11 listopada 2018

Ludzie Julya


„Ludzie Julya”


Nadine Gordimer




Autorka/ (ur. 20 listopada 1923 w Springs, zm. 13 lipca 2014 w Johannesburgu) – południowoafrykańska pisarka, pisząca w języku angielskim, laureatka literackiej Nagrody Nobla w 1991. Była córką żydowskich imigrantów. Jej ojciec – Isidore Gordimer – był zegarmistrzem z Litwy. Matka – Hannah „Nan” z d. Myers – pochodziła z Londynu. Mimo żydowskiego pochodzenia obojga rodziców, Gordimer została wychowana w duchu świeckości, a w życiu dorosłym deklarowała się, jako ateistka. W swojej twórczości poruszała sprawy konfliktów społecznych i psychologicznych następstw systemu apartheidu w RPA, a także inne tematy społeczno-polityczne swojego kraju i innych krajów afrykańskich. Była zaangażowana w zwalczanie apartheidu, została członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego.

Tłumaczenie/ Dariusz Żukowski

Tematyka/ Osią powieści południowoafrykańskiej noblistki jest skomplikowana relacja między małżonkami Maureen i Bamfordem Smalesami oraz ich czarnoskórym służącym Julyem. July nie ma się, za co mścić. Smalesowie zawsze traktowali go z godnością i darzyli dużym zaufaniem, dlatego też nawet po nieoczekiwanym przewrocie wciąż zachowuje się względem nich jak oddany służący. Na jak długo jednak wystarczą zakodowane w świadomości zasoby służalczości? Jak długo żywa będzie pamięć o wyświadczonych mu przez przełożonych dobrodziejstwach? Świadomość, że to on jest panem sytuacji narasta w nim powoli, Smalesowie natomiast z lękiem wypatrują jakiejkolwiek zmiany w jego zachowaniu, zdając sobie sprawę ze swego położenia. Nie pomaga również presja ze strony żony i matki Julya, którym nie podoba się obecność białoskórych gości.

Główny motyw/ Podczas krwawych zamieszek w Soweto rodzina Smalesów decyduje się uciekać do wioski ich wieloletniego służącego, Julya. Biali Smalesowie stopniowo tracą na rzecz Julya atrybuty władzy: kluczyki do samochodu, pieniądze, wreszcie broń, bez których są nikim. I w końcu nie wiadomo, czy ucieczka do buszu była sposobem na ocalenie białej rodziny, czy wręcz przeciwnie…

  Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„W różnych wyjątkowych sytuacjach pewne osoby i przedmioty okazują się niezbędne”.

„Podróż przebiegła pomyślnie jednym wielkim cudownym zrządzeniem losu, a z dziejów świętych męczenników wiadomo, że cudom towarzyszą cierpienia”.

„To, czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy”.

„Należała do osób obchodzących się z własnym >ja< niczym z elektrycznym przyrządem, który może poranić człowieka, jeśli użyje się go w niewłaściwy sposób”.

„(…) biali ludzie przynoszą kłopoty”.

„A kiedy nikt ci nie wierzy, zaczynasz adaptować się do sytuacji, dopasowywać do oskarżenia (…)”.

„Prawdziwe fantazje dziczy oszukują zmysły skuteczniej niż atrakcje romantycznych lasów braci Grimm i Disneya”.



                      Akcja tej apokaliptycznej powieści rozgrywa się w czasie fikcyjnej wojny domowej, która wybuchła po inwazji dokonanej przez Mozambik na RPA w 1980 r. Miasta ogarnia pożoga, płoną farmy. Maureen i Bam Smales wraz z dziećmi i służącym Julym wyruszają furgonetką („żółtym pikapem z otwartym tyłem”), by szukać schronienia w odległej wiosce, z której July pochodzi. Maureen świetnie sobie radzi w trudnych realiach wioskowego życia, natomiast Bam – bez swojej strzelby czuje się po prostu zagubiony- zachowuje się jak pokonany człowiek. Relacje Bamy z Julyem stają się coraz trudniejsze, kiedy „białe” małżeństwo zaczyna dzień po dniu tracić kontakt z kulturą. Maureen pozuje niczym modelka na furgonetce, ale July nie rozpoznaje znaczenia tej chwili. Pożądanie i powinności są teraz w znacznym stopniu kształtowane przez względy ekonomiczne, a „białe”, liberalne założenia dotyczące wspólnej części natury ludzkiej stają pod znakiem zapytania.

                 Na powierzchownym poziomie książka wydaje się być opisem wspaniałej przygody. Ma pomysłowość „Robinsona Crusoe", jednak rodzina Smalesów, których pośpiesznie zapakowany bagaż zawiera gadżet do usuwania etykietek z pralni chemicznych bez uszkadzania paznokci, w jednej chwili zmuszona jest przystosować się do życia jak ludy prymitywne: w zbieraniu roślin, gotowaniu posiłków na ognisku, przeżywają lęki i dreszcze w czasie burzy, podczas gdy ściany chaty stają się mokre, a biegające karaluchy zamieniają się w jeden wielki „dywan”. Naczynia gliniane, które Maureen zbierała, jako ozdoby, są teraz jej naczyniami kuchennymi. W tej wiosce, którą kiedyś wyobrażali sobie, jako „opcję” na wakacje - kojarząc ją z wyprawą fotograficzną i przenośną lodówką - Maureen musi szorować w pobliskiej rzece naczynia gdzie obok kobiety odbywają ablucje menstruacyjne. Wszystkie stare życiowe „gry i zabawy”, podniecające strzelanie do tarczy przez Bama, pozorowane kryjówki podczas paintballu, nagle stały się rzeczywistością. Banknoty były tu jedynie kawałkami papieru. Nie reprezentowały w ich oczach niczego, za drobniaki z szafki nocnej tutaj nic nie dało się kupić. Kiedy Maureen lub Bam, będąc całkowicie uzależnieni od miejscowych, dawali im te kawałki papieru, gdyż nie mogli oddać nawet ubrań tak pożądanych przez ubogich, wieśniacy chowali banknoty do szmacianych zawiniątek i dziwnych pomarszczonych woreczków noszonych przy ciele. Potrafili połączyć abstrakcyjny symbol z konkretną rzeczą. July i jemu podobni- wszyscy zdrowi mężczyźni wyjeżdżali do pracy- przysyłali te papierki od bardzo dawna, lecz dla tubylców nic nie znaczyły.

                            W „poprzednim życiu” Bam Smales był architektem, posiadał samochód, dom i prowadził wygodne życie na przedmieściach. W wiosce, jest po prostu „białym” człowiekiem z rodziną na łasce swojego służącego i jego najbliższych.  Jednak zarówno Maureen, jak i Bam są im wdzięczni za pomoc w ucieczce, przed możliwą przemocą i śmiercią w czasie zamieszek. Przede wszystkim życie w wiosce oznacza prymitywne warunki i utratę własności.  W celu pozyskania żywności i innych potrzebnych rzeczy dla rodziny Smalsów, July używa - bez ich zgody- z pomocą przyjaciela z wioski Daniela ich samochodu, aby dotrzeć do najbliższego sklepu. Oboje Bam i Maureen są bardzo zdenerwowani jego świadomym zachowaniem. Pik-up należał do Bama, był prezentem urodzinowym, który służył mu, jako pojazd na „polowania” z aparatem fotograficznym. Co więcej, był to jedyny przystosowany pojazd do ucieczki z Johannesburga, samochód, który z łatwością mógł pokonać sześciuset kilometrową trasę.  Tak, więc samochód Bama jest symbolem jego poprzedniej pozycji społecznej. Chociaż Bam wyraża swoje niezadowolenie i złość na całą sytuację, wydaje się, że dostosował się do nowego życia w wiosce. Jego dni wydają się być wypełnione pracą; pomaga naprawiając narzędzia rolnicze, a także tworzy własne „aranżacje”, takie jak zbiornik na deszczówkę. Zaangażowanie Bama w codzienne zadania wioski imponuje tubylcom i w związku z tym zostaje zaproszony na spotkanie z okazji sobotniego picia piwa. Po tym zaproszeniu, Bam odczuwa akceptację innych mężczyzn, ma nadzieję, że ułatwi mu to dostosowanie się do ich mentalności i kultury.

                 Załamania się reżimu apartheidu spodziewał się zarówno Bam, jak i Maureen, a nawet próbowali sobie wyobrazić życie w RPA bez przywilejów dla białych ludzi. Pomimo poglądów liberalnych Bam nie spodziewał się, że można odebrać mu przywileje i majątek. Jego liberalne poglądy zostały skonfrontowane w sytuacji korzystania przez July z jego samochodu. Nie był przygotowany na taką ewentualność, że ktoś pozbawi go dobytku. Inny aspekt zmienionego zachowania Bama można dostrzec, gdy przyczynia się do dostarczenia wiosce mięsa. Ustrzelił wieprza z karabinu, który pierwotnie był przeznaczony na ptaki. Dreszczyk, którego doświadczył podczas swoich poprzednich wypraw myśliwskich, gdzie
zabijanie wydawało mu się być tylko przyjemnością i grą, całkowicie zmieniło się w tych prymitywnych warunkach. Bam uświadamia sobie prawdziwą „rzeczywistość” polowania, zdaje się żałować wieprzy, których zabił i porównuje ich widok z ptakami, które fotografował podczas swoich poprzednich wypraw „myśliwskich”. Warto zauważyć, że Bam, w przeciwieństwie do swojego życia na przedmieściach, teraz wydaje się mieć bardziej ojcowską postawę w stosunku do swoich dzieci.

                    Dla Maureen, ucieczka z Johannesburga oznaczała uczucie „przemieszczenia” się także w życiu wewnętrznym. Jako gospodyni domowa w domu na bogatych przedmieściach, lubiła czytać i to była jej jedyna droga ucieczki od rzeczywistości. Natomiast życie w wiosce oferuje jej ciągle nowe wrażenia, rzeczywistość przewyższa fikcję i dlatego nie jest w stanie skupić się na lekturze, którą zabrała ze sobą, kładąc ją do torby z papierem toaletowym. Po paru dniach deszczu wszystko parowało roślinność, strzechy, wilgotne koce o najróżniejszych wzorach i barwach rozwieszone na każdym krzaku i paliku, który mógł wytrzymać ich ciężar. Tam, w mieście, życie na łasce żywiołów było czymś zupełnie nieznanym. Teraz Maureen dygotała, nie miała suchych ubrań na zmianę. Wypełniające chatę dymem palenisko stanowiło centrum świata. Dzieci, kury, psy, koty podchodziły do niej na tyle blisko, na ile pozwalała im na to ich pozycja w hierarchii istnienia. Dzięki palenisku jedzenie było gorące, owsianka bulgotała na przezroczystych od żaru szczapach drewna, a krew zaczynała żywiej krążyć w żyłach. Bamowi i Maureen brakowało papierosów, wina i innych trunków, ich dzieci pragnęły słodyczy. Jednak w czasie deszczowych dni małe palenisko zaspokajało wszystkie potrzeby. Gliniane naczynia, które Maureen niegdyś zbierała, teraz służyły jej za sprzęty domowe. Robaki, kury, słabe dzikie koty, które by przetrwać, otwarcie lub skrycie chodziły za nią, wyczuwając zapach jedzenia na jej rękach i słysząc bliskość jedzenia w jej krokach, świnie, które podążały za nią, by pożreć jej odchody- wśród nich pojawiały się dodatkowo małe kocięta. Kotka, która je urodziła, zrobiła sobie legowisko na chlebaku, którego Bam używał, jako poduszki. Ostrożnie ją stamtąd przegonił. Ich dzieci Gina i Victor bawiły się starymi obręczami rowerowymi. Maureen demonstruje, że zmieniła swoje zachowania społeczne, gdy kradnie z apteki pigułki na malarię. Funkcjonowanie w wiosce oznacza, że musi podejmować najlepsze decyzje dla rodziny i w rezultacie stała się przez to bardziej niezależna, teraz sama podejmuje inicjatywy. Rosnąca niezależność Maureen wzrasta, lecz częściowo jej poczucie macierzyństwa maleje, ponieważ dzieci same sobie radzą w towarzystwie innych dzieci, ale także, ponieważ uczestniczą w codziennych zajęciach w wiosce. Dlatego jest też bardziej świadoma tego, że nie wypełnia obowiązków matki, zgodnie z normami i wartościami wsi; okoliczności zmieniły się radykalnie, co oznacza, że Maureen nie jest w stanie zapewnić dzieciom jak najwięcej uwagi.
                           
                   Maureen widząc jak inne kobiety z wioski również zapewniają żywność dla swoich rodzin, wyraża swoje pragnienie przyłączenia się do nich na polach, podobnie, kiedy widzi nad rzeką kobiety piorące ubrania. I kiedy myślimy, że wszystko układa się pomyślnie, na stosunki w wiosce zaczynają wpływać drobne incydenty i kłótnie. Ktoś ukradł broń Bama. Maureen widząc, że July broni przed oskarżeniami o kradzież swojego przyjaciela Daniela oskarża byłego służącego o kradzieże w przeszłości w ich domu. Zarówno Bam, jak i Maureen, zauważają w chatach innych tubylców skradzione przedmioty z ich domu. W osadzie odkryła wiele rzeczy dawniej należących do niej: małą szlifierkę do noży, nożyczki w kształcie bociana z ostrzami w miejscu dzioba, które zobaczyła w ręku Julya po tym, jak skarcił staruszkę za przycinanie paznokci u stóp jego dziecka za pomocą brzytwy. Te przedmioty, tam, daleko, należały kiedyś do niej. Musiał je zwędzić dawno temu. Co jeszcze zabrał przez te wszystkie lata? A przecież był bardzo uczciwy- gdy znalazł centa podczas mycia podłogi, odkładał go na szafkę nocną. Nigdy niczego nie zamykali, nawet barku. Gdyby zrządzeniem losu nie trafiła do tej osady- szansa jedna na milion, która ziściła się wskutek powolnego mielenia młynów historii i zemsty- nigdy nie zauważyłaby braku różnych przedmiotów. „To, czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy”.  July broniąc się przed zarzutami oskarżył „białe” małżeństwo o rasizm. Maureen i Bam „rekompensowali” sobie te drobne straty, sytuacją, jaka gwałtownie nastąpiła. Przecież żona Julya zaakceptowała jego decyzję, kiedy przyjechał w aucie „białego” człowieka w otoczeniu pięciu „białych” twarzy unoszących się w ciemnościach. Oddała im drugie łóżko, pożyczyła piecyk parafinowy. Patrzyła, jak mąż rankiem wyjmuje piękne szklane filiżanki, które kiedyś przywiózł z miejsca swojego „drugiego życia”. Jego matka oddała własną chatę- drewno na konstrukcję dachu i ścian ściął on, a kobiety we dwie zmieszały błoto i postawiły ściany- która w następnym sezonie miały mieć wymienioną strzechę. Matka i żona bez słowa postępowały zgodnie z jego wolą. I teraz mieli oskarżać go o te wszystkie drobne kradzieże? „W różnych wyjątkowych sytuacjach pewne osoby i przedmioty okazują się niezbędne”. Sama natura walki o przetrwanie sprawia, że nie sposób zawczasu określić, które. Wydarzeń nie da się skalkulować, nie sposób określić, co się dokładnie stanie, nawet, jeśli kierując się politycznymi czy apokaliptycznymi przesłankami, można przewidzieć nadejście katastrofy. Nie można też przewidzieć, kto w takich warunkach nam pomoże.

                     Przez lata w mieście zachowanie July było zadowalające i Smalsowie nie mieli powodów do narzekań; został uznany za wiarygodnego. Z punktu widzenia Smalesa ich nierówny związek działał bez większych problemów i czuli, że mogą mu ufać. Jednak teraz, we wsi, July podejmuje własne decyzje i swoje inicjatywy bez pozwolenia Bama. W wiosce, jest to całkiem naturalne, że on jest odpowiedzialny za kluczyki do samochodu, ponieważ zapewnia im niezbędne bezpieczeństwo w czasie ich pobytu w wiosce. Co więcej, kłopot z Julym jest wyraźnie widoczny, kiedy Smalsowie zgłaszają krytyczne uwagi dotyczące brakujących kluczy do ich samochodu. Smalsowie zostali pozbawieni majątku, a w konsekwencji ich związek z byłym służącym, jako „pan i sługa”, jest inny.  Dominująca postawa Julya jest dostrzegalna, kiedy instruuje Bama i Maureen w obecności ich dzieci i wyjaśnia im, że mają obowiązek przyjść do niego za każdym razem, gdy on ich do siebie wzywa. Po jakim czasie okaże się, że fotele wyjęte z samochodu przestaną być częścią jego wyposażenia, a zaczną stanowić umeblowanie chaty. Oczami wyobraźni Smalsowie widzieli, że auto tam, za doliną będzie porośnięte wilczomleczem i ostem, i tylko kozy będą zaglądać do niego przez okna. Wkrótce zardzewieje i zostanie rozebrany do kadłuba, chyba że zdarzy się cud i ruszą w drogę powrotną, i to szybko.

                Kiedy mieszkali na przedmieściach, małżeństwo Bama i Maureen opierało się na ich życiu towarzyskim oraz na pozycji, która obejmowała ich własności i prawa. Dlatego nigdy nie zastanawiali się poważnie nad stanem ich związku. Najwyraźniej życie w wiosce przekształca ich role płciowe, które mają głęboki wpływ na ich małżeństwo. Bam i Maureen rzadko rozmawiają ze sobą, tylko od czasu do czasu, kiedy omawiają sprawy dotyczące ich rodziny. Nawet podczas takich dyskusji odległość w ich związku jest ogromna; Maureen kwestionuje ich ucieczkę do wioski i oskarża Bama o tę decyzję. Jej oskarżenia zostały odrzucone przez męża, który stanowczo stwierdza, że ucieczka była ich wspólną decyzją. Ich dyskusja charakteryzuje się wzburzonymi uczuciami i brakiem wzajemnego szacunku oraz zrozumienia dla siebie nawzajem.

                  Trudna proza Gordimer w nadzwyczaj aluzyjny i implikacyjny sposób zestawia ze sobą pewność przeszłości z wątpliwością teraźniejszości, niewiele akapitów jest osadzonych w spokojnej współczesności. Ciężko znaleźć odpowiedzi na te głębokie pytania. Kiedy w wiosce ląduje helikopter, Maureen rzuca się w jego stronę, choć nie wie czy jest to maszyna wojskowa, czy rewolucjonistów. W tym miejscu powieść się kończy: rozstrzygnięcia nie ma. Książka „Ludzie Julya” daleka jest od wiernego przekazania historii i samego momentu zmian w RPA. Z pewnością jednak dokonuje szczegółowej analizy słabości człowieka. Książka bada naturę wstrząsu zarówno na poziomie osobistym, jak i społecznym. Przedstawia przeznaczenie rodziny Smalsów, która ucieka na wieś. Uciekają przed przemocą, ale po drodze tracą także status ekonomiczny, społeczny i tożsamość.

28 października 2018

Chłopiec i gołąb


„Chłopiec i gołąb” 


Meir Shalev




Autor/ (ur. 29 lipca 1948 w Nahalal) – izraelski pisarz. Jest synem jerozolimskiego poety Jicchaka Szalewa. Po ukończeniu psychologii na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie Shalev rozpoczął pracę, jako redaktor programów radiowych i telewizyjnych. Prowadził m.in. program Erew Szabat („Wieczór szabatowy”) w izraelskim Programie 1. W Izraelu znany jest, jako autor wielu książek dla dzieci oraz komentator weekendowego wydania dziennika Yedioth Ahronoth.

Tłumaczenie/ Magdalena Sommer

Tematyka/ Starożytna Grecja, kraje arabskie, wojny napoleońskie, I i II wojna światowa – wszędzie gołębie pocztowe odegrały ważną rolę, uratowały wiele ludzkich istnień. Są symbolem pokoju, miłości, a w powieści Shaleva są łącznikami między, rozłączonymi na czas wojennych działań, zakochanymi gołębiarzami, a jednocześnie „pracownikami” Palmachu, paramilitarnej izraelskiej organizacji niepodległościowej. Hodowanie gołębi otacza pewna magia. Ptaki odwdzięczają się tylko odpowiednim osobom, tym, które okazują im zarówno serce, jak i stanowczość, konsekwencję. W książce Shaleva najlepszymi gołębiarzami okazują się dzieci, a najpiękniejsza historia miłosna zapisana zostaje w gołębich telegramach – gołębiogramach wysyłanych do siebie przez dwoje bardzo młodych i bardzo zakochanych.

Główny motyw/ Historia dwóch wyjątkowych związków miłosnych, rozgrywających się w różnych czasach, lecz odkrywanych przez czytelnika równolegle. Pierwsza z nich, osadzona w roku 1948, w czasach wojny o niepodległość Izraela, to historia uczucia dwojga młodziutkich gołębiarzy - chłopca z kibucu i pięknej dziewczyny o błękitnych oczach, której imienia nie znamy. Ginąc na polu bitwy, chłopiec wysyła do swej ukochanej gołębia. Przekazuje jej tajemnice, której rozwiązanie poznamy na końcu powieści. Wątek współczesny skupia się na życiu Jaira Mendelsona, mężczyzny w średnim wieku, przewodnika turystycznego. Jair opowiada nam o kochankach i o gołębiach, o swoim dzieciństwie i swej matce, która zapisuje mu w testamencie nieoczekiwany prezent - pieniądze na remont domu, dzięki którym będzie mógł zakończyć swoje nieudane małżeństwo. W następstwie tej decyzji Jair spotyka ponownie przyjaciółkę z dzieciństwa, Tircę, i odnajduje miłość swego życia.


Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Dzwony są przeznaczone do uderzeń ze środka, a nie z zewnątrz”.

„(…) gołębie muszą kochać swój dom. Bo inaczej nie będą chciały wracać”.

„Umarli nie lubią czekać”.

„(…) słowa mnożą się i powstają w najrozmaitsze sposoby: jedne dzielą się, jak ameby, inne wypuszczają korzenie i pąki. U tego mężczyzny słowa i wspomnienia się zapładniały”.

„W rozrośniętym drzewie wiatr szumi całkiem inaczej niż w młodych drzewkach”.

„Czego właściwie potrzebuje człowiek? (…) – Niewiele: czegoś słodkiego, opowieści, czasu i miejsca, mieczyków w wazonie, pary przyjaciół, dwóch górskich szczytów, by na jednym z nich stać, a na drugi patrzeć. Dwojga oczu, by wpatrywać się w niebo i czekać. Rozumiesz, o czym mówię, Jairze?”.

„Nasze kłopoty są niezwykle do siebie podobne, ale twój jest bardziej paskudny, a mój bardziej gówniany”.

„(…) człowiek w moim wieku i w mojej sytuacji powinien planować swoje życie mądrze, akceptując wyroki losu”.

„Po to Bóg stworzył kobietę. Ją obudź”.

„Czytelnik natomiast może się przekonać, że nie trzeba trzęsień ziemi ani wojen światowych, by zmienić bieg życia człowieka i wprowadzić w nim całkowitą rewolucję. Czasem wystarczą kocie pazury, proca jakiegoś chłopca albo jastrząb, który wykorzystał sytuację”.

„Tylko ile miłości można wyrazić na takiej malutkiej karteczce? – Trzy słowa. >>Tak czy nie?<<”.

„Gołąb znika z oczu wypuszczającego, kiedy ukazuje się oczom tego, kto na niego czeka”.

„(…) kiedy silni ludzie się załamują, pęknięcie jest większe, a odłamki są drobniejsze”.

„(…) to jedyny chasyd na świecie, który ma tałes od Versacego”.

„Taki właśnie jestem. Odróżniam się nawet w swojej własnej rodzinie”.

„Oto prawdziwa niezależność. Nie pieniądze. Czas”.

„Żeby żyć razem, trzeba jeszcze kilku rzeczy oprócz miłości”.

„Nie zawsze widać, czy ktoś jest mądry. Ale idiota ma to wypisane na twarzy”.

„Jeśli siedzi się grzecznie z boku i czeka, aż się coś wydarzy, wtedy się nic nie wydarzy. Czasami trzeba wetknąć nos, i nie tylko raz, a jeśli drzwi uchylą się, choć odrobinę, trzeba wetknąć też czubek buta i ramię, a czasem warto wepchnąć też kutasa, i to dobrze. Bo daleko od fiuta znaczy daleko od serca. Tak to jest w miłości”.

„Ma rzadką cechę, którą zostały obdarzone tylko najszczęśliwsze kobiety: z biegiem lat staje się coraz piękniejsza”.

„(…) w odróżnieniu od ludzi, którzy poświęcają wiele energii na głupstwa, zwierzęta to niezwykle praktyczne stworzenia. Każde ich zachowanie ma przyczynę (…)”.

„(…) pozyskanie sympatii mężczyzn jest po wielokroć trudniejsze od zdobycia kobiety. –Bo jeśli chodzi o kobiety, możemy wykorzystać ciało, żeby pokonało pierwsze bariery. A w przypadku mężczyzny wszystko zaczyna się od umysłu, nie od serca”.

„To bardzo zdrowe samemu robić sobie prezenty”.

„Cudownie jest spać z kochaną kobietą”.

„Kiedy traci się życie, traci się wszystko. Miłość, odwagę, świadomość i pamięć”.

„Nocą wszystko wydaje się inne, niż jest naprawdę”.



                      Choć izraelski autor Meir Shalev przyciąga przede wszystkim czytelników żydowskich w Stanach Zjednoczonych, jego nowa powieść, przetłumaczona przez Magdalenę Sommer, mniej interesuje się zawiłościami konkretnej religii niż pytaniem, czego każda osoba potrzebuje, aby być szczęśliwą. „Chłopiec i gołąb” może jest po części wypełniony odwołaniami do żydowskiej tradycji, ale z jasno świeckiego punktu widzenia jest to opowieść o Jairze Mendelsohnie, izraelskim przewodniku, który uważa się za ofiarę współczesnego życia.

                    Jair pracuje, jako pilot wycieczek po Izraelu, wskazuje turystom Dolinę Hinnom, umieszcza ich w pokojach hotelowych, przypomina im historię Mojżesza na Górze Nebo i zamawia im kawę - wszystko z tą samą pilnością i zaangażowaniem. Obwozi ornitologów ze Skandynawii i Niemiec, z Holandii i Stanów Zjednoczonych, od doliny Hula do Morza Martwego. Ale kiedy wydaje mu się, że ma już dość zarówno niewdzięcznej pracy, jak i wyczerpującego małżeństwa, matka daje mu trochę pieniędzy i porad: „odejdź i znajdź tylko dwie rzeczy, których naprawdę potrzebujesz, historię i własne miejsce”. Powieść służy także czytelnikowi, jako relacja, opowiadająca historię tajemniczego „żołnierza” i gołębiarza, znanego, jako „Maluch”, który zginął podczas izraelskiej wojny o niepodległość Izraela oraz poszukiwaniu przez Jaira własnego miejsca, miłości i domu.

                    Małżeństwo Jaira i jego żony Liory zaczęło się psuć, kiedy ich dwoje nienarodzonych dzieci zmarło jeszcze w „grobie jej łona” po kolei, w dokładnie tym wieku- po dwudziestu dwóch tygodniach. Raz na miesiąc Liora odwiedzała Jaira w pokoju, na treatment dla complexion, i po wszystkim wracała znowu do siebie. Jair zadawał sobie pytanie: „Dlaczego się nie urodziliście?”. Może to był zły traf, drgnięcie ręki losu, a może ich matka miała rację i żaden związek chemiczny przez ich małżeństwo stworzony- dom, dziecko, praca, sen nie miał prawa się udać.

                   Historia Malucha może początkowo wydawać się dla czytelnika odległa i wymyślona w porównaniu z żywymi postaciami i ostrymi dialogami z dzisiejszych wędrówek Jaira, ale w miarę jak powieść się rozwija, te dwa wątki wywołują interesujące „tarcie”, poprzez opowiadanie historii w opozycji do siebie- teraźniejszości i przeszłości, Shalev stawia pod znakiem zapytania ważność i niezawodność pamięci. Podobnie, niezwykłe obrazy i symboliczny język Shaleva wzmacniają związek między Jairem i jego matką, która umiera, zanim jego „misja” zostanie ukończona. Kiedy Jair zakłada, że dziwne odgłosy w jego nowym domu są wynikiem „dyskusji między cegłami skazanymi na życie obok siebie przez całe ich życie", nie jest to zwykły kaprys. Jego matka, „mistyczka rodziny”, nauczyła go, aby zobaczył „tysiąc niebieskich oczu" w winnicy porannej i powiedziała mu, że zawsze musi powitać swój dom po powrocie: „Przywitaj się także z domem" – uczyła go. – „I uważnie słuchaj, bo ci odpowie”. - A więc Jair wie, że dźwięki skrzypiących żaluzji to „głos” jego domu oddychający, rozszerzający się, kurczący. Poszukiwania domu przez Jaira zamieniają się także w poszukiwanie zagubionej miłości, jego ukochanej z dzieciństwa, Tircy, która jest, jak sugeruje Shalev, ponownie spotkaną miłością w średnim wieku. Jair o wiele bardziej wdzięczny jest teraz losowi, niż był w młodości. Dlaczego? Jest oczarowany dojrzałym ciałem Tircy - nawet jej siwymi włosami „lekkim wybrzuszeniem jej brzucha". Podziwiając jej zmarszczki na twarzy, żałuje, że nie było go w pobliżu, gdy pojawiła się jedna: „Która z was została wyryta przez czas?", chce zapytać. „Czy przez śmiech?". Dzięki takim osobom jak Tircy i matka, pod koniec powieści Jair odkryje, czego przez całe życie potrzebował: „Tworzyłem, byłem stwarzany, kochałem i byłem kochany, otoczyłem moją duszę skórą, dałem sobie podłogę, ściany i dach. Mam drewniany taras i prysznic na dworze, mam czas, opowieść i krajobraz, mam blachę, o którą będą stukać krople deszczu podczas nadchodzącej zimy, mam dwoje oczu, by osłaniać je dłonią, patrzeć w niebo i czekać”.

                 Opowieść o Maluchu rozpoczyna się w kibucu. Dziecko w kibucu nie ma takich chwil, które należą wyłącznie do niego. „Tam nawet czas należy do wszystkich”. Poza tymi krótkimi prywatnymi momentami wokół czai się wszystko, co zaraz się wydarzy i czego nie można uniknąć ani odsunąć w czasie. Maluch był tak zwanym dzieckiem z zewnątrz. Miał rodziców, ale jego matka nie mogła znieść życia w Palestynie, tutejszych ludzi, upałów, biedy i wysiłku. Zostawiła syna z ojcem i wróciła do kraju, w którym się urodziła. Czekały tam na nią teatr i muzyka, którą kochała i których jej brakowało, czekały język i klimat, i śmierć, która przyszła za wcześnie-jako kara po latach. Ojciec ożenił się z inną kobietą, a ta odsunęła go od jego przyjaciół i zażądała, by dokądś odesłał także i syna. I tak, został wygnany do nowego miejsca. Właśnie skończył siedem lat, ale ze względu na niemowlęce dołeczki, które wciąż ozdabiały wierzchy jego dłoni, oraz na smagłe pucowate policzki otrzymał przezwisko „Maluch”. Chłopcem w kibucu zaopiekowali się stryj i ciotka i wychowywali go z miłością. Byli starszymi ludźmi, a ich jedyny syn już się ożenił i przeniósł się do innego kibucu. Wizyty ojca stawały się coraz rzadsze i krótsze, toteż Maluch zaczął mówić „mamo” i „tato” do ciotki i stryja. Po pewnym czasie chłopiec zainteresował się książką, stryj i ciotka pozwolili mu przeglądać album: francuską książkę z ilustracjami stającą na regale. Nie rozumiał słów, a oni, prawdę mówiąc, też nie rozumieli, ale oglądał fotografie i piękne rysunki zamków i gór, motyli i gadów, kwiatów, kryształów i ptaków. Stryj malucha mówił sobie w duchu, że trzeba uważać, bo taki album może obudzić w sercu młodego czytelnika nie tylko pożądaną chęć nauki, lecz także niebezpieczne pragnienie kolekcjonerstwa.
                         
                 Istotnie, chodząc po kibucowych ścieżkach, Maluch miał oczy wiecznie wbite w ziemię. Nie ze strachu ani z nieśmiałości, ale dlatego że rozglądał się za połyskującym żukiem czy „ładnym kamykiem” albo przemykającą-jak zielona błyskawica- jaszczurką. Tak, więc pewnego ranka stał sobie w grupie dzieci, czekając na transport do zbiorowej szkoły. Nagle podjechała nieznana ciężarówka i zatrzymała się na poboczu. Wszystkie dzieci przyglądały się jej z ciekawością. Pojazdy mechaniczne nie były wtedy częstym widokiem i każdy samochód budził zainteresowanie dzieci, a tym bardziej ciężarówka.  Z samochodu wysiadł mężczyzna w roboczym ubraniu i w ciężkich butach, jeden z tych chudych mężczyzn, którzy mogą być w dowolnym wieku i wydają się zarazem znajomi i całkowicie obcy. Gość poszedł do obozowiska namiotów Palmachu[1], przedstawił się komendantowi okręgu i obaj zaaferowani udali się do stolarni. Tam czekały na nich deski, gwoździe, siatki, narzędzia i utyskujący stolarz. W każdym kibucu była wówczas taka stolarnia, a w każdej stolarni był narzekający stolarz. Ale ten mężczyzna przywykł do narzekających stolarzy, znał ich obyczaje i z łatwością potrafił zyskać ich przychylność: pokazywał im pewne „ściśle tajne” szkice. Obaj zaczęli pracować nad czymś, co z początku przypominało ogromną skrzynię albo domek z rozmaitej wielkości otworami umieszczonymi na różnych wysokościach. W środku mógł zmieścić się dorosły człowiek, wyprostowany, z rozpostartymi rękami. Szybko też skonstruowali wewnętrzne przegrody, zewnętrzne półki, zakryte siatką okienka osłonięte drewnianymi okapami, i drzwi z siatki, za którymi znajdowały się drugie drzwi, silniejsze drzwi z dykty.

                   Przez dwa dni w stolarni rozbrzmiewały: stukanie młotka, dźwięk piłowania, dyskusje i polecenia.  Trzeciego dnia komendant posłał po kilku chłopaków z obozu. Załadowali domek na wózek, zaciągnęli go do kącika ze zwierzętami domowymi, przeznaczonego dla dzieci, i tam ustawili wejściem na wschód. Jak się okazało stolarz zbudował prawdziwy profesjonalny gołębnik. Mężczyzna, który przyjechał ciężarówką otworzył pokrywę wyplatanego kosza, który ze sobą przywiózł, i ze środka wyjął gołębia. Wszyscy zrozumieli, że to gołębnik, ale nie wiedzieli, w jakim celu go zbudowano. Mężczyzną, który zlecił budowę gołębnika i wpuścił pierwszego gołębia był doktor z Laufer z telawiwskiego ZOO. Doktor Laufer nie czekał na rozstrzygnięcie niezwykle istotnej kwestii i poinformował, że gołębnik z gołębiami pocztowymi stanowi „tajne i znaczące” przedsięwzięcie. Poprosił jeszcze o jedno: żeby nikt bez potrzeby nie kręcił się przy gołębniku i, oczywiście, żeby nikt go nie otwierał, nie wkładał do środka rąk, nie hałasował, nie płoszył ptaków. W kibucu pojawiła się także gołębiarka Miriam, która jak się później okaże odkryje talent gołębiarza u Malucha.

                  W tym samym czasie zbieg okoliczności, którego wtedy Maluch jeszcze nie rozumiał, lecz z czasem dowie się, jakie było jego znaczenie: w dniu, w którym doktor Laufer zostawił Miriam i jej gołębie w gołębniku własnoręcznie zbudowanym w kibucu, na pewnym balkonie domu na ulicy Ben Jehudy w Tel Awiwie usiadł ranny gołąb. Na wpół usiadł, na wpół upadł, przez chwilę chwiał się na nogach, znacząc ceramiczne płytki kropeczkami krwi, a potem stracił przytomność.

               Na balkonie znajdowali się młody chłopiec i dziewczynka. Ona miała około dwunastu lat i była jedynaczką swoich rodziców. Leżała na brzuchu i czytała. On zaś miał lat piętnaście i pół i był synem sąsiadów z trzeciego piętra; kilka minut wcześniej przyszedł po koszulę, która spadła ze sznurka z praniem na balkon poniżej. Oboje prędko podeszli do zranionego ptaka, pochylili się i zaczęli mu się przyglądać. Był to niczym niewyróżniający się, błękitnoszary gołąb o czerwonych nóżkach, podobny do tysiąca innych gołębi. Ale oczy miał zamglone z bólu, a prawe skrzydło wykręcone i bezwładne. Chłopak pobiegł do domu i przyniósł stamtąd pudełko. Wyjął bandaże i środki dezynfekujące, przetarł ranę jodyną, a złamane prawe skrzydło usztywnił za pomocą patyczka i pasma rafii. Dziewczynka, by lepiej widzieć, przesunęła do niego głowę pokrytą jasnymi lokami, aż przebiegł go delikatny, przyjemny dreszcz, jakiego nie odważył się poczuć nawet w swoich marzeniach o niej. Dziewczynka, która nie miała pojęcia, jakie uczucia wywołuje w jego sercu, wskazała palcem ogon gołębia. Istotnie, jedno z dwóch piór było łyse i nie wyrastało z ciała, a sądząc po grubości, kiedyś należało do kury lub może nawet do gęsi. Chłopiec przeciął nitkę małymi nożyczkami, odczepił obce pióro i podniósł je do światła. W duce coś tkwiło. Maleńka, zwinięta w rulonik karteczka. Wyciągnął ją, pomagając sobie zapałką, rozwinął i zobaczył, że była to jakaś wiadomość. Na kartce widniały tylko trzy słowa: „Tak czy nie?”. Serce dziewczynki mocno zabiło. Od razu pomyślała, że to pytanie w sprawie miłości. „Ktoś chce wiedzieć, czy ona się zgadza”. – powiedziała do chłopca. Wtedy ani ona ani chłopiec ani nawet Maluch w kibucu pod Jerozolimą nie zdawali sobie sprawy, jaki skutki wywoła przybycie zranionego gołębia na balkon w budynku w Tel Awiwie. „Czytelnik natomiast może się przekonać, że nie trzeba trzęsień ziemi ani wojen światowych, by zmienić bieg życia człowieka i wprowadzić w nim całkowitą rewolucję. Czasem wystarczą kocie pazury, proca jakiegoś chłopca albo jastrząb, który wykorzystał sytuację”.

                       Chłopiec i dziewczynka wzięli, więc starą drewnianą skrzynkę, przykryli ją z wierzchu siatką, umieścili w środku rannego gołębia i zanieśli go do telawiwskiego ZOO, do doktora Laufera, który niedawno wrócił z kibucu gdzie montował tajny gołębnik. Doktor Laufer od razu zapytał, czy gołąb miał obrączkę na nodze i czy miał przy sobie list lub wiadomość. Dziewczynka przy tym pytaniu bardzo się zarumieniała. Doktor pochwalił dzieci za prawidłowo założony opatrunek i zaproponował, by codziennie po szkole przychodziły do ZOO opiekować się chorym gołębiem. I tak się stało. Gołąb zamieszkał w gołębniku ogrodu zoologicznego, a dziewczynka odwiedzała go codziennie po lekcjach. Gołąb powoli odzyskiwał zdrowie, a ona go obserwowała- jak ćwiczy rozkładanie i napinanie skrzydła, jak stopniowo podfruwa coraz wyżej. Doktor Laufer po kilku dniach powiedział do dziewczynki: „Znam tylko dwóch ludzi, którzy wkładają wiadomość do dudka skrzydła. Jeden studiował z nami w Niemczech i tam został, podczas gdy my wyemigrowaliśmy. Inny przyjechał z nami, ale już nie żyje”.  I znowu mamy kolejną reakcję przyczyno-skutkową. I stało się tak, że na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego roku pewien chłopiec z Tel Awiwu zaczął studiować podręcznik anatomii Kornina i słownik angielski, a dwoje dzieci rozpoczęło pracę w dwóch gołębnikach z gołębiami pocztowymi i naukę sztuki gołębiarstwa- dziewczynka w ogrodzie zoologicznym w Tel Awiwie, a Maluch w kibucu w Emek Ha-Jarden. Ponieważ w Izraelu nie było wtedy gołębiarzy, wszyscy byli w jakiś sposób związani z Haganą[2] i od czasu do czasu spotykali się na zjazdach gołębiarzy. Ale przede wszystkim, dlatego, że tak chciał los-, którego powody zostały już wcześniej wyłożone- dziewczynka i Maluch mieli się spotkać, a chłopiec miał wyjechać do Ameryki i wrócił do Tel Awiwu dopiero po studiach. I tak po kilku latach do ogrodu zoologicznego przyjedzie Maluch i pozna się z dziewczyną, która kilka lat wcześniej uratowała na balkonie swojego mieszkania zranionego gołębia.

                      Niezapomniany zarówno w jego szczegółach, jak i wymianie, „Chłopiec i gołąb” to opowieść o kochankach wtedy i teraz - o tym, jak głęboko kochamy, o tym, czym jest dom i dlaczego my, tak jak gołębie szkolone, by latać tylko w jednym kierunku, wracamy do niego. Meir Shalev opowiada głosem, który jest zarazem zabawny, mądry i całkowicie urzekający, opowiada historię tak uniwersalną jak wojna i intymną jak skrzydlata deklaracja miłości. Większa część książki opowiada o potrzebie istnienia w naszym życiu historii w ogóle i o tym, co ma zrobić człowiek, w którego opowieści punk kulminacyjny nastąpił jeszcze przed jego narodzinami.



[1] Palmach (hebr. פלמ"ח, akronim od פלוגות מחץ, Plugot Mahatz; pol. Siły Uderzeniowe) – żydowski elitarny związek taktyczny stanowiący siły specjalne paramilitarnej organizacji Hagana podczas wojny domowej w Mandacie Palestyny i wojny o niepodległość w latach 1947-1948.

[2] Hagana (hebr. ההגנה, Ha-Hagana, pol. Obrona) – żydowska organizacja paramilitarna, działająca w latach 1920-1948 w ówczesnym Mandacie Palestyny. Z początku organizacja o charakterze samoobrony, stopniowo rozszerzyła pole działania na akcje odwetowe wobec atakujących gangów arabskich, by przekształcić się w organizację typowo wojskową. Po II wojnie światowej organizowała nielegalną imigrację ocalonych z Holocaustu. W 1948 roku stosowała w swojej działalności również metody terrorystyczne. Po utworzeniu niepodległego państwa Izrael stała się podstawą Sił Obronnych Izraela.

20 października 2018

Pawi krzyk


„Pawi krzyk”


Gina Barkhordar Nahai



Autorka/ (ur. 9 grudnia 1960) amerykańska pisarka irańskiego pochodzenia. Przyszła na świat w Teheranie, w rodzinie perskich Żydów, ale jeszcze, jako dziecko opuściła wraz z rodziną Iran. Jako 17-latka przybyła do Stanów Zjednoczonych, by osiąść tu na stałe.

Tłumaczenie/ Teresa Lechowska

Tematyka/ „Pawi krzyk” to fikcyjna opowieść napisana na karcie rzeczywistej historii Persji- Iranu. Specyficzna opowieść. Nie tylko, dlatego, że pełna jest magii i zdarzeń nadprzyrodzonych, lecz przede wszystkim, dlatego, że opowiedziana jest od strony mniejszości narodowej i religijnej w muzułmańskim kraju – Żydów. Nie jest to jednak powieść historyczna ani polityczna. To barwna, egzotyczna opowieść o człowieczej doli, ludzkiej sile i słabościach. To opowieść o tym, że miłość kroczy obok nienawiści, a życzliwość obok obojętności. O tym, że szczęście i rozpacz dotykają ludzi bez względu na pochodzenie i wiarę, i o tym, że ludzka dobroć i sprawiedliwość, podobnie jak nietolerancja i nienawiść, nie są przypisane do konkretnego narodu czy religii.

Główny motyw/ Pawica Żydówka urodziła się w perskim Isfahanie. Miała dziewięć lat, gdy poślubiła Salomona Mężczyznę. Ona pochodziła z najstarszej wspólnoty w diasporze, ludzi na ogół nieznanych zewnętrznemu światu. On był śpiewakiem na dworze królewskim, człowiekiem bogatym, słynącym z urody i wielkiego uroku. Dziesięć lat później Pawica, jako pierwsza kobieta w dzielnicy żydowskiej porzuciła męża... Akcja tej powieści toczy się w latach 1796–1982 i opowiada o dziejach żydowskiej rodziny wywodzącej się od kobiety zwanej Esterą Wróżką – kobiety pełnej magicznych mocy. W opowieściach i przepowiedniach sięga jednak ta historia prapoczątków państwa perskiego - pierwszych mitów, władców Cyrusa i Dariusza, oraz szacha Ismaila, który uczynił szyityzm religią państwową. Od czasów Ismaila właśnie rozpoczęły się szykany i pogromy wyznawców religii judaistycznej w Persji, trwające aż do panowania szacha Rezy Pahlaviego, który zlikwidował w Iranie żydowskie getta, ale które powróciły ze wzmożoną siłą po rewolucji islamskiej pod wodzą Ajatollaha Chomeiniego.

 Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

 „Pawica Żydówka jest tak stara, mówili, że pamięta czasy, kiedy Bóg był dzieckiem”.

„Zło było silniejsze od modlitwy”.

„Nie lekceważ nigdy przyjaźni Żyda”.
  

                     Od wydania pierwszej powieści „Pawi krzyk” w 1991 roku Gina Barkhordar Nahai jest jednym z najbardziej konsekwentnie angażujących się i odnoszących sukcesy głosów irańskiej diaspory. Książka „Pawi krzyk” opowiada historię siedmiu pokoleń irańskiej rodziny żydowskiej, przedstawia wyimaginowane historie na tle wydarzeń historycznych w stylu, który często nazywany jest „realizmem magicznym". Podczas gdy jej nadrzędnym tematem jest historia Żydów w Iranie, Nahai opowiada tę historię ze szczególną uwagą na emocjonalne i kulturowe traumy, które ukształtowały kobiety irańskich gett żydowskich. Tęsknota za ucieczką, szczególnie wśród kobiet, przechodzi przez kilka pokoleń jej postaci, pojawiając się, jako przekleństwo, a czasami, jako zbawienie od losu. W książkach Nahai bohaterki są często matkami, które szukają wygnanych przez różne siły zesłańców z Iranu - przemierzając ogromne dystanse fizyczne i kulturowe, a także córki, które czują nieobecność matek. Wszystkie one doznały krzywd, lecz zawsze są wierne Iranowi, szczególnie wierności ideom domu i przynależności rodowej. Gina Barkhordar Nahai w książce „Pawi krzyk” pokazuje, że pamięć jest oczywiście „narzędziem” selektywnym; nigdy nie zachowuje całego doświadczenia. To, co pamiętamy, nie jest tym, co było, ale tym, co widzieliśmy, a to wspomnienie z kolei zmienia się i zmienia w miarę upływu czasu przez inne subiektywne czynniki.

                 Gina Barkhordar Nahai pisze z ostrą emocjonalną i prawie antropologiczną percepcją, „laserowym dowcipem” i głębokim współczuciem... z akcentami magicznego realizmu, niezwykłymi postaciami i spiralnym, wielopokoleniowym fatum, epickim cierpieniem, walką kobiet o wolność... ta tragiczna, często piękna saga żydowskiej rodziny mieszkającej w Persji zadaje ponadczasowe pytania dotyczące uprzedzeń, traumy, dziedzictwa, lojalności i miłości.  Poprzez retrospekcje z burzliwą przeszłością Iranu, poznajemy różnych członków rodziny, ich triumfy i tragedie, lojalności i intrygi, dziwne osobliwości i lekkomyślne lekceważenie konsekwencji. Dziwne dolegliwości, złamane serca i tajemnicze postacie są mistrzowsko rozwinięte w języku, który czytelnik będzie chciał czytać na głos.

                   Pawica, 116-letnia kobieta, zostaje schwytana przez Islamską Gwardię Rewolucyjną. Jej historia osobista oraz historia nieznanej grupy Żydów, rozwija się, gdy czeka w swojej celi więziennej. Historia rodziny Pawicy sięga czasów Estery Wróżki, która pojawia się w snach swoich potomków. Estera Wróżka urodziła się na południu, w portowym mieście Bandar Abbas nad Zatoką Perską. Podobnie jak wiele Żydówek z tych stron dorastała pracując, jako służka w haremie u żon bogatych Arabów i Persów. Szyła im ubrania, splatała włosy w warkocze, odbierała przychodzące na świat dzieci. A przy tym uprawiała czary. Twierdziła, że obejrzawszy dłoń nowo narodzonego dziecka, potrafi przepowiedzieć, co je czeka; umie przygotowywać eliksiry i pisać czarodziejskie formułki, dzięki którym bezpłodne kobiety staną się brzemienne, potrafi wyganiać strach z serc starców i sprowadzać do domu zabłąkanych małżonków. Zbierała przeróżne rzeczy- kawałki tkanin, zwierzęce szkielety, jaszczurcze i kocie ogony, pasemka włosów zmarłych dziewic. Czekały zamknięte na klucz w skrzyni na taki dzień, gdy przyjdzie jedna z jej pań i poprosi, żeby otruła żonę rywalkę albo wywołała ospę u powinowatej.

                  Przed laty, jeszcze, jako dziecko, przepowiedziała śmierć marynarzy we wzburzonych wodach Zatoki Perskiej. Później, nim jeszcze pierwsze brytyjskie statki zjawiły się w porcie Bandar Abbas, całymi nocami opisywała to kobietom w haremie. Wiedziała więcej, niż mówiła. Znała opowieści tak dziwne i nieprawdopodobne, że nikt w nie by nie uwierzył, tajemnice tak ciemne i przerażające, że zachowywała je dla siebie. Umiała czytać ludziom z oczu, wkradać się w ich sny i przenikać umysły. Mimo tych wszystkich umiejętności Estera Wróżka pędziła życie w samotności i niewolnictwie. Była Żydówką. Jej matka pracowała i umarła na służbie u rodziny szejka. Szejk odziedziczył też Esterę. Jako niewolnica bez twarzy, skazana była na utratę młodości i pragnień. A później, gdy już będzie za stara, by pracować, odeślą ją do getta poza granice Bandar Abbas.

               Co wieczór patrzyła, jak żony w haremie malują twarze i usta, nacierają się wonnościami i oczekują na przybycie męża, który wybierał jedną z nich. Potem, leżąc na łóżku, wyobrażała sobie tę żonę w ramionach szejka. Rozmyślała o świecie poza murami haremu, poza Bandar Abbas. Myślała o miejscach oglądanych w swoich snach. Miała wtedy piętnaście lat i jej ciało płonęło z żądzy. Zaczęła w nocy potajemnie opuszczać harem. Czekała, aż żony położą się do łóżek i zasną strażnicy. Wtedy przekradała się przez rozległe wyschnięte ogrody domu szejka i wymykała na ulice Bandar Abbas. Wkładała cienki biały zawój zarezerwowany dla muzułmanek, zdejmowała żółtą łatę, którą wszyscy Żydzi nosili na ubraniach. Szła do portu, wdychała powietrze pachnące spalonym drewnem, słuchała nawoływań rybaków wśród fal i obserwowała przezroczyste jak duchy cienie łodzi i palm odbijających się w ciemnych wodach. Niekiedy podchodził do niej jakiś mężczyzna. Uśmiechała się oczami i mówiła do niego: „Zabierz mnie stąd. Kochaj mnie do starości”. Czasami napotkany mężczyzna zabierał ją do drewnianej chaty nad morzem i kład nagą na dywan. Estera Wróżka zamykała oczy i modliła się o miłość. Wyczuwała zapach wódki w pocie kochanka, lęk przed morzem w jego oddechu. O świcie szła z nim do portu i patrzyła, jak wiosłuje, odpływając wolno ku rekinom.

                 Wracała co noc, czekała na mężczyznę, który zaznawszy jej ciepła otworzy swoje serce i rano ją przytuli, prosząc, by została. Używała wszystkich swoich mocy, żeby przekonać mężczyzn, pisała zaklęcia i chowała im we włosy, wieszała talizmany nad ich łóżkami. Zjawiała się w snach, gdy spali, wyczarowywała miłość, której sami nigdy by do niej nie czuli. Wszystkie zaklęcia jednak zawodziły, czary zdały się na nic i Estera Wróżka była wciąż sama. Przez trzy lata szukała mężczyzny w Bandar Abbas. Zawsze wracała z niczym i jeszcze bardziej samotna. Pewnej nocy zapłakała, błagała ciemności o ratunek: „Ratujcie mnie”- prosiła tak dobrze jej znane duchy. „Pomóżcie mi zmienić swój los”. Kiedy usnęła, przyśniła jej się kraina, której nigdy przedtem nie widziała i o której nigdy nie słyszała- świat spokoju i obfitości: „gdzie mężczyźni wydawali się więksi od Boga i złoto kwitło na każdym polu?. „Udam się tam”- przysięgała ciemnościom.  Następnego dnia wzięła wszystkie swoje pieniądze i kupiła sobie miejsce w karawanie kierującej się na północ. Wędrowali przez trzy tygodnie. W nocy obozowali na drodze. Estera Wróżka udawała muzułmankę. Kiedy dotarli do Isfahanu, odłączyła się od karawany i poszła szukać żydowskiego getta. Zawędrowała wystarczająco daleko. Czy przeznaczenie zgubiło jej ślad?  Czy dotarła do idealnego świata z jej snu?
                          
                       Żydowskie getto w Isfahanie nazywało się Dżujibar. Składało się z domów i sklepów, starego placu, czterech synagog i trzech łaźni. W studniach roiło się od robaków- długich mlecznobiałych stworzeń, które bez końca wypełzały z ziemi w olbrzymich ilościach. Czystą wodą jednak rządzili islamscy mułłowie, a ci odmawiali jej Żydom. Żydzi żyli w getcie jak mrówki uwięzione w podziemnej norze. Mieszkali w parterowych lepiankach, małych bez okien. Naokoło unosił się odór z nieczystości i smród śmieci. Wszystko, czego dotknął Żyd, było na zawsze splamione. Oskarżony o przestępstwo nie mógł świadczyć w swojej obronie. Nie wolno mu było nawet wyjść z getta w dzień deszczowy, bo obawiano się, że deszcz mógł zmyć nieczystości z jego ciała i skalać muzułmanina. Estera popatrzyła na getto i zrobiło jej się zimno. Uświadomiła sobie, że wprawdzie uciekła z haremu, ale nie wyzwoliła się z więzów. Czy tak miał wyglądać „raj” ze snu Estery?  Później okaże się, że gdyby Bóg znowu poprosił Abrahama o poszukanie dziesięciu sprawiedliwych tym razem w getcie Dżujibar, Abraham miałby z tym duże problemy.

                       Estera Wróżka próbowała znaleźć sobie jakiś lokum, spotkała się jednak z niechętnym wzrokiem i dociekliwymi pytaniami. Plotkowano o niej od chwili, gdy się pojawiła. Nazywano ja nierządnicą, bo podróżowała bez mężczyzny, i bezbożnicą, bo twierdziła, że zna przyszłość. Mieszkańcy getta byli podejrzliwi, ponieważ mówiła innym dialektem i jadła, co innego niż oni. Chcieli wiedzieć, dlaczego opuściła Bandar Abbas. „Przybyłam, by odmienić swój los”- powiedziała im, jakby była Bogiem- „Przybyłam tu, żeby rozstać się ze swoim przeznaczeniem i znaleźć nowe życie”. Nikt tego nie rozumiał. Estera Wróżka nie mogła „walczyć” z całym gettem. Przybyła jednak do Isfahanu z pewnego powodu i dla tegoż powodu chciała tu pozostać: w sercu miasta, dawnej stolicy Persji, stał, jak jej mówiono, pałac cały ze szkła. Uważała, że sprowadził ją tutaj wieszczy sen.

                Wiedziała, że gdyby była zamężna, Żydzi by jej nie wygonili. „Rozejrzała” się więc i znalazła sobie Grubego Sikającego Izaaka- mężczyznę rosłego, o łysej czaszce i tak nieśmiałego, że odwracał wzrok za każdym razem, gdy go mijała. Estera Wróżka weszła do jego domu i wślizgnęła się do łóżka Izaaka i uczyła go tego, czego nauczyła się o miłości w długie ciemne noce w Bandar Abbas. Wracała co noc, pod osłoną ciemności przemykała się do herbaciarni Izaaka z nory w rumowisku, w której spędzała dni. Izaak bał się, że sąsiedzi zobaczą ją i oskarżą ją o prostytucję. Przerażała go jej namiętność, a o tysiące rzeczy nawet nie chciał jej pytać. Estera Wróżka i Gruby Sikający Izaak wzięli ślub, w noc wesela Estera poczęła. Powiedziała Izaakowi, że urodzi chłopca i nie będzie on wyglądał jak ci, których zna. Powiedziała, że będzie mądry, przyniesie chwałę ojcu i pewnego dnia będzie kroczył w słońcu w pełni chwały i z dumą w oczach. Izaak chciał jej wierzyć, ale całe getto się z tego śmiało.

                   Gruby Sikający Izaak zaczął żywić wątpliwości, po tym jak ludzie zaczęli gadać, że dziecko przyjdzie na świat wcześniej niż należy. Kochał Esterę, kochał jej zapach, jej głos, ale siła tłumu była dla niego o wiele za mocna. Do życia małżeńskiego Estery i Izaaka wkroczył rabin Jehuda Sprawiedliwy, który sprawiedliwość miał tylko w nazwisku. Kiedy Estera urodziła wcześniaka, tym samym wydała na siebie wyrok. Estera zawinęła synka w czador, potem spaliła łożysko. Na dworze czekał Jehuda Sprawiedliwy. Otworzyła drzwi i wyszła ku swemu przeznaczeniu. Na głównym placu getta Estera publicznie została oskarżona o grzech przeciwko rodzinie i czci. Po kazaniu Jehuda Sprawiedliwy nakazał Dawidowi synowi Rzeźnika ogolenie głowy przestępczyni. Golenie głowy Estery trwało godzinę. Na ziemi koło stóp kobiety legła sterta włosów. Krew ciekła jej po czaszce, twarzy, szyi. Związano jej ręce z tyłu i dźwigając ją na nogi wyjęto barani żołądek- biały, śliski, połyskujący wilgocią. Naciągnięto jej na ogoloną głowę. Posadzono na grzbiecie muła i wygnano z miasta. Najgorszą karą było to, że odebrano jej jedynego synka.

                   Kim się okazali mężczyźni? Izaak, nie wystąpił w obronie Estery. Mógł zeznać prawdę, domagać się wybaczenia, zabronić zemsty. Mógł uratować Esterę i jej dziecko. Lecz żeby tak postąpić, musiałby zrezygnować z jedynej szansy na nieśmiertelność. Rabin Jehuda Sprawiedliwy: śnił o tym dniu, przez całe życie z tęsknotą i oczekiwaniem modlił się o jego nadejście. Od dwudziestu lat był głównym rabinem getta. Wygłaszał kazania, obchodził wszystkie święta, udzielał wszystkich ślubów, a nawet uczestniczył we wszystkich pogrzebach i przez cały czas czekał na tę chwilę- chwilę, w której zostanie wezwany do osądzenia, decydowania o czyimś losie, stanowienia prawa.

                        Po paru wiekach od sprawy Estery Wróżki poznajemy życie jej potomkini Pawicy. Pewnego razu Pawica późną nocą usłyszała śpiew Salomona Mężczyzny. Pawica siedziała i drżała na łóżku i od razu pomyślała o ucieczce z domu ojca. Toteż tej nocy, gdy usłyszała pieść Salomona, Pawica pomyślała, że śni. Wieści o zaręczynach Salomona Mężczyzny i Pawicy córki Józefa Winiarza rozeszły się bardzo szybko. W getcie matki innych dziewcząt na wydaniu wbijały sobie paznokcie w policzki i lamentowały. Zagniewane swatki biegały jedna do drugiej, usiłując odkryć, która z nich doprowadziła do tych zaręczyn. Isfahańskie nierządnice spluwały, przeklinając swój pech. Jednak Pawica od momentu ogłoszenia zaręczyn płakała i błagała, i przysięgała, że nie wyjdzie za mąż. Wydawało się jej to wprost niedorzeczne: Pawica odrzuca mężczyznę pożądanego przez wszystkie kobiety. Ale Pawica nie chciała wyjść za mąż za takiego kobieciarza jak Salomon. Przyszła pani młoda uciekła z domu. Józef Winiarz ojciec Pawicy przemierzył każdy centymetr getta i w końcu znalazł córkę w piwnicy, pustej i opuszczonej. Pawica siedziała tam przerażona własnym niezdecydowaniem i nieposłuszeństwem. Kiedy ojciec chwycił ją za rękę, błagała, by odwołał to małżeństwo. Ślub doszedł do skutku, po kilku namiętnych nocach spędzonych z Salomonem, Pawica poczuła się kobietą. Jednak po narodzinach ich dziecka Salomon zapominał o Pawicy.

                       Książka Giny Barkhordar Nahai „Pawi krzyk”, mimo że przepełniona jest okrucieństwem ma też kilka humorystycznych i zarazem psychologicznych wątków. Pierwszą ciekawą kwestią jest narzucenie przez szacha Rezy ubioru europejskiego. Kazano ubierać społeczeństwo w kapelusze z rondem, koszule z kołnierzem i guzikami na przodzie, marynarki i spodnie.  Chodzący po ulicach ludzie nieprzyzwyczajeni do nowej mody wyglądali żałośnie. Od chwili wprowadzenia nowego ubioru Reza żądał wszakże całkowitego posłuszeństwa. Kiedy szach miał odwiedzić pewne miasteczko wiadomość o tym wywołała wśród mieszkańców popłoch. Nikt w miasteczku nie miał garnituru i nikt nawet na oczy nie widział kapelusza, jaki należało mieć na głowie. Zdecydowano jednak, że trzeba spróbować spełnić życzenie szacha. Wysłano kogoś do pobliskiego miasta, żeby kupił materiał. Zdobyto fotografie Europejczyków w garniturach i kapeluszach. Potem wszystkie zdatne kobiety w miasteczku zostawiły domy i rodziny i zabrały się do kopiowania strojów ze zdjęć. Ale co z kapeluszami? Nie było czasu ani materiału, by uszyć kapelusze. W desperacji zwrócono się do miejscowego „wynalazcy”-trzydziestosześcioletniego syna rolnika, który był zbyt leniwy, żeby mozolić się cały dzień na roli, poświęcił się, więc wymyślaniu „wspaniałych projektów mających przyspieszyć rozwój ludzkości”. „Wynalazca” podumał nad obrazkiem kapelusza, który należało zrobić, i przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Kazał zebrać w miasteczku blaszane puszki, zaniósł je do miejscowego blacharza, a ten je rozpłaszczył, pociął w kształcie cylindrów i zespawał łączenia. Potem blachę pomalowano na czarno. Kiedy tego popołudnia przybył szach, wszyscy witający go mężczyźni mieli na głowach europejskie cylindry. I właśnie wtedy rozpętała się burza gradowa. Kulki lodu bębniły w metalowe kapelusze, wydając odgłos podobny do strzałów. Szach zobaczył także, jak po twarzach nieruchomych, zażenowanych mężczyzn ścieka czarna farba.

                     Ciekawą postacią książki jest także Cyrus Wspaniały, który pragnął być Amerykaninem. Nosił amerykańską odzież, jeździł amerykańskim samochodem. Czytał amerykańskie powieści, zwracał się po angielsku nawet do tych, którzy go nie rozumieli. Znał na pamięć mapę Stanów Zjednoczonych, preambułę do Konstytucji, amerykański hymn. Cyrus Wspaniały nie przekroczył nigdy granicy Iranu, ale żył w marzeniach o Hollywood. Cyrus Wspaniały wcześnie postanowił, że chce studiować w Europie. W szkole w Teheranie uczył się francuskiego i angielskiego i co roku prosił ojca, żeby zapisał go na uniwersytet w Paryżu. Cyrus przyglądał się żołnierzom amerykańskim, wysokim, przystojnym i pewnym siebie, jak wydają dolary, kupują kobiety i jedzenie. Zaproponował Amerykanom interes: za pocztówki da im jedwabne pończochy i perfumy ukradzione ze sklepu ojca. Był w dziesiątej klasie i zmagał się z matematyką i fizyką, gdy dowiedział się, że Franklin Delano Roosvelt, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, przebywa w Teheranie na konferencji z Churchillem i Stalinem. Tak go zafascynowała ta wiadomość, że zapomniał pójść do szkoły na egzamin semestralny z przedmiotów ścisłych. Ojciec znalazł Cyrusa na bazarze, jesienny semestr się skończył, a Cyrus Wspaniały oblał wszystkie egzaminy. Chłopak tłumaczył się przed ojcem: „Nie mogę myśleć o maleńkich molekułach i jakichś nędznych mnożeniach, gdy na moich oczach tworzy się świat”.

                   Ciekawym wątkiem książki jest także psychologia wpływu na tłum. Ruchullah Duch Allaha urodził się w małej chałupce zbudowanej z cegieł z błota w wiejskim miasteczku Chomem. Jego ojciec, mułła z klanu Musawi, był ubogi, ale wpływowy. Twierdził, że jest potomkiem proroka Mahometa. Nosił czarny turban; pomniejsi duchowni nosili białe. Ten chłopiec urodzony w zapadłej wsi stał się później Ajatollahem Chomeinim. W 1978 roku Chomeini nakazał zamknięcie bazarów i wysłał studentów teologii, żeby maszerowali ulicami Teheranu, domagając się jego powrotu. Następnego dnia Iranki- kobiety, które uwolniono od zasłon, którym kiedyś pozwolono na rozwody, zapewniono ochronę przed ich ojcami, a nawet dano prawa wyborcze- te kobiety przywdziały czarne czadory i maszerowały tysiącami, domagając się przywrócenia zasłon i prawa szariatu.

                    Humorystyczny, ale jakże wymowny jest opis „wkroczenia” nowości technicznych do Iranu. Narges Praczka ujrzała telewizor, gdy pierwszy raz poszła prać do Teheranu- zanim dowiedziała się, że to rzecz bezbożna. Tak była zaintrygowana tym wynalazkiem, że stała i patrzyła na mężczyznę, który siedział w środku pudła i do niej przemawiał. Nagle uświadomiła sobie tam, na środku salonu w domu, gdzie prała, że nie jest zasłonięta, ma odsłonięte włosy, zakasane rękawy, pokazuje nagie ręce. Krzyknęła i uciekła, po czym przepłakała całą noc z powodu zszargania czci. 

                   Książka Giny Barkhordar Nahai „Pawi krzyk”, powinna być obowiązkową lekturą szkolną dla uczniów klas licealnych. Powinna znajdować się w biblioteczce każdego inteligentnego człowieka. Świat przedstawiony przez autorkę, to świat okrutny, patriarchalny, przepełniony fanatyzmem religijnym i politycznym. Książka powinna być ostrzeżeniem na przyszłość. Twierdzimy często, że tylko kiedyś w imię wiary i Boga mordowano ludzi i znęcano się nad niewinnymi kobietami. Dziś mamy bardziej wyrafinowane sposoby dręczenia ludzi, którzy biją w nasze murem osłonięte przekonania i wierzenia. Dużo mówimy o tolerancji. Każdy uważa siebie za osobę naszpikowaną tą cechą, z tym, że wynika to bardziej z mody na bycie tolerancyjnym. Przecież za małostkowe i niekulturalne ( i zagrażające światu!!) uważamy osoby, które ostentacyjnie pokazują, że nie mają akceptacji dla odmienności – czy to kultury, wierzenia, orientacji seksualnej, koloru skóry czy zwykłej tradycji.