20 listopada 2021

Lalka

 

„Lalka”


Bolesław Prus


Autor/ (wł. Aleksander Głowacki) - pisarz, publicysta. Urodzony w 1847 w Hrubieszowie, zmarł w 1912 w Warszawie. Polski pisarz, prozaik, nowelista i publicysta okresu pozytywizmu, współtwórca polskiego realizmu, kronikarz Warszawy, myśliciel i popularyzator wiedzy, działacz społeczny, propagator turystyki pieszej i rowerowej. Jeden z najwybitniejszych i najważniejszych pisarzy w historii literatury polskiej.

Tytuł oryginału/ pl „Lalka”

Tematyka/ Centralnym tematem „Lalki” jest resentyment, czyli pogarda dla pewnej społecznej elity, podszyta jednak głęboko uwewnętrznionym poczuciem niższości wobec przedmiotu własnej pogardy. To właśnie silny resentyment społeczny motywuje Wokulskiego (z resentymentu bierze się także jego „miłość” do Izabeli Łęckiej), a potem go niszczy. Mieszczańscy modernizatorzy, których Wokulski jest najciekawszym w polskiej literaturze reprezentantem, są ludźmi „podróżującymi”. Nie reprodukują arystokratycznej, szlacheckiej, inteligenckiej tradycji własnych rodzin. Są self-made manami, biorą się ze społecznego awansu, a właściwie ze społecznej zmiany, bo może to być – jak u Wokulskiego – także społeczna huśtawka, od wysadzonego z siodła szlachcica, poprzez totalną pauperyzację, aż po awans dokonujący się już przy użyciu narzędzi nowoczesnego mieszczaństwa: pieniędzy i wykształcenia.

Główny motyw/ W „Lalce” autor przedstawia nie tylko historię Rzeckiego i życiowe perypetie Wokulskiego, ale poznajemy rozmaite środowiska społeczne, od arystokracji po miejską biedotę. Problem Wokulskiego polega na tym, że nie mógł siebie zrealizować, tak jak chciał. To, co robił, robił na przekór swoim ideałom. Dlatego nowym wyzwaniem dla bohatera było zdobycie serca Izabeli Łęckiej. Wokulski pragnął miłości i chciał być kochany. Jednak jego wybranka była kobietą próżną, gardziła nim, wykorzystywała. Tak się dzieje, kiedy mężczyzna zakochuje się pierwszy raz w życiu w wieku czterdziestu kilku lat. Takie działanie prawdopodobnie jest także wynikiem niezdrowej pogoni za uznaniem. Wewnętrzne rozterki bohatera przypominają człowieka cierpiącego na rozdwojenie. Z punktu widzenia psychologii to mogą być symptomy neurozy. Neurotyk, czyli człowiek cierpiący na nerwicę, często stawia sobie cel niemożliwy do zrealizowania. Powieść ostrzega również czytelnika, że w każdej szkole, w każdej pracy czy w każdym innym środowisku można spotkać kobietę tak wyniosłą, jałową i nadętą jak Izabela Łęcka.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

(…) głupstwo całe życie, którego początku nie pamiętamy, a końca nie znamy… Gdzież prawda…?”.

„Kto dziś ożeni się z panną mającą wielkie wymagania, a żadnego posagu? Zestarzeje się, choć ładna. Naturalnie…”.

„Bo widzisz, najgorszą samotnością nie jest ta, która otacza człowieka, ale ta pustka w nim samym (…)”.

„Dla niej nie istniała nawet siła ciężkości, gdyż krzesła jej podsuwano, talerze podawano, ją samą na ulicy wieziono, na schodach wprowadzano, na góry wnoszono”.

„Poza tym czarodziejskim był jeszcze inny świat – zwyczajny”.

„Z salonów Kwirynału do sklepu… To już nawet nie upadek, to hańba…”.

„Paradne są te wielkie damy; próżniak, szuler, nawet złodziej, byle miał nazwisko, stanowi dla nich dobre towarzystwo, choćby fizjognomią zamiast ojca przypominał lokaja swej matki. Ale kupiec – jest pariasem…”.

„Po ziemi gonimy marę, którą każdy nosi we własnym sercu, i dopiero gdy stamtąd ucieknie, poznajemy, że to był obłęd…”.

„Natura miewa kaprysy i analogie”.

„O krok od siebie staje dwoje ludzi nieszczęśliwych; jedno szuka miłości i rodziny, drugie może walczy z biedą i brakiem opieki”.

„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość”.

„Ale ty mnie nie rozumiesz, bo wy dziś macie mocniejsze głowy, lecz zimniejsze aniżeli my serca”.

„Po co mi jednak koniecznie chcą robić rewolucję, kiedy i bez niej ludzie miewali wspólne żony”.

„Największą cnotą mężczyzny, panie Rzecki, jest dyskrecja, panie Rzecki, szczególniej w bardziej poufałych stosunkach”.

„Stopiło się w nim dwu ludzi: romantyk sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedemdziesiątego. To, co dla patrzących jest sprzeczne, w nim samym jest najzupełniej konsekwentne”.

„Sama jestem kobietą i wiem, że kobiet nie zdobywa się ofiarami, tylko siłą (…). Siłą piękności, zdrowia, pieniędzy… Rozumu…”.

„Bo wierz mi, łatwiej wyrzucić tysiące rubli z kieszeni aniżeli jedno przywiązanie z serca”.

„To tylko kulisy i kostiumy, które z jednego Wojtka robią księcia, a z innego parobka. W rzeczywistości jeden i drugi jest tylko lichym aktorem”.

„Zbliżamy się do piątego aktu. Jest to albo koniec dzielnego człowieka, albo początek całego szeregu głupstw…”.

„Hrabowie i książęta nie mają monopolu na fantazje…”.

„Unikaj, zatem samic innego niż twój gatunku…”.

„Ażeby nad kobietami odnosić wielkie zwycięstwa, trzeba być w miarę impertynentem i w miarę bezczelnym: dwie zalety, których ty nie posiadasz”.

„Machina parowa przecież nie młynek do kawy, to wielka machina; ale gdy w niej zardzewieją kółka, stanie się gratem bezużytecznym i nawet niebezpiecznym. Otóż w Wokulskim jest podobne kółko, które rdzewieje i psuje się…”.

„I otóż cywilizacją naprawdę  rządzą kobiety!...”.

„Wychowanie, tradycja, a może nawet dziedziczność, pod pozorem zrobienia jej [kobiety] istotę wyższą, robią z niej istotę potworną”.

„Jeżeli więc słabość do kobiet nie kompromituje Bonapartych, dlaczego miałaby uwłaczać Wokulskiemu?...”.

„Żebyś był mądry jak Salomon, póki jesteś w sklepie, będą tobą pomiatali (…)”.

„Dziwna bowiem jest natura ludzka: im mniej sami mamy skłonności do męczeństwa, tym natarczywiej żądamy go od bliźnich”.

„Świat podobny jest do amatorskiego teatru; więc nieprzyzwoicie jest pchać się w nim do ról pierwszych, a odrzucać podrzędne. Wreszcie – każda rola jest dobra, byle grać ją z artyzmem i nie brać jej zbyt poważnie”.

„Kochanek wszystko wybaczy kochance, wyjąwszy drugiego kochanka…”.

„Jedyną rzeczywistością, która nie zawodzi i nie kłamie, jest chyba – śmierć…”.

„Kto prosi, żeby mu ogolić brodę, nie gniewa się na zadrapanie”.

„Kupcowi trzeba subiektów, a kobiecie bijących przed nią czołem, choćby dla zasłonięcia tego zucha, który nie bije pokłonów”.

„W naturze nie ma grobów ani śmierci; są różne formy bytu (…)”.

„Brąz stworzył cywilizację klasyczną, żelazo wieki średnie; proch zakończył wieki średnie, a węgiel kamienny rozpoczął  wiek dziewiętnasty”.

„(…) jesteś w tym wieku, że u ciebie każdy będzie dobrym furmanem, kto ma ładne oczy”.

„No widzi pan, ta wiara chroni człowieka od rozpaczy”.

„Każda kobieta, w pewnej epoce życia, marzy o idealnej miłości, wyśmiewacie jej złudzenia i domagacie się kokieterii, bez której panna jest dla was nudna, a mężatka głupia”.

„A ja zawsze myślałem, że jestem uosobioną prozą”.

„Z taką, co chodzi w chustce, to ja się nie ożenię, a kapeluszowa mnie by nie chciała…”.

„Głupiutkie są te panny. Im się zdaje, że jak złapie która bogatego męża, a poza nim przystojnego kochanka, to już wypełni sobie życie…”.

„Nie lubisz pan kobiet? (…) Nie to, żebym nie lubił. Ale od czasu, jak przekonałem się, że wielkie damy nie różnią się od pokojówek, wolę pokojówki”.

„O panie Rzecki wierz mi, że dla takich jak my nieraz okno starcza za teatr, koncert i znajomości”.

„Ze smutkiem widzę, że od pewnego czasu między naszymi ludźmi zaczynają kwitnąć nieznane przedtem obyczaje: mało robić, głośno narzekać, a po cichu snuć intrygi i puszczać plotki”.

„Na świecie nie ma żadnego porządku, żadnej sprawiedliwości, tylko walka”.

„My, Polacy jesteśmy skazani na głupców nawet w tak prostej rzeczy jak miłość…”.

„Na żal po kobiecie jedynym lekarstwem może być tylko druga kobieta”.

„Ale panie, żonaty człowiek to kaleka: kobiety na niego nie patrzą (…)”.

„(…) więc dlaczegóż Jezus Chrystus nie mówił ludziom: bądźcie rozsądni, tylko – kochajcie się?”.

„Nie każdy może być poetą albo bohaterem, ale każdy potrzebuje pieniędzy”.

„Zawsze znajdzie swój swego: marzyciel marzyciela…”.

„(…) pomyśl pan, co byłoby więcej warte dla świata: czy spryt Szlangbaumów, czy marzycielstwo Wokulskich i Ochockich?”.

„Podobno ile razy mężczyzna patrzy na kobietę, szatan zakłada mu różowe okulary”.

„Los czasami żartuje z ludzi…”.

„Prawdziwa miłość ma związane oczy”.

„Kobiety lubią demonów…”.

„(…) prosty smak może pobudzić do wymiotów…”.

„Trzeba było poznać kobiety nie poprzez okulary Mickiewiczów, Krasińskich albo Słowackich, ale ze statystyki, która uczy, że każdy biały anioł jest w dziesiątej części prostytutką; no i jeżeli spotkałoby cię rozczarowanie, to choć przyjemne…”.

„Okrutne jest to urządzenie świata, na którym dwoje ludzi, nieszczęśliwych z tego samego powodu, nie mogą sobie pomóc…”.

„Stary romantyku!... stary romantyku!... Chwytasz się za głowę, bo w twojej chorej wyobraźni ciągle jeszcze pokutuje chimera idealnej miłości, kobiety z anielską duszą…”.

„Handel ludźmi jest rzeczą okropną a jeszcze okropniejszą handel samym sobą”.

„Że jest gatunek kobiet, które po to tylko żyją na świecie, ażeby drażnić i podniecać namiętności mężczyzn. Tym sposobem ogłupiają ludzi rozumnych, upadlają uczciwych i utrzymują w równowadze głupców”.

„Skrzywdzona ludzka godność to nie imaginacja”.

„Całe miasto mówi to samo, chociaż myli się, tytułując Wokulskiego bankrutem, bo on jest tylko półgłówkiem z tego typu, który ja nazywam polskimi romantykami…”.


„Lalka” Bolesława Prusa wydaje się być książką znaną, ale czy na pewno? Więc… „Lalkę” można czytać albo jako powieść polityczną, w której wątek miłosny prowadzi czytelnika poprzez rozważania na tematy społeczne i polityczne albo odwrotnie, można uważać to za romans osadzony w pewnych realiach społeczno-politycznych. Ja jestem zdecydowanie zwolennikiem tej drugiej tezy. Prus, owszem był wielkim człowiekiem, wielkim społecznikiem, działaczem nawet na niwie propagowania kolarstwa, ale był też powstańcem. To właśnie z powodu udziału w powstaniu spędził kilka miesięcy swojego życia w więzieniu. Sprawy społeczno-polityczne były dla niego bardzo ważne i te opowieści, rozmaite rozważania Stanisława Wokulskiego i innych na temat przemian cywilizacyjnych i technologicznych oraz nierówności społecznych stanowiły własne przemyślenia Bolesława Prusa, który był reprezentantem wczesnych postępowców zwanych pozytywistami.

Przede wszystkim jest to jednak książka o miłości równorzędna z innymi wielkimi powieściami modernistycznymi poświęconymi tematyce miłosnej zarówno w literaturze rosyjskiej jak i zachodnioeuropejskiej. Należy wspomnieć, że „Lalka” Prusa porównywalna jest do dzieł Flauberta czy wręcz Balzaka, i myślę że jest to prawda, ponieważ „Lalka” dorównuje swoim rozmachem, swoją złożonością, konstrukcją, swoją głębią i stylistycznym bogactwem tym wielkim pomnikom literatury. Jako że powstała w języku polskim,  nie miała szansy zrobić tak ogromnej kariery, ale mimo to jest rozpoznawalna na świecie. Dla mnie jest to książka o dojrzałej miłości czy raczej miłości dojrzałego mężczyzny. Możliwe, że jest to najwybitniejsza taka wiwisekcja psychologiczna mężczyzny w średnim wieku - Wokulski ma 45, 46 lat. Przy okazji możemy zwrócić uwagę na „miłość” Ignacego Rzeckiego do Napoleona. Prus pisząc książkę w odcinkach odważył się wstawiać mniej zajmujące fragmenty, które ilustrowały dość popularny w tym czasie postromantyczny sentyment. Ignacy Rzecki jest „starym” pięćdziesięciopięcioletnim subiektem, który żyje wspomnieniami swojego udziału w powstaniu węgierskim (1848–1849). Widzimy, że autor miał bardzo dużą odwagę skonstruować powieść niełatwą, wielowątkową i jednocześnie stanowiącą pewne wyzwanie intelektualne, ze względu na fragmenty mówiące o sprawach społeczno- politycznych, które wymagały skupienia i mobilizacji umysłowej. Książka ta, to też krytyczny portret Warszawy, wyraża pewne moralne oburzenie i ukazuje dramatyczną nędzę, które szerzyły się w stolicy. Ten opisany okiem dokumentalisty słynny spacer Wokulskiego po Powiślu jest tego świetnym przykładem: „Szedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez drzwi, krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o jednej wskazówce z porozbijanymi  cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek – na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych. <Oto miniatura kraju> - myślał - < w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo, niemogące zdobyć się na sprzęty, otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć>”.  Należy pamiętać, że Prus pisał „Lalkę” pod czujnym okiem cenzury, więc pomimo tworzenia realistycznych portretów, wielu rzeczy nie mógł w niej zawrzeć; nie pojawia się opis pałacu namiestnikowskiego ani postać pana namiestnika, w ogóle nie ma Rosjan, oni są skreśleni z tej książki jakby byli nieobecni.

Uważam tę książkę za wspaniały przegląd męskiej duszy, męskiego złamanego serca, męskiej miłości. Stanisław Wokulski to człowiek, który angażuje się w miłość w wieku dojrzałym i potem nie może się od tej miłości uwolnić, tej najbardziej beznadziejnej, nie rokującej, nie dającej szczęścia miłości. I okazuje się to w ostateczności bardzo autodestrukcyjne. Książka jest niezwykle przenikliwa, aspekt miłosny jest niezwykle dokładnie zbadany jak i każdorazowe przeżycia, myśli człowieka zakochanego, który podporządkowuje swoje życie wyidealizowanej absolutyzowanej kobiecie. Wszystkie wątki dotyczące zakochania są tam bardzo szczegółowo i realistycznie rozważone, więc przypuszczam, że możemy doszukać się nawet jakiegoś autobiograficznego motywu samego autora. Wokulski jest od panny Izabeli Łęckiej - dla osób oglądających dwie ekranizacji „Lalki” mającej twarz Beaty Tyszkiewicz albo Małgorzaty Braunek- starszy o 20 czy o 21 lat, nie ma to jednak żadnego znaczenia, ponieważ sednem książki są różnice społeczne, intelektualne i kulturowe. Na kilka dni przed wyjazdem zaszedł Wokulski do znajomego lekarza Szumana, z którym pomimo obustronnej życzliwości widywali się nieczęsto. Lekarz, Żyd, stary kawaler, żółty, mały, z czarną brodą, miał reputację dziwaka. Posiadając majątek leczył darmo i o tyle tylko, o ile było mu to potrzebne do studiów etnograficznych. Między mężczyznami wywiązała się świetna rozmowa o miłości:

„— Czy myślisz — spytał Wokulski — że można… kochać kobietę w sposób idealny, nie pożądając jej?

— Naturalnie. Jest to jedna z masek, w którą lubi przebierać się instynkt utrwalenia gatunku.

— Instynkt — gatunek — instynkt utrwalenia czegoś i — utrwalenie gatunku!… — powtórzył Wokulski. — Trzy wyrazy, a cztery głupstwa.

— Zrób szóste — odpowiedział doktór nie odejmując oka od szkła — i ożeń się.

— Szóste?… — rzekł Wokulski podnosząc się na kanapie. — A gdzież piąte?

— Piąte już zrobiłeś: zakochałeś się.

— Ja?… W moim wieku?…

— Czterdzieści pięć lat — to epoka ostatniej miłości, najgorszej — odpowiedział doktór.

— Znawcy mówią, że pierwsza miłość jest najgorsza — szepnął Wokulski.

— Nieprawda. Po pierwszej czeka cię sto innych, ale po setnej pierwszej — już nic.

Żeń się; jedyny to ratunek na twoją chorobę.

— Dlaczegożeś ty się nie ożenił?

— Bo mi narzeczona umarła — odpowiedział doktór pochyliwszy się na tył fotelu i patrząc w sufit”.

Trzeba jasno powiedzieć, że książka doczekała się również krytyki. Lustratorzy dostrzegli, że Prus przychylny jest postaci Wokulskiego, który nie był bohaterem zupełnie pozytywnym-  w pewnym sensie kolaborował, a majątku dorobił się handlując z armią rosyjską. Jednak można poczuć bardzo głęboką sympatię do tej postaci, mam wyjątkowo silne wrażenie, że jest to niespotykanie realistyczny i mądry portret wrażliwego, inteligentnego i sprawczego mężczyzny w średnim wieku, który robi wszystko w imię swojej miłości. Jest dla swoich ideałów gotów na wszelkie szaleństwa, dąży do tego by oddać hołd i stać się godnym miłości tej którą pokochał. Jednak Prus wyraźnie „znęca się” nad Izabelą Łęcką, jest w pełni solidarny ze swoim protagonistą Wokulskim, dlatego też Izabela otrzymała od pisarza przesadnie negatywny wizerunek zbudowany na kontraście pomiędzy jej absolutną urodą, a miernym charakterem. Łęcka jest przedstawiana jako osoba niedojrzała, egocentryczna, próżna, płytka, czasami wręcz głupia; co ukazuje scena, w której okazuje się, że ona nie wie czym są procenty. W takim kontraście Wokulski musi wypaść nie inaczej jak wspaniały, konsekwentny w swoich uczuciach, szalenie lojalny wobec własnej miłości, a tym samym stabilny w tym uczuciu. Tym bardziej bohaterka jest przedstawiana jako osoba, której jedynym atrybutem jest tylko i wyłącznie piękno. Co więcej, jej wizerunek się trochę przez całą książkę zmienia, migrując między pogorszeniem się postaci, a  jej polepszeniem, wreszcie Izabela Łęcka dostaje nawet trochę rysów perwersyjnych. Okazuje się, że pewne skrajne i fanatyczne feministki oskarżają autora „Lalki” jakoby Prus był mizoginem, ale to oczywiście na tle całej twórczości Prusa jest nie do utrzymania, ponieważ Bolesław Prus jest autorem „Emancypantek” i innych opowiadań, w których postaci kobiece są głęboko przeanalizowane i wręcz autor z nimi sympatyzuje.   


Możemy zadać sobie pytanie, czy miłość Wokulskiego do Izabeli Łęckiej była właśnie uczuciem do kobiety, czy może trochę samouwielbieniem mężczyzny lub tylko zachwytem nad wyobrażonym obrazem Izabeli Łęckiej? Bo kiedy dzisiaj myślimy o relacji i budowaniu związku,  widzimy, że dwie osoby poznają się spędzając ze sobą czas i budując nić zaufania, a tymczasem mamy w „Lalce” mężczyznę, który zakochał się w czymś pięknym jak sklepowa lalka, i właściwie ten element wydaje się dla czytelnika najistotniejszy. Obiekt fascynacji bohatera przypomina współczesne  żony i partnerki sportowców, które mają być piękne, zadbane, ładnie wyglądać i stanowić ozdobę mężczyzny, a nie pełnić rolę równorzędnych partnerek. Niewątpliwie trzeba wyraźnie powiedzieć, że Prus bardzo źle się obszedł z warszawską arystokracją, przedstawił ją bowiem jako głupią, ograniczoną i w gruncie rzeczy dosyć nie zamożną, do tego interesowną i fałszywą. Trafnie pokazuje to przytoczona rozmowa Rzeckiego z doktorem Szumanem: „Och! Niezaproszenie [Wokulskiego przez księcia na bal] kosztowałoby piętnaście procent rocznie od kapitału, który książę ma w spółce. Zaprosi go, zaprosi, gdyż dzięki Bogu, Wokulski jest jeszcze rzeczywistą siłą. Ale pierwej, znając jego słabość do panny Łęckiej podrażni go, pobawi się nim jak psem, któremu pokazuje się i chowa mięso, ażeby nauczyć go chodzenia na dwu łapach. Nie bój się pan, oni go nie wpuszczą do siebie, na to są za mądrzy, ale go chcą wytresować, ażeby pięknie służył, dobrze aportował, a choćby i kąsał tych, którzy im nie są mili”. Prus dowartościował przy okazji warstwę burżuazyjną, sam Wokulski bynajmniej nie jest przypadkiem jakiegoś narcystycznego snoba, który uważa, że ma tyle pieniędzy, aby stać go było na arystokratyczną dziewczynę i bynajmniej nie traktował Izabeli jako partnerki do kontraktów społecznych, on chce się wżenić w arystokratyczną rodzinę,  bo naprawdę jest zakochany w córce arystokraty. Wokulski wykupuje podupadającego finansowo Łęckiego po to też, aby pokazać, że burżuazja mogła rozwijać skrzydła, pod warunkiem, że zatroszczy się o biednych i nie zapomni o swoich zobowiązaniach cywilizacyjnych i kulturowych. Wygląda na to, że miłość Wokulskiego przedstawiona jest jako miłość szczera, miłość człowieka ambitnego pozbawionego egocentrycznych pobudek. Wokulski, w uczuciu którym darzy idealnie piękną kobietę jest niemal fanatyczny, bowiem zachowuje przekonanie, że uroda tej kobiety nie może być przypadkiem. Wierzy, że skoro on się tak mocno zaangażował i zakochał w takiej kobiecie to widocznie w głębi duszy jest ona tej miłość godna. W tym sensie jego myślenie jest samolubne narcystyczne, ale w każdym zakochaniu istnieje pierwiastek narcyzmu. Wokulski wybiera najszlachetniejszą drogę, postanawia być możliwie najlepszym człowiekiem, dobroczyńcą, myśli że tylko w taki sposób będzie wart miłości Izabeli. Jednak Izabela Łęcka ma inne plany, marzy aby Julian Ochocki był jej mężem, kuzyn Kazimierz Starski kochankiem a Stanisław Wokulski tylko jej przyjacielem i powiernikiem. „Piękna, rozpieszczona, ale bez duszy" – charakteryzuje Prus pannę Izabelę – „Dla niej Wokulski tyle wart, o ile ma pieniądze i znaczenie: jest dobry na męża, naturalnie, w braku lepszego. Ale na kochanków to już ona wybierze sobie takich, którzy do niej więcej pasują”.  

Trzeba pamiętać, że Prus był wielkim znawcą zagadnień miłosnych, co opisywał w swoich książkach i opowiadaniach. Jest autorem genialnym, choć niektóre jego teksty, lekko już przebrzmiałe, nie znajdą zrozumienia wśród współczesnych czytelników.  „Lalka” z całą pewnością jest niezwykłą powieścią, mimo specyficznego przedstawienia wizerunku Izabeli Łęckiej. Powieść opowiada o wzniosłej miłości, która skazana jest na niepowodzenie, miłości wykreowanej, wymyślonej i zbudowanej przez podniosłego i dojrzałego mężczyznę, który wierzy w wielkie ideały i polega na sobie.  To uczucie przynosi klęskę, kończy się złamanym sercem, a być może i śmiercią amanta. Nie zgadzam się z różnymi opiniami krytyków, że stoi za tym zauroczeniem jakiś fałsz czy snobizm Wokulskiego, nie taka była intencja Prusa. Być może Wokulski w ostatecznym rozrachunku chce wyrwać się przejawom pychy, bo wyobraża sobie, że jest w stanie uczynić z siebie kogoś tak wielkiego, wspaniałego oraz doskonałego, górującego swą cnotą nad wszystkimi rywalami i nieodparcie atrakcyjnego, że Izabela po prostu nie będzie mogła się mu oprzeć. Ale jak wiemy, tak to nie działa, nikogo nie można zmusić do miłości i ja powiedziałbym, że w rezultacie Prus daje Izabeli Łęckiej święte prawo do niekochania Wokulskiego. Tak samo jak w świecie realnym, gdy mężczyzna, choćby najwspanialszy, kocha kobietę i stara się zasłużyć na jej miłość, to tylko i wyłącznie po stronie wybranki pozostaje ostateczna decyzja czy uczucie będzie odwzajemnione.

Na kanwie swojej powieści Prus przedstawił także narastającą wrogość wobec Żydów. Ogólnie rzecz ujmując, pisarz krytykował antysemityzm zarówno w „Lalce”, jak i w swojej twórczości publicystycznej. Z drugiej jednak strony przyznać trzeba, że Prus często postrzegał Żydów w sposób stereotypowy. „Lalka” ukazuje ekonomiczny triumf Żydów nad niepraktycznymi i nieudolnymi Polakami. Ukazane w powieści nastroje antysemickie zwiastowały warszawski pogrom Żydów z końca 1881 roku. Jako pełne, plastycznie uwyraźnione postacie, Prus ukazuje właściwie trzech Żydów: doktora Michała Szumana, Henryka Szlangbauma i jego ojca, ledwie tylko spolszczonego ortodoksyjnego Żyda, który zabawia się tworzeniem szarad w języku polskim, niekiedy niezbyt gramatycznie poprawnych. Jest on raczej drobnym finansistą, ale dosyć zamożnym. Chętnie załatwia niekoniecznie czyste interesy finansowe. Jest na pewno lichwiarzem. Czuje się przywiązany do swego syna Henryka i jego rodziny (pięcioro wnucząt), którą wspiera. Samego syna często wyklina z powodu nieprzestrzegania przez niego religijnych przepisów kulinarnych, ale mimo to dosyć często zaprasza go wraz z żoną i dziećmi na szabasową wieczerzę. Jest bardzo dumny z tego, że młodzi Żydzi się kształcą i osiągają coraz ważniejsze stanowiska w świecie. Powtarza, podobnie jak Szuman, tę kompensacyjną, głoszoną przez antysemitów opinię, że Żydzi swoimi umiejętnościami i środkami jakie posiadają, opanują świat, a równocześnie trwoży się z powodu antysemityzmu i jego nierzadko krwawych konsekwencji. Stary Szlangbaum jest wdzięczny Wokulskiemu za zatrudnienie syna, który stracił pracę, bo był Żydem. „Jak te kanalie Żydy cisną się na Krakowskie Przedmieście! Nie mógłby to parch,  jeden z drugim, pilnować się Nalewek albo Świętojerskiej?" – mówi pan Lisiecki jeden z subiektów w sklepie Wokulskiego. Doktor Michał Szuman to niewątpliwie jedna z najciekawszych kreacji artystyczno-literackich w tej powieści. Odgrywa dosyć ważną rolę fabularną, a już szczególnie ciekawie wypada jako komentator wydarzeń i dyskutant w rozlicznych rozmowach na temat sytuacji i stanu duchowego społeczeństwa polskiego i żydowskiego, postaw życiowych, miłości w ogóle, a także historii miłosnej Wokulskiego i Izabeli. Mamy przykład jego przenikliwości podczas rozmowy doktora z Ignacym Rzeckim: „— Mylisz się, staruszku — odparł doktór machając ręką. — Miłość jest rzeczą zwyczajną wobec natury, a nawet, jeżeli chcesz, wobec Boga. Ale wasza głupia cywilizacja, oparta na poglądach rzymskich, dawno już zmarłych i pogrzebanych, na interesach papiestwa, na trubadurach, ascetyzmie, kastowości i tym podobnych bredniach, z naturalnego uczucia zrobiła… wiesz co?… Zrobiła nerwową chorobę!… Wasza niby to miłość rycersko-kościelno-romantyczna jest naprawdę obrzydliwym handlem opartym na oszustwie, które bardzo słusznie karze się dożywotnimi galerami, zwanymi małżeństwem… Biada jednak tym, co na podobny jarmark przynoszą serca… Ile on pochłania czasu, pracy, zdolności, ba! nawet egzystencji… Znam to dobrze — mówił dalej, zadyszany z gniewu — bo choć jestem Żydem i zostanę nim do końca życia, wychowałem się jednak między waszymi, a nawet zaręczyłem się z chrześcijanką… No i tyle nam porobiono udogodnień w naszych zamiarach, tak czule zaopiekowano się nami w imię religii, moralności, tradycji i już nie wiem czego, że ona umarła, a ja próbowałem się otruć… Ja, taki mądry, taki łysy!…

Znowu stanął na chodniku. — Wierz mi, panie Ignacy — kończył schrypniętym głosem — że nawet między zwierzętami nie znajdziesz tak podłych bydląt jak ludzie. W całej naturze samiec należy do tej samicy, która mu się podoba i której on się podoba. Toteż u bydląt nie ma idiotów. Ale u nas!… Jestem Żyd, więc nie wolno mi kochać chrześcijanki… On jest kupiec, więc nie ma prawa do hrabianki… A ty, który nie posiadasz pieniędzy, nie masz prawa do żadnej zgoła kobiety… Podła wasza cywilizacja!… Chciałbym bodaj natychmiast zginąć, ale przywalony pod jej gruzami…”. „Wychowanie, tradycja, a może nawet dziedziczność, pod pozorem zrobienia jej istotą wyższą, robią z niej istotę potworną. I ten próżnujący dziwoląg, ze skrzywionymi stopami, ze ściśniętym tułowiem, czczym mózgiem, ma jeszcze obowiązek wychowywać przyszłe pokolenia ludzkości!… Cóż więc im zaszczepią?… Czy dzieci uczą się pracować na chleb?… Nie, uczą się ładnie trzymać nóż i widelec. Czy uczą się poznawać ludzi, z którymi kiedyś żyć im przyjdzie?… Nie, uczą się im podobać za pomocą stosownych min i ukłonów. Czy uczą się realnych faktów, decydujących o naszym szczęściu i nieszczęściu?… Nie, uczą się zamykać oczy na fakty, a marzyć o ideałach. Nasza miękkość w życiu, nasza niepraktyczność, lenistwo, fagasostwo i te straszne pęta głupoty, które od wieków gniotą ludzkość, są rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu kobiety są owocem klerykalno–feudalno–poetyckiej teorii miłości, która jest obelgą dla higieny i zdrowego rozsądku…”

Bolesław Prus osiągnął mistrzostwo literackie. Dlaczego? Ponieważ był też felietonistą, człowiekiem żyjącym z dziennikarstwa. Praca taka poprzez obserwację społeczeństwa, czytanie znaków zmieniającego się czasu pozwala na zbudowanie świetnego warsztatu pisarskiego zupełnie innego poziomu. Ja osobiście jestem wielkim miłośnikiem prozy Bolesława Prusa. „Lalka” opowiada o świecie, który Prus nie tylko znał bardzo dobrze, ale w który był osobiście mocno zaangażowany. Wiem na pewno, że nigdy nie jest za późno aby sięgnąć po „Lalkę”. Pierwszy kontakt z nią zachodzi zwykle z obowiązku w szkole średniej, jednak w wieku 40 lub 50 lat, kiedy czytamy ją po raz drugi z perspektywy swoich doświadczeń życiowych, możemy odnaleźć ciekawe wątki, na pewne rzeczy spojrzeć w nowy sposób czy też właśnie „wygrzebać” całkiem inny lejtmotyw, który początkowo pominęliśmy czy przeoczyliśmy. Na zakończenie recenzji nie sposób nie przytoczyć cytatu, który pada w „Lalce”, a jest ponadczasowy i opisuje każdego z nas: „Marionetki!... Wszystko marionetki!... Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, co im każe sprężyna, taka ślepa jak one…”.

 

 

01 listopada 2021

Głód

 

„Głód”


Knut Hamsun


Autor/  (ur. 4 sierpnia 1859 w Vågå jako Knud Pedersen, zm. 19 lutego 1952 w Nörmholmie koło Grimstad) – norweski pisarz, prekursor modernistycznych tendencji w powieści psychologicznej oraz egzystencjalnej, które w pełni ukształtowały się w drugiej połowie XX wieku. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1920.

Tłumaczenie/ Anna Marciniakówna

Tytuł oryginału/ nov  „Sult”

Tematyka/ W powieści Hamsun odchodzi od dziewiętnastowiecznego psychologicznego naturalizmu. Świat bohatera został zredukowany do psychiki głodującego człowieka, uwikłanego w walkę o byt. Książka jest prekursorem modernizmu w literaturze i zapowiedzią utworów Franza Kafki i innych pisarzy dwudziestowiecznych, którzy dostrzegali pustkę egzystencji wobec otaczającej cywilizacji. W „Głodzie” Hamsun odchodzi od dziewiętnastowiecznego modelu narracji – dialogi zastępuje opisami marzeń, urojeń i obsesjami głodującego.

Główny motyw/ Główny bohater, którego imienia i nazwiska nie poznajemy, stara się wypełnić przestrzeń ciążącej na nim samotności – przemierzając nieznane mu dotąd ulice, parki, place czy cmentarze, stara się rozwijać swój talent. Nie posiada stałej pracy, pomimo podjętych działań i wysiłków nie może znaleźć zatrudnienia. Brak pieniędzy otwiera przed nim bramę do świata nędzy i skrajnego ubóstwa. Głód wypełnia zakamarki jego ciała, ale pomimo swojej sytuacji jest zbyt dumny, by prosić kogoś o pomoc w towarzyszącej mu udręce.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Kiedy tak rozważam tę sprawę, staje się dla mnie coraz bardziej niepojęte, że właśnie ja zostałem wybrany na ofiarę boskiego kaprysu. To dość osobliwa praktyka, przebiegać cały świat, by dopaść właśnie mnie”.

„Czy jest jakiś sens w tym, że absolutnie wszystkie, najszczersze i najzręczniejsze próby człowieka spełzają na niczym?”.

„Czegóż to sobie nie wyobrazi głodujący człowiek!”.

„Nawet dziewczyny uliczne na mój widok oddają się Bogu w opiekę”.

„W gruncie rzeczy można być bardzo wrażliwym, nie będąc wcale wariatem”.

„Są natury wrażliwe, które żywią się byle czym, a umierają od jednego brutalnego słowa”.


               Co jest ważniejsze – artystyczne, w tym przypadku literackie osiągnięcia, czy życiowe decyzje i publicznie okazywane sympatie? Krócej: to, co się stworzyło, czy to, kim naprawdę się jest? Władze Norwegii po 60 latach wahania zdecydowały, że jednak to pierwsze. Knut Hamsun był niewątpliwie najwybitniejszym pisarzem norweskim, a nawet – jak ujął to Andy McSmith na łamach „The Independent” – jedynym autorem z tego kraju znanym na świecie. Miał istotny wpływ na prozę psychologiczną i nurty egzystencjalistyczne. Za powieść „Błogosławieństwo ziemi” otrzymał w 1920 roku literacką Nagrodę Nobla. Przez jednego z członków komisji noblowskiej został wówczas porównany do Hezjoda. Zapewne dożyłby swoich dni w chwale, po czym wpisałby się w historię Norwegii, jako spiżowa figura jej kultury, gdyby nie mroczna strona jego osobowości. Hamsun był wielkim admiratorem kultury niemieckiej, fascynowały go także tendencje neopogańskie i wizja powrotu do natury. Gdy naziści doszli do władzy w Niemczech, a następnie zajęli Norwegię, został piewcą reżimu i czołobitnym narzędziem jego machiny propagandowej. W 1943 roku przekazał medal otrzymany w ramach Nagrody Nobla Josephowi Goebbelsowi w dowód podziwu. Hitlera wychwalał nawet po jego samobójczej śmierci, nazywając go w przygotowanym wówczas epitafium m.in. „reformatorem pierwszego sortu, wojownikiem bijącym się za ludzkość, czy też prorokiem ewangelii sprawiedliwości dla wszystkich narodów”. Został w 1945 roku aresztowany, ale ze względu na podeszły wiek zwolniono go. Uniknął w ten sposób bardzo prawdopodobnej egzekucji. Zamiast kary śmierci spotkała go konfiskata mienia i dożywotni dozór psychiatryczny. Zmarł w kilka lat później, pogardzany i zapomniany. Na wiele lat jego książki zniknęły z półek norweskich księgarń, choć poza Norwegią doczekały się wznowień, a nawet ekranizacji.

            Reputacja Knuta Hamsuna mocno ucierpiała z powodu sympatii, jaką darzył nazistów w okresie II wojny światowej. Niewątpliwie jednak jego wczesny na pół autobiograficzny portret pisarza, jako młodego głodującego człowieka stanowi znaczącą pozycję w literaturze modernistycznej. Hamsun, norweski pisarz, który w swojej twórczości był duchowo spokrewniony z Dostojewskim dopuszczał do głosu nietzscheański indywidualizm, stojący w opozycji zarówno do naturalizmu, jak i postępowych nurtów literackich bliskich Ibsenowi. Miejski lęk „Głodu”, którego akcja toczy się w Christianii (obecnie Oslo), zapowiada wyobcowane krajobrazy Kafki, kładąc jednak nacisk na napięcia pomiędzy codzienną egzystencją ekonomiczną a typowym snem na jawie w stylu Jamesa Kelmana. Opowiadana z pośpiechem, jakby narratorowi brakowało tchu, powieść odsłania kolejne stopnie poniżenia narratora, który usiłuje krzepić się pisaniem. Narrator bowiem charakteryzujący się nadmiernie rozwiniętym poczuciem własnej wartości, czasem jest rozgorączkowany brakiem pożywienia, a innym zaś razem zbytnio koncentruje się na kontemplowaniu ludzkiej natury. Wynikłe z tego nieporozumienia są zarówno negatywne egzystencjalnie, jak i po prostu zabawne. „Głód” stopniowo pokazuje relację, jaka zachodzi między potrzebą a godnością, wywołując różne postacie szaleństwa, które odurzają niczym narkotyk. Obcowanie z tą lekturą może być równie deliryczne i pogmatwane, jak kondycja samego narratora. Powieść, która przeciwstawia sobie jego fantazje i drobne przestępstwa z niemniej marną strategią rewanżu i marzeniami o szacunku, balansuje między afirmacją pisarza, jako osoby wyjątkowej a demaskatorską strategią pokazywania jego pełnej mrzonek duszy, śmiesznie zatraconej w złości i głupocie. „Głód”, zapowiadający pojawienie się intelektualnych kloszardów z dzieł Becketta, stanowi przestrogę dla każdego, kto planuje karierę pisarza głodującego.

            Młody człowiek o ambitnych planach intelektualnych zaplanował napisać trzyczęściową pracę zatytułowaną „Poznanie filozoficzne” (podobną do „Krytyki czystego rozumu” Kanta), w której chce zbadać Czas i Przestrzeń. Ale nie miał szczęścia. Próbował różnych zawodów - ubiegał się o stanowisko komornika, zaciągał się do straży pożarnej, zamieszczał artykuły do gazet - bez większego powodzenia. Walczył z biedą, walczył z Bogiem. Zimny, wygłodzony i rozgorączkowany wędrował po ulicach, wpadając na przypadkowo napotkane postacie. Trudno mu było ujawnić swoje ubóstwo, za wszelką cenę chciał zachować godność i szacunek do samego siebie. Systematycznie i nieprzerwanie przez cały czas się staczał. W końcu został kompletnie ogołocony ze wszystkiego, co kiedykolwiek posiadał, nie miał już nawet grzebienia, nie miał choćby jednej książki, którą mógłby w najcięższych chwilach poczytać. Przez całe minione lato chronił się na cmentarzach lub w Parku Zamkowym, spędzał tam  całe dnie na pisaniu artykułów do gazet. Zapisywał kolejne strony opowieściami o najróżniejszych sprawach, jego niespokojne serce wciąż przepełniały cudowne pomysły i niezwykłe nastroje. Z rozpaczy wybierał często najdziwniejsze tematy, których przedstawienie kosztowało go nad wyraz dużo czasu i wysiłku, a których redakcje nigdy nie przyjmowały. Gdy jeden artykuł został ukończony, natychmiast rodził się pomysł na drugi, a odmowy redaktorów rzadko kiedy traktował jako porażkę. Nieustannie powtarzał sobie, że kiedyś wreszcie mu się uda. I rzeczywiście, czasem szczęście mu dopisywało, jeden artykuł okazał się niezły, mógł dostać nawet i pięć koron za pracę jednego popołudnia.

            Jak wiadomo, słynne trzy pytania Kanta postawione w „Krytyce czystego rozumu”: Co mogę wiedzieć? Co powinienem czynić? Czego mogę się spodziewać?, stanowiące zakres zainteresowania filozofii krytycznej, okazały się niewystarczające. Czwarte pytanie, pytanie o człowieka, mimo że pojawiło się otwarcie w wykładach z logiki, musiało jednak nurtować filozofa wcześniej. Jego ciężar zapewne dał o sobie znać podczas wykładów z antropologii, które Kant prowadził w latach 1772–1773 i 1795–1796. W niniejszej recenzji interesuje mnie jednak nie tyle fakt narodzin pytania o człowieka w kontekście bohatera książki „Głód”, co jego konieczność – czy może raczej powinność – wewnątrz projektu zwanego ogólnie systemem. „Człowiek”, jak powiadał filozof, „jest jedynym zwierzęciem, które musi pracować”. Według Kanta człowiek pytający o warunki własnego bytu zaczyna sobie uzmysławiać, iż z jednej strony są one niezadowalające dla rozumu, z drugiej zaś, że dzięki swojemu rozumowi może je zmienić na lepsze. Jednak jak pokazuje Knut Hamsun w książce „Głód”, taka przemiana nie jest łatwa, kiedy człowieka ogarnia ciemność, pustka, która więzi duszę, cień pochłaniający światło i nadciągająca siła, która nęka umysł. Niczym chmury, które poruszają się po niebie, ciemność czai się powoli, aż do całkowitego zachmurzenia. Raz uwięziony nikt nie jest bezpieczny przed tą ciemnością. Gniew, smutek i desperacja są tylko śladami następstw, które jeszcze się nie rozpoczęły. Prawdziwa forma tej „ciemności” tkwi w każdym człowieku jako utrata nadziei. W filozoficznej i psychologicznej powieści Knuta Hamsuna czytelnicy śledzą wędrownego, bezimiennego pisarza, który powoli dąży do szaleństwa wywołanego niedożywieniem. Niestety, niezdolność pisarza do opanowania głodu fizycznego prowadzi do cierpienia psychicznego. Mówi do siebie i straszy otaczających go ludzi. Ubiega się o różne prace, ale za każdym razem zostaje odrzucony. Zakochuje się w dziewczynie, ale romans kończy się tylko upokorzeniem. Beznadziejnie stara się wyglądać na szanowanego członka społeczeństwa, ale jego niedożywiony wygląd i rozpadające się ubranie uniemożliwiają mu ukrycie strasznego stanu, w jakim się znajduje. Przeklina samego siebie i zastanawia się, dlaczego Bóg wybrał go na cierpienie.     


            Głównym tematem powieści, który w rzeczywistości jest wspólnym tematem wszystkich powieści Hamsuna, jest konflikt niezwykłej jednostki ze społeczeństwem. Bezimienny bohater powieści w całej historii walczy o znalezienie swojego miejsca w społeczeństwie. Robi to, próbując zdobyć pozycję pisarza i starając się o różne prace. Wydaje się jednak, że społeczeństwo go odrzuca. Nie może znaleźć pracy jako strażak, ponieważ nosi okulary, ale nie może znaleźć też pracy jako księgowy, ponieważ źle zapisuje datę w liście motywacyjnym. Jako pisarz odnosi nieco większe sukcesy, ponieważ faktycznie sprzedaje niektóre artykuły, ale główne historie, które chce napisać, nigdy nie zostają ukończone. Trwa też w nim wewnętrzna bitwa. Wydaje się, że dla bohatera niezwykle ważne jest, aby w żaden sposób nie stracić swojej godności. Nawet jeśli w ogóle nie ma pieniędzy, zastawia w lombardzie swoją kurtkę, aby pomóc żebrakowi. Gdy spędza noc w więzieniu, mimo strasznego głodu odmawia jedzenia śniadania dla osób bezdomnych. Nie chce „zrzec się” swojej godności z niewiarygodnym uporem. Kiedy w końcu dziewczyna, w której jest zakochany, próbuje mu pomóc, wysyłając mu pieniądze, jedynym sposobem, w jaki czuje, że może zachować godność, jest ucieczka z miasta.

            „Głód” może być również postrzegany jako opowieść o artystycznej integralności i znaczeniu bycia artystą samowystarczalnym. Czy jest lepszy sposób na opisanie zmagań artysty niż pisarz zjadający własny ołówek? Innym interesującym aspektem powieści jest obsesja bohatera na punkcie tworzenia własnego języka i rzeczywistości. Staje się rodzajem oszusta, który kreuje różne postacie, aby ukryć swoje prawdziwe ja. W pewnym momencie powieści wymyśla nowe słowo: „Kuboaa”. Jest z niego bardzo dumny i czuje, że ma ono ogromne znaczenie, ale nie udaje mu się znaleźć jego sensu, co wywołuje w nim porażkę i poczucie beznadziejności. Potrafi zdefiniować czego to słowo nie definiuje, ale nie udaje mu się zdefiniować, co ono może oznaczać. Można to postrzegać jako walkę pisarza próbującego odnaleźć swoją artystyczną wartość i indywidualność. Odmawia także używania prawdziwego imienia dziewczyny, w której się zakochuje, decydując się nazywać ją Ylajali- imieniem, które sam wymyślił. Innym sposobem interpretacji tej powieści jest postrzeganie jej jako historii miłosnej. Tajemnicza dziewczyna, którą nazywa Ylajali, pojawia się we wszystkich czterech rozdziałach powieści i w pewien sposób cała powieść wydaje się kręcić wokół niej. Kiedy dziewczyna próbuje pomóc bohaterowi, wysyłając mu pieniądze, historia nagle się kończy.

            Trudno opisać, jak rewolucyjna była powieść „Głód”, kiedy ujrzała światło dzienne po raz pierwszy. Została opublikowana w 1890 roku, ale kiedy ją czytamy współcześnie, prawdopodobnie nie byłoby trudno uwierzyć, gdyby ktoś powiedział nam, że została wydana dopiero  w 1990 roku. Wystarczy spojrzeć na imponującą listę autorów, na których Hamsun wywarł wpływ, aby zdać sobie sprawę, jak mocno Hamsun przeniknął do światowej literatury. Franz Kafka, Thomas Mann, Stefan Zweig, Herman Hesse, Ernest Hemingway, Henry Miller, John Fante, Charles Bukowski, Paul Auster i wielu innych wielkich pisarzy - wszyscy twierdzili, że ma na nich wpływ Knut Hamsun. John Fante trzymał swój egzemplarz „Głodu” pod kluczem, jakby to był święty rękopis. Jego córka i syn wiedzieli, że nie wolno im nawet dotknąć tej książki, a gdy Fante potrzebował inspiracji, wiedział, że wystarczy ponownie przeczytać trochę „Głodu”, aby znaleźć całą potrzebną motywację. Isaac Bashevis Singer napisał kiedyś: „Cała nowoczesna szkoła beletrystyczna XX wieku wywodzi się od Hamsuna”. Natomiast Ernest Hemingway twierdził, że wszystkiego, co wiedział o pisaniu, nauczył się, czytając Knuta Hamsuna.

W „Głodzie” Hamsun bada najciemniejsze głębiny ludzkiego umysłu w czasach, gdy nawet Freud dopiero rozwijał swoje teorie, używając technik literackich, takich jak strumień świadomości i monologi wewnętrzne na długo przed Jamesem Joyce'em. Hamsun uważał, że współczesna literatura powinna skupiać się na nieświadomości i ujawniać irracjonalność i absurdalność ludzkiej psychiki. Knut Hamsun dawał przykłady innym pisarzom, że gdyby współczesna literatura podążała tą ścieżką, czytelnicy częściej doświadczyli by trochę tajemnych ruchów, które pozostają niezauważone w odległych miejscach duszy, kapryśnego zaburzenia percepcji, delikatnego życia fantazji trzymanego pod powiększającym szkłem, wędrówki niespodziewanych myśli i uczuć; nieruchomych, pozbawionych śladów podróży mózgiem i sercem, dziwnych czynności nerwów, szeptów krwi, błagania szpiku kostnego, całego nieświadomego życia intelektualnego. A wtedy byłoby mniej książek z tanią, fasadową, kiczowatą psychologią, która nigdy dobrze nie rozumie stanu psychicznego człowieka, nigdy nie zagłębia się w „Rów Mariański” naszej podświadomości.

Od czasów Freuda i Junga dopatrywanie się głębszej, metafizycznej treści – nie będącej jedynie efektem pracy mózgu – w ludzkich omamach musi być traktowane co najmniej z rezerwą. O wiele starsze od Freuda jest też polskie przysłowie „sen mara, Bóg wiara”. Na tej też podstawie możemy domyślać się dlaczego w książce Knuta Hamsuna bohater ma halucynacje dziewczyny imieniem Ylajali? Wszystkiemu winny jest głód, niedożywienie i osłabienie organizmu. Do tego dochodzi jeszcze niedostateczna ilość snu, który również może powodować halucynacje, przemęczenie mózgu i całego organizmu oraz brak odpowiedniej regeneracji komórek mózgu i układu nerwowego. Głód oraz zaburzenia snu są częstą przyczyną powstawania omamów. To samo może dotyczyć świętych lub mistyków. Jezusa i świętego Antoniego kusił diabeł na pustyni- bez jedzenia i wody, w ogromnym upale wszystko może się zdarzyć. Można zatem być ortodoksyjnym katolikiem i uważać wizje Hildegardy z Bingen za efekt migren, Teresę z Avili za histeryczkę, a Faustynę Kowalską za ofiarę choroby afektywnej dwubiegunowej.

Podobieństwo do celi pustelniczej na pustyni możemy porównać do pomieszczenia, w którym mieszka bohater książki „Głód”. Jest ono z jednej strony przedstawione jako skromne lokum o ścianach wyłożonych starymi numerami dziennika „Morgenbladet”, co sprawia, że świat zewnętrzny wdziera się do codzienności bohatera „Głodu” za sprawą anonsów prasowych, przypominających mu, niekiedy w ironiczny sposób, o jego niedoli („trochę bardziej na lewo tłuste, kapiące farbą drukarską ogłoszenie piekarza Fabiana Olsena, polecające świeży chleb”). Z drugiej strony opis komórki zawiera nawiązania do rekwizytów funeralnych – w innym z anonsów „szydercze literki” reklamują odzież dla nieboszczyków. Samo poddasze zaś zostało scharakteryzowane w następujący sposób: „Ciemny pokój, w którym podłoga uginała się przy każdym kroku, był niczym rozeschnięta, ponura trumna, drzwi nie miały porządnego zamka, nie było też pieca”. W zestawieniu z tym nieprzyjemnym, przywołującym skojarzenia ze śmiercią wnętrzem, ulica nieodzownie wiąże się z życiem, kusi do opuszczenia mrocznej nory: „Gwar uliczny rozpoczął się już na dobre i wabił do wyjścia z domu”. Wyjście na zewnątrz staje się zatem dla bohatera powieści rodzajem leczenia, wydostanie się z mroku pomieszczenia na światło dnia, z ciasnego miejsca odosobnienia prosto w pulsujący życiem tłum ma działać na niego terapeutycznie. W hamsunowskiej Kristianii (Oslo) nie brak też charakterystycznej dla małego miasteczka lokalności. Jej oznaką może być chociażby regularne pojawianie się na drodze pisarza znajomych mu osób, często reprezentujących określone cechy osobowości, takich jak Wuj, Panna, Komandor, Książę itd. (do tego należałoby dodać postacie z galerii typów wielkomiejskich: prostytutkę, handlarkę, dandysa czy żebraka). Ich występowanie w tle poczynań głównego bohatera narzuca pewne skojarzenia z commedia dell’arte – osoby tworzące kristiańskie środowisko otaczają narratora, który porusza się po ulicach norweskiej stolicy jak po deskach teatru, czasem wykonując jakiś sceniczny gest. Przybierając określoną maskę, pisarz usiłuje sprostać oczekiwaniom społeczeństwa wobec siebie samego. Swoje prawdziwe oblicze odsłania zaś jedynie przed Ylajali, mającej dla niego większe znaczenie niż przypadkowo napotkany przechodzień. W stosunku do niej potrafi zdobyć się na większą szczerość, odrzucić pozę i zmanierowanie cechujące jego funkcjonowanie w przestrzeni miejskiej. Symbolicznym gestem porzucenia sztuczności, obłudy i zniewolenia miasta jest również ostatnia decyzja pisarza/aktora – wybór naturalności i wolności reprezentowanej przez morze.

Poprzez „Głód” Hamsun praktycznie wymyślił powieść psychologiczną i rozpoczął nową erę współczesnej literatury. Jest to bez wątpienia jeden z najważniejszych utworów literackich, jakie kiedykolwiek napisano.

 

 

17 października 2021

Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe

 

„Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe”


Stanisław Rembek

Autor/ (ur. 6 lipca 1901 w Łodzi, zm. 21 marca 1985 w Warszawie, urodzony, jako Ehrenberg) – polski pisarz, nauczyciel, działacz konspiracyjny. Lata 1919-1921 spędził w wojsku, z czego znaczną część, jako żołnierz frontowy podczas wojny polsko-bolszewickiej. Debiutował w 1922 roku powieścią odcinkową dla młodzieży. W latach 1934-38 pracował, jako nauczyciel w Radomiu i Piotrkowie Trybunalskim. Uczestnik obrony Warszawy, współpracownik prasy konspiracyjnej, nauczyciel w tajnym nauczaniu. Po wojnie mieszkał w Piotrkowie i w Warszawie. Zepchnięty na margines życia literackiego współpracował z Instytutem Wydawniczym PAX. Po 1956 roku przez jakiś czas publikował w „Kierunkach".

Tytuł oryginału/ pl „Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe”.

Tematyka/ Barwna i wciągająca opowieść Stanisława Rembeka o powstaniu styczniowym to nie tylko działający na wyobraźnię zapis walk powstańczych. To scena, na której rozgrywają się odwieczne ludzkie dramaty zdrada, niewierność, przypadek, przeznaczenie. Jest nią przedstawienie z jednej strony bezgranicznego poświęcenia powstańców styczniowych, ich umiłowania wolności, z drugiej zaś zaprzaństwa części rodaków, którzy wysługując się okupantom przyczynili się w jakiejś mierze do upadku narodowego zrywu. Po jasnej stronie mocy stoi ppłk Jan Markowski (autentyczna postać dowódcy Sandomierskiej Dywizji), a po ciemnej dowódca rosyjskiego szwadronu rotmistrz Jan Dobrowolski. Pozycję bezstronnego obserwatora zajmuje narrator, czyli młody rosyjski arystokrata porucznik Fiodor Jeremin, który bierze udział w tłumieniu powstania wyłącznie z powodu zawiedzionej miłości. Nie jest ani urodzonym żołnierzem, ani tym bardziej Polakożercą. Patrzy na powstanie przez pryzmat swojego nowoczesnego humanitaryzmu. Na podstawie jego wizji powstania styczniowego Juliusz Machulski nakręcił znakomity film pt. „Szwadron”.

Główny motyw/ Historia rosyjskiego szwadronu dragonów, który pacyfikuje powstanie styczniowe w 1863 roku. Młody arystokrata Jeremin, odrzucony przez ukochaną dziewczynę, zaciąga się do armii i wyrusza do Polski. Dowódca szwadronu Dobrowolski, Polak w służbie rosyjskiej, odznacza się wyjątkowym okrucieństwem i cynizmem, co przeraża młodzieńca z dobrego domu. Jeremin sprawdza się jako żołnierz, ale coraz mniej wierzy w słuszność sprawy.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Przyznanie się do winy nie stanowi jeszcze dowodu”.

„Dlaczegóż to tak rzadko w dziejach władzę dostaje się do rąk rozsądnych?...”.

„Platon radził, żeby poetów w ogóle usuwać z państwa, a my w ich ręce oddaliśmy losy naszej ojczyzny”.

„(…) biada ludziom, którzy nie mają nic prócz rąk do pracy, nikt nie pomoże”.

„Sumienie – to pamięć, a pamięć – to świadomość. Bez świadomości, a więc bez sumienia nie byłoby człowieka”.

„Wiadomo, że kobiety mają swoją własną logikę”.

„Iluż to ludzi zdoła poznać człowiek, który przeżył blisko pół wieku!”.

„Istotnie, wszystko co żyje, ma na celu własną tylko korzyść i płynące z niej chwilowe zadowolenie”.

„Tę receptę [ kula] zachowaj dla cara. A dla ciebie – spacer. Pamiętaj!”.

„Dwie są tylko cechy człowieka godne szacunku: rozum i odwaga. Odwaga wobec śmierci, wobec myśli, wobec wszystkiego, co świat nam ukazuje”.

„W dziedzinie psychicznej kłamstwo i oszustwo jest jeszcze łatwiejsze i wskutek tego częstsze niż w świecie materialnym”.

„Każdy człowiek rządzi się tylko własnym interesem i dlatego nigdy nie mówi prawdy, przynajmniej o sobie”.

„Człowiek, najbardziej nawet obłudny bywa jednak szczery wtedy, gdy chodzi o najistotniejsze podstawy jego bytu, doczesnego i wiecznego, o zdrowie ciała i o duszę nieśmiertelną. Nie będzie kłamał wobec lekarza i wobec spowiednika”.

„Szał miłości i namiętne porywy u kobiety, wbrew wszelkim pozorom, nigdy nie są ślepe”.

„Tak już jest świat urządzony, że wszystko w nim opiera się na złudzie i kłamstwie”.

„Kobieta nie po to przychodzi w bieliźnie do łoża mężczyzny, nawet własnego męża, by z nim omawiać ważne sprawy”.

„W końcu miłość i rozkosz są tylko zabawą, a więc dobrowolnym oszukiwaniem się jak każda zabawa i zrodzona z niej sztuka”.

„Żadna stanowczo kobieta nie może mieć wyobrażenia, jak trudno jest zostać mężczyzną”.

„Gdy się ma siedemnaście lat, trudno jest uwierzyć w możliwość własnej śmierci”.

„(…) do czynów okrutnych najbardziej są skłonni w olbrzymiej większości ludzie o niskim stanie umysłu”.

„(…) wszelkie wojny wywołują, czasami mimowolnie, okrutnicy, a toczą je młodzieńcy, którzy zawsze chętnie zabijają innych młodych samców, zwłaszcza gdy im wyjaśnić, że czynią to w obronie ognisk domowych i zagrożonych bezbronnych kobiet”.

„Nawet na wojnie nie ma chyba nic bardziej przejmującego nad widok gorejącego domu mieszkalnego, którego nikt nie ratuje”.

„Wszystkie narody są do siebie podobne, tak jak wszyscy ludzie, a nawet o wiele więcej. Ich chwilowy charakter kształtuje się zależnie od warunków, w jakich się przypadkowo znaleźli”.

„Pierwsza miłość ma to do siebie, że składa się z samych złudzeń”.

„Byłem już w tym wieku, że nieraz zastanawiałem się, po co właściwie Bóg zamknął świadomość ludzką w słabym i znikomym ciele, pośród wrogiemu człowiekowi świata, obdarzając go jedynie słabymi zmysłami: wzrokiem, którym nie dorównywa ptakom, słuchem o ileż mniej czułym niż u konia czy kota, powonieniem tak mało wrażliwym w porównaniu z psim…”.

„Jest chyba rzeczą powszechnie wiadomą, że ze wszystkiego rodzaju ludzi jedynie rewolucjoniści odznaczają się całkowitym brakiem poczucia humoru”.

„Wiem tylko, że wszystkie kobiety są zagadkami, które znajdują rozwiązanie tylko w razie  szczęśliwego zamążpójścia”.

„Znowu śmierć. Co prawda, kto nie lubi jej widoku, ten pod żadnym pozorem nie powinien przez całe życie chadzać na jakąkolwiek wojnę. Czy wielką, czy małą, czy kolonialną, czy górską, czy morską – wszystko jedno. Na żadną”.

„Według zasady Hipokratesa: czego nie leczy woda, zioła ani ogień – to uleczy nóż. >Trzeba wrzód przeciąć!<”.

„Każdy może się pomylić. Sam Napoleon też popełniał błędy”.

„My obaj jako wojskowi i tak wiemy, że Polska upadła jedynie z własnej winy. Każdy naród traci swą niepodległość tylko z jednego powodu. Jest nią słabość”.

„Podobno za każdym lwem ciągnie zawsze zgraja szakali i hien”.


               Henry Kissinger, amerykański sekretarz stanu w XX wieku, w swojej pierwszej książce „A World Restored” napisał, że historia jest pamięcią państw. Trzeba by mu zadać pytanie: jaka historia, czyja pamięć i których państw? Wiemy też, że historia nie jest czarno-biała; rzadko trafiają się ludzie ze spiżu. Inna sprawa, że choroba narodowego narcyzmu dotyka okresowo wszystkie europejskie nacje – o pozaeuropejskich nie wspominając. Żaden kraj nie jest pozbawiony tego rodzaju namiętności. Różnice w sposobie ich przeżywania określone są przez stopień nagromadzenia przemyślanych, poddanych wolnej i demokratycznej dyskusji doświadczeń. Dlaczego więc historia budzi tak potężne uczucia? I na czym miałaby polegać owa „głębsza refleksja”, która pozwala porzucić na moment perspektywę narodowego narcyzmu? Trzeba zacząć od kwestii tożsamości. Potrzeba jej posiadania jest zapewne nieuchronną ludzką słabością, trudno bowiem funkcjonować człowiekowi, który nie potrafi się zdefiniować jako „ktoś”. Tożsamości zaś są na różne sposoby wspólnotowe. Jednak to, jak się definiuje te wspólnoty, jest kwestią negocjacji i procesu konstruowania. Wspólnota może być wspólnotą języka, religii, domniemanych cech biologicznych, ale też zawodu, pracy, sytuacji społecznej czy poglądów. Najszersza wydaje mi się wspólnota losu, której praktyczną realizację stanowi demokratyczna wspólnota polityczna. Ta, w której urzeczywistnia się wolność. Zmienił się klimat społeczny. Dziesięć lat temu zwykłych ludzi nie podniecała historia, a teraz stała się tak ważna. Dlaczego? Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Dobre pytanie do psychologa społecznego. W naszej tradycji są dwa alternatywne sposoby patrzenia na Polskę i polskość. Jedna to tradycja nacjonalistyczna: emocjonalna i egocentryczna.

            Aby dobrze wczuć się w temat książki Stanisława Rembeka „Ballada o wzgardliwym wisielcu” należy sobie przypomnieć kilka faktów z historii Polski, których nie dowiemy się z telewizji ani z książek do lekcji historii. Na przykład temat „Chrztu Polski”. Chrzest przyjął wówczas władca - i to nie państwa, a plemienia Polan. Mieszko I nie był i nie czuł się Polakiem, nie było też wtedy Polski. Było to wydarzenie ważne dla konkretnej osoby, jej zaufanych i poddanych, dla niedużego regionu. Dopiero wiele wieków później wspomnienie tej uroczystości stało się istotne dla tych, którzy zaczęli szukać korzeni Polski i polskości. Stała się dla nich ważnym mitem założycielskim, nie ma jednak nic wspólnego z prawdą historyczną. Wolimy książki Henryka Sienkiewicza i jasny podział na dobrych i złych. Sienkiewicza, który bardzo sprytnie ominął między „Potopem” a „Panem Wołodyjowskim” 10 bardzo kłopotliwych lat, w tym na przykład bitwę pod Mątwami w 1666 r. Rokoszanie Lubomirskiego wymordowali wtedy na oczach wojsk królewskich, stojących po drugiej stronie Noteci, cały przyczółek polskich wojsk, który się poddał do niewoli. 3 tys. ludzi zostało z zimną krwią zamordowanych. To była egzekucja dokonana przez Polaków na Polakach. Opowieść, która nie pasuje do roli „świetlanych ofiar”. Albo jeden z najważniejszych „patriotycznych” wątków. Sobieski i bitwa pod Wiedniem. Sobieski niepotrzebnie pojechał bronić Austrii przed Turkami, ale skąd mógł wiedzieć, że za sto lat Austria weźmie udział w rozbiorach Polski? Pokonał Turków, którzy nam nie zagrażali, w obronie Habsburgów, którzy mieli stać się naszym wrogiem. Czy przeciętny uczeń ma świadomość takich paradoksów? A przecież często takich właśnie wyborów dokonujemy. Polacy zdecydowanie za mało znają własną historię, chociaż politycy mają jej pełne usta. Jesteśmy strasznie łasi na te bajki o wielkości, a mało wnikliwi, jeśli chodzi o to, co z tego wynikło. I tak będzie, jeśli elity nam nie wyjaśnią historii. Inna rzecz, że często nawet to, co jest napisane, czytamy przez filtr bogoojczyźniany. Popatrzmy na „Placówkę” Bolesława Prusa, którą większość czytelników pamięta z podstawówki – przypominamy sobie  Ślimaka, o którym uczono pokolenia Polaków, że to taki fantastyczny gość, patriota. Polak przywiązany gorącą miłością do ziemi ojczystej. Powieść miała być metaforą patriotycznych uczuć. I co odkryjemy? Że Prus napisał coś zgoła przeciwnego: Ślimak to zakapior, który nie chciał się rozwijać. „Jest dobrze tak, jak jest” – to jego motto życiowe. Przyjechali niemieccy koloniści i ogrodzili rzeczkę, żeby żadne ich dziecko tam się nie utopiło, ale Ślimak oczywiście tego nie zrobił. I gdy mu się syn utopił, miał pretensje do Boga, że go ukarał. I zajął się dociekaniem, za co ta kara. Tym bardziej, że „…Ślimak kilka razy wyciągał rękę po siekierę, żeby zbudować ogrodzenie, ale czy to ręka była za krótka, czy siekiera za daleko leżała?” – pisze prześmiewczo Bolesław Prus. Cofnijmy się jeszcze dalej wstecz do bitwy pod Grunwaldem. Starły się tam dwie wizje chrześcijaństwa, a nie jak nas uczono Polacy i Niemcy. Po stronie Krzyżaków walczyli też Piastowie, a jeden z dowódców Zakonu, który dowodził chorągwią chełmińską nosił nazwisko Janusz Olszewski. Po stronie polskiej byli Litwini, Żmudzini i Tatarzy. Czyli była to wojna dwóch porządków chrześcijaństwa ówczesnej Europy: męskiego i żeńskiego. Po jednej stronie chrystocentryczna wizja (Krzyżacy śpiewali „Chrystus zmartwychwstał”), a naprzeciwko stały wojska polskie, z wizją chrześcijaństwa żeńskiego, które śpiewały „Bogurodzicę”. Z politycznego punktu widzenia granica Polska z Zakonem była przez wieki najbezpieczniejsza. Ale co nie robi propaganda… Pamiętajmy, że czarno-biała wizja świata przynosi więcej krzywd i zła niż dobra. Nasi są zawsze dobrzy, Niemcy są zawsze źli, jednak należy pamiętać, że na tronie polskim zasiadywali też i Niemcy. Nie zapominajmy także, że wielu Niemców się spolonizowało, czego dowodem są takie ważne nazwiska w historii Polski jak: gen. Franciszek Kleeberg, gen. Tadeusz Kutrzeba, etnograf Oskar Kolberg czy poeta Kazimierz Przerwa-Tetmajer.

                       Książka Stanisława Rembeka zatytułowana „Ballada o wzgardliwym wisielcu i dwie gawędy styczniowe” składa się z trzech opowiadań i przedstawia powstanie styczniowe z punktu widzenia kilku różnych postaci, odnosząc się w ten sposób do rozmaitych postaw ludzkich wobec spraw narodowych i wyznawanych przez siebie zasad. Pierwsze opowiadanie, czyli „Ballada o wzgardliwym wisielcu”, przedstawia losy Aleksandra Kamińskiego, konspiranta pełniącego jednocześnie funkcję predykatora rosyjskiego wysłannika Rządu Narodowego. Podwójna lojalność wywołuje w nim rozterki wewnętrzne, które wiążą się z wykonaniem rozkazu zabicia niewinnego powstańca, co zostało zlecone jednocześnie zarówno przez stronę polską, jak i rosyjską. Ma postawić w stan oskarżenia niejakiego Juliana Chodakowskiego. Młodzieniec został aresztowany na miejscu zamordowania wysokiego funkcjonariusza rosyjskiego i ma zostać skazany i stracony na podstawie fałszywych dowodów, ponieważ jest to wszystkim na rękę. Ostatecznie w Kamińskim wygrywa sumienie i decyduje się on zachować przy życiu powstańca. Bohater tego opowiadania zadaje sobie pytanie: „A cóż to jest ojczyzna? Przecież to nie jest ziemia, lasy, kopalnie, miasta, rzeki… To jest tylko naród, czyli ludzie: wieśniacy, uprawiający rolę; górnicy, wydobywający węgiel i wszelkie kruszce; robotnicy, przetwarzający surowce na produkty; to są uczeni, politycy, wodzowie, artyści, wszyscy ludzie twórczej pracy, ale nade wszystko tacy, których się czci, jak Kopernik, Frycz Modrzewski, Skarga, Kościuszko, Dąbrowski, Józef Poniatowski, Mickiewicz, Słowacki, Chopin… Nie należą do narodu osobnicy bez czci i sumienia, przestępcy i nikczemnicy. Nie można zasługiwać się ojczyzną przez podłe i zbrodnicze czyny…”. I w tym miejscu możemy polemizować ze słowami Aleksandra Kamińskiego, ponieważ ludzie źli, nikczemni też należą do narodu. W każdym bowiem państwie i w każdym narodzie są ludzie dobrzy i źli, prawi i nikczemni - tak zawsze było i zawsze będzie. Jest to oczywiste. Bo jeśli naród jest jedną wielką „rodziną” to nie można powiedzieć, że ktoś przestał należeć do rodziny, bo jego czyny są haniebne. Nadal należy do swojej wspólnoty, a o jego podłych czynach należy mówić i powinno się je potępiać. W dwóch kolejnych opowiadaniach potyczki i bitwy widzimy z perspektywy syna carskiego generała, którego – podobnie jak i innych bohaterów - poraża straszliwy, niszczycielski żywioł. O ile jednak podczas wojny daje się rozpoznać dwie strony, to powstanie wydaje się z tego punktu widzenia o wiele straszniejsze: jako nie dający się zażegnać okrutny konflikt, który eksploduje nagle, nieoczekiwanie, krzyżując się z banalnymi, a nawet śmiesznymi sytuacjami codziennego życia. Niejednoznacznymi postaciami są również inni bohaterowie, jak chociażby dwóch rozmówców jednej z gawędy – Polak i Rosjanin dyskutujący o powstaniu. Z ich wypowiedzi wyłania się obraz bez sensu styczniowego zrywu oraz brutalności, jaka wówczas istniała na okupowanych ziemiach polskich. „Ballada o wzgardliwym wisielcu i dwie gawędy styczniowe” przedstawia powstanie styczniowe jako wydarzenie skazane na klęskę, którego porażka wynikała z dużej liczby polskich zdrajców wśród najwyższych warstw społecznych i traktowania chłopów niemal jak mięso armatnie. Z kolei sami Polacy jawią się jako nieprzekonani i niegotowi do walki, bierni, a często nawet przeszkadzający w zorganizowaniu skutecznego zrywu. Powstańcy ulegają w tym dziele deheroizacji, a samo powstanie jest zaprezentowane z krytycznego punktu widzenia. Wszystko to składa się na pesymistyczny i nad wyraz niejednoznaczny obraz powstania styczniowego.

            Tu dotykamy czegoś, co jest prawdziwą historią. Opowieść o dylematach, osobistej tragedii oficera i człowieka. Czy my możemy go oceniać? Albo potępiać? Co nas urzeka w książce Rembeka? Perspektywa, z jakiej Rembek powstanie opisał. Beznadziejna, heroiczna walka powstańców, zderzona z bestialstwem katów, w oczach młodego Rosjanina Fiodora Maksymowicza, który do carskiej armii zgłosił się na ochotnika, by zaimponować ukochanej, urasta do wymiarów krwawego obłędu. W szwadronie służy również wyróżniający się niebywałym okrucieństwem wobec miejscowej ludności Polak, rotmistrz Jan Dobrowolski. Rosjanin nie rozumie determinacji powstańców, ale tym bardziej sympatii jego nie wzbudzają czyny Dobrowolskiego. Krwawy spektakl, w którym przyszło mu uczestniczyć, pokazuje jak łatwo przekroczyć granicę między katem i ofiarą i jak łatwo pogubić się w chaosie wojny. Patrol rosyjski chwyta młodego Żyda, Symchę. Dobrowolski, przekonany, że Symcha jest powstańczym łącznikiem, każe go powiesić mimo protestów innych oficerów. Jeremin głęboko przeżywa egzekucję. Kiedy Kozacy przynoszą na miejsce egzekucji drabinę i krzyż i na oczach skazańca zaplatają sznur aby go powiesić Jeremin sam sobie zadał pytanie: „Do dziś nie mogę pojąć, dlaczego ludzie przy legalnym uśmiercaniu bliźnich chcą mieć zawsze wizerunek umęczonego za ich grzechy Zbawiciela. Czy jest to tylko jedna z masek, jakie zawsze przywdziewa okrucieństwo, czy też chęć poniżenia i wyszydzenia wszystkiego, co wzniosłe i święte?”. Kiedy młody Żyd Symcha Feinduft przestał istnieć, Jan Dobrowolski powiedział: „Dziura w niebie się nie zrobi”. Nieprawda! W świecie zjawisk młodego oficera Fiodora Maksymowicza wytworzyła się przeraźliwa nieznośna pustka. Dlaczego tak łatwo zgładzić człowieka? I dlaczego nic już po nim nie zostaje, nic z tego, co myślał i mówił? Dlaczego nawet najwyższe poświęcenie ginie bez celu bez echa?  Widzi brutalność Kozaków pacyfikujących wsie i zaczyna współczuć walczącym Polakom. Z drugiej strony oficer zauważa waśnie wśród samych Polaków. „Polscy wielmoże zdradzili swój naród niby to >z przekonań<, a właściwie z chęci wywyższenia się. I chyba nie ma na świecie kraju, który by czcił zdrajców, chociażby sam z nich odnosił korzyści. (…) Co do reszty narodu, to jest on wychowany w takiej służalczości, o jakiej gdzie indziej nie ma się po prostu pojęcia. Rosjanin służy carowi, Anglik – królowi, Francuz – wolności. Nawet zażarty republikanin ze Stanów Zjednoczonych służy dobru całego narodu, które spodziewa się osiągnąć przez zwycięstwo swojego stronnictwa. Jedynie Polak nigdy nie służy ojczyźnie czy jej władzy naczelnej bezpośrednio. (…) Stale głoszoną zasadą jest trzymanie się >pańskiej klamki<, choćby ten pan był jawnym zdrajcą. Bo opinia w Polsce nigdy nie potępia bezwzględnie przejścia na stronę wroga. Ściga tylko ze szczególną zaciekłością >niewdzięczność<, nawet wobec pana, który wypowiedział się przeciwko ojczyźnie” – oto jakie gorzkie słowa padają na kartach tej książki. 

     Powstanie styczniowe było dla Stanisława Rembeka wciąż żywe, a metody prowadzenia wojny poznał na froncie jako żołnierz. Będąc historykiem czerpał ze źródeł, ale inspiracji dla opisów końskich i ludzkich trupów nie musiał szukać w dokumentach historycznych. Znał je z autopsji i czytelnik to dostrzega. Jego wizja powstania jest przede wszystkim nasycona sensualnymi szczegółami, które w psychice bohaterów odciskają się silniej i bardziej bezpośrednio niż wielkie koncepcje polityczne, moralne rozważania czy szczegóły taktyki wojennej. I jest to też wizja bliska dzisiejszej wrażliwości na mikrohistorię, realizująca postulat, by na zdarzenia historyczne nie patrzeć znad mapy sztabowej, po której przesuwają się chorągiewki. Powstanie Styczniowe, w książce „Ballada o wzgardliwym wisielcu”, dalekie jest od bohaterskiego zrywu, któremu polska tradycja hołdowała przez ponad sto lat. Polacy w powieści są przedstawieni bardzo krytycznie: rotmistrz Jan Dobrowolski to renegat i sadysta, chłopi to zdrajcy, inteligencja to naiwni marzyciele. Jedynie pułkownik Markowski, ten wódz bez wojska, ratuje narodowy honor. Rosjanie obserwując zachowania Polaków, dziwią się „bezsensowi polskiej rzeczywistości" — nie rozumieją, dlaczego wybuchło powstanie, skoro nie miało szans powodzenia, dlaczego Polacy nie poczekali na polityczne rozwiązanie konfliktu, choć wiele wskazywało, że mogli osiągnąć sukces. Gdy w karczmie młody baron Fiodor Jeremin rozpoznaje przebranego za pastucha  poszukiwanego pułkownika Markowskiego, z szacunku przechodzi na język polski. Między mężczyznami wywiązuje się ważny dialog. Jeremin dowodzi, że Polacy utracili niepodległość z powodu swoich wad, sejmokracji i liberum veto. Markowski odpowiada mu, że gdyby tak surowo traktować wszystkie narody, na szacunek nie zasługiwaliby np. Włosi, którzy zjednoczyli swoje państwo dopiero w XIX wieku. Podczas tej rozmowy widzimy z jaką estymą celebrowany jest honor oficerski, z jakim szacunkiem odbywała się ta bardzo ważna rozmowa między osiemnastoletnim Fiodorem a sześćdziesięcioletnim Markowskim. Podczas tej rozmowy padają ważne słowa wypowiedziane przez pułkownika Markowskiego: „My obaj jako wojskowi i tak wiemy, że Polska upadła jedynie z własnej winy. Każdy naród traci swą niepodległość tylko z jednego powodu. Jest nią słabość”. Jan Dobrowolski jest bardziej bezwzględny w tłumieniu powstania od niejednego rosyjskiego oficera. Swój wybór racjonalizuje złożoną przysięgą na wierność carowi, królowi Polski, oraz brakiem odpowiedzialności tych, którzy wzniecili  powstanie. Wyrzuty sumienia zagłusza alkoholem. Gdy w jego ręce wpada pułkownik Jan Markowski, kusi go, by wydał dyktatora powstania Romualda Traugutta. Markowski woli ratować swój honor, wbijając sobie igłę w serce, niż ulec namowom rodaka.

Porucznik Jegor Żuryn, jeden z najbardziej doświadczonych i rozsądnych żołnierzy tak podsumował pacyfikację wioski niedaleko Bodzentyna: „Ludzie dzielą się tylko na mądrych i głupich. A rozum służy wyłącznie do tego, żeby umieć zdać sobie sprawę z rzeczywistości i umieć tak się do niej przystosować, żeby jak najlepiej urządzić sobie życie, które ma się przecież jedno. (…) Należy pamiętać, że dwie są tylko machiny, wprawiające w ruch wolę i uczucie ludzkie: interes osobisty i strach. Trzeba umieć nimi kierować, by użyć ich do własnych celów”. Historyczny obiektywizm „Ballady o wzgardzonym wisielcu” został również osiągnięty właśnie dzięki pokazaniu postaw Polaków odnoszących się na różne sposoby do niepodległościowego zrywu – od patriotyzmu rozumianego nie tylko jako walkę, ale też bierny opór, przez konformizm – aż po jawną kolaborację z Rosjanami. Niestety, Jan Dobrowolski nie jest jedynym sprzedawczykiem. Są jeszcze nadgorliwy polski policjant i łaszący się do okupantów rządca Petersilge, który, mimo że Rosjanie zamordowali mu ciężarną żonę, zaprasza ich do swojego domu. Gdy Petersilge gości rosyjskich oficerów, jego córka Emilia nie chce przebywać z nimi pod jednym dachem, żąda od nich, by rozmawiali po polsku.

            Obecnie ogromna większość sporów dotyczących historii, prowadzonych na masowym, a nie profesjonalnym poziomie, dotyczy więc właśnie winy i usprawiedliwienia. Tego, kto był sprawiedliwy, kto miał rację, kto był zły. Struktury narracyjne, za pomocą których się o tym opowiada, są fundamentalnym sposobem przekazywania dziejów i to właśnie jest ten rdzeń, który czyni historię tak ważną. Stanisław Rembek całą swoją twórczością apelował do sumienia narodu, by spojrzeć sobie w lustrze w twarz i ujawnić to, co historycznie ukrywamy, że polscy renegaci w armii carskiej byli często okrutniejsi niż zaborcy. Na podstawie jego wizji powstania styczniowego Juliusz Machulski nakręcił znakomity film „Szwadron”. „Po raz pierwszy zetknąłem się z nazwiskiem Stanisława Rembeka latem 1977 roku, gdy w zamojskiej księgarni wpadła mi w rękę książka >Ballada o wzgardliwym wisielcu...<. Po lekturze kilku stron wiedziałem już, że od książki się nie oderwę. Natychmiast ją kupiłem i kiedy przeczytałem, zrozumiałem dwie rzeczy. Że trzeba z tego zrobić film! Nigdy nie zapomnę gęsiej skóry, która towarzyszyła mi przez całą lekturę, a zwłaszcza przy dwóch scenach: egzekucji młodziutkiego powstańczego kuriera Symchy i szarży rosyjskich dragonów na czworobok polskich kosynierów. Pewnie to właśnie te dwie sceny zadecydowały, że zakochałem się w tej książce. Nigdy nie czytałem lepszej polskiej prozy historycznej”.