21 stycznia 2018

Drugie zabicie psa / Nawrócony w Jaffie


„Drugie zabicie psa”

             „Nawrócony w Jaffie”

Marek Hłasko




Autor/ (ur. 14 stycznia 1934 w Warszawie, zm. 14 czerwca 1969 w Wiesbaden) – polski prozaik i scenarzysta filmowy. We wczesnym dzieciństwie stracił ojca. Przez kilka lat pracował, jako kierowca samochodowy. Był korespondentem "Trybuny Ludu". Po sukcesie literackim noweli „Baza Sokołowska” (1954), którą drukował w prasie, poświęcił się twórczości pisarskiej. Pracował krótko w redakcji studenckiego tygodnika "Po prostu" (redaktor działu prozy). W 1958 wyjechał do Berlina Zachodniego, z podróży tej już do Polski nie powrócił. Przebywał w różnych krajach, miastach, regionach świata (Izrael, Berlin Zach., Paryż, Niemcy, Kalifornia, gdzie uzyskał licencję pilota), pracę pisarską łączył z zarobkowymi zajęciami fizycznymi. Współpracował z paryską kulturą. Zmarł na skutek przedawkowania leków nasennych. W 1975 jego prochy sprowadzono do kraju.

Tematyka/ Rozgrywające się w izraelskiej scenerii mini powieści, napisane przez Hłaskę na emigracji. Robert i jego kolega Jakub to para oszustów matrymonialnych. Pierwszy obmyśla scenariusz, dzięki któremu uda im się wyłudzić pieniądze od kolejnej bogatej, rozczarowanej życiem kobiety. Drugi gra w nim rolę melodramatycznego amanta. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem: ofiara – samotna kobieta z dzieckiem – ulega czarowi Jakuba, odgrywającego doświadczonego przez los outsidera. Wszystko psuje jednak chamsin – „wiatr, który robi z ludzi wariatów…”.

Główny motyw/ „Drugie zabicie psa” to opowieść o dwójce przyjaciół, Robercie i Jakubie, którzy wyłudzają pieniądze od starzejących się spragnionych wielkiej miłości kobiet, spędzających wakacje w Izraelu. Ci dwaj to artyści, podnoszący oszustwo matrymonialne do rangi sztuki. Ich „przekręty” to spektakle, w których ważne jest każde słowo, każda pauza, każdy gest. Ponownie spotykamy bohaterów w „Nawróconym w Jaffie”. Bez grosza przy duszy nadal brną w kłamstwa i czekają na dobry moment, by uwieść następną kobietę. Podczas pobytu w Tel Awiwie zawierają znajomość z kanadyjskim misjonarzem i jego młodą żoną...

 Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:
„(…) w prawdziwym interesie pracuje się na promile procentu”.
„Najbardziej złodziejska rodzina Azderbalów jest we Wrocławiu. Jeśli nie da się zrobić jakiegoś dobrego kantu przynajmniej raz na miesiąc, trzeba do nich wzywać psychiatrę. Popadają w depresję. Bywał już próby samobójstwa”.
„Każdemu wolno kochać”.
„Mój ojciec mi mówił, że w młodości był zazdrosny o wszystkie kobiety. A ja jestem tylko jego krwią i kością”.
„Co ty wiesz o kobietach? Jeśli one już kogoś kochają, to nie ma na nie siły”.
„W Izraelu masz co dwa kilometry domy dla wariatów”.
„To tylko lustro, którego nie można rozbić. Nie można rozbić wszystkich luster”.
„Ktoś, kto poluje przez czterdzieści pięć lat, nie zabija się przypadkiem podczas czyszczenia broni”.
„Niemcom po każdej wojnie jest przykro”.
„Nic tak nie potęguje uczuć patriotycznych jak brak gotówki”.
„Dramaty brzydkich kobiet mało kogo obchodzą”.
„Człowiek przyjeżdża tutaj z idealizmu, z entuzjazmu, a pierwsza rzecz to policja, zanim się człowiek zdąży rozglądnąć za tym czy owym. I to jest to państwo żydowskie, na które czekaliśmy dwa tysiące lat”.
„O mężczyznach nic nie wiadomo, dopóki nie zaczną mówić o swoich żonach”.
„Każda kobieta jest szczęśliwa, jeśli jej powiesz, że daje ci sen”.
„Już słyszałem w życiu tyle głupstw, że mogę usłyszeć jeszcze jedno”.
„Żadna kobieta nie zapomni swoich marzeń o tym, kogo chciała mieć”.
     

             „Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni” - głosi napis na warszawskim grobie pisarza, położony przez matkę, która sprowadziła zwłoki syna do Polski i niestrudzenie walczyła o przywrócenie jego dobrego imienia. Przed śmiercią w kraju trwała nagonka na pisarza. Podróżował on w tym czasie po Europie: przebywał we Włoszech, Szwajcarii, Niemczech. W październiku roku 1958, w Berlinie Zachodnim, poprosił o azyl polityczny. W roku 1959 wyjechał do Izraela; tam współpracował z czasopismem "Maariv", później zarabiał wykonując ciężkie prace fizyczne. Ciągle starał się o powrót do kraju. Marek Hłasko opuścił Niemcy w środku zimy. Po paru godzinach nocnego lotu z Grecji znalazł się w zupełnie innym świecie. Ciepło. Położone na pustyni lotnisko. Stamtąd kilkukilometrowa podróż do Tel Awiwu. Miasto w tamtym czasie częściowo przypominało nowoczesne jasne dzielnice Gdyni, częściowo parterową zabudowę Tłuszcza lub Wołomina, pustynną oazę i afrykańskie slumsy sklecone ze skrzynek i blachy, miasto, gdzie później niż w Europie skończyła się wojna. Duszne i upalne centrum, ale każda przecznica kończy się widokiem wody i szeroką piaszczystą plażą.  Miasto geograficznie znajdujące się w Azji, ale położone nad europejskim Morzem Śródziemnym. Świat i bardziej obcy niż Europa, i nieporównywalnie bardziej swojski. Można się porozumieć po polsku, a język, który posługują się Żydzi, to ten, który słyszał Hłasko od wcześniejszego dzieciństwa w Polsce.

W tym odległym mieście Marek Hłasko trafia do licznych domów, w których można odnieść wrażenie, że nie wyjechał z Polski. Obrazki, fotografie, książki, język-takie same jak w Warszawie czy Lwowie. Takie same pamiątki w prowizorycznych mieszkaniach w barakach, gdzie czasowo mieszkali niedawno przybyli emigranci, niby podobne, tylko rankiem w upalnym od świtu powietrzu rozlega się nie szczekanie psów, a w minaretach śpiew muezinów. Nic, więc dziwnego, że właśnie w Izraelu rozgrywa się akcja książek „Drugie zabicie psa” i „Nawrócony w Jaffie”.
                    Hłasko miał ten komfort, iż mógł jednocześnie wykazywać się swoim talentem, jak również czerpać z życia najlepsze chwile. Nie musiał, nie miał potrzeby oglądać się za siebie, by utwierdzać się w przekonaniu, zadając sobie absurdalne pytanie — czy jestem podziwiany czy też nie? Hłasko, to jeden z nielicznych artystów, który przekazał światu swoją twórczość  bez kompromisów i kompleksów. W swoich utworach dokonywał analizy zachowań i problemów ludzi z niższych warstw społecznych. Jego bohaterami są ludzie, którzy bezskutecznie mierzą się ze swymi słabościami, którzy mają swoje marzenia, a i one ostatecznie okazują się niespełnione. Hłasko po wojnie pracował, jako kierowca ciężarówki. Bardzo często zmieniał miejsce zatrudnienia, jednak mimo owych zmian otoczenia, cały czas wykonywał tę samą profesję; kierowcy!  By nie zgłupieć, i nie zginąć w monotonii życia codziennego, zajął się pisaniem.
                    Tak oto przedstawia się fabuła obu opowiadań: Jakub, mężczyzna w średnim wieku jest Polakiem. Nie ma zezwolenia na pracę w Izraelu; gdy pracował na czarno na budowie, uległ poważnemu wypadkowi. Fatalnie złamał rękę. Trafił do szpitala i został bez środków do życia. Został unieruchomiony na sześć tygodni. Podejrzane znajomości spowodowały, że znalazł się w więzieniu, gdzie poznał Roberta. Robert, starszy od Jakuba, jest polskim Żydem. Z zawodu i zamiłowania jest reżyserem teatralnym. Zaczął pracować w teatrze w Tel Awiwie, ale szybko go stamtąd wylali, bo robił stałe awantury, że grają tak, jak tego chciał Stanisławski, o on, Robert, Stanisławskiego nie uznawał; było to dziwne, bo kochał jednocześnie Kazana i Lee Strasberga. Tak długo im w tym teatrze przeszkadzał i nudził, aż się go pozbyli pod jakimś nikczemnym pretekstem. Potem założył z jakimiś dwoma cwaniakami kabaret literacki i udało mu się już po pierwszym występie obrazić wszystkich; wierzących i niewierzących, świeżo przybyłych emigrantów i „sabrów”- ludzi urodzonych tutaj; prasę, wojsko i Bóg wie jeszcze, kogo. Wspólnicy uciekli taksówką z Tel Awiwu zaraz po występie i nie zapomnieli o kasie, a Robert został sam, mając na karku ze trzy albo i więcej procesów: między innymi i za to, że nie zapłacił za salę, i wtedy go właśnie posadzili. Napisał błagalny list do swoich wspólników, żeby go wyciągnęli, ale nie wyciągnęli go, wobec tego zaczął udzielać rad prawnych innym więźniom. Gdy wyszedł, założył teatr lalek. Robili te lalki przez trzy tygodnie, jedząc tylko raz dziennie hummus, który przynosili z narożnej arabskiej restauracji, a kiedy byli już gotowi – Robert namówił jakiegoś właściciela półciężarówki, aby ich woził: i to był nowy wspólnik. Dali dwa przedstawienia w kibucach gdzieś koło syryjskiej granicy, a w czasie trzeciego pobożni Żydzi zniszczyli im ten cały teatr, a lalki zostały spalone; pobożni biegli za nimi jeszcze z kilometr, plując i złorzecząc, a Robert zaskarżył właściciela ciężarówki i Robert znów „usiadł”- tym razem z oskarżenia cywilnego. Wtedy opracował scenariusz wyłudzania pieniędzy od bogatych amerykańskich turystek i wciągnął do interesu Jakuba.
                 "Pracują" razem od roku; Robert jest „reżyserem”, a Jakub „aktorem”. Zaprzyjaźniony portier wynajduje Jakubowi kolejne "narzeczone”, czyli ofiary. Scenariusz jest zawsze prawie taki sam, różni się tylko w szczegółach. Koledzy zastanawiali się często podczas „prób” nad tym, że mężczyźni nie potrafiliby przez piętnaście lat odkładać forsy tylko po to, aby się ożenić z kimś, o kim nawet nic nie wiedzą, nawet tego jak będzie wyglądać kobieta, z którą mają spędzić życie. Główne role grają Jakub i niczego niepodejrzewająca Amerykanka; role drugorzędne - najbliższych przyjaciół - grają Robert i pies, ważny element scenariusza. Rolę drugorzędną gra również dziecko - dziecko ofiary, jeśli kobieta ma dziecko lub dziecko podstawione przez Roberta. Pieniądze na realizację projektu - hotel, wyżywienie, utrzymanie psa, fryzjera, papierosy, wynajęcie leżaka - wykłada trzeci wspólnik, bogaty Żyd, którego Robertowi udało się namówić do zainwestowania w podejrzany interes. Robert kiedyś powiedział: „Jedno jest tylko śmieszne. Czasami budzę się w nocy i duszę się ze śmiechu, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którym mówisz o miłości, i o tym życiu, które razem zaczniecie. I żadna z nich się nigdy nie dowie, że te wszystkie teksty wymyślił stary gruby Żyd, który ma obustronną przepuklinę i któremu niedobrze jest nawet po poziomkach ze śmietaną. A tym starym Żydem jestem ja. To ty wszystko robisz, – mówił dalej do Roberta- a ja leżę  sobie spokojnie w łóżku i czekam na tego momentu, kiedy zainkasujesz forsę i szepcząc najświętsze słowa, oddalisz się w sobie tylko wiadomym kierunku (…) To ja wymyśliłem ciebie i ten cały teatr”.
                Jak zawsze, Jakub zawiera znajomość na plaży. Niby przypadkiem siada obok Mary, choć plaża jest pusta. Udaje, że jest bardzo zdenerwowany i z tego powodu zachowuje się nieuprzejmie, a nawet agresywnie. Po chwili przychodzi Robert; Mary ma stać się "przypadkowym" świadkiem ich rozmowy, która, niczym teatralna ekspozycja, wprowadzi ją w życiową sytuację Jakuba. Otóż Jakub jest rzekomo filologiem klasycznym; mimo wyższego wykształcenia postanowił podpisać pięcioletni kontrakt na pracę w australijskiej kopalni. Według scenariusza Jakub ma długi, ponieważ zapożyczył się na leczenie matki, a wierzyciele mają jego paszport, lecz australijska firma doszła do porozumienia z wierzycielami i obiecała zapłacić za przejazd do Australii, pod warunkiem, że Jakub podpisze pięcioletni kontrakt. W stosownym momencie Mary dowie się, że Jakub zadłużył się, by zapłacić za kurację staruszki w szwajcarskiej klinice: oprawione w srebrną ramkę zdjęcie starej kobiety, której Jakub nawet nie zna, jest ważnym rekwizytem. Kuracja nie przyniosła efektów - matka zmarła na raka. Na razie Mary słucha opowieści Roberta o dzieciństwie Jakuba. Miał ojca despotę, "który był czasem lekarzem, a czasem adwokatem: dla kurew z Nowego Jorku adwokatem, a dla tych z Kalifornii lekarzem. Może zresztą odwrotnie. Nie w tym rzecz.(..) To nieszczęśliwe dziecko rosło jak chwast przeszkadzający wszystkim oczom. (…) I oboje mieli przy tym łzy w oczach”.
                       Gdy Johnny, rozbrykany syn Mary, uderza piłką plażowicza i strąca mu w ten sposób z głowy perukę, Jakub broni chłopca przed furią mężczyzny. W ten sposób nie tylko zyskuje wdzięczność Mary, ale też pokazuje swoje inne - łagodne oblicze. "One nie bardzo wierzą tym, co siadają koło nich i od razu mają miód na ustach". Zaczyna się romans, w którym tylko jedna strona - Mary - zachowuje się spontanicznie. Jakub wypowiada wyuczone kwestie, rzadko pozwala sobie na improwizację. Gdy zapomni fragmentu roli, oddala się pod byle pretekstem i dzwoni do reżysera. Każdy gest, pauza, intonacja są przemyślane i wyćwiczone. Mary mimo woli uczestniczy w inscenizacji, nieświadoma, że wpadła w pułapkę zastawioną przez przebiegłych mężczyzn. Tylko jeden z nich - Robert - jest pozbawiony skrupułów. Jakub ma wyrzuty sumienia, w chwili słabości mówi Mary, że jest "małym alfonsem" i przyjechał do hotelu tylko po to, żeby wyłudzić od niej pieniądze. Mary nie wierzy mu; co więcej: jeszcze bardziej przywiązuje się do Jakuba, (który później postanowi włączyć to wyznanie do scenariusza). Jakub chce się wycofać, ale jest za późno: Robert pożyczonymi pieniędzmi zapłacił już za hotel.
We wskazanym przez reżysera momencie Jakub zabija psa - wielkiego pięknego psa: "Nikt nie płacze przecież po pekińczyku. Albo po ratlerku", co ma pokazać jego desperację: "Ten biedny pies to było wszystko, co on miał" i symuluje próbę samobójczą. Łyka dostateczną ilość tabletek, by rzecz wyglądała wiarygodnie i na tyle niedużą, by dało się go odratować. Robert tłumaczy w szpitalu roztrzęsionej Mary, co się stało. Mary reaguje tak, jak Robert to zaplanował: "I ty chcesz mi powiedzieć, że on chciał się zabić dla dwóch tysięcy dolarów?". Chciałaby zabrać Jakuba do Stanów, lecz, zdaniem Roberta, Jakub, jako imigrant z Polski musiałby czekać kilka lat na wizę. Mary proponuje, więc, że spłaci dług Jakuba, realizując w ten sposób ostatni punkt scenariusza. Jakub wychodzi ze szpitala, Mary wraca do Stanów, wspólnicy dzielą się pieniędzmi. W Twerii (w Tyberiadzie) na Jakuba czeka już nowa "narzeczona", jest też nowy pies...
                     Druga część książki „Nawrócony w Jaffie” dzieje się cztery dni po oszukaniu Mary. Mężczyźni zatrzymali się u znajomego, któremu pomagają podrabiać perskie dywany. Chodzą godzinami po nowych zwykłych dywanach, aby wyglądały jak oryginalne stare perskie. Tym razem główny bohater nosi nazwisko autora - Marek; ma trzydzieści trzy lata jak Jezus w Ewangelii. Stary kolega Marka Izaak, który prowadzi firmę transportową zaproponował mu „biznes”. W Jerozolimie ma się odbyć przetarg na samochody ciężarowe. Jednak konkurencja „nie śpi”. Trzeba opóźnić podróż do Jerozolimy szefowi konkurencyjnej firmy. Marek dowiedział się, że ma zablokować przejazd człowiekowi, do którego poszedł kiedyś przed laty i poprosił go o pracę. To było wtedy, kiedy był głodny, i zanim jeszcze został alfonsem. On jednak nie dał mu pracy i nawet nie spojrzał na niego tylko jadł kurczaka. Po kilku kilometrach jazdy Marek zepchnął tamtego z drogi ze skarpy. Zszedł na dół i rzucił w rannego kierowcę przygotowanym wcześniej ugotowanym kurczakiem. Odstawił samochód na miejsce i poszedł do kawiarni na trzy hamburgery.
                 Właściciel fałszywych dywanów ma dla nich pracę tylko na kilka dni, Robert wpada, więc na pomysł wykorzystania protestanckiego misjonarza, Seana, którego zwierzchnicy odwołują do Kanady, bo nie udało mu się nikogo nawrócić. Marek ma udawać Żyda, który chce przyjąć chrzest. Robert słusznie zakłada, że misjonarz chętnie podzieli się z nim każdym groszem. Marek zręcznie zarzuca wędkę: "Chciałem zapytać cię o jedną rzecz. Dlaczego Ewangelie różnią się między sobą?". Pastor opowiedział Markowi, czym jest miłosierdzie: wracając niedawno drogą z Jerozolimy do Tel Awiwu, napotkał wypadek. Przy poszkodowanym leżała kura. Kiedy kierowca „wypadł” z zakrętu, jakiś człowiek chciał go ratować, ale nie miał nic w samochodzie, tylko gotowaną kurę, którą kupił dla siebie na drogę. Dał mu jeść: „Biedny człowiek zawsze myśli, że jeśli ktoś jest chory, to trzeba mu dać przede wszystkim jeść”.  Zgodnie z przewidywaniem Roberta żona pastora, która nienawidzi męża za to, że wszyscy się z nich śmieją, śpi z Markiem mszcząc się za drwiny. Z tego samego powodu nie zdradza mężowi, że Marek nie jest obrzezany. Robert zaleca, by Marek przy okazji trenował swój "warsztat aktorski", potrzebny przy wyłudzaniu pieniędzy od Amerykanek: "Wyrobisz się dramatycznie, pogłębisz swój talent i nie wyjdziesz z rutyny". Daje wspólnikowi precyzyjne wskazówki: "nie szczekaj za szybko dialogu [...] Nie patrz jej nigdy prosto w oczy, tylko patrz gdzieś w kąt [..] Bądź powolny, poruszaj się niezgrabnie, możesz nawet zbić jakąś popielniczkę". Po kilku dniach Sean, wierząc, że udało mu się nawrócić Żyda, postanawia zostać w Izraelu; wtedy żona wyjawia mu prawdę. „Ten człowiek jest od trzydziestu trzech lat katolikiem. I zawsze nim był. I był jeszcze na tyle uprzejmy, że zabawiał cię wieczorami rozmowami na tematy religijne. (…) Spałam z nim. Lepiej jednak weź się teraz do pakowania”.  Po tych słowach pastor jest w takim stanie, że Robert każe zawiadomić szpital psychiatryczny. 
                     Co chce przekazać nam Marek Hłasko w swoich książkach? Że wszystko, co dotyczy człowieka rzadko bywa jednoznaczne i w tych książkach też tak jest jak sądzę. Każdy z nas ma swój subiektywny świat przeżyć, wartości, sprawy najważniejsze i mniej ważne. Swoją drogę. Z pewnością warto przyjrzeć się swoim maskom, rolom, sytuacjom, kiedy je zakładamy, warto zwrócić uwagę na to jak często się do nich uciekamy i do czego nam służą. Bohaterom tych dwóch opowiadań służyły do złodziejskiego procederu, ale także do „gry” z życiem, które też w stosunku do nich przybierało maski.

                       
 

14 stycznia 2018

Odyseja


„Odyseja”


Barbara Kingsolver




Autorka/ 8 kwietnia 1955, Annapolis, Maryland, Stany Zjednoczone. Amerykańska pisarka, poetka i eseistka, z wykształcenia biolog. Zdobywczyni wielu nagród literackich, nominowana do Nagrody Pulitzera.

Tłumaczenie/ Małgorzata Małecka

Tematyka/ Czy jednak współczesny Odys z powieści Barbary Kingsolver dotrze do swojej Itaki? Najpierw musiałby ustalić, co nią jest. Ojczysty kraj, który początkowo przyjął go z otwartymi ramionami i zapewnił sukces wydawniczy, wkrótce się od niego odwróci. A skutki tego będą tragiczne. Jak się okazuje, nie każda podróż ma szczęśliwe zakończenie. Szczególnie, kiedy jest się „mieszańcem” z pogranicza dwóch światów, wychowanym w dwóch kulturach. Życie takich ludzi to wieczna odyseja. Tyle, że w porcie nie czekają na nich wierna żona i syn. Bo tego portu często po prostu nie ma.

Główny motyw/ Historia niezwykłego chłopca Harrisona William Shepherda, który żyje na pograniczu kultur, zarówno meksykańskiej oraz amerykańskiej, jak też na pograniczu dwóch światów, rzeczywistości i fikcji. Zawsze trochę inny, nigdzie nie przynależy, a jego największym marzeniem jest znalezienie miejsca, które będzie mógł nazwać domem. Poszukiwanie tożsamości przez chłopca przeniesie czytelników do serca burzliwych wydarzeń XX wieku.

 Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:
„Prawdziwym demonem jest tu chłopiec o zbyt bujnej wyobraźni”.
„(…) człowiekowi sukcesu wyobraźnia nie jest potrzebna”.
„Prawo obowiązujące wśród ryb jest takie samo jak prawo obowiązujące wśród ludzi: kiedy zbliża się rekin, wszystkie uciekają, zostawiając cię na pożarcie”.
„Koza w sukience wciąż pozostaje kozą”.
„Czas najpierw cię leczy, a potem zabija”.
„(…) nie należy mówić, iż nie ma się rodziny. Nawet jeśli jej członkowie nie żyją, to wciąż się ich ma”.
„Ufaj swoim najbliższym tak samo jak swoim najgorszym wrogom”.
„Lepiej być pokarmem bogatego niż psem biednego”.
„Współcześni ludzie są zupełnie jak starożytni. Tylko jest ich więcej”.
„Większość dni jest jak z kiepskiej powieści, w której nikt niczego się nie uczy”.
„Proszę bardzo, każdy ma prawo być frajerem”.
„Cóż, gówno śmierdzi. Nawet jeśli wylatuje z tyłka bohatera”.
„Każdy powie, że końskie łajno pachnie jak kwiaty, jeśli chce się przypodobać końskiej dupie”.
„Czy człowiek jest rewolucjonistą z powodu wiary w to, że ma prawo do radości, a nie do poddaństwa?”.
„Stare domy mają swoją mądrość”.
„Jego zbrodnią jest to, że jest synem swego ojca. Kto może zmienić sposób, w jaki przyszedł na świat?”.
„Człowiek, którego wieszają w poniedziałek, ma niezbyt udany początek tygodnia”.
„Ludzkości jeszcze nigdy nie udało się usprawiedliwić swojej historii”.
„Kiedy rodzaj ludzki czuje się wyczerpany, tworzy nowych wrogów, nowe religie”.
„Prawa rządzące domostwem są podobne do praw, jakie rządzą światem”.
„W kuchni plotki parzą bardziej niż piecyk”.
„Im dłużej gotuje się sos, tym bardziej pieprzny się staje”.
„Jesteśmy z ciała, marzenia mamy od czasu do czasu, ale pragnienia zawsze”.
„Ludźmi rządzi miłość i pęcherz”.
„Jakimż węzłem w historii może stać się jeden błąd”.
„Nasze mózgi mają słabość do ponurych i przerażających fabuł”.
„Każdy powinien codziennie ubrudzić sobie ręce. Lekarze, intelektualiści, a już najbardziej politycy. Jak możemy zakładać, że polepszymy egzystencję człowieka pracy, jeśli nie szanujemy tego, co robi?”.
„Kiedy jakaś prawda ukaże się drukiem, nie może istnieć żadna inna”.
„Przeszłość jest wszystkim, co wiemy o przyszłości”.
„Jeśli obecność ludzi w twoim życiu nie potwierdzą oni sami, ich fotografie czy też opisy na papierze, to wtedy mogą się jedynie czaić w jego zakamarkach jak duchy”.
„(…) najważniejsze jest to, czego o kimś nie wiemy. Tak samo najważniejszą częścią każdej historii jest to, czego w niej brakuje”.
„Fałsz i bezmyślność są bardziej pożądane niż cisza. Nie możesz sobie wyobrazić, jakie to skutki. Ci, którzy mówią, wypierają tych, którzy myślą”.
„Jednak życie jest najczęściej wymianą uprzejmości na wąskim moście, który wisi nad przepaścią skandalu”.
„To, co nazywamy historią, to rodzaj noża tnącego w miarę upływu czasu. Niewiele jest takich, którzy potrafią zakrzywić jego krawędź. Większość nie chce nawet zbliżyć się do ostrza”.
„(...) kiedy Bóg chce cię ukarać, odpowiada na twoje modlitwy”.
„Nie lubimy zdawać sobie sprawy z tego, jak silne są nasze przywiązania z przeszłością”.
„Historia to nic innego jak cmentarz”.


                    Bohater książki „Odyseja” Barbary Kingsolver trzynastoletni Harrison Shepherd urodził się w USA, ale wychowuje się na meksykańskiej wyspie Pixol ze swoją neurotyczną ciągle poszukującą bogatych kochanków matką i jej nieprzystępnym konkubentem don Enrique. Przyjaźń z kucharzem Leandro, książki z biblioteki na hacjendzie, a przede wszystkim odkrywanie podwodnego świata podczas nurkowania, pomagają chłopcu oswoić się z otoczeniem, które na początku go przeraża. Matka, której nie udało się skłonić don Enrique do poślubienia jej, postanowiła szukać szczęścia w stolicy Meksyku. Ale czas jest nieubłagalny- im jest starsza, tym kochankowie mniej skłonni do małżeństwa i mniej hojni. Aby przeżyć, Harrison musi zarabiać. Szczęście mu sprzyja- dostaje pracę u samego Diego Rivery, dla którego miesza tynki, i Fridy Kahlo uwielbiającej przyrządzane przez niego tortille. Mimo to matka wysyła go do ojca do Waszyngtonu, ten zaś umieszcza syna- teraz już szesnastoletniego- w szkole wojskowej z internatem. Dwa lata później Harrison kończy edukację, powraca do Meksyku i zostaje sekretarzem samego Lwa Trockiego. Śmierć rewolucjonisty zamyka meksykański okres życia Harrisona, który wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych w epoce nagonki na komunistów, pracuje przy nadzorze dzieł sztuki, a potem zostaje pisarzem. Hołubiony przez czytelników, robi oszałamiającą karierę. Wydawało się, że nic nie może jej przerwać, gdy na horyzoncie pojawia się senator Joseph McCarthy- inicjator powszechnej kampanii oskarżeń o działalność komunistyczną i szpiegowską...

                     A oto inny sposób opowiedzenia tej historii.  Przez pierwszy rok po przeprowadzce do domu Enrique w Meksyku każdego dnia o świcie budzili się przerażeni, słysząc okropny skowyt. Chłopiec i matka wierzyli, że wycie za oknem z pomiędzy drzew to głosy demonów o oczach wielkich jak spodki, które walczą o swoje terytoria i żywią się ludźmi. Stworzeniami tymi okazały się małpy o długich ogonach, które żywiły się liśćmi. Każdy Indianin to wiedział. Nie było, zatem żadnych drzewnych demonów. Małpie matki tuliły swoje małe, które przychodząc na świat na tej niebezpiecznej wysokości, trzymały się kurczowo w obawie o swoje życie. Enrique wychowywany był tak, by rozumiał, jak przydatny bywa lęk. Minął, więc prawie rok, nim powiedział im prawdę: to małpy tak wyją a nie demony. 


                 Miało być jak w bajce. Tak mu matka obiecywała w małej, zimnej sypialni w Wirginii, w Ameryce Północnej. Jeśli uciekną do Meksyku razem z Enrique, ona zostanie żoną bogacza, a jej syn stanie się młodym dziedzicem w hacjendzie nieopodal plantacji ananasów. Wyspa będzie otoczona lśniącym morzem niczym ślubną obrączką, której klejnot stanowią położone w głębi lądu pola naftowe- źródło bogactwa Enrique. Ich bajka powinna raczej nosić tytuł „Więzień Zendy”. On nie został młodym dziedzicem, a jego matka po tylu miesiącach wciąż nie była żoną. Enrique ich uwięził. Jedząc śniadanie, zimno patrzył na ich przerażenie. Okoliczni mężczyźni mówili, że Salome matka Harrisona nie da się zbić z pantałyku. Mówili, że jest wspaniała, zachwycająca, trochę jak czarodziejka, ale też, że niezłe z niej ziółko, ponieważ wciąż jest żoną amerykańskiego męża. Minęło tyle czasu a jeszcze się nie rozwiodła; to był jakiś biedaczyna z Waszyngtonu, księgowy w ministerstwie. Wdała się w romans z meksykańskim attaché tuż pod jego nosem, nie mogła mieć wtedy więcej niż dwadzieścia pięć lat, no i miała dziecko. Wykiwała tego drugiego gościa. Mężczyźni nawzajem się ostrzegali, trzeba uważać na tę kokietkę Salome. Łatwo znika z życia mężczyzn.

                    Chłopiec odkrył świat ryb, gdy Leandro podarował mu okulary do nurkowania. Leandro był kucharzem w domu Enrique, zrobiło mu się żal tego drobniutkiego chłopca z Ameryki, który przez cały dzień nie miał do roboty nic innego prócz błąkania się po klifach na plaży i udawania, że czegoś szuka. Okulary miały szklane soczewki i były zrobione z gumy, większość elementów pochodziła z okularów lotniczych. Leandro powiedział, że używał ich jego brat, kiedy jeszcze żył. Harrison przez cały dzień nie chciał wyjść z morza. Pod wodą istniał cały świat. Wszelkie kolory ryb, w paski i w kropki, złote łuski, błękitne głowy. Państwo zawieszone w wodnym świecie, cała społeczność ryb. Chłopiec był tak przerażony i jednocześnie tak szczęśliwy, że aż dostawał erekcji.

Pewnego dnia, kiedy próbowali uciec od Enrique, w sklepie przy przystani Salome kupiła Harrisonowi notatnik. Chciała, żeby zaczął opisywać tę historię, żeby opowiedział, co się działo w Meksyku, zanim „połkną” ich wyjce z drzew i nie zostanie po nich śladu. Byli więźniami na wyspie niczym hrabia Monte Christo. Notatnik z kiosku z tytoniem był iskierką nadziei, planem ucieczki dla więźnia. Jego puste strony staną się księgą wszystkiego, cudowne i nieskończone jak morze nocą, bicie serca, które nie ustaje.

Najlepszym pomysłem, jaki każdego dnia przychodził do głowy chłopcu, było zniknąć na cały dzień. Wyjść przez kuchnię, iść aleją wysadzaną drzewami mulata o czerwonej korze łuszczącej się z pni, przejść na skróty przez spłacheć piasku w stronę plantacji ananasów, nad niskim kamiennym murkiem w stronę morza. Miał plecak, w którym była książka i tortille na lunch, okulary pływackie oraz kąpielówki. Nikt go nie widział prócz Leandra, którego uważne spojrzenie, kiedy chłopiec szedł piaszczystą dróżką, sprawiało, że czuł w sobie smutek, choć tak nie było. Każdego dnia w pobliżu rafy pojawiały się ryby, przypływały po resztki tortilli, przynoszone przez chłopca z kuchni. Rwał je na kawałki i rzucał na wodę. Ryby były jego najlepszymi „przyjaciółmi”.

                  Zbieg okoliczności sprawił, że Harrison trafił do pracy u rodziny Diego Rivery i jego żony Fridy Kahlo. Życie Harisona nabrało „rumieńców”, kiedy rozpoczął pracę, jako pomocnik kucharza w Cayoacán, w domu Fridy Kahlo zwanym „Niebieskim Domem”. Kilka miesięcy później do tej meksykańskiej posiadłości przyjeżdża Lew Trocki. W 1937 zaangażowana politycznie komunistka Frida, udostępniła Trockiemu i jego żonie swój dom. Rosyjski polityk uzyskał wówczas w Meksyku azyl polityczny. Kahlo nawiązała z nim romans; po jego ujawnieniu Trocki wraz z żoną przenieśli się do innej rezydencji w Coyoacán. Goście urządzili się w domu, dawna jadalnia służyła im za sypialnię, pracownia Lwa znajdowała się w niewielkim, przylegającym do niej pokoju. Harrison często widywał Trockiego, kiedy pracował przy biurku. Zalecenia domostwa i ochrony, które należy tu odnotować, były bardzo surowe; pod żadnym pozorem nie wolno podawać jedzenia z nieznanych źródeł. Żadnej nieznajomej osobie nie wolno wchodzić do domu. Harrison ma pomagać gościowi w pisaniu na maszynie i korespondencji oraz zapisywać wydarzenia. Zasady bezpieczeństwa zostały wprowadzone po tym, kiedy Stalin zlecił zamordowanie Lwa Trockiego.

Trocki próbował oczyścić się z zarzutów postawionych przez Stalina. Organizował konferencje oraz przesłuchania. Tłumaczem oraz sekretarzem podczas tych konferencji był dwudziestoletni kucharczyk Harrison Shepherd, który nie wiedział nic na temat polityki i mógł pomylić „tak” z „nie”. Od tego przecież mogła zależeć historia. Ktoś mógł przecież stracić życie z powodu źle przetłumaczonego słowa. Lepiej być kucharzem, w tym zawodzie błąd sprawia jedynie, że ktoś odejdzie głodny lub-w najgorszym razie- będzie musiał popędzić do łazienki. To wydarzenie sprawi, że w przyszłości Harrison będzie miał z tego powodu same kłopoty a jego kariera pisarska skończy się równie szybko jak się rozpoczęła.

                W domu rozpętało się piekło. Diego i Frida dowiedzieli się o romansie swoich współmałżonków, co doprowadziło do nieprzyjemności, których można się było spodziewać. W tym samym czasie zmarła matka Harrisona. Nowym kochasiem matki był zagraniczny korespondent. Kochanek obiecał jej spotkania ze sławnymi ludźmi, zamiast tego spotkali się czołowo z ciężarówką, która wiozła bydło na targ. Salome zginęła na miejscu. Jej życie pełne tak wielkich nadziei okazało się pod koniec takie małe. Kochankowie okazywali się coraz mniej hojni. Umierając w taki sposób, została przynajmniej zauważona przez gazety. Mała notka w dużej kolumnie wiadomości specjalnych brzmiała: „W tłumie dziennikarzy ranny został korespondent zagraniczny, a jego znajoma zginęła w wypadku, do którego doszło, kiedy spieszyli na Viaducto Aleman”. Jej ślad w historii: „znajoma”.

              Harrison był także świadkiem zabójstwa Lwa Trockiego. Po fiasku pierwszej mało wyrafinowanej próby zamachu – bezpośredniego ataku na rezydencję Trockiego w dzielnicy Coyoacán, NKWD wcielił w życie plan B. Trzy miesiące później Ramón Mercader, jako kanadyjski trockista Frank Jackson odwiedził Lwa Trockiego w strzeżonej willi twierdzy. Był już dobrze znany domownikom, więc nie został zrewidowany, a miał ze sobą rewolwer, nóż i alpinistyczny czekan. Mercader podsunął Trockiemu artykuł, który napisał, i poprosił o ocenę. Stanął za jego plecami. Wziął zamach i uderzył czekanem. Zbiegli się ochroniarze. Prawdopodobnie skatowaliby zamachowca na śmierć, gdyby nie powstrzymał ich sam Trocki. Organizator bolszewickiego przewrotu początkowo sprawiał wrażenie nieśmiertelnego. W szpitalu następnego dnia prosił jeszcze o bieżące dokumenty – chciał pracować. Obrażenia były jednak poważne i zmarł pod wieczór po 26 godzinach od zamachu. Jego pogrzeb w Meksyku zgromadził ponad 300 tys. osób. Harrison nie mógł w to uwierzyć. Przecież kilka godzin wcześniej Trocki był w doskonałym nastroju. Posadził w nowym ogrodzie cztery kaktusy. Był zadowolony, ponieważ opracował technikę sadzenia kaktusów. Nakarmił króliki, podyktował artykuł a teraz nie żyje. Był światkiem tego morderstwa. Zapamiętał słowa Trockiego zaraz po zamachu: „Nie zabijajcie go!”.

                   Po tym wydarzeniu Harrison Shepherd postanowił wyjechać z Meksyku do Stanów Zjednoczonych. Zabrał ze sobą wspomnienia. Morska jaskinia na wyspie Pixol, lodowata woda na pokrytej gęsią skórką skórze chłopca. Obrazy, rozmowy, ostrzeżenia. Pierwsze spotkanie z Fridą na rynku. Matka w małym mieszkaniu. Nazwy drzew i wiosek. Przepisy i zasady życiowe usłyszane z ust Leandra. Zatoka pełna ryb. Co leżało na dnie jaskini? Ile dokładnie czasu potrzeba było, aby przepłynąć przez nią i nie utonąć?

                 Po przybyciu do Stanów otworzył skrzynkę, którą dostał od Fridy. Była to niemal „puszka Pandory”, jak można stwierdzić teraz, kiedy wiadomo, co się później stanie. Nikt nie wiedział, że Shepherd od lat pisał książkę. Myślał, że została spalona. Jednak Frida zaraz po śmierci Trockiego zmusiła policję by oddała jej zapiski młodego pisarza. Pisząc do Harrisona miała rację, że w tej skrzynce jest coś „żywego”, coś, co chciało się wydostać. Kiedy wyruszył pociągiem do innego świata, chyba już niczego od życia nie oczekiwał. Po wydaniu trzech książek Harrisona zaczęło nachodzić FBI. Był w kręgach podejrzanych o udział w komunistycznym spisku i obalenie rządu Stanów Zjednoczonych. Ten chłopka, który przepadkiem został sekretarzem Lwa Trockiego w Ameryce stał się najbardziej poszukiwanym człowiekiem w kraju. Z książki dowiadujemy się o senatorze Josephie McCarthym, który przeszedł do historii, jako inicjator kampanii oskarżeń o działalność komunistyczną znanych osób w kręgach władzy i w show-biznesie w Stanach Zjednoczonych. On i jego ludzie prowadzili nagonki, rzucali oskarżenia i pomówienia często niewinnych osób w tym na Harrisona Shepherda. W tym okresie w USA panowała powszechna obawa przed radziecką infiltracją. Umożliwiło to początkowo McCarthy'emu uzyskanie wpływowej pozycji. Ta polityka zyskała od jego nazwiska miano makkartyzmu. Była ona realizowana od 1950 r. przez McCarthy’ego, który był przewodniczącym komisji śledczej w senackim komitecie ds. działalności rządu.

                       Książka Barbary Kingsolver „Odyseja” to przepiękna historia napisana w połowie w stylu pamiętnika opowiadająca o dojrzewaniu, poznawaniu ludzi i pojmowaniu świata. Pomysł na powieść był prosty. Historia stylizowana na prawdziwą – dziennik Harrisona Williama Shepherda, zredagowany przez niego samego po latach, a później uzupełniony o aktualne wydarzenia. Zostawiony w rękopisie i wydany po jego śmierci przez bliską mu osobę, która co jakiś czas pojawia się w książce ze swoimi „redaktorskimi” wstawkami. Tym bardziej to wszystko jest prawdopodobne, że autorka umieściła bohaterów pośród rzeczywistych postaci, jak chociażby Frida Kahlo i Diego Rivera oraz Lew Trocki. Historia jest cały czas obecna na kartach książki. Towarzyszy już małemu chłopcu, choć marginalnie, by z czasem przybrać na sile i wkroczyć z brutalnym impetem w życie dorosłego Shepherda, uznanego pisarza, oskarżonego o współpracę i sympatyzowanie z komunistami.



               

05 stycznia 2018

Pożegnanie dla początkujących



„Pożegnanie dla początkujących”

Anne Tyler


Autorka/ (ur. 25 października 1941 w Minneapolis) − amerykańska pisarka. W 1961 ukończyła studia licencjackie na Duke University. Kontynuowała naukę na Columbia University. Otrzymała National Book Critics Circle Award w kategorii fikcja za książkę „Przypadkowy turysta” (1985) oraz Nagrodę Pulitzera w tej samej kategorii za powieść „Lekcje oddychania” (1989). Dwie z jej powieści doczekały się adaptacji filmowej „Obok życia” i „Przypadkowy turysta”, a cztery telewizyjnej „Lekcje oddychania”, „Święty być może”, „Earthly Possessions” i „Back When We Were Grownups”.

Tłumaczenie/ Jacek Żuławnik

Tematyka/ Autorce nie po raz pierwszy udała się, więc rzecz niezwykła, bo uśmiechamy się, choć książka opowiada o… stracie ukochanej żony.  Ale jak tu się nie uśmiechać, skoro ludzie traktują cię wtedy inaczej i sami są tacy zabawni. Koledzy umawiają się z tobą i przychodzą bez żon, by uniknąć trudnego tematu. Sąsiedzi podrzucają ci pod drzwi tony jedzenia z instrukcjami, jak je przygotować i nim to żarcie wyrzucisz do kosza, bo kto by je przejadł, musisz umyć naczynia, by oddać właścicielom. W pracy wciąż się pytają, czy nie chcesz wolnego, a siostra z radością znów otacza cię przymusową nad opieką… Bohater uznał, że właśnie to jest najgorsze w stracie żony – to ona jest osobą, z którą chciałby o takich sprawach porozmawiać.

Główny motyw/ Aaron dopiero, kiedy stracił żonę, zdał sobie sprawę z tego, co ona mogła czuć. Jego strata prowadzi do czegoś nowego, do zmian. Bohater początkowo nie potrafi nawet wrócić do domu, w którym zginęła Dorothy. Odtrąca również pomocne dłonie, które wyciągają się w jego kierunku. Kiedy zda sobie sprawę, jak bardzo potrzebuje drugiego człowieka, ma szansę na to, by prawdziwie pożegnać się z żoną.

                              Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:

„(...) lato to najgorsza pora na przeziębienie”.

„Czasem coś, co wydarzyło się raptem przed chwilą, sprawia wrażenie bardzo, bardzo odległego w czasie”.

„Przemawiała do mnie idea, że kiedy umieramy, przekonujemy się, ile było warte nasze życie. Nie sądziłem, że można się dowiedzieć dzięki śmierci innej osoby”.

„(...) gotowanie jest jak taniec, wymaga zgrania ruchów, koordynacji i wyczucia”.

„Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jakim cudem geny zupełnie różnych od siebie osób potrafią gładko wymieszać się w ich potomstwie”.
 
                        
                        Śmierć bliskiej osoby jest początkiem naszego cierpienia. My zostajemy i musimy zmierzyć się z trudnymi emocjami i uczuciami, które występują po śmierci bliskiego człowieka. Dopiero doświadczając żałoby, możemy tak naprawdę dowiedzieć się, czym jest strata. Żałoba to wszystkie uczucia, reakcje i zmiany w naszym życiu występujące w procesie zdrowienia. Śmierć kogoś bliskiego jest zmianą całego naszego życia, jest zmianą bolesną, ale jeśli uporamy się z nią, doprowadzi to do naszego rozwoju. Zwykle jesteśmy w takiej sytuacji przygotowani na odczuwanie smutku i bólu, ale pojawienie się gniewu czy poczucia winy może być dla nas zaskakujące. Musimy pamiętać, że żałobę należy przeżyć, nie warto powstrzymywać łez, tłumić emocji. Tak jak każdy proces zdrowienia – wymaga czasu. Bliskie osoby, znajomi czy rodzina mogą oczekiwać od nas szybkiego powrotu do normalności, jednak droga powrotna jest długa i kręta i każdy, kto doświadcza straty, musi dać sobie czas na wyzdrowienie. 
                       To, jak intensywnie ją przeżywamy, zależy od takich czynników jak: wiek, w którym doświadczamy straty, nasza relacja ze zmarłym, osobiste przeżycia i warunki życia. Kiedy dowiadujemy się o śmierci bliskiej osoby doznajemy silnego wstrząsu. Czujemy ból, pojawia się niedowierzanie i odrętwienie. Nie możemy uwierzyć, że bliskiej osoby już z nami nie ma. Takie zaprzeczanie może trwać i przybierać różne formy. W sytuacji, kiedy przygotowujemy się do śmierci osoby, która długo choruje, proces żałoby zaczyna się wcześniej, a więc i kończy się szybciej. Kiedy jednak ktoś umiera nagle, nasza reakcja na wieść o śmierci ukochanej osoby potrafi być zaskakująca i wręcz nieprawdopodobna. Żałoba jest procesem, podczas którego uczymy się radzenia sobie z codziennością. O przeżywaniu żałoby w dość wyjątkowy sposób opowiada książka Anne Tyler „Pożegnanie dla początkujących”.
                       Niepełnosprawny Aaron Woolcott przez całe życie toczył batalie z siostrą Nandiną, nieustannie dążącą do tego, by kierować jego losem. Dlatego Dorothy, szczera do bólu i niezależna młoda kobieta, którą pewnego dnia spotyka, jest dla niego niczym powiew świeżego powietrza. Para szybko staje na ślubnym kobiercu i zaczyna wieść spokojne, szczęśliwe życie. Aaron pracuje w rodzinnym wydawnictwie, specjalizującym się w poradnikach "dla początkujących". Kiedy na dom małżeństwa spada drzewo i śmiertelnie przygniata Dorothy, dla Aarona kończy się świat. Dopiero nieoczekiwany powrót żony z zaświatów i spotkania z nią w domu, na ulicy, w sklepie, pomagają mu przeżyć trudne chwile i odnaleźć spokój. Aaron odkrywa, że pożegnanie dla początkujących nie musi być aż tak trudne.
                          Aaron zastanawiał się często, dlaczego Dorothy wybrała na powrót akurat ten, a nie inny moment. Nie stało się to zaraz po jej śmierci, choć chyba tego należałoby się spodziewać. Wróciła dopiero po wielu miesiącach, prawie po roku. Naturalnie, że Aaron mógłby ją po prostu zapytać, ale to pytanie wydawało mu się niestosowne. Nie zapytał Dorothy, czemu wróciła akurat wtedy, kiedy wróciła, być może, dlatego, że wówczas mogłaby zadać to samo pytanie sobie. Gdyby przez to jego dopytywanie okazało się, że niejako zabłąkała się tu przez roztargnienie, że z przyzwyczajenia wróciła pod stary adres, wtedy mogłaby powiedzieć: „O, mój Boże! Muszę już lecieć!”. Albo też pomyślałaby, że Aaron chce wiedzieć, co tu robi. Innymi słowy, po co właściwie wróciła? Tak jak wtedy, gdy pytasz swojego gościa, jak długo zamierza zostać, a jemu się wtedy wydaje, że tak naprawdę mówisz: „Kiedy wreszcie, pozbędę się ciebie”. Być może właśnie, dlatego uznał, że byłoby to niegrzeczne. Chybaby umarł, gdyby odeszła.



                         Z początku przyszło mu na myśl, że Dorothy wróciła, ponieważ ma do wykonania jakieś szczególne zadanie. Pozwolono jej powrócić i pozostać na tyle długo, by mogła mu coś ważnego powiedzieć, a potem odejdzie i ruszy w swoją stronę. Aaron jest ateistą. Już samo to, że zjawiła się tutaj, u jego boku, wstrząsnęło nim i jego poglądami bardziej, niż był w stanie ogarnąć. Wydawało się, że powinien za wszelką cenę chcieć się dowiedzieć, cóż to za zadanie. Nie zapominajmy jednak o następstwach: gdy wypełni zadanie, odejdzie. Był przekonany, że tego nie zniesie. Aaron przyjął postawę zen- żył chwilą. Nie zadawał pytań, nie dociekał, nie oczekiwał wyjaśnień. Po prostu cieszył się jej towarzystwem. Znikała, ale wiedział, że nie odeszła na dobre.
                   Aaron w przeszłości był prostym, zwyczajnym dzieckiem- pomimo swojej odmienności i niepełnosprawności. Był niezdarny, ale miał w sobie mnóstwo entuzjazmu, zawsze garnął się do gier i zabaw z kumplami z ulicy. Matka dosłownie załamywała ręce, przez okno przyglądając się jego poczynaniom, lecz ojciec powtarzał, że powinna pozwolić mu robić wszystko, do czego będzie zdolny. Tak, więc większa część dzieciństwa upłynęła mu pod znakiem odpierania ataków dwóch kobiet jego życia: matki i siostry, obie pragnęły, bowiem zagłaskać go na śmierć. Za czasów pradziadka Aarona założono wydawnictwo określane mianem „dżentelmeńskiego”- takim eufemizmem posługiwano się wówczas na opisanie wydawnictwa publikującego na koszt autora. Wydawnictwo wydawało serię książek „dla początkujących”: „Wino dla początkujących”, „Planowanie domowego budżetu dla poczatkujących”, „Szkolenie psów dla początkujących”, „Przyprawy dla początkujących”, „Desery dla początkujących”, „Opieka nad dzieckiem dla początkujących” itd. Aaron był redaktorem tej serii i był przekonany, że prędzej czy później seria przyniesie mu fortunę. Jak na razie nic takiego się nie stało.
                     Lecz pewnego dnia, kiedy Dorothy przyszła z pracy doszło miedzy małżonkami do małej sprzeczki.  Aaron poszedł położyć się do sypialni, w tym czasie na ich dom zwaliło się drzewo. To był dąb biały. Stał na ich podwórku od zawsze, zapewne długo przed wybudowaniem domu, i był ogromny, na dole jego pień miał dobre pół metra średnicy. Wyraźnie przechylał się w stronę domu- do tego stopnia, że co roku we wrześniu, kiedy przychodziła pora przycinania gałęzi, Aaron prosił o ekspertyzę drzewa. Za każdym razem zapewniano go, że dąb jest zdrowy. Tego nieszczęśliwego dnia korytarz ich mieszkania zamienił się w plątaninę gałęzi, liści i kory. W powietrzu unosiła się gęsta chmura pyłu. Ptaki i owady wyjątkowo fruwały po domu jak oszalałe. Kiedy Aaron się rozejrzał, jeszcze nie do końca pojmował, co się stało. Najgorsza wiadomość miała dopiero nadejść. Informacja od strażaków i ratowników medycznych była jedna. Podczas zwalenia się drzewa Dorothy została przygnieciona starym telewizorem. Po kilku dniach pobytu w szpitalu zmarła.
                    To prawda, że ich małżeństwo z czasem straciło blask nowości, ale przecież nie sposób zachować go na zawsze. Najważniejsze było to, że się kochali. Jeśli Aaron tylko chciał sobie o tym przypomnieć, wystarczyło, że myślami wracał do chwili, gdy się poznali. Że wyobraża sobie siebie samotnego, niezależnego, niczego niepodejrzewającego siebie na oddziale radiologii, idącego za recepcjonistką. Recepcjonistka zatrzymuje się i lekko stuka w uchylone drzwi. Otwiera je i Aaron wchodzi do środka. Dorothy podnosi wzrok znad książki. Tak zaczęła się ich miłosna historia.
                 Kiedy zaczniemy głębiej analizować problem głównego bohatera i jego podejście do życia i ludzi zauważymy pewną psychologiczną dysfunkcję. Przez swą niepełnosprawność bohater odrzuca wszelką pomoc, którą oferują mu bliscy ludzie. W dzieciństwie matka chciała go chronić, więc dorosły już Aaron szukał w życiu partnerki będącej jej przeciwieństwem. Idealna wydawała się być Dorothy, która nie dążyła do tego, by rozpieszczać męża. Nie gotowała mu obiadów, nie prała, obowiązkami dzielili się po partnersku. Aaron nigdy się nie zastanawiał nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Wydawało mu się, że zachowanie Dorothy wynika z jej charakteru. Dopiero po głębszej analizie zachowania kobiety, okazuje się, że dostosowała się do jego oczekiwań. Choć wiele poświęciła, czy tyle samo otrzymała w zamian? Wydaje się, że nie. Główny bohater zbyt był skupiony na sobie, by zauważać potrzeby ukochanej żony.
                 Po śmierci Dorothy należało wyremontować dom. Aaron naiwnie podszedł do półki z książkami z serii „dla początkujących” i wyjął jedną z nich pod tytułem: „Remont kuchni dla początkujących”. Pomyślał, że na pewno mu się przyda, kiedy będzie remontował po zniszczeniach dom, ale w książce o „Remontowaniu kuchni...” było napisane, jakie rzeczy należy ustalić z budowlańcami przed rozpoczęciem robót. Jednak nic nie było napisane na temat zwalenia się drzewa na budynek.
                        Aaron zastanawiał się czy wszystko, co się rozegrało istniało tylko w jego wyobraźni? Czyżby smutek do tego stopnia odebrał mu zmysły, że wymyślił sobie powrót Dorothy? Kiedy nauczył się ją dostrzegać, zaczęła pojawiać się częściej. Nie zjawiała się nagle, raczej stopniowo docierała do jego świadomości jej obecność. Czuł jej ciepło w kolejce do kasy, zauważał ją kątem oka na parkingu. Był w pełni świadomy, że widzenie zmarłych to oznaka szaleństwa. Tak naprawdę nie wierzył, że zmarli wracają na ziemię (wracają skąd?), i nawet, jako mały chłopiec nie wierzył w istnienie duchów. Ale postawcie się w jego sytuacji. Pomyślcie o osobie, która odeszła i której będzie wam brakowało po kres waszych dni, a następnie wyobraźcie sobie, że spotykacie tę osobę. Naraz widzicie, jak dawno zmarły ojciec przechadza się z rękami w kieszeniach. Albo słyszycie jak zmarła matka woła za wami: „Kochanie!”. Nie kwestionowalibyście swojego zdrowia psychicznego, ponieważ nie uznalibyście tych spotkań za rzeczywiste. Nie domagalibyście się wyjaśnień, nie pochwalilibyście się pierwszej napotkanej osobie, nie próbowalibyście dotknąć zmarłego, nawet, jeśli ten jeden dotyk wart byłby dla was każdą cenę. Nie chcielibyście, by ta zmarła bliska osoba odeszła.
Z czasem Aaron doszedł do wniosku, że zmarli odwiedzają nas. Ale jeśli znałeś ich naprawdę dobrze i naprawdę uważnie ich słuchałeś, to nawet teraz, gdy już nie żyją, jesteś w stanie wyobrazić sobie, co mogliby powiedzieć. Jaki z tego wniosek? „Trzeba słuchać ludzi, póki żyją”. Dopiero po stracie żony bohater uświadamia sobie, że warto zbliżyć się do innych ludzi i wpuścić ich do swego świata.
                      Książka Anne Tyler „Pożegnanie dla początkujących” to mądra, zapadająca w pamięć i głęboko poruszająca opowieść o stracie, bólu i pogodzeniu się z losem, okraszona typowym dla autorki humorem, inteligencją oraz przenikliwym spojrzeniem na ludzkie słabości i osobliwości.