19 grudnia 2025

Dżuma

 

„Dżuma”

Albert Camus

Autor/ przyszedł na świat 7 listopada 1913 roku w położonym w Algierii Mondovi (obecnie Deran). Jest znany przede wszystkim jako pisarz i eseista, choć tworzył również sztuki teatralne. Pozostawił po sobie pisane oszczędnym, lecz bogatym w znaczenia językiem eseje filozoficzne, nowele, artykuły prasowe i prozę powieściową. W roku 1957 otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. 4 stycznia 1960 na drodze między Sens i Paryżem, rozpędzony samochód Michela Gallimarda, wyposażony w mocny silnik, wpada w poślizg i uderza w drzewo. Pasażerem, który ginie na miejscu jest Albert Camus. Miał ze sobą niedokończony szkic powieści Pierwszy człowiek. Pisarz żył zaledwie 47 lat.

Tłumaczenie/ Joanna Guze

Tytuł oryginału/ fr La Peste

Tematyka/ Nigdy nie jesteśmy dostatecznie przygotowani na nieszczęście – ani logistycznie, ani psychicznie. Mieszkańcy Oranu, zanurzeni w prozaiczności swojego życia, skupieni na zarabianiu pieniędzy i drobnych przyjemnościach, próbują jak najdłużej wypierać istnienie choroby, ignorować niezaprzeczalne. Nawet gdy liczba ofiar gwałtownie wzrasta, życie nadal próbuje wygrywać ze śmiercią: ludzie wychodzą wieczorami na ulice, jadają w restauracjach, oddają się rozwiązłości. Po pierwszym zrywie namiętności przychodzi rozpacz, a potem akceptacja. W algierskim miasteczku Oran trwa epidemia dżumy, ale miejska elita pragnie wierzyć, że zaraza nie przekroczy progu opery, że klejnoty i koafiury odstraszą śmierć. Nagle, pośrodku sceny, śpiewak pada rażony chorobą, muzyka się urywa, zapada cisza. Dżuma dotarła także tutaj. Nie ma przed nią schronienia, nie ma rytuału, który mógłby stawić jej opór. W obliczu plagi wszyscy są równi, śmierć wybiera sobie ofiary, nonszalancko wskazując palcem. Stają do walki z dżumą i własną bezradnością.

Główny motyw/ Dżuma jest opowieścią, którą można potraktować jako kolekcję psychicznych i etycznych strategii przetrwania. Każdy z nas decyduje, jak poradzi sobie z zagrożeniem, jaki wektor obierze: egoizmu czy działania dla wspólnoty, wyparcia czy samoświadomości. Główny bohater, doktor Rieux, odcina się od emocji, żeby przetrwać. Jego życie ma sens tylko dzięki aktywności, przynoszeniu pomocy jak największej liczbie chorych. W tym działaniu nie ma ani tęsknoty za heroizmem, ani patosu. To tylko rutyna poszczególnych zabiegów, chłód analizy, przewidywalność procedur. Mierzenie się codziennie ze śmiercią dzięki przeświadczeniu o słuszności swoich działań. Nieszczęście nie kieruje się logiką, nie robi bilansu win i zasług, spada na bezbronnych i nie ma żadnej wartości. Ale w obliczu czegoś, nad czym nie mamy kontroli, możemy przynajmniej kontrolować siebie. Każdy sam zdecyduje, jaki sens odnajdzie w zagrożeniu. Ci, którzy odcinają się od innych, zamykają się w czterech ścianach swojego strachu. Ale choroba, która ma izolować ludzi od siebie, daje siłę, kiedy wytwarza poczucie wspólnoty i solidarności.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Najdogodniej można poznać miasto starając się dociec, jak się w nim pracuje, jak kocha i jak umiera.”

„Ale są miasta i kraje, gdzie ludzie od czasu do czasu podejrzewają istnienie czegoś innego. Na ogół nie zmienia to ich życia.”

„Mężczyźni i kobiety albo łączą się pospiesznie w tym, co nazywa się aktem miłosnym, albo powoli przyzwyczajają się do siebie. Między tymi krańcami często nie ma środka.”

„Szczury umierają bowiem na ulicy, a ludzie w domu. Dzienniki zaś zajmują się tylko ulicą.”

„Kiedy wybucha wojna, ludzie powiadają: >To nie potrwa długo, to zbyt głupie<. I oczywiście, wojna jest na pewno zbyt głupia, ale to nie przeszkadza jej trwać.”

„Poza tym gadanie wyolbrzymia wszystko.”

„(…) hipotezy w nauce, jak i w życiu, są zawsze niebezpieczne.”

„Tak, w nieszczęściu jest cząstka abstrakcji i irrealności. Ale kiedy abstrakcja zaczyna nas zabijać, trzeba się zająć abstrakcją.”

„Aby walczyć z abstrakcją, trzeba trochę być do niej podobnym.”

„Lecz w tym, w czym jedni widzieli abstrakcję, inni widzieli prawdę.”

„W niedzielę rano na przykład kąpiele morskie są poważną konkurencją dla mszy.”

„Sądziliście, że wystarczy wam odwiedzać Boga w niedzielę, abyście byli panami waszych dni.”

„Po raz pierwszy wszyscy stali się wrażliwi na barwy nieba i zapachy ziemi, które znaczą zmiany pór roku.”

„Ale ta łajdacka choroba! Nawet ci, których nie tknęła, noszą ją w sobie.”

„(…) Bóg na pewno nie istnieje, w przeciwnym razie księża byliby niepotrzebni.”

„(…) przypisując zbyt wielkie znaczenie pięknym czynom, składa się pośrednio hołd złu.”

„Ale zawsze nadchodzi godzina w historii, kiedy ten, co ośmiela się powiedzieć, że dwa i dwa to cztery, jest karany śmiercią.”

„Teraz wiem, że człowiek jest zdolny do wielkich czynów. Ale jeśli nie jest zdolny do wielkiego uczucia, nie interesuje mnie.”

„Miłość bowiem żąda odrobiny przyszłości, a myśmy mieli tylko chwile.”

„Nic w świecie nie jest warte, żeby człowiek odwrócił się od tego, co kocha.”

„Inaczej rozumiem miłość. I nigdy nie będę kochał świata, gdzie dzieci są torturowane.”

„Cierpienie dziecka jest na pewno upokarzające dla umysłu i serca.”

„Ale mówiono mi, że trzeba tylko kilku trupów, aby powstał świat, gdzie nie zabija się nikogo.”

„Znam dziś tylko jedno konkretne zagadnienie: czy można być świętym bez Boga.”

„(…) świat bez miłości jest martwym światem (…).”

            Dżuma to książka, po którą wielu z nas sięgnęło w pierwszych miesiącach pandemii COVID-19. Za sprawą powieści francuskiego pisarza przenosimy się do algierskiego Oranu – miasta ogarniętego epidemią. Warto jednak zaznaczyć, że miejsce akcji ma w Dżumie charakter umowny – Camus celowo unika szczegółowych opisów zarówno czasu, jak i przestrzeni wydarzeń. W zapisie dat ostatnie cyfry zastąpione są kropkami, co nadaje opowieści ponadczasowy, uniwersalny wymiar i otwiera ją na rozmaite interpretacje.

Tytułowa dżuma to oczywiście epidemia, która ogarnia miasto. Wszystko zaczyna się niepozornie – od znalezienia przez jednego z bohaterów, doktora Castela, martwego szczura. Ale powieść Camusa można odczytywać nie tylko dosłownie. Dżuma to także metafora zła, z którym człowiek musi się zmierzyć – zła, które rozprzestrzenia się w świecie, ale też tego, które każdy nosi w sobie. Ta walka ze złem ma wymiar zarówno wspólnotowy, jak i głęboko osobisty. Gdyby Albert Camus żył dzisiaj, z pewnością miałby wiele do powiedzenia o stanie współczesnych stosunków międzynarodowych i kondycji człowieka. Na szczęście pozostawił po sobie bogaty dorobek pisemny – będący zarazem przestrogą przed zatwardziałością serc, jak i inspiracją do działania z miłością i współczuciem. W czasach, gdy przemoc często przedstawiana jest jako droga do zbawienia, patriotyzm utożsamiany z odkupieniem, a rozszerzająca się kontrola państwa przybiera pozory pokuty, pisma Camusa przypominają o roli „uzdrowicieli" – ludzi, którzy nie poddają się złu, lecz starają się je przezwyciężać. Camus uczy nas, że sama myśl – nawet najszlachetniejsza – nic nie znaczy, jeśli nie towarzyszy jej działanie. Jego twórczość pozostaje żywa i aktualna, bo stawia pytania, z którymi nadal musimy się zmierzyć – o odpowiedzialność, wolność, solidarność i granice ludzkiego sumienia. Nie możemy zapomnieć o jednym: będziemy tym, kim siebie uczynimy. Można uczynić siebie przestępcą, zaprzańcem, (można uczynić) siebie zakonnika, artystę, lekarza, przyzwoitego pracownika, po prostu dobrego człowieka. Doktor Bernard Rieux, bohater powieści Camusa, angażując się w walkę z dżumą, buduje siebie jako człowieka, staje się tym, kim chce się stać. W Dżumie jest też ten cholerny staruszek, który pojawia się na początku, a potem znika bez śladu. To obrzydliwa postać. Rzuca bezpańskim kotom kawałki papieru z okna, a kiedy zwierzęta – niecnie zwabione, głodne – podchodzą, pluje na nie, straszy je i śmieje się okropnie. Mamy więc wybór między doktorem Rieux a tym ohydnym starcem… I dwa bieguny naszego losu, samotność i solidarność. Ale – co u Alberta Camusa ( i jako pisarza i jako człowieka) jest bardzo znamienne – te dwa bieguny powinny gdzieś się sprząc. Jesteśmy bowiem zawsze samotni, ale tę drastyczną samotność możemy w pewnym stopniu przełamać przez solidarność, wypełniając sens własnego życia, budując istotę własnego człowieczeństwa – przez zaangażowanie i działanie dla innych.

            Akcja powieści rozgrywa się w zwyczajnym, nadmorskim miasteczku w rodzinnej Algierii Camusa – wówczas będącej francuskim terytorium kolonialnym – i dokumentuje dziesięć miesięcy, podczas których dżuma, wyjątkowo zaraźliwa i śmiertelna choroba, pochłania setki ofiar i odbiera mieszkańcom resztki normalnego życia. Nad miastem nieustannie unosi się złowieszczy, dymiący całun – to dym z krematorium, które pracuje bez przerwy, dzień i noc. Żołnierze strzegą zamkniętych bram, a miasto zostaje objęte kwarantanną i odcięte od reszty świata. Z tej przytłaczającej, niemal apokaliptycznej scenerii wyłaniają się dwaj cisi bohaterowie: Bernard Rieux, miejscowy lekarz, który pełni także rolę narratora, oraz Jean Tarrou – nowo przybyły do miasta, który dobrowolnie włącza się w walkę z epidemią. Razem diagnozują chorych, opiekują się umierającymi i organizują usuwanie ciał. W jednym z późniejszych fragmentów Tarrou dzieli się z Rieux swoją refleksją na temat dżumy – nie tylko jako choroby, ale także jako metafory zła, które drzemie w każdym z nas. Camus starał się określić istotę człowieczeństwa w najtrudniejszym okresie historycznym: przemarszu faszyzmu i totalitaryzmu przez Europę, z towarzyszącym mu terroryzmem policyjnym, torturami, wojną i obozami koncentracyjnymi. Unikał obojętności i podkreślał, że stawiając czoła niesprawiedliwości i przeciwnościom losu, umacnia się ludzkiego ducha.

Jeden z najstarszych pacjentów doktora Rieux – demoniczny, przykuty do łóżka astmatyk – łuska groch i z ironią stwierdza, że nie boi się dżumy, bo nie można umrzeć na dwie rzeczy naraz. Dla niego epidemia to niemal widowisko, które śledzi z cynicznym dystansem. Tymczasem w innej części miasta ksiądz Paneloux ogłasza z ambony, że zaraza to Boży sąd nad grzeszną ludzkością. Jednak jego przekonania zostają wystawione na ciężką próbę, gdy musi być świadkiem agonii niewinnego dziecka. Kolejne kazanie, które wygłasza, ma już inny ton – jego religia przestaje być narzędziem kary, staje się próbą niesienia pociechy i wspólnoty w smutku. „Któż mógłby bowiem twierdzić, że wieczna radość może wynagrodzić chwilę ludzkiego cierpienia?” Ta zmiana okazuje się jednak dla niego zbyt trudna. Niedługo później zapada na zdrowiu i umiera. Nie wiemy, czy przyczyną była dżuma – jego ciało zostaje oznaczone z gorzką dwuznacznością jako cas douteux. „Napisano na karcie kontrolnej: >Wypadek wątpliwy<.” 


Śmierć dziecka to jedyny fragment powieści, którego nigdy nie potrafiłem przeczytać do końca. Camus przez większość czasu jest powściągliwy wobec swoich czytelników – jego styl jest chłodny, oszczędny, wyważony. Ale właśnie dlatego te kilka stron działa tak porażająco. Nie ma tu histerii, nie ma emocjonalnych uniesień. Jest tylko rzeczowa, beznamiętna proza, która z chirurgiczną precyzją opisuje, jak zaraza dławi życie.  Właśnie ta chłodna dokładność sprawia, że scena ta uderza z taką siłą. To moment, w którym moc i okrucieństwo zarazy osiągają swoje apogeum – centralny punkt powieści. Dla mnie jednak pozostaje to czarna plama. Miejsce, którego nie potrafię dotknąć. Jeśli doktor Rieux jest kimś, kogo możemy nazwać bohaterem tej książki, to nie dlatego, że wykazuje się nadzwyczajną odwagą czy wygłasza wielkie manifesty moralne. Jest nim dlatego, że potrafi spojrzeć w oczy cierpieniu – także temu najbardziej nieznośnemu, jak agonia dziecka – i mimo wszystko kontynuować nieustępliwą walkę z zarazą. Rieux to jeden z typowych chłodnych bohaterów Camusa. Nie daje się wciągnąć w rozważania o sensie dżumy, nie spekuluje na temat jej przebiegu i nie traci energii na afektowne współczucie. Na początku może wydawać się odpychający, zbyt oschły, może nawet znieczulony. Ale z czasem jego nieustanne powtarzanie, że „musi wykonywać swoją pracę”, jego cicha determinacja, z jaką leczy chorych i organizuje pracę ochotników, nabierają rangi autentycznej szlachetności. Doktor Rieux wie, że troski i lęki wybiegające poza granice jego lekarskiego powołania mogą prowadzić tylko do bezsilności albo do samozadowolenia. Odmawia sobie tego luksusu. Jego milczące oddanie obowiązkom, jego odwaga, która nie potrzebuje słów, a także straty osobiste, które ostatecznie poniesie, czynią z niego postać głęboko poruszającą – nie bohatera wielkich gestów, lecz z codziennej wytrwałości.

Zaskakujące w kolejnym bohaterze Dżumy, Tarrou, jest to, że nie tylko działa, ale i myśli – a jego refleksje są głęboko zakorzenione w przeżyciu i doświadczeniu. W tym sensie jest jednym z nielicznych egzystencjalistów, którzy potrafią myśleć i działać jednocześnie. Jego teoria dżumy wyrasta z traumy młodości – chwili, która na zawsze zmienia jego sposób widzenia świata. Chodzi o moment, w którym jako młody chłopiec był świadkiem, jak jego ojciec, zastępca prokuratora generalnego, posyła człowieka na śmierć. Zestawienie opanowania ojca z brutalną ostatecznością wyroku – pozbawieniem życia drugiego człowieka – uświadamia Tarrou szaleństwo tkwiące w społecznych instytucjach i ukrytej przemocy, która drzemie w ludziach. Nawet jeśli ta przemoc jest zorganizowana, zalegalizowana i kontrolowana, wciąż pozostaje przemocą – i nie daje się całkowicie wyeliminować.

W tym doświadczeniu rodzi się jego przekonanie, że każdy człowiek nosi w sobie zarazę – że wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu skażeni, bo wszyscy, choćby potencjalnie, jesteśmy zdolni do wyrządzenia śmiertelnej krzywdy drugiemu człowiekowi. Tarrou używa słowa „dżuma” jako metafory tej ukrytej przemocy – przemocy, która rodzi się z dominacji, z poczucia wyższości, z prawa do sądzenia i karania. Jego życie staje się próbą ucieczki od tej przemocy – gorącym pragnieniem pozostania czystym. Tarrou obsesyjnie próbuje dowiedzieć się, czy można zostać sprawiedliwym – kimś, kto dokonuje cudu i nikogo nie krzywdzi. To pragnienie, choć piękne, okazuje się niemal niemożliwe do zrealizowania. Jego losy w tej walce pozostają niejednoznaczne… ale nie zdradzę ich tutaj, by nie odbierać nikomu przyjemności z czytania.

Zastanawiając się nad argumentami w kontekście kondycji moralnej w naszym życiu, odkrywamy, że niewiele wiemy o doktorze Rieux poza tym, że z oddaniem angażuje się w pomoc ofiarom epidemii i jest w swoim działaniu anielsko cierpliwy i miłosierny. Camus bardzo skąpo kreśli tę postać. Nic nie pisze o pasjach doktora – nie wiadomo, jaką książkę ostatnio czytał, jakiej muzyki słucha albo komu kibicuje w sportowych rozgrywkach. Czy ma poczucie humoru? Nie znajduję w książce żadnego fragmentu, który pozwalałby go odkryć. Wiemy tylko, że z troską myśli o swojej chorej żonie, która na kilka dni przed zamknięciem miasta wyjechała do sanatorium. Trzeba jednak przyznać, że Rieux jest na tyle skoncentrowany na ratowaniu chorych w Oranie, że nie przeżywa zbyt emocjonalnie rozstania z żoną. To jednak z pewnością nie obojętność, ale raczej typ osobowości, który utrudnia mu okazywanie silnych emocji, albo może cnota umiarkowania, nad którą latami pracował. Trudno też odnaleźć fragment, w którym doktor wypowiadałby się źle o innych osobach. Jest pewne, że ludzie z otoczenia Rieux czują jego życzliwość i akceptację.

Camus, odmawiając pójścia w kierunku metafizycznego buntu przeciw Stwórcy, ogranicza swój bunt do dziedziny względności, tam gdzie ludzka działalność może mieć miejsce. Bunt przeciw Bogu traci swą zażartość. „Zbawienie człowieka, to zbyt wielkie słowo dla mnie. Nie idę tak daleko. Interesuje mnie jego zdrowie, przede wszystkim zdrowie.” Można to wywnioskować z wypowiedzi doktora Rieux, z którym w Dżumie autor najbardziej się utożsamia. Na pytanie Tarrou, przeciw komu broni swych chorych, Rieux odpowiada: nie wiem. Stwierdza jednak nieco później, że w tej sprawie jego postawa uległa zmianie. Dawniej nie mógł oglądać śmierci istot powołanych do życia, nie buntując się przeciw stanowi, który był udziałem człowieka, a dalej przeciw Bogu – sprawcy tego stanu. „Byłem wówczas młody i zdawało mi się, że moja niechęć godzi w porządek świata. Potem stałem się bardziej skromnym”. Ewolucja naszego autora jest w tym względzie bardzo widoczna. W takim układzie człowiek nie jest niewinny, bo czyni zło, lecz zarazem nie jest nie winny z powodu niewiedzy – braku rozeznania, niemocy wyboru dobra, a więc nieświadomego czynienia zła. Bóg nie jest przyczyną zła, człowiek zaś nie odpowiada za nie w pełni, choć niejednokrotnie je wybiera.

O Dżumie stwierdzono, że promuje tezę o bezużyteczności walki, skoro zło i ucisk ostatecznie nigdy nie mają zostać pokonane, skoro dżuma ma nigdy nie umierać. Widziano w niej karygodne nawoływanie do solidarności z ofiarami bez podjęcia walki z oprawcami. Jeszcze zanim otrzymał Nagrodę Nobla, Camus potępił radzieckie obozy pracy, krytykował socrealizm, wypowiadał się w kwestiach wolności politycznych, potępiał tyranię i masowe morderstwa, które postrzegał jako nieodłącznie towarzyszące rewolucji. W interpretacji I.D. Schuniajewa camusowski Mit Syzyfa okazał się celebracją wiary w walkę, Obcy – krytyką burżuazyjnego społeczeństwa pełnego hipokryzji i formalnej moralności, Dżuma natomiast utworem antyfaszystowskim.[1]

Na końcu Dżumy jest scena pełna nadziei i radości – scena, która z pewnością nie była udziałem ludzi po zakończeniu pandemii COVID-19. W Oranie, po zniesieniu kwarantanny, ludzie wychodzą na ulice, tańczą, śpiewają, ściskają się, a pociągi przyjeżdżają na perony, gdzie rozdzieleni przez chorobę ludzie znów spotykają się z bliskimi. To piękny obraz wspólnoty, która odzyskuje swoje człowieczeństwo po trudnym czasie. Ale nie widzieliśmy tego po pandemii COVID-19 – ani w Warszawie, ani w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku czy Barcelonie. Dlaczego? Ponieważ w wielu przypadkach ludzie nie wierzyli w powagę pandemii, nie traktowali jej z należytą uwagą. Zamiast wspólnego wyjścia z kryzysu, dostaliśmy podziały – nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale także w sferze zbiorowej świadomości. W tym sensie zakończenie Dżumy staje się jeszcze bardziej wymowne i tragiczne, bo ukazuje nie tylko zwycięstwo nad zarazą, ale także siłę jedności i solidarności, która często bywa wystawiana na próbę w rzeczywistości.

 

 

 

 

 

           

           

 


[1] Por. I. D. Schuniajewa, Sovremennaia frantsuzskaia literatura, Moskwa 1961, s. 153-196, cyt. za: E. Tall, Soviet Responses…, s. 322-323

Obcy, Upadek

 

    „Obcy” „Upadek”         

Albert Camus

Autor/ ur. 7 listopada 1913 w Mondovi, zm. 4 stycznia 1960 w Villeblevin – francuski pisarz, dramaturg, eseista i reżyser teatralny. Urodzony w Algierii Francuskiej, tworzył swoje dzieła głównie we Francji. Jest uważany za czołowego reprezentanta egzystencjalizmu w literaturze i za jednego z najwybitniejszych intelektualistów Europy w II połowie XX wieku. Był laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1957.

Tłumaczenie/ Maria Zenowicz, Joanna Guze

Tytuł oryginału/  fr L’Étranger, La Chute

Tematyka/ Obcy pokazuje, że w naszym społeczeństwie każdy człowiek, który nie płacze na pogrzebie matki, naraża się na wyrok śmierci. Chce się powiedzieć, że bohater książki zostaje skazany, gdyż nie wchodzi w grę ze społeczeństwem. W tym sensie jest obcy społeczeństwu, w którym żyje; błąka się po obrzeżach, na przedmieściach życia prywatnego, samotnego, zmysłowego. I dlatego czytelnicy ulegali pokusie, by uznać go za ludzki wrak. Można by jednak wyrobić sobie bardziej trafne wyobrażenie o tej postaci, a w każdym razie bliższe zamierzeniom autora, gdyby zastanowić się, w którym miejscu Mersault nie wchodzi w grę. Odpowiedź jest prosta, Mersault odmawia kłamstwa. Kłamać nie znaczy tylko twierdzić, że jest coś, czego nie ma. To także, to przede wszystkim, powiedzieć więcej, niż jest, i – w przypadku ludzkiego serca – powiedzieć więcej, niż się czuje. W Upadku ukazana jest przede wszystkim przenikliwa diagnoza człowieka współczesnego, osadzona na wielorako rozumianej dwoistości, ambiwalencji i swoistej grze luster. Bohater, Jean-Baptiste Clamence, prowadzi dialog, będący w gruncie rzeczy monologiem; poszukuje łaski  w świecie bez Boga, zamienia swoją winę i pokutę w patologiczną wręcz pychę z upadku w paradoksalnej koncepcji łączącej sądzenie i winę, sędziego i skazanego w jednej osobie.

Główny motyw/ Dla przypomnienia: Obcy - rzecz dzieje się w Algierze, narratorem i głównym bohaterem jest Francuz, Mersault, nieznany z imienia. Młody szeregowy urzędnik prowadzi nieskomplikowane życie, ma kilku znajomych na krzyż, spotyka się z kobietą; po śmierci matki, która mieszkała w domu opieki, zostaje sam, gdyż poza nią nie ma rodziny. Mersault nie okazuje ostentacyjnie uczuć, wydaje się obojętny, niezaangażowany, zarzuca mu się wyrachowanie. Szef, proponuje mu pracę w paryskiej filii firmy i sugeruje, że zmiana życia mogłyby mu się spodobać, Marsault odpowiada: „Życia nie da się zmienić, że każde życie jest tyle samo warte i że moje całkiem mi pasuje”. Pewnego dnia Mersault zabija Araba, idzie do więzienia. Upadek - bohaterem utworu jest Jean-Baptiste Clamence, a raczej ktoś, kto pod tym pseudonimem ukrywa swoją prawdziwą tożsamość. Przesiaduje on w barze Mexico-City, znajdującym się w żydowskiej dzielnicy Amsterdamu, jednej z mniej nobliwych w mieście. Spotyka tam pewnego mężczyznę, któremu zaczyna opowiadać o sobie i który staje się nie tyle interlokutorem (żadna z jego nielicznych wypowiedzi nie jest podana w mowie niezależnej, a jedynie powtarzana w wypowiedzi bohatera), ile słuchaczem swoistej spowiedzi Clamence’a. Jest on opisany „mniej więcej”, by zacytować samego Clamence’a, i niewiele o nim wiemy, mamy tylko relację bohatera, który widzi w mężczyźnie zadbanego, inteligenckiego przedstawiciela klasy średniej, a na końcu utworu powiedziane zostaje, że tak samo jak Clamence jest on adwokatem z Paryża. Postać ta może być zatem interpretowana nie tylko jako rzeczywiście istniejąca, lecz także jako wyimaginowane alter ego bohatera.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Tu nie ma czasu, człowiek nie uświadomił sobie jeszcze, co się stało, a już trzeba biec za karawanem.”

„Ale uważał, że jego prawdziwą chorobą była starość, a ze starości nie można wyleczyć.”

„Jednakże wyjaśniłem mu, że mam taką naturę – moje potrzeby fizyczne mącą często moje uczucia.”

„Zrozumiałem wówczas, że człowiek, który przeżył tylko jeden, jedyny dzień, może bez trudu żyć sto lat w więzieniu. Miałby dosyć wspomnień, żeby się nie nudzić.”

„Oto obraz tego procesu. Wszystko jest prawdziwe i nic nie jest prawdziwe.”

„(…) przypadek ma już wiele grzechów na sumieniu w tej sprawie.”

„Więc w końcu o co się go oskarża – o pogrzeb matki czy o zabójstwo człowieka?”

„Zawsze, nawet na ławie oskarżonych, człowiek słucha z ciekawością, gdy o nim mówią.”

„Człowiek zawsze ma przesadne wyobrażenie o tym, czego nie zna.”

***

„Być królem swych humorów to przywilej wielkich zwierząt.”

„Niech pan wyobrazi sobie człowieka z Cro-Magnon w roli pensjonariusza wieży Babel!”

„Wiem dobrze, że upodobanie do wykwintnej bielizny nie oznacza tym samym, iż ma się brudne nogi.”

„Ale serce ma swoją pamięć (…).”

„W tym kraju wszyscy są doktorami lub profesorami.”

„Kiedy nie ma się charakteru, trzeba sobie wypracować metodę.”

„Moja zasługa była żadna: chciwość, która w naszym społeczeństwie zajmuje miejsce ambicji, zawsze przyprawiała mnie o śmiech.”

„W końcu żyć ponad, wciąż jest jedynym sposobem, by być widzianym i zbierać ukłony większości.”

„Żeby zyskać rozgłos, wystarczy w gruncie rzeczy zabić dozorcę z kamienicy.”

„Bo czy to nie Eden, drogi panie, życie brane po prostu?”

„A czy wie pan, dlaczego jesteśmy zawsze bardziej sprawiedliwi i wielkoduszni ze zmarłymi? Przyczyna jest prosta! Wobec nich nie mamy zobowiązań.”

„Człowiek jest taki, drogi panie, na dwie twarze: nie może kochać nie kochając siebie.”

„W Holandii wszyscy są specjalistami od malarstwa lub tulipanów.”

„Wie pan, że są ludzie, których religia polega na przebaczaniu zniewag; przebaczają, ale nie zapominają ich nigdy.”

„Rzecz prosta, że prawdziwa miłość jest czymś wyjątkowym, zdarza się mniej więcej dwa albo trzy razy na wiek. Poza tym próżność lub nuda.”

„Jest zresztą słowo, które gwarantuje naszą niewinność: nieszczęście.”

„W dzisiejszych czasach do sądzenia jesteśmy nieustannie gotowi, tak samo jak do nierządu.”

„Ale żeby być szczęśliwym, nie trzeba zbytnio zajmować się innymi.”

„Wszyscy jesteśmy wyjątkowymi wypadkami.”

„Zapewne, udawałem niekiedy, że biorę życie na serio. Ale bardzo szybko dostrzegłem błahość tego >serio< i nadal grałem tylko swoją rolę, jak umiałem.”

„Czy to nie wszystko [kobieta], co zostaje  nam z ziemskiego raju?”

„(…) prasa, która uczy mówić o miłości, nie uczy jej praktykować.”

„Człowiek bawi się w nieśmiertelnego i po kilku tygodniach nie wie nawet, czy dociągnie do jutra.”

„Niech mi pan wierzy, że religie mylą się od chwili, kiedy zaczynają moralizować i piorunują przykazaniami. Bóg nie jest niezbędny, żeby stworzyć winę ani żeby karać. Wystarczą bliźni, wspomagani przez nas samych.”

„Niech pan nie czeka na sąd ostateczny. Sąd ostateczny jest co dzień.”

„Zawsze są powody do zabicia człowieka. Nie sposób za to udowodnić, że powinien żyć. Dlatego zbrodnia zawsze znajduje adwokatów, a niewinność tylko niekiedy.”

„Ale największą katuszą dla człowieka jest być sądzonym bez prawa.”

„Sędziowie pozbawieni naturalnego wędzidła, rozkiełznani z woli przypadku, karzą podwójnie.”

„Czasem czyta się jaśniej w tym, który kłamie, niż w tym, który mówi prawdę.”

„Większość ludzi jest bardziej sentymentalna niż inteligentna.”

                       Bohater mikropowieści zatytułowanej Obcy, Meursault, prowadzi bezbarwne i pozbawione emocji życie. Zostaje przypadkowo wplątany w świat zbrodni. Meursault podczas śledztwa nie wykazuje skruchy, nie próbuje usprawiedliwiać popełnionego przez siebie morderstwa, bezwzględnie wyznając całą prawdę i przyjmując wyrok skazujący go na śmierć z taką obojętnością, jakby dotyczył kogoś innego. Bez kontekstu tych wydarzeń nie sposób zrozumieć założeń powieści, jej związku z filozofią egzystencjalizmu. W milczącej postawie bohatera można się doszukać niezgody na absurd świata, buntu wobec jego okrucieństwa i bezduszności. Doskonała prostota stylu Camusa, zakorzeniająca powieść w realiach codzienności, współgra z ukazaną w utworze wizją człowieka jako jednostki wyobcowanej w złowrogim, obcym świecie.

                       Powieść Alberta Camusa w niezwykle zdyscyplinowany sposób opisuje życie człowieka, którego konwencjonalne zachowanie ulega zachwianiu. W takim ujęciu ludzkiej egzystencji nie ma żadnej literackiej „sztuczki”; poznajemy po prostu pewien okres w życiu Meursaulta, zobojętniałego, społecznego wyrzutka, który wybiera samotne życie w odosobnieniu. W jego pustą egzystencję przenikają takie wydarzenia jak śmierć matki, morderstwo, wyrok śmierci, ale żadne z nich nie zdoła wzbudzić w bohaterze emocjonalnego poruszenia.

Powieść wykazuje spore podobieństwa do twórczości Franza Kafki, sugerujące, że pod powłoką oszczędnego stylu oraz osaczającej i bezosobowej narracji czai się wiele złożonych problemów. Meursault odczuwa obcość nie tylko w odniesieniu do innych, ale także w stosunku do  własnego życia, jakby nie wierzył, że ludzkiej egzystencji można przypisać jakieś znaczenie. Jego dystans wobec życia jako gry, która angażuje innych ludzi, nie świadczy o tym, że bohater jest bankrutem, lecz – co sugerował sam autor w jednym z wywiadów – że nie zgadza się na udział w zbiorowym kłamstwie.

Fabuła Obcego jest bardzo prosta. Bohater Meursault dowiaduje się o śmierci swojej matki. Udaje się do Marengo: do domu starców, w którym kobieta umarła i spędziła ostatnie lata swojego życia. Kiedy dociera na miejsce, wychodzi na jaw, że Meursault nie tylko nie odwiedzał matki w przytułku, ale też nie wie, ile kobieta miała lat, ani nawet nie ma ochoty zobaczyć jej ostatni raz przed pochówkiem. Bohater w żaden sposób nie jest w stanie okazać żalu po jej stracie. Po pogrzebie wikła się za to, zupełnie bezmyślnie, w porachunki swojego sąsiada sutenera z arabską kochanką. W konsekwencji tej znajomości uczestniczy w bójce na plaży z dwoma Arabami (jednym z nich jest brat kobiety), która kończy się bez ofiar. Z niewiadomych przyczyn jednak Meursault postanawia sam wrócić na miejsce sporu. Spotyka tam jednego z dwóch Arabów i bez zastanowienia go zabija. W trakcie wytoczonego mu procesu zostanie przez świadków opisany jako człowiek, który nawet nie płakał na pogrzebie swojej matki. Skazany do końca nie okaże skruchy, a w więzieniu odmówi nawet wsparcia od duchownego.

Tym, co przygniata w opowiadanej historii, jest z jednej strony bezmyślność i bierność głównego bohatera, będącego raczej przedmiotem niż podmiotem wydarzeń; z drugiej – ciężkie, przytłaczające oddziaływanie afrykańskiego słońca, które zdaje się odbierać zmysły i trzeźwość myślenia oraz staje się pierwszym impulsem popychającym do zbrodni. Tytułowy obcy jest pozbawiony jakiejkolwiek decyzyjności, a jego egzystencja objawia się jako skrajnie absurdalna. Od momentu, w którym dowiaduje się o śmierci matki (nie wiemy, jak wyglądało wcześniej jego życie), Meursault wydaje się płynąć przez życie, poddając się wszystkiemu (od sutenera po mamiące słońce), co napotka na swojej drodze. Nie wyraża sprzeciwu, bo też nie widzi, przeciwko czemu miałby się buntować. Jest więc człowiekiem pozbawionym wszelkiego poczucia wartości, o które mógłby walczyć, zarówno indywidualnych (miłość ani rodzina nie okazują się bodźcem do działania), jak i uniwersalnych,  na przykład życie ludzkie w ogóle. W tym sensie, definiując absurd przez pryzmat postaci Meursaulta, afrykańskie słońce okazuje się niczym innym niż wymówką, absurdalny akt: podszeptem schorowanej świadomości, która kryć musi w sobie jedynie nicość. Meursaultem nic nie może wstrząsnąć, ale najlżejszy podmuch wiatru, słoneczny promień, może popchnąć go do wykonania ruchu. Ruch ten pozostanie jednak zawsze intuicyjny, anarchistyczny w tym sensie, że chociaż sprawca tego nie planował, wznoszą się wokół niego fale oburzenia. Niestety, uporczywe trudności Meursaulta w zakresie umiejętności społecznych, wykazują jego upośledzenie relacji społecznych, komunikacji i interakcji, przypominające cechy z diagnostycznej podgrupy Aspergera zaburzeń ze spektrum autyzmu. Okazuje się, że Camus oparł zachowania Meursaulta na swoim bliskim przyjacielu Galindo, w związku z czym zaczęto szukać dowodu czy to prawda; okazało się, że Galindo był inteligentnym, ale dziwnym człowiekiem, który wykazywał charakterystyczne upośledzenie zachowań społecznych i osobistych z zespołu Aspergera. W ten sposób Camus rozpoznał i zrozumiał dziwne zachowanie swojego przyjaciela, zanim psycholodzy zdefiniowali zespół Aspergera (po raz pierwszy termin Asperger’s Syndrome został użyty w 1981 roku w publikacji Lorny Wing). Autor użył do stworzenia Meursaulta obserwując swojego kolegę, jego maniery, reakcje i sposób myślenia. Książka Obcy jest pierwszą z gatunku fikcji literackiej opublikowaną z taką dokładnością relacją człowieka z tym zaburzeniem. 


Relacje Meursaulta z innymi ludźmi przypominają tę pomiędzy nim a jego matką. Bycie kolegą Rajmunda ma dla niego taką samą wartość, jak ślub z Marią. Zaczyna spotykać się z nią dzień po pogrzebie matki. Nawet po tak niepokojącym początku znajomości, Maria obdarza Meursaulta miłością. Ale miłość nie jest słowem, którego mógłby używać, ponieważ ani nie wierzy w nie, ani go nie rozumie. Meursault wykazuje zainteresowanie kobietami, ale wynika to wyłącznie z pożądania, ich młodości i atrakcyjności. Maria dwukrotnie zadaje mu pytanie, czy ją kocha, a Mersault dwukrotnie zaprzecza. Maria nie potrafi zrozumieć jego zachowania, na pewno jednak nie postrzega go jako odmieńca, który nie ma tak wielu emocji jak otaczający ją ludzie. Ignoruje szokujące traktowanie jej przez Meursaulta, ale nie wiemy, czy postrzega je jako okrucieństwo szczerości. Dla osoby kochającej miłość jest realnym doświadczeniem, rodzajem największego wydarzenia na świecie. Meursault nie jest tego świadomy. Wydaje się, że to, co jest najbardziej zastanawiające pod kątem ekscentryczności bohatera, to nie jego jednostronne, cielesne traktowanie miłości, ale brak rozumienia tego, że jego zachowanie krzywdzi Marię.

Rzeczywiste zabójstwo odgrywa niewielką rolę w procesie Meursaulta. Społeczeństwo nie może tolerować wśród siebie istoty, która nie czuje wyrzutów sumienia, współczucia lub brak jej „innych cech normalnych ludzi”, więc ukaranie bohatera było wyrazem braku tej tolerancji. Prokurator domagał się kary śmierci, ponieważ, według niego, Meursault był „potworem” – widzimy więc, że podobnie jak Mersault nie rozumie społeczeństwa, tak społeczeństwo nie rozumie jego. Tymczasem dla Camusa bohater był tylko człowiekiem, który nie chciał kłamać, a więc społeczeństwo czuło w nim zagrożenie – był tym, który „zgodził się umrzeć za prawdę”.

Powieść Upadek to obraz człowieka przygniecionego kompleksem winy, wywołanej nieudzieleniem pomocy tonącej kobiecie. Camus tworzy analizę zarówno procesu uchylania się od odpowiedzialności, jak powolnej, lecz odważnej rehabilitacji opartej na szczerej samokrytyce. Upadek można również postrzegać jako literacką rozprawę z tzw. „znieczulicą” społeczną. Książka składa się z rozmów, chociaż słyszymy tylko jedną stronę. Bohater kiedyś był paryskim prawnikiem u szczytu sławy, lecz wstąpił do najnędzniejszych dzielnic Amsterdamu, miasta, które przypomina mu Kręgi piekła Dantego. W ciągu kilku nocy podczas kilku rozmów, choć z wieloma dygresjami, przedstawia historię swojego życia, ale zarówno ta historia, jak i dygresje ujawniają niewygodne prawdy o naszym własnym życiu. Dowiadujemy się na przykład, że był wiele lat wcześniej był bogaty i czerpał osobistą satysfakcję ze swojej domniemanej dobroczynności jako adwokat pokrzywdzonych. W końcu mówi, że specjalizował się w sprawach dotyczących spraw ubogich wdów i sierot. Dwa doświadczenia zachwiały jednak jego samozadowolenie, zmuszając go do porzucenia komfortu paryskiego życia. Pierwszy polegał na słyszeniu wewnętrznego głosu-rechotu, który zmusił go do przeanalizowania własnej hipokryzji i winy moralnej. A drugi miał związek z samobójczą śmiercią kobiety oraz jego umyślną niezdolnością i niechęcią do jej uratowania. Po latach postanawia odkupić swoją winę, porzuca zawód adwokata i staje się „sędzią – pokutnikiem”. Właśnie w podejrzanym barze Mexico City w Amsterdamie od nowa przeżywa tragedię znad Sekwany, opowiadając niezwykle przejmująco o winie i karze oraz o sobie, jako sprawcy tragicznego wydarzenia.

Upadek to jedno z najgłębszych, a zarazem najmroczniejszych dzieł Alberta Camusa. Świadczy o tym fakt, iż z jednej strony pobrzmiewają w nim echa słynnych polemik z francuską lewicą – zwłaszcza z koncepcjami humanizmu egzystencjalnego i autentyczności – z drugiej zaś poddaje się analizie elementy autobiograficzne, swoisty wymiar spowiedzi Camusa, oraz stawia pytanie o cel tak głębokiej samokrytyki. Szeroko omawiano także odniesienia do symboliki zawartej w dziele i nawiązania do kondycji współczesnego chrześcijaństwa. W Upadku Camusa, w moim przekonaniu, wybrzmiewa przede wszystkim przenikliwa diagnoza kondycji człowieka nowoczesnego, uformowana na doświadczeniu dwoistości, ambiwalencji oraz nieustannej gry pozorów i odbić. Jean-Baptiste Clamence prowadzi dialog, który w rzeczywistości ma charakter monologu — jest on bowiem skierowany zarówno ku wyimaginowanemu rozmówcy, jak i ku sobie samemu. Bohater poszukuje łaski, wyraźnie odsyłającej do porządku chrześcijańskiego objawienia, jednak w świecie pozbawionym transcendentalnego odniesienia jego świadomość winy i potrzeba pokuty ulegają zasadniczemu wypaczeniu. Zamiast prowadzić do odkupienia, przekształcają się w szczególną formę pychy, paradoksalnie zakorzenionej w samym upadku. Jej ostatecznym wyrazem jest koncepcja „sędziego-skazanego”, w której akt osądu i doświadczenie winy zostają skupione w jednej, wewnętrznie sprzecznej podmiotowości. „Niech mi pan wierzy, że religie mylą się od chwili, kiedy zaczynają moralizować i piorunują przykazaniami. Bóg nie jest niezbędny, żeby stworzyć winę ani żeby karać. Wystarczą nam bliźni, wspomagani przez nas samych. Mówi pan o sądzie ostatecznym. Niech mi pan pozwoli roześmiać się z szacunkiem. Czekam nań śmiało: poznałem to, co jest najgorsze, sąd ludzi. Dla nich nie ma okoliczności łagodzących, nawet dobrą intencję posądzą o zbrodnię. Czy słyszał pan przynajmniej o celi opluwania, którą wymyślił niedawno pewien naród, by dowieść, że jest największy na ziemi? Jest to murowane pudełko, gdzie więzień stoi, ale nie może się ruszać. Mocne drzwi, które zamykają go w tej muszli z cementu, kończą się na wysokości jego brody. Widać więc tylko twarz, na którą każdy przechodzący strażnik pluje obficie. Więzień, ściśnięty w celi, nie może się wytrzeć, choć, co prawda, wolno mu zamknąć oczy. Tak drogi panie, to jest pomysł ludzi. Nie trzeba Boga do tego małego arcydzieła. A zatem? A zatem jedyny pożytek z Boga byłby wówczas, gdyby dawał rękojmię niewinności, religię zaś widziałbym jako wielkie pranie, czym była zresztą, ale krótko, przez trzy lata tylko i nie nazywała się religią. Od tego czasu brak mydła, mamy brudne nosy i wycieramy je sobie wzajemnie”. Cytat ten wprowadza nas na drogę teologicznego traktatu i zaczątek Hiobowej historii. Ponieważ Camusa cechowała wielka wstydliwość, nie docenia się długu, jaki zaciągnął u pisarzy religijnych. Upadek można interpretować jako pastwienie się nad sobą. Kluczem do Upadku zdaje się być niebo nad Amsterdamem. Obłoki na tym niebie są porównane do gołębic krążących bez ustanku nad głowami ludzi. Nie znajdują jednak żadnej głowy godnej, żeby na nią zstąpić. Czyli: człowiek nie zdoła być prawym bez Łaski, ale Łaska go nie nawiedza.

Powieść Camusa opowiada o tytularnym upadku człowieka – jego metamorfozie spowodowanej brakiem reakcji na domniemane samobójstwo kobiety na paryskim moście. To studium traumatycznego przejścia od samozadowolenia i pychy człowieka o moralności mieszczańskiej – wziętego prawnika i „humanisty” – do złożonej figury sędziego – pokutnika, postaci „nawróconej” i nawracającej innych na swoją filozofię niemożliwego pojednania w świecie bez dostępu do zewnętrznej łaski i odkupienia. Clamence Camusa skazuje się na wygnanie ze świata współczesnej moralności, której sam był gwarantem i przedstawicielem jako prawnik, tworząc jej pastisz i uruchamiając nieskończony proces wzajemnych odwołań w paradoksalnej postawie sędziego-pokutnika. Po przemianie na moście jego działania stanowią mieszaninę pychy i winy. Trudno postrzegać jego konwersję w charakterze moralnej ewolucji, wyjścia ze „złej wiary” w stronę autentycznej egzystencji. Clamence kwestionuje bowiem i wyszydza autentyczność i zaprzecza możliwości odkupienia: „Teraz jest za  późno, zawsze będzie za późno! Na szczęście!”. W zamian bohater oferuje demonstrację winy i odpowiedzialności. Jego reakcją na bycie sądzonym i osądzonym jest własne królestwo sądzenia i naznaczania winą. Przestał również wierzyć w możliwość wyjścia ze swojego piekła wraz z utratą postulowanej niewinności człowieka, której poszukiwał w swoim byciu doskonałym humanistą i obywatelem. Okazała się ona ułudą jednej nocy, gdy nie potrafił przyjść z pomocą kobiecie skaczącej do wody. W Upadku anonimowa i nieobecna kobieta z mostu jest katalizatorem późniejszych doświadczeń wewnętrznych bohatera.

                       W swojej refleksji etycznej Camus był maksymalistą. Zdawał sobie sprawę, że człowiek XX wieku tkwi uwięziony w historii. Przekonywał jednak, że wartości moralne pozostają niezmienne. Świat, w którym zadowolenie odczuwa statystyczna większość, a cierpi przynajmniej jeden człowiek, wydawał mu się nie do przyjęcia. W wizji Camusa świat nie jest przyjazny człowiekowi, nie jest też rozumny ani wypełniony sensem. Okazuje się za to milczący i nieprzenikniony. Jego zimna obojętność zdaje się przerażać ludzi. Całą rzeczywistość wypełnia absurd. Również nasza egzystencja okazuje się absurdem. Niektórzy interpretatorzy utożsamiają poczucie absurdu z doświadczeniem otchłani.