01 stycznia 2026

Rok, w którym narodził się diabeł

 

„Rok, w którym narodził się diabeł”

Santiago Roncagliolo

Autor/ (ur. 29 marca 1975) – peruwiański pisarz, scenarzysta, tłumacz i dziennikarz. Urodzony w Limie, Santiago Roncagliolo spędził część dzieciństwa w Meksyku, gdzie jego rodzina została zmuszona do emigracji z powodów politycznych. Od najmłodszych lat marzył o byciu pisarzem. W Limie czytał literaturę dziecięcą i dramaty, równocześnie pracując w Komisji Praw Człowieka, co ukształtowało jego wrażliwość na tematy społeczne i polityczne. W 2000 roku przeniósł się do Madrytu, zdecydowany zrealizować swoje literackie ambicje. Pracował jako ghostwriter, wykonując przy tym różne zajęcia dorywcze, uzyskał nawet pozwolenie na pobyt dzięki umowie na sprzątanie domu, co sam wspomina z ironią i autoironią. Roncagliolo mówił później: Pojechałem do Hiszpanii, by zostać pisarzem, inspirowany sukcesami Latynosów, którzy zdobyli Europę — takich jak García Márquez, Vargas Llosa czy José Donoso. Szybko jednak zrozumiałem, że przegranych jest znacznie więcej niż zwycięzców, tylko nikt o nich nie pisze. Na cześć wszystkich tych męczenników literatury postanowiłem opowiedzieć historię przegranego. Z czasem Roncagliolo odniósł jednak znaczące sukcesy: jego powieści zaczęły zdobywać nagrody i były tłumaczone na wiele języków. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych pisarzy peruwiańskich, znanym z łączenia suspensu, wnikliwej obserwacji społecznej oraz ironicznego humoru.

Tłumaczenie/ Tomasz Pindel

Tytuł oryginału/ es-pe El año en que nació el demonio

Tematyka/ Główny bohater powieści – niezbyt rozgarnięty, wychowywany samotnie przez matkę, która z trudem radzi sobie z codziennością – przypadkiem staje się świadkiem wydarzeń, od których włos jeży się na głowie. W jednym z klasztorów przychodzi na świat… No właśnie, kto? Coś, czego obecność wymyka się zdrowemu rozsądkowi i podważa wszystko, w co dotąd wierzono. W tamtych czasach diabeł zdawał się czaić wszędzie, a inkwizycja wręcz polowała na każdy najmniejszy znak jego rzekomej obecności. Ludzi bito i torturowano tak długo, aż „przyznawali się”, że zostali opętani – niezależnie od tego, czy cokolwiek takiego miało miejsce. Atmosfera wszechobecnego strachu i obsesyjnego tropienia zła tworzy tło, w którym nawet najdziwniejsze wydarzenia wydają się możliwe, a granica między rzeczywistością a zbiorową paranoją zaczyna się niepokojąco zacierać.

Główny motyw/ Lima, XVII wiek. Alonso Morales – naiwniak, a może sprytny koniunkturalista – składa zeznania przed trybunałem inkwizycji w procesie beatyfikacyjnym Róży Flores de Oliva, przyszłej pierwszej katolickiej świętej Ameryki Łacińskiej. Ma pomóc „wyjaśnić diaboliczny bądź Boski charakter jej czynów roku Pańskiego 1623”, choć sam zdaje się ledwo rozumieć wagę tego zadania. Czasy, w których przyszło mu żyć, były szczególne i naznaczone niezwykłością: w klasztorze świętej Klary na świat przyszła bestia – „wybryk natury”, „czarci pomiot”, dwugłowy potwór, którego narodziny podsyciły zbiorową histerię. Miasto szykowało się równocześnie na atak słynnego flamandzkiego pirata, a mieszkańcy, głodni cudów i znaków, bez wahania uznali ascetyczną, surową w obyciu kobietę za świętą. W tle tych cudowności, omamów i diabelskich podejrzeń rozgrywa się jednak zupełnie przyziemna gra: walka o wpływy, prestiż i władzę. Bo tam, gdzie oficjalnie mówi się o zbawieniu dusz, nieoficjalnie ścierają się ambicje, interesy i lęki ludzi, którzy – paradoksalnie – wierzą w cuda tylko wtedy, gdy są im politycznie na rękę.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„(…) szczypta soli wysypana na stół oznacza w jej oczach wieczne przekleństwo.”

„Dotarło do mnie, że kobiety mają skłonność do pozorowania religijności i czystości, choć potajemnie oddają się zabawie i płochości.”

„Istniejemy wszak o tyle, o ile inni nas uznają. I znikamy, gdy nie wiedzą, do jakiej grupy nas przypisać.”

„Człowiek chętniej pomoże ze wstydu niż z uprzejmości.”

„Widzicie, jak skuteczna jest tortura? Jeszcze nie zaczęliśmy, a już przyznajecie się do winy.”

„Każdy wszak postrzega życie jak komedię, w której jemu, przypada rola bohatera, wszystkim zaś innym – czarnych charakterów, gdyż łatwo zapomina się o własnych niecnych postępkach i szybko przypisuje innym złą wiarę.”

„Jak się na to patrzy z zewnątrz, trudno wręcz uwierzyć, jak głupio zachowują się ludzie, kiedy wdają się we flirty i zalecanki.”

„Bardzo trudno rozmyślać o wieczności, kiedy ma się pusty brzuch tu, na Ziemi.”

„Zmarli chcą przedłużyć swe trwanie kosztem żywych.”

„Być może dostrzegłem świętość i czystość tam, gdzie tak naprawdę były tylko głupota i obłęd.”

„Odnosiłem teraz wrażenie, że pod pozorem dewocji, nawet zakonników i mniszek, kryć się mogło oszustwo, że to wszystko podszyte jest tak naprawdę podłością.”

„Człowiek kłamie także dlatego, że boi się konsekwencji prawdy.”

„Bardzo często prawdziwe wpływy nie pochodzą od ludzi z tytułami, tylko od tych, co pociągają dyskretnie za sznurki, a my nawet nie znamy ich imion.”

„Żyjemy w społeczeństwach, które wracają do XVII wieku” – mówi Santiago Roncagliolo. Ciemność nigdy całkowicie nie opuszcza ani świata zewnętrznego, ani relacji międzyludzkich, ani też wnętrza pojedynczego człowieka. Pojawiają się jedynie krótkie przebłyski światła. Dzisiejsza rzeczywistość coraz częściej przypomina Wicekrólestwo Peru z 1623 roku – świat inkwizytorów, hipokryzji, lęków i niezdolności człowieka do przekraczania prostych schematów, które mogłyby prowadzić ku ewolucji. Mimo upływu wieków natura ludzka pozostaje niemal niezmienna, a potwór, którego każdy w sobie nosi, cierpliwie czeka, by się ujawnić. Te niepokojące cienie ożywają w powieści Rok, w którym narodził się diabeł, jedenastej książce Santiago Roncagliolo – pisarza, eseisty oraz scenarzysty filmowego i telewizyjnego. Autor przyznaje, że często odkrywa sens swojej opowieści dopiero wtedy, gdy doprowadzi ją do końca: „Projekt ewoluuje, aż staje się czymś zupełnie innym, niż na początku myślałem”. W tej powieści widać to szczególnie wyraźnie: mrok historii splata się z mrokiem ludzkiej natury, tworząc opowieść o strachu, władzy i granicach, których człowiek boi się przekroczyć — choć czasem to właśnie ich przekroczenie pozwala ujrzeć światło.

Historia zatoczyła koło w Roku, w którym narodził się diabeł. Santiago Roncagliolo początkowo chciał napisać powieść współczesną, inspirowaną echem procesów czarownic w Ameryce Południowej. Jednak im głębiej zagłębiał się w dokumenty, kroniki i praktyki Inkwizycji, tym wyraźniej widział, że to właśnie w tamtej epoce – w jej mroku, lękach i obsesjach – tkwi źródło wielu współczesnych demonów. Powieść musiała więc powrócić do początku: do czasu, gdy rodziły się zjawiska, które do dziś nas prześladują. Akcja rozpoczyna się w 1623 roku, w Wicekrólestwie Peru. W Mieście Królów, pewnej nocy w klasztorze Świętej Klary, nowicjuszka Ignacia Prieto wydaje na świat przerażające stworzenie: z dwiema głowami, rozdwojonym językiem i ośmioma kończynami. Ten niepojęty poród zbiega się z pojawieniem się Rosy, młodej kobiety twierdzącej, że rozmawia zarówno z Bogiem, jak i z Diabłem. To ona stanie się później świętą Różą z Limy, pierwszą kanonizowaną kobietą Ameryki Południowej – dla jednych świętą, dla innych czarownicą, a dla Świętego Oficjum przede wszystkim zagrożeniem, które trzeba zbadać i osądzić. Świadkiem tych wydarzeń jest Alonso Morales – praktykant komornika Inkwizycji. To z jego dziennika wyłania się obraz miasta przeżartego korupcją, nadużyciami władzy, niesprawiedliwością i hipokryzją. Jego zapiski nie są jedynie chłodnym rejestrem faktów; to także zapis jego wewnętrznego świata: pełnego sprzecznych emocji, ambicji, lęków, marzeń i rozczarowań. Roncagliolo prowadzi czytelnika w głąb ludzkiej duszy, pokazując jej ciemne zakamarki i słabości, które okazują się ponadczasowe. 

Autor zauważa, że w jego książkach powracają pewne uniwersalne motywy: syn poszukujący ojca, ludzie, którzy nie potrafią nigdzie przynależeć, postacie balansujące na granicy dobra i zła, a także pytanie, w jaki sposób człowiek staje się potworem. Po lekturze powieści trudno oprzeć się wrażeniu, że przez cztery stulecia ludzkie wnętrze niewiele się zmieniło. Nadal obecne są zło, korupcja, hipokryzja i demonizowanie cielesności. Co dzieje się z człowiekiem, gdy jego naturalną zmysłowość uznaje się za coś grzesznego i niebezpiecznego? Roncagliolo zdaje się sugerować, że represja tylko wzmacnia mrok. Kontekst kulturowy również odgrywa tu istotną rolę. Bohaterowie tej historii należą do świata katolickiego, hiszpańskojęzycznego, który zetknął się z zupełnie odmiennym postrzeganiem ciała i seksualności. Dla wielu rdzennych społeczności Ameryki – jak w kulturze keczua – ciało, seks i płodność były czymś świętym; ziemia była kobietą, Pachamamą, a kobiety ceniono jako dawczynie życia. Zderzenie tego podejścia z chrześcijańską obsesją kontrolowania i tłumienia cielesności stało się jednym z największych konfliktów kulturowych epoki. Podczas gdy ludność rdzenna wywyższała życie i jego biologiczne źródła, kultura chrześcijańska widziała w ciele przede wszystkim zagrożenie, grzech i drogę, którą trzeba poskramiać, nawet poprzez fizyczne cierpienie. Ten konflikt  – między nienawiścią do ciała a jego afirmacją  – odbija się echem przez całą powieść i podkreśla jej główne przesłanie: mrok, z którego się wywodzimy, wcale nas nie opuścił. Jedynie przybrał nowe formy. 


Zło przenika całą powieść i przybiera różne formy, zawsze ukazywane z katolickiej perspektywy epoki. Czy sama istota zła oraz sposób jego pojmowania zmieniły się w ciągu czterech stuleci? W naturalny sposób powinniśmy ewoluować ku bardziej wyważonemu spojrzeniu na świat. Tymczasem wizja świata w czasach Wicekrólestwa Peru była skrajnie binarna: wszystko pochodziło albo od Boga, albo od diabła. Nie było odcieni, nie było złożoności. Jedną z największych zdobyczy demokracji stało się właśnie przekonanie, że ktoś, kto myśli inaczej niż my, nie jest zły — po prostu myśli inaczej, a mimo różnic można znaleźć wspólne płaszczyzny porozumienia.

Dziś jednak coraz częściej odnosi się wrażenie, że społeczeństwa ponownie przesuwają się ku logice XVII wieku. Świat staje się spolaryzowany, a przestrzeń dla pluralizmu dramatycznie się kurczy. Coraz mniej wierzymy w demokrację, a więc również w możliwość pokojowego współistnienia. Dominująca staje się postawa: „moja wizja powinna rządzić, a pozostałe muszą zniknąć”. To nie jest krok ku przyszłości — to regres, powrót do mentalności epoki inkwizycyjnej. W przestrzeni cyfrowej można dostrzec współczesną wersję Inkwizycji. Paradoksalnie, historyczna Inkwizycja nie przede wszystkim paliła na stosie  – jej główną bronią było publiczne upokorzenie. Osądzonego prowadzono przez miasto, wystawiano na widok tłumu, aby każdy mógł pluć, szydzić i obrażać. Mechanizm był prosty: gdy potępiasz „zło”, czujesz się cnotliwy. Dziś odbywa się to na masową skalę w mediach społecznościowych. Inkwizycja przestała być instytucją  – stała się zbiorowością. Każdy może pełnić rolę oskarżyciela, sędziego i katopodobnego komentatora. Proces ten przyspieszyły globalne kryzysy. Kryzys finansowy 2008 roku podważył zaufanie do instytucji. Europa nazwała go „globalnym”, ale w krajach Ameryki Łacińskiej długo wydawał się odległy. Prawdziwe załamanie przyszło wraz z pandemią  – tam, gdzie systemy społeczne były słabe, zaufanie do państwa runęło. Wraz z tym wzrosło poparcie dla polityków chlubiących się niedemokratycznymi postawami  – jak Milei w Argentynie czy Castillo w Peru. To symptom globalnego procesu: rozczarowania demokracją i fascynacji prostymi, radykalnymi odpowiedziami.

Ostatnie piętnaście lat przyniosło więc osłabienie wiary w demokrację na całym świecie i równoczesne wzmocnienie systemów niedemokratycznych, takich jak Rosja czy Chiny. Gdy demokracja traci autorytet, rodzą się światy przypominające rzeczywistość powieści Roncagliolo: światy, w których jedna strona narzuca zasady, a reszta ma jedynie przetrwać. Alternatywa bywa jeszcze gorsza  – anarchia i nieustanna walka wszystkich ze wszystkimi, dopóki nie wyłoni się zwycięzca zdolny narzucić własny porządek. Tak właśnie wyglądało Wicekrólestwo Peru: system, w którym obowiązywały sztywne zasady, a każdy, kto myślał inaczej, stawał się podejrzany. Nawet bluźnierstwo mogło być ścigane przez Inkwizycję. Nie było miejsca na indywidualną myśl czy odstępstwo od narzuconej doktryny. Dzisiejszy świat, choć formalnie bardziej wolny, coraz częściej odtwarza tamtą logikę: logikę lęku, polaryzacji i moralnej pewności, która nie dopuszcza odmienności. Im mniej wierzymy w demokrację, tym bliżej nam do XVII wieku epoki, która wydawała się dawno miniona, lecz wciąż żyje w naszych instynktach, konfliktach i zbiorowych lękach.

W Roku, w którym narodził się diabeł autor bezlitośnie odsłania moralne pęknięcia Kościoła kolonialnego. Twarz diabła – jak sugeruje narracja – mają tu nie kobiety, lecz sami ludzie Kościoła, których seksualna rozwiązłość i nadużycia stoją w jawnej sprzeczności z głoszoną przez nich doktryną. To oni przypisują kobietom winę za pokusę, podczas gdy sami ucieleśniają grzech, który tak chętnie piętnują. Mechanizm obciążania odpowiedzialnością innych, zwłaszcza kobiet, jest stały: od biblijnej Ewy po nowicjuszki kolonialnego Peru. Dla Alonso, głównego bohatera, ta hipokryzja staje się źródłem duchowego załamania. Z czasem nabiera on przekonania, że „katechizm jest oszustwem wicekrólów i kapłanów – narzędziem, które usprawiedliwia ich władzę nad duszami grzeszników”. Rozczarowanie wynika z obserwowanej niespójności: ci, którzy powinni być wzorcami przyzwoitości, sami żyją w rozkładzie moralnym. Poznanie prawdy nie prowadzi tu do zbawienia, lecz do gorzkiego sceptycyzmu. Wątpliwości Alonso pogłębia odkrycie jego własnej genealogii: jest synem księdza Melchora de Amusco, a jego matka – gorliwa katoliczka – oddawała się Gaitánowi, dyrektorowi Kongregacji ds. Nauki Świętej. Jej pobożność okazuje się jedynie narzędziem przetrwania w społeczeństwie, które spychając biednych na margines, pozwala im istnieć wyłącznie w cieniu kościelnej hierarchii. To nie odosobniony przypadek, lecz element szerszego pejzażu zepsucia: nocne wtargnięcia do klasztorów, nadużycia wobec nowicjuszek, zakulisowe intrygi i seksualne ekscesy wicekróla oraz jego doradców tworzą moralną topografię powieści.

Na tym tle jedynym jasnym punktem pozostaje Błogosławiona Róża Flores de Oliva – postać autentyczna, otoczona przez biednych niemal kultem. Jej duchowa czystość kontrastuje z obłudą instytucji kościelnych, a narastające prześladowania ze strony Gaitána ukazują, jak zagrażający dla władzy może być autentyczny charyzmat. W tak zarysowanym świecie Alonso dochodzi do jednego, ostatecznego wniosku: święte księgi są „pełne kłamstw pisanych dla dobra ich autorów, a nie dla Pana”. Powieść okazuje się więc aktem literackiej desakralizacji, odważnym demontażem mitu Kościoła jako strażnika moralności. Jest to utwór niepokojący, intensywny i zaskakująco aktualny, bo pokazujący, że tam, gdzie instytucja rości sobie prawo do absolutnej władzy, tam najłatwiej rodzi się diabeł spychając i bynajmniej nie w tych, których wskazuje palcem.

Jednocześnie ta epoka wyjaśnia wiele z dzisiejszych napięć i współczesnych zjawisk społecznych. Maczyzm i rasizm, które wciąż przenikają nasze społeczeństwa, mają korzenie w męskiej potrzebie kontroli oraz w głębokim strachu przed odmiennością – postawach, które przybyły do Ameryki wraz z Hiszpanami. Wszystko, czego Kościół katolicki nie rozumiał, natychmiast uznawał za dzieło Szatana: obce obyczaje, rdzenne religie, tradycje, które nie mieściły się w doktrynie. Ten mechanizm demonizowania Innego wiele mówi o lękach, jakie współczesne społeczeństwa – również europejskie – nadal odczuwają wobec ludzi pochodzących z innych kultur i kontynentów. Historia nie jest zamkniętą księgą; jej echa wciąż brzmią w naszych reakcjach i uprzedzeniach.

Katolicyzm, co również wyraźnie podkreśla powieść, wyrasta z głęboko zakorzenionego poczucia winy. Człowiek od początku przedstawiany jest jako istota napiętnowana grzechem pierworodnym; zostaliśmy wygnani z raju, choć żaden z nas nigdy w nim nie był, Chrystus umarł za nasze grzechy, a każdy sakrament rozpoczyna się od wyznania własnych win. Spowiedź, fundament kościelnej dyscypliny, oddawała klerowi realną władzę. Przez stulecia to właśnie księża znali najintymniejsze myśli i słabości swojej trzódki, a niejednokrotnie wykorzystywali tę wiedzę do manipulacji. W systemie opartym na winie i strachu kontrola nad ludźmi stawała się niemal automatyczna.

Na tym tle pojawia się postać Róży — jednocześnie fascynująca i niepokojąco niejednoznaczna. Być może to kobieta o zaburzonej psychice, uzależniona od bólu i umartwienia. A może przeciwnie: osoba niezwykle przebiegła, świadomie budująca własny kult, jedyną dostępną dla kobiet drogę do wolności i rozpoznawalności. W czasach, gdy życie kobiety było zdeterminowane przez mężczyzn i rodzinę, mistyczka mogła być kimś na kształt gwiazdy swojej epoki – kimś, kto przekracza normy i zdobywa nieosiągalny na co dzień prestiż. Właśnie dlatego Róża stanowi centralną zagadkę powieści: kim jest naprawdę. Świętą? Manipulatorką? Ofiarą? A może jedyną osobą, która znalazła sposób na autonomię? To pytania, na które Alonso desperacko próbuje znaleźć odpowiedź. Obraz życia zakonnego również odbiega od oczyszczonych wizji ikonografii. Mniszki sprowadzały kochanków, rodziły dzieci, wychowywały je wspólnie, zajmowały się muzyką i sztuką –  klasztor bywał jednocześnie więzieniem i jedyną przestrzenią, gdzie możliwe było jakiekolwiek samostanowienie. Był to jednak także czas brutalnego przymusu, w którym ludzi traktowano jak nieposłuszne dzieci – uczono ich posłuszeństwa biciem, zastraszaniem i publicznym upokorzeniem. Czasy, gdy płonęły stosy, a przemoc była oczywistym narzędziem porządku. W takim świecie czarny humor staje się nie luksusem, lecz koniecznością. Jest sposobem na przetrwanie, symbolicznym gestem odparcia rzeczywistości, której nie da się zmienić. Śmiech w tej powieści nie jest więc ucieczką, lecz formą oporu, jedyną bronią pozostającą w rękach tych, którzy próbują przetrwać w rzeczywistości, gdzie na każdym rogu rodzi się strach, władza i… diabeł.

Powieść Rok, w którym narodził się diabeł bardzo wyraźnie pokazuje, że Kościół jako instytucja sam z siebie nigdy się nie zmieni. Jego struktury, praktyki i sposób sprawowania władzy pozostają zadziwiająco stałe, niezależnie od epoki. To, co widzimy w XVII-wiecznym Peru: przemoc, manipulacje, obsesję na punkcie moralnej „czystości”, a równocześnie kompletną pobłażliwość dla grzechów wewnątrz własnych murów, odnajdujemy również we współczesnej historii Kościoła: w biernej postawie wobec Hitlera, w systemowym tuszowaniu pedofilii, w sprawie Marciala Maciela Degollado czy w doktrynalnych błędach, takich jak encykliki Jana Pawła II  Evangelium Vitae[1] czy Dominus Iesus[2], umacniająca wyższościowy ton instytucji. Problem, jak podsuwa powieść, nie polega na tym, że piękną religię miłości „psują” pazerni, zaangażowani w politykę księża. Rdzeń instytucji sam w sobie jest zbudowany na mechanizmach dominacji: na patriarchacie, hierarchii i przekonaniu o jedynej prawdzie, do której dostęp mają wyłącznie mężczyźni. Koloratka od wieków jest symbolem nie duchowości, lecz przywileju – przepustką do władzy nad sumieniami, ciałami i duszami wiernych.

Świat powieści odzwierciedla ten porządek z całą brutalnością. Mężczyźni Kościoła kontrolują zachowania kobiet, jednocześnie uciekając się do nadużyć; seksualność –  zamiast być elementem życia, jest demonizowana, otoczona obsesją i lękiem. Kościół roztacza wokół niej aurę brudu i grzechu, ale równocześnie najczęściej sam ją przekracza. To podwójne oblicze – potępiające i jednocześnie pożądające – jest jednym z najważniejszych motywów książki. Do tego dochodzi afirmacja cierpienia: święte tortury, praktyki umartwiania, model duchowości oparty na bólu, milczeniu i posłuszeństwie. W powieści te elementy są wszechobecne –  od ascetycznych praktyk, przez przemoc Inkwizycji, aż po sposób, w jaki kształtowano wyobrażenia o świętości. Zło nie jest tu wyjątkiem, lecz bezpośrednim skutkiem dogmatycznych fundamentów. Również obsesja na punkcie ciała, zwłaszcza kobiecego, budzi w powieści niepokój i obrzydzenie. Kościół nieustannie próbuje je kontrolować, zakrywać, karać. A jednocześnie właśnie ciało stanowi przestrzeń, na której jego władza się ujawnia: poprzez dominację seksualną, wymuszoną czystość, ingerencję w cielesność wiernych czy fetyszyzację cierpienia.

W ten sposób Rok, w którym narodził się diabeł odsłania nie tylko moralny rozkład epoki kolonialnej, ale także genezę wielu współczesnych problemów. Powieść pokazuje, że przemoc, kontrola i przekraczanie granic nie są przypadkową dewiacją Kościoła, lecz logiczną konsekwencją jego dogmatycznych struktur. To dlatego dzieło staje się tak aktualne: w przeszłości widzimy odbicie teraźniejszości – i być może przestajemy się łudzić, że instytucja, która narodziła się w cieniu władzy i strachu, pewnego dnia sama się oczyści.

 

 

 

 

 

 

 

 



[1] Evangelium vitae koncentrowała się głównie na stanowisku papieża w kwestiach etyki seksualnej i bioetyki. Zarzucano mu nadmierne skupienie na problemach antykoncepcji, aborcji, eutanazji oraz kary śmierci, które określał mianem „cywilizacji śmierci”. Krytycy wskazywali, że jego konsekwentnie twarde stanowisko wobec antykoncepcji — stanowiące kontynuację encykliki Humanae vitae — przyczyniło się do kryzysu w Kościele i odpływu części wiernych. Ponadto zarzucano mu zbyt opieszałą reakcję na problem wykorzystywania seksualnego nieletnich w Kościele.

[2] Dominus Iesus wywołała szeroką krytykę, przede wszystkim ze względu na absolutystyczne i wykluczające podejście do kwestii zbawienia poza Kościołem katolickim. Dokument ten został odebrany jako podważający ekumenizm oraz dialog międzyreligijny, gdyż stwierdza, że Kościół katolicki jest jedynym pełnym źródłem zbawienia, co uznano za poniżające wobec innych wyznań i religii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz