trzech innych kobiet, które Tubby stara się uwieść i próbuje, po rozpadzie małżeństwa, nadrobić to, co nazywa „straconym czasem". tj. spać z jak największą liczbą kobiet. Takie miasta jak Kopenhaga i Teneryfa to miejsca, w których Tubby niezgrabnie próbuje uwieść te trzy nietypowe kobiety. To jest David Lodge w swoim najlepszym wydaniu. Dość powiedzieć, że próby uwodzenia nie całkiem powiodły się bohaterowi. To wszystko jest zarazem takie niezręczne, jak i bardzo zabawne.

               O swoich problemach emocjonalnych Tubby dowiedział się po raz pierwszy, kiedy poczuł ból w kolanie. Opuszczał swoje londyńskie mieszkanie w pośpiechu, żeby zdążyć na pociąg. Ból zostawił po sobie pieczenie, które szybko ustąpiło. Jakieś tydzień później, gdy pracował w gabinecie przy biurku, założył nogę na nogę i poczuł go znowu: nagły kłujący ból w prawym kolanie. Odtąd zaczął się pojawiać coraz częściej, choć dalej był nieprzewidywalny. Rzadko chwytał go wtedy, kiedy go się spodziewał, na przykład podczas gry w golfa czy w tenisa, ale mógł go złapać tuż po meczu, w klubowym barze, albo podczas jazdy samochodem do domu, albo, gdy siedział zupełnie spokojnie w gabinecie czy leżał w łóżku. Budził się przez niego z krzykiem w środku nocy i żona Sally myślała, że dręczą go jakieś koszmary. Tymczasem koszmary były chyba jedynymi rzeczami, które mu nie dokuczały. Zdawał sobie sprawę, że cierpi na depresję, stany lękowe, napady paniki, nocne poty i bezsenność, ale nie miał koszmarów.  Zazwyczaj w ogóle nic mu się nie śniło. Co po prostu oznaczało, że nie pamiętał swoich snów.

               Uznał to za trochę niesprawiedliwe, że do wszystkich innych problemów musiał mu jeszcze dojść tajemniczy ból w kolanie. Oczywiście, jeśli chodzi o zdrowie, mogą się człowiekowi przytrafić gorsze rzeczy. Na przykład: rak, stwardnienie rozsiane, paraliż, rozedma płuc, Alzheimer i AIDS. Nie mówiąc o chorobach, z którymi można się urodzić, jak dystrofia mięśni, porażenie mózgowe, hemofilia i epilepsja. Nie mówiąc o wojnie, zarazie i głodzie. Co zabawne, ta świadomość nie czyni bólu w kolanie ani trochę łatwiejszym do zniesienia. Być może był to objaw tak zwanego „wyczerpania współczucia”. Media biją nas codziennie po oczach takimi ilościami ludzkiego cierpienia, że stajemy się jakby odrętwiali, zużyliśmy wszystkie rezerwy litości, gniewu i oburzenia i potrafimy myśleć wyłącznie o bólu w naszym własnym kolanie.

               Tubby najpierw poszedł do internisty. Zalecił fizykoterapię. Fizykoterapeuta po jakimś czasie zalecił mu wizytę u ortopedy. Ortopeda zalecił artroskopię. Poddał się operacji, ale i to nie pomogło. Kontuzja kolana, której uległ Tubby, oczywiście nie ułatwiała sprawy także w pożyciu małżeńskim. Rozdzieliła małżonków, jeśli chodzi o wspólne uprawianie sportu i odbiła się na małżeńskim seksie. Po operacji przez wiele tygodni, wręcz miesięcy, unikał współżycia, a potem zawsze wydawał się bardziej dbać o bezpieczeństwo swojego kolana niż ich wspólną przyjemność. Kiedy stało się oczywiste, że operacja nic nie dała, wpadł w jeszcze większą depresję niż przedtem. Przez ostatni rok był po prostu nie do zniesienia, zupełnie zamknął się w sobie, nie słuchał, co się do niego mówi. Sally jego żona twierdziła, że to tylko jego chwilowe dziwactwo, coś do imponowaniu ludziom. A zainteresowanie filozofem Kierkegaardem zwykły wybieg, do którego się ucieka, aby uszlachetnić swoją banalną małą depresję, jako egzystencjalny lęk.
                       
              Taki niedowład wewnętrzy kolana miał pewną dobrą stronę-, kiedy ktoś dzwonił do Tubbiego i pytał, jak się czuje, a on nie chciał powiedzieć „jestem w krańcowej depresji”, ale nie miał też ochoty udawać, że tryska humorem, zawsze skarżył się na kolano. Od jego artroskopii minął już rok, a nadal miewał bóle w kolanie. Postanowił iść na terapię do doktor Alexandry Marbles. Poddał się wielu terapiom jednocześnie: w poniedziałki chodził na fizykoterapię, we wtorki do Alexandry na terapię poznawczo-behawioralną, a w piątki miał aromaterapię lub akupunkturę. Środy i czwartki spędzał zwykle w Londynie i spotykał się z „kochanką” Amy. Co również było pewnego rodzaju terapią.

                Terapeutka Alexandra zasugerowała, że powodem jego bólu w kolanie jest perfekcjonizm. Stawia sobie niemożliwe wysokie wymagania, więc rozczarowanie jest nieuniknione. Po drugie funkcjonuje między dwiema skrajnymi kobietami: Amy zawsze go dowartościowuje. Sally stosuje metodę otrzeźwienia: „przestań jęczeć i weź się do roboty”. Stanowiły zresztą przeciwieństwo pod każdym względem. Sally to blondynka, niebieskooka, wysoka, zwinna, wysportowana. Amy reprezentowała typ śródziemnomorski: śniada, niska i pulchna, z burzą czarnych loków i oczyma jak rodzynki. Na czym polega romans Tubbi’ego i Amy? Plotkowali o ludziach z branży, żalili się sobie i wzajemnie się pocieszali, porównywali swoje terapie. Czasem szli do teatru, ale najczęściej po prostu spędzali spokojne wieczory w jego mieszkaniu lub jedli kolację w którejś z pobliskich restauracji. W ich znajomości nigdy nie było mowy o seksie. W zasadzie można, więc powiedzieć, że nieźle się urządził. Rozwiązali problem monogamii, który jest problemem monotonii, bez uciekania się do zdrady. Jednak tylko do czasu…

               Całe to życiowe zamieszanie Tubby próbuje sobie wytłumaczyć wczytując się w filozoficzne dzieła Kierkegaarda, który wyjaśnia, że człowiek nieszczęśliwy nigdy nie przebywa w swoim wnętrzu, ponieważ stale żyje przeszłością albo przyszłością. Stale albo wspomina, albo łudzi się nadzieją. Albo myśli, że wszystko było lepsze w przeszłości, albo żywi nadzieję, że będzie lepsze w przyszłości, lecz zawsze jest złe teraz. Kierkegaard daje przykład mężczyzny wracającego pamięcią do radości dzieciństwa, których w rzeczywistości nigdy nie doświadczył. Kiedy Tubby głębiej zapoznawał się z dziełami Kierkegaarda poznał też jego biografię. Z biografii i pism Kierkegaarda dowiedział się, że jego poglądy na małżeństwo w ogóle i na własne małżeństwo ulegały zmianom. Gdy miał dwadzieścia kilka lat, cieszył się opinią kogoś, kto dobrze i pewnie czuje się w towarzystwie młodych kobiet, zachowuje się nieco ekscentrycznie i zna sztukę uwodzenia. W 1837 roku Kierkegaard poznał Reginę Olsen, córkę radcy państwowego, z którą trzy lata później się zaręczył, następne tygodnie były pasmem zmagań Kierkegaarda z samym sobą i z sytuacją, w jakiej się znalazł. Nieformalne zerwanie zaręczyn nastąpiło już dwa miesiące po ich zawarciu, oficjalne zaś — 11 października 1841 roku. W pismach filozofa wyeksponowane zostały dwa główne powody — odpowiedzialność za grzechy rodzinne i własne oraz melancholijne usposobienie. „Gdybym nie był ciągle pokutnikiem — pisał Kierkegaard w „Dzienniku” — gdybym nie miał mojej vita ante acta, gdybym nie był melancholijny, związek z nią uczyniłby mnie tak szczęśliwym, jak nawet nie mógłbym marzyć”. Niektórzy biografowie Kierkegaarda, dociekając motywów zerwania z Reginą, reinterpretują psychologicznie jeden z aspektów przeszłości filozofa, któremu on nadawał interpretację teologiczną. Chodzi o wydarzenie z 1836 roku. Kierkegaard prowadził wówczas dość swobodne i hałaśliwe życie. Pewnego listopadowego wieczoru dał się namówić kolegom na pójście do domu publicznego. Nie wiadomo, co się tam wydarzyło, lecz Kierkegaard szybko stamtąd uciekł, żegnany śmiechem kobiety. Było to prawdopodobnie jedyne jego cielesne spotkanie z kobietą — upokarzające i traumatyczne. Historia Kierkegaarda i zerwanie przez niego zaręczyn z Regina, a także złamanie jej serca przypomniało Tubby’emu pewne zdarzenie sprzed czterdziestu lat, kiedy jako szesnastoletni chłopak poznał śliczną dziewczynę o imieniu Maureen.

               Kiedy zaczął na okrągło wracać do wspomnień, przytłaczało go poczucie straty. Straty nie tylko miłości Maureen, lecz także niewinności- jej i jego własnej. Dotychczas ilekroć o niej myślał- a nie zdarzało się to zbyt często- uśmiechał się w duchu z sympatią, ale trochę krzywo: miła smarkula, pierwsza dziewczyna, jacy byli oboje naiwni, przeszło-minęło i tak dalej. Dopiero rekonstruując historię ich znajomości ze wszystkimi szczegółami, uświadomił sobie, jaką potworną rzecz zrobił przed laty. Gruboskórnie, samolubnie, niezasłużenie, złamał serce młodej dziewczyny. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę, że nie myślałby o tym w ten sposób, gdyby nie odkrył pism Kierkegaarda. Jego historia z Maureen to bardzo kierkegaardowska historia. Przypomina „Dziennik uwodziciela” i związek samego filozofa z Reginą. Regina stawiła jednak większy opór niż Maureen. Tubby podobnie jak filozof dalej udawał zimnego cynika i złamał dziewczynie serce, fałszywie przekonany, że „będzie szczęśliwszy w nieszczęściu bez niej niż z nią”.

              Ożywiony, wyzwolony, przyjeżdża do Hiszpanii w poszukiwaniu swojej dawno utraconej miłości, Maureen - dziewczyny, której niegdyś złamał serce w długich dniach powojennej surowości życia. To szansa na odkupienie. W ten sposób zaczyna się zupełnie nowy aspekt powieści. Nie jesteśmy już z Tubbym w dzisiejszym otoczeniu znanego świata scenariuszy i mediów, ale w powojennym Brickley'u, w którym rozgrywa się historia o niewinnej i nieodwzajemnionej miłości. W międzyczasie David Lodge pisze delikatną historię o dążeniu jednego człowieka do naprawieniu utraconej miłości. Powieść kończy się na czułej nucie, gdy niegdyś młodzi kochankowie, oboje noszący znamiona wielu kaprysów życia, ponownie spotykają się w hiszpańskim upale na szlaku pielgrzymkowym do Composteli. Prawdę mówiąc, jego była miłość wyglądała okropnie. Kiedy rozmawiał z nią na szlaku, w duchu stawiał czoło smutnemu faktowi, że nie jest już podlotkiem z jego wspomnień i marzeń. Osiągnęła ten wiek, gdy kobieta zaczyna bezpowrotnie tracić urodę i świeżość. Maureen skapitulowała z upływającym czasem chyba bez walki. Musiał w duchu przyznać, że jej wygląd był szokiem, na który nie przygotowały go upozorowane i wyretuszowane zdjęcia. Wprawdzie lata obeszły się z nim łaskawiej, ale Maureen nie pielęgnowała w tym względzie żadnych złudzeń. David Lodge doskonale ujmuje ten bardzo nowoczesny niepokój, że czujemy się bezcelowo w naszym życiu i rozpaczliwie poszukujemy wypełnienia pustki w naszym życiu. Tubby znajduje część swojego problemu w związku z Maureen. Maureen tkwi w bezpłciowym małżeństwie z dawnym rywalem Tubby'ego z przeszłości, ale nie może go opuścić z powodu wszystkich więzi, jakie stworzyło między nimi życie. Chociaż mniej oczywiste, myślałem, że David Lodge dał do zrozumienia w swojej powieści o innej potężnej formie terapii: humorze. W całej powieści krąży cienka linia między sprawieniem, że Tubby staje się obiektem kpin i patosu, a tym, że jego sytuacja jest banalna i pobłażliwa, co doskonale autorowi się to udaje przedstawić. Tubby jest bardzo sympatyczny i nie tylko, dlatego, że nie traktuje siebie zbyt poważnie. Tuż przed głębokim zagłębieniem się w egzystencjalne problemy życiowe, udaje mu się śmiać z siebie samego, a to trzyma go mocno przed pretensjonalnością.

           Czy miłość może zostać odnowiona? To pytanie zostało odpowiednio zawieszone w powietrzu. W „Terapii” David Lodge stworzył powieść, która ma moc wywoływania śmiechu i płaczu czytelnika w równych proporcjach. Czasami może nawet sprawić, że się wzdrygamy. Kiedy czytelnikiem jest człowiek w słusznym wieku emocje związane z niepokojem i żalem uderzają we wszystkie właściwe dźwięki. W świecie pełnym falsyfikatów i szarlatanów jest to jedna z form „terapii”, która z pewnością zrobi na nas duże wrażenie. Dla tych, którzy chcieliby, aby ich życiowy „drink” zawierał zdrową dawkę dowcipu i inteligencji (wszyscy tego potrzebujemy), to zdecydowanie polecam „Terapię” Davida Lodge.