06 listopada 2019

Księżyc i miedziak


„Księżyc i miedziak”


W. Somerset Maugham




Autor/ (ur. 25 stycznia 1874 w Paryżu, zm. 16 grudnia 1965 w Saint-Jean-Cap-Ferrat k. Nicei) – angielski powieściopisarz i dramaturg.

Tłumaczenie/ Jadwiga Olędzka

Tematyka/ Somerset Maugham – jak się okazało – wiele uczynił dla podtrzymania czy wręcz spotęgowania legendy Paula Gauguina. Wobec powyższego chciałoby się zapytać: cóż mają począć teraz osoby, które w już dojrzałych latach odkryły w sobie jakieś twórcze powołanie? W jakiej indywidualnej historii miałyby nadal szukać inspiracji do odważnego, radykalnego odmienienia swojego życia, skoro ogólnie znana historia Paula Gauguina jest niczym więcej, jak tylko celowo rozpowszechnioną przez niego samego oraz spotęgowaną przez Somerseta Maughama legendą? A może, – do czego ja skłaniałbym się – należałoby przyjąć, iż każdy przypadek prawdziwego powołania twórczego jest czymś absolutnie niepowtarzalnym i że każdy prawdziwy artysta powołany jest również do wykreowania swej najzupełniej indywidualnej historii, by nie powiedzieć: legendy?

Główny motyw/ „Księżyc i miedziak" Williama Somerseta Maughama to głośna i barwna powieść o życiu niezwykłego artysty, który na ołtarzu sztuki poświęcił wszystko i wszystkich, odkrywając w sobie pasję malowania. Opuścił rodzinny dom, żonę i dzieci, by uciec od wrogiej mu cywilizacji do miejsca, gdzie mógł tylko malować  – na dalekie tahitańskie wyspy. Dopiero tam, choć na krótko, odnalazł spokój i siebie samego. Pierwowzorem głównego bohatera, Charlsa Stricklanda – niegdyś maklera giełdowego, potem opętanego pasją malarza – był Paul Gauguin.

 Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Premier poza swoim urzędem okazuje się nazbyt często niczym więcej niż pompatycznym gadułą, a generał bez armii to tylko bohater prowincjonalnego miasteczka”.

„Sztuka jest przejawem uczuć (…)”.

„Skłonność do mitologizowania jest rodzajowi ludzkiemu wrodzona”.

„Mistyk widzi rzeczy niewidzialne, a psychopatolog- te, o których się nie mówi”.

„Pomnikiem malarza jest jego dzieło”.

„(…) pikanteria jest duszą dowcipu (…)”.

„Dlaczego porządne kobiety wychodzą za głupich mężczyzn? Bo inteligentni mężczyźni nie chcą się żenić z porządnymi kobietami”.

„Z bezczelnością właściwą młodym stawiałem trzydzieści pięć lat, jako najdalszą granicę, kiedy mężczyzna może się zakochać nie robiąc z siebie głupca”.

„Jest to zawsze smutne, kiedy oburzona moralność nie posiada dość fizycznej siły, by bezpośrednio wymierzyć karę grzesznikowi”.

„(…) nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak wiele w życiu kobiety znaczy opinia ludzka”.

„Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak pełna sprzeczności jest ludzka natura. Nie wiedziałem, ile pozy mieści się w szczerości, ile podłości w człowieku szlachetnym, ile dobroci w niegodziwym”.

„Jakież kobiety są ograniczone! Miłość! Zawsze tylko miłość! Myślą, że mężczyzna rzuca je tylko, dlatego, że pożąda innych kobiet”.

„Czy mówienie prawdy jest głupotą?”.

„Kiedy człowiek wpada do wody, to nieważne, jak pływa, dobrze, czy źle. Musi się z niej wydobyć, bo inaczej się utopi”.

„Tylko poeta lub święty może polewać asfaltowy chodnik w ufnym oczekiwaniu, że wyrosną tam lilie, nagradzając jego trud”.

„Kiedy ludzie mówią, że nie dbają o to, co inni o nich myślą, przeważnie oszukują samych siebie”.

„Pragnienie aprobaty jest może najgłębiej zakorzenionym instynktem cywilizowanego człowieka”.

„Mężczyźni to dziwne stworzenia, trzeba umieć się z nimi obchodzić”.

„Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, jak różne cechy tworzą człowieka. Teraz już wiem, że małostkowość i wielkość, złość i dobroć, nienawiść i miłość mogą żyć obok siebie w ludzkim sercu”.

„(…) świat nudzi się szybko opowiadaniami o nieszczęściu i chętnie unika jego widoku”.

„To nieprawda, że cierpienie uszlachetnia. Szczęście czasem tak, jak cierpienie przeważnie czyni ludzi małostkowymi i mściwymi”.

„Życie nie jest dostatecznie długie, żeby w nim zmieścić miłość i sztukę”.

„(…) Bóg jeden wie, co za pomysłowość rozwijają ludzie by dręczyć samych siebie”.

„Najbardziej dalekowzroczny człowiek nie może wyobrazić sobie, że uczucie jego kiedyś się skończy”.

„Miłość czyni z człowieka coś więcej niż to, czym jest, i coś mniej zarazem”.

„Miłość nie jest nigdy wolna od sentymentalizmu (…)”.

„Sądzę jednak, że pojęcie o tym, czym jest namiętność, kształtuje się u ludzi na podstawie ich własnych cech i doznań i jest dlatego u każdego różne”.

„Nie ma gorszego okrucieństwa na świecie niż okrucieństwo kobiety wobec mężczyzny, który ją kocha, a którego ona nie darzy uczuciem. Nie ma ona wtedy dla niego serca ani nawet wyrozumiałości; drażni ją jedynie okropnie”.

„To przykre, że zewnętrzny wygląd człowieka tak mało nieraz odpowiada nastrojom jego duszy”.

„Cóż za okrutny naprawdę kawał spłatała natura gromadząc razem tyle sprzecznych cech i stawiając tego człowieka twarzą w twarz z niepojętą obojętnością wszechświata”.

„Doświadczenie życiowe uczy, że ludzie stale robią rzeczy, które muszą skończyć się klęską, a jednak jakoś udaje im się uniknąć skutków swego szaleństwa”.

„Nieświadomie może cenimy władzę, jaką mamy nad ludźmi, jeśli oni liczą się z naszym sądem o nich; nienawidzimy tych, na których nie mamy wpływu. Wydaje mi się, że to najboleśniej rani ludzką ambicję”.

„Jest się w życiu we wszystkim zależnym od innych”.

„Dzieło człowieka odkrywa nam jego samego”.

„U mężczyzn bowiem z reguły miłość jest epizodem wśród innych spraw codziennych (…)”.

„Różnica między mężczyzną a kobietą w roli kochanków jest ta, że kobieta potrafi kochać cały dzień, a mężczyzna tylko od czasu do czasu”.

„ Świat jest pełen dziwaków, którzy robią rzeczy niezwykłe”.

„Są ludzie opanowani tak silnym pragnieniem prawdy, że gotowi są podważyć fundamenty swego istnienia, by ją osiągnąć”.

„(…) skąd miałem wiedzieć, iż świat pewnego dnia dojdzie do wniosku, że to był geniusz?”.

„Życie jest okrutne, a natura znajduje czasem straszliwą rozkosz w torturowaniu swych dzieci”.

„(…) szatan może cytować Pismo święte dla swoich celów”.


            Dzieło człowieka odkrywa nam jego samego. W stosunkach towarzyskich odsłania on tylko cechy powierzchowne, podług których chce być osądzony przez świat; prawdziwą wiedzę o nim zdobyć można jedynie na podstawie tych uczynków, z których nie zdaje sobie sprawy i z przelotnych wrażeń odbijających się bezwiednie na jego twarzy. Niekiedy ludzie doprowadzają do takiej doskonałości nałożoną maskę, że po pewnym czasie stają się naprawdę takimi, na jakich wyglądają. Lecz w swoim życiu człowiek okazuje się zupełnie bezbronny. Udawanie demaskuje jedynie jego nicość. Drzewo pomalowane na imitację żelaza zawsze wygląda jak drzewo. Żadne pozowanie na dziwaczność nie zatuszuje pospolitości umysłu. Bystremu obserwatorowi nie można pokazać najbardziej błahego nawet dzieła nie odkrywając równocześnie przed nim tajników swej duszy.

            Główny bohater powieści „Księżyc i miedziak”, Charles Strickland jest dobrze prosperującym maklerem giełdowym. Na początku książki czytelnik widzi go oczami młodego pisarza, narratora powieści: bardzo nudnego, spokojnego człowieka, nieinteresującego się literaturą ani sztuką, typowy biznesman. Wyglądał zwyczajnie nie miał darów społecznych, nie był ekscentryczny, był po prostu dobrym, uczciwym, zwykłym człowiekiem. Był zwykłym członkiem społeczeństwa, dobrym mężem i ojcem, uczciwym pośrednikiem nieruchomości lecz nie było powodu, by inni mogli na niego marnować czas. Charles Strickland był głową przeciętnej rodziny z klasy średniej - był to dość nudny człowiek, wypełniający swoje obowiązki w takim miejscu życia, w jakim umieściła go litościwa Opatrzność.

            Pozostała część książki pokazuje, jak błędne było pierwsze wrażenie narratora, a stosunek czytelnika do postaci Stricklanda zmienia się w miarę rozwoju powieści. Kiedy autor spotyka go po raz drugi w małym, ciemnym pokoju, pozbawionego powietrza hotelu, Strickland nie wyglądał na spokojnego, jego zaniedbany wygląd trochę odpychał, nie był już tym samym eleganckim człowiekiem jak podczas ich pierwszego spotkania w domu rodzinnym Stricklandów. Odpowiadał na pytania narratora z bezdusznością i pogardą. Walczyła z nim jakaś wewnętrzna gwałtowna moc, która dawała wrażenie czegoś bardzo silnego i nieopanowanego, jakby sterowała nim wbrew jego woli. Wydawał się być „opętany przez diabła”. A jednak wyglądał zwyczajnie. Siedział w swoim niezniszczonym meloniku, spodnie miał workowate, ręce miał brudne, jego nieogolona twarz była nieokrzesana i szorstka. Strickland nie był płynnym mówcą, wyrażał się z trudem, używając dziwnych zwrotów, slangu i niejasnych, niedokończonych gestów. Prawdopodobnie szczerość jego osobowości powstrzymywała go przed nudą. Strickland był ślepy na wszystko oprócz niepokojącej wizji, która nawiedzała jego duszę. Jakiś głęboko zakorzeniony instynkt tworzenia zawładnął całym jego bytem. Miał bezpośredniość fanatyka i zaciekłość apostoła. Strickland był niezależny od opinii swoich towarzyszy, konwencje go nie obchodziły, nikt nie był w stanie go ogarnąć, a to dawało mu wolność, która u innych wywoływała oburzenie.

            Podczas dalszej lektury dowiadujemy się, że jedynym celem życia Sticklanda było tworzenie piękna. Niedługo przed straszliwą śmiercią na trąd, z dala od ojczyzny, na odległej wyspie Tahiti, Strickland zrealizował swoje marzenie, o którym myślał przez całe swoje dzieciństwo i młodość. Gdy był chłopcem miał ochotę zostać malarzem, ale ojciec zmusił go do zajęcia się interesami. Mówił mu, że sztuka nie daje pieniędzy. Obrazy na ścianach zrujnowanych tahitańskich domów były jego arcydziełami. W nich Strickland w końcu wyraził całego siebie. W. S. Maugham stara się być bezstronny wobec swojego bohatera. Autor przedstawia Stricklanda, jako człowieka samolubnego, okrutnego i cynicznego. Ale z drugiej strony czytelnik czci go, jako utalentowanego artystę, twórcę piękna a jego namiętne oddanie sztuce budzi nasz podziw. Strickland wyróżniał się spośród większości Anglików doskonałą obojętnością na wygody; nie przeszkadzało mu, że mieszka w jednym odrapanym pokoju; nie musiał otaczać się pięknymi rzeczami. Nie chciał siedzieć na fotelu, tak naprawdę czuł się bardziej swobodnie siedząc na krześle kuchennym. Zjadał wszystko z apetytem, ale był obojętny na to, co jadł.

            Ale nikt nie był bardziej zdecydowany niż Strickland. Nigdy nie spotkałem w literaturze bohatera, który byłby tak samoświadomy własnej osoby. Jego relacje z kobietami były dość dziwne; a jednak były tylko nieznaczną częścią jego życia. To ironia, że tak tragicznie wpływał na innych. Jego prawdziwe życie składało się ze snów i niezwykle ciężkiej pracy. W przypadku Stricklanda apetyt seksualny zajmował bardzo mało miejsca.  Nie było to dla niego ważne. Takie zachowanie Stricklanda wręcz irytowało kobiety. Kiedy opuścił swoją żonę i dzieci, wszyscy podejrzewali, że zakochał się beznadziejnie w jakieś kobiecie i uciekł z nią. Uznawali to za rzecz naturalną. Nie potrafili go za to potępić. Mówili między sobą: „no cóż, dał się uwieść”. Porzucona żona w rozmowach towarzyskich twierdziła, że mężczyźni są słabi, a kobiety bez skrupułów. Ale rzecz miała się inaczej. On się nie zakochał w kobiecie, on kochał malować. Jego dusza skierowana była gdzie indziej. Miał gwałtowne pasje, ale nienawidził instynktów, które pozbawiłyby go poczucia własnej wartości. Możemy domyślać się, że nienawidził wszystkiego, co przypominało mu o rozpuście i seksualności.

Żył biedniej niż rzemieślnik. Pracował ciężko. Nie dbał o takie rzeczy, które u większości ludzi sprawiają, że życie jest miłe i piękne. Był obojętny na pieniądze. Nie dbał o sławę. Nie poszedł na kompromis ze światem, któremu poddaje się większość z nas. Nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, że taki kompromis jest możliwy. Na początku mieszkał w Paryżu bardziej samotny niż Beduin na pustyni. Nie prosił niczego od swoich znajomych, poza tym, żeby zostawili go w spokoju. Był jednomyślny w swym celu i aby go realizować, był gotów poświęcić nie tylko siebie, ale i innych. Miał wizję samego siebie. Dzieła, które wyszły spod pędzla Stricklanda sugerują osobowość, która była dziwna, dręczona i złożona. Odczytywanie przekazów z jego obrazów jest jednym z najbardziej romantycznych wydarzeń w historii sztuki. Jego talent był w najwyższym stopniu niepodważalny. Walczyła w nim jakaś gwałtowna moc. Malował z wielkim trudem i nie chcąc przyjmować pomocy od nikogo, tracił dużo czasu na znalezienie dla siebie rozwiązań problemów technicznych, zdobywaniu płócien i farb. Nie pokazywał swoich obrazów, ponieważ tak naprawdę go nie interesowały. Żył we śnie, a rzeczywistość nic dla niego nie znaczyła.

            Kolejną ważną postacią powieści jest Dirk Stroeve, który ukazany jest, jako wielbiciel Stricklanda, był bardzo życzliwym człowiekiem, ale marnym artystą, chociaż posiadał poczucie piękna i jako pierwszy docenił talent Stricklanda. Był bardzo niespełnionym artystą i niezrealizowanym życiowo człowiekiem. Narrator spotkał go w Rzymie. Jego dusza była pełna miłości do sztuki, a jego pracownia była pełna płócien, których nikt nie doceniał. Dirk nie udawał wielkiego malarza. Jedyne, co chciał zrobić, to spopularyzować malarstwo, aby do domów prostych ludzi także trafiała sztuka. Współcześni malarze odczuwali pogardę dla niego i jego dzieł. Życie uczyniło go „kozłem ofiarnym” i przedmiotem drwin, natura za to nie odmówiła mu wrażliwości. Był ciągle wyśmiewany i ciężko znosił złośliwości. Życie Stroeve'a było tragedią napisaną w kategoriach farsy. Ale chociaż był kiepskim malarzem, miał bardzo delikatne wyczucie sztuki i chodzenie z nim do galerii było wspaniałą „ucztą intelektualną”. Jego entuzjazm był szczery, a krytyka ostra. Miał nie tylko prawdziwe uznanie dla starych mistrzów, ale także podziw dla współczesnych mu artystów. Szybko odkrył talent Stricklanda, jego pochwały były hojne, jego opinia była pewna, był lepiej wykształcony niż większość malarzy, a jego rady i wskazówki miały nieporównywalną wartość. W. Somerset Maugham pisze książkę tak, aby czytelnik wyciągnął własne wnioski na temat postaci i wydarzeń opisanych w jego powieści. Nic czytelnikowi nie sugeruje. Realistyczny obraz życia, uważna obserwacja postaci i ciekawa fabuła w połączeniu z pięknym, ekspresyjnym językiem, prostym i klarownym stylem, sprawiają, że Somerset Maugham znajduj się na najwyższym szczeblu największych angielskich pisarzy XX wieku.

            Powieść jest ilustracją jednej z ulubionych teorii Maughama o ludzkiej naturze, że w człowieku istnieje splot sprzeczności, że działania ludzkiego umysłu są nieprzewidywalne. Strickland jest skoncentrowany tylko na swojej sztuce. Jest obojętny na miłość, przyjaźń i życzliwość. Inspiracją do tej historii jest Paul Gauguin, który uważany jest za twórcę prymitywizmu w sztuce. Główne różnice między Gauguinem a Stricklandem polegają na tym, że Gauguin był Francuzem a Strickland jest Anglikiem, podczas gdy Maugham przedstawia Stricklanda, jako niezaznajomionego ze sztuką w ogóle, sam Gauguin był dobrze zaznajomiony z impresjonistami w latach 80. XIX wieku i przez pewien czas mieszkał u Van Gogha w południowej Francji. Sam Maugham odwiedził miejsce gdzie mieszkał Gauguin na Tahiti i kupił kilka obrazów namalowanych przez tegoż artystę.

Przypuszczalnie tytułowy „Księżyc…”  Maughama symbolizuje idealistyczne królestwo sztuki i piękna, podczas gdy „…miedziak” reprezentuje relacje międzyludzkie i zwykłe przyjemności życia. Książka jest też dobrym przykładem tego, jak rodzic nie pozwolił dziecku spełniać swoich marzeń - w tym wypadku ojciec nie pozwolił swojemu synowi zostać malarzem - bo dla ojca ważny był „miedziak”, a dla dziecka ważniejszy był „księżyc”. Jak się okazało spełnienie dziecięcych marzeń w wieku dorosłym przybrało formy pewnego rodzaju fanatyzmu. Bohatera tak bardzo pochłania nowa pasja, że przestaje go interesować cokolwiek innego. Dzieci, obowiązki rodzinne idą w kąt. Jego życie nie przypomina jednak bajki. Właściwie zostaje odrzucony przez społeczeństwo. Tylko nieliczni widzą w nim wizjonera, a w jego obrazach - wielkość. Książka obfituje w dramatyczne momenty. Samobójcza śmierć przyjaciółki, sceny degrengolady psychicznej, przymieranie głodem. Lecz na końcu los przywiedzie malarza do Tahiti. Tam wreszcie odnajdzie spokój. Tam też objawi się w pełni siła jego malarstwa. Z dala od ludzi, ich podziwu i zawiści - odnajdzie siebie.

            Wyobraźcie sobie, że obejrzawszy obrazy Paula Gauguin, nie znalazłem klucza do zrozumienia jego dziwnego charakteru, którego w książce symbolizuje Strickland. Pogłębiły one jedynie moje zdziwienie, jakie przez lekturę książki budziła we mnie postać głównego bohatera. Jedyna rzecz, która wydawała mi się jasna - a może i to było tylko moja fantazja - to to, że walczył on namiętnie o uwolnienie się spod władzy jakiejś mocy, która go więziła. Jaka to była moc i jaką drogę miało pójść to wyzwolenie, pozostaje dla mnie nadal tajemnicą. Każdy z nas jest sam na świecie. Zamknięty jak w twierdzy, może porozumiewać się z bliźnimi jedynie za pomocą znaków, a znaki nie mają jednej wspólnej wartości, ich znaczenie jest niejasne i wątpliwe. Staramy się usilnie przekazać innym skarby swego serca, ale oni nie umieją ich przyjąć; idziemy, więc samotni obok siebie, lecz nie razem, niezdolni poznać innych ludzi i nieznani przez innych. Jesteśmy często jak ludzie żyjący w obcym kraju, którego językiem władają tak słabo, że choć mają do powiedzenia rzeczy piękne i głębokie, skazani są na banały z samouczka. W mózgu ich kłębi się wir myśli, a umieją jedynie powiedzieć, że „parasolka ciotki ogrodnika znajduje się w domu”. Zdaje mi się, że w wysiłkach Stricklanda kryje się wyjaśnienie tego, co wstrząsa czytelnikiem podczas czytania tej książki. Dla Stricklanda i dla Gauguin barwy i kształty miały znaczenie zupełnie szczególne. Gnębiła ich przemożna konieczność wyrażania tego, co czuli; malowali swoje obrazy w tym jednym celu. Nie wahali się upraszczać lub zniekształcać, jeśli mogli tym sposobem zbliżyć się do tej nieznanej rzeczy, której poszukiwali. Fakty nie miały dla nich znaczenia, bo pod masą nieistotnych wydarzeń szukali czegoś, co tylko dla nich było ważne. Tak jakby ujrzeli duszę wszechświata i byli zmuszeni jakoś ją wyrazić.

            Szczególnie sprytny w tej książce jest sposób powstrzymywania czytelnika przed poznaniem obrazów Stricklanda. Minie już ponad połowa powieści, zanim narrator przedstawi czytelnikowi niektóre z nich - a potem, w zaskakująco nieoczekiwany sposób powie: „Byłem gorzko rozczarowany... moje pierwsze wrażenie było takie, że mógł je namalować pijany taksówkarz”. W rzeczywistości nie otrzymujemy właściwego opisu twórczości Stricklanda aż do samego końca historii, do jego śmierci, kiedy narrator i reszta świata z opóźnieniem poznają geniusz malarza (jak zresztą było w przypadku Gaugin czy Van Gogha). Postać Stricklanda przypomina historię Doriana Graya Oscara Wilde’a, życie Stricklanda kończy się zachorowaniem na trąd, jako oznaką zniszczenia jego duszy. Podobnie jak piękny Dorian, który z lęku przed zniszczeniem siebie i swojego portretu doprowadza do samobójstwa wielu swoich wielbicieli, tak Strickland rujnuje życie wielu osób nim umrze wraz ze swoim talentem.





           

15 października 2019

Księgi Jakubowe


„Księgi Jakubowe”


Olga Tokarczuk



Autorka/ (ur. 29 stycznia 1962 w Sulechowie) – polska pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholog; laureatka The Man Booker International Prize 2018 za powieść „Bieguni” oraz dwukrotna laureatka Nagrody Literackiej „Nike” za powieści: „Bieguni (2008) i „Księgi Jakubowe (2015). Laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018.

Tematyka/ Tokarczuk tworzy imponującą powieść historyczną. Nie ukrywa jednak, że na przeszłość patrzy okiem pisarki współczesnej, której leżą na sercu między innymi problem feminizmu czy praw zwierząt. Z poetki Ewy Drużbackiej czyni na przykład godną polemistkę księdza Chmielowskiego. W sporze z duchownym o to, czy w piśmie lepiej posługiwać się polszczyzną, czy łaciną, Drużbacka argumentuje, że „damy na przykład rzadko mówią po łacinie, bo w niej kształcone nie były”. Brawurowo nakreśloną postacią kobiecą jest starowina Jenta, która połknąwszy magiczny talizman, nie może umrzeć. Egzystując na granicy świata żywych i umarłych, ogarnia wzrokiem całość wydarzeń, które inni mogą widzieć tylko w ułamkach. Niektórzy będą narzekać, że „Księgi Jakubowe” mogłyby być o kilkaset stron krótsze, że przedziera się przez nie długo i mozolnie. Tokarczuk chciała jednak, by jej powieść wchłonęła czytelnika, wprowadziła go w trans. Bez wątpienia to fantastyczna powieść. Wierzę, że za parę lat zajmie wysoką pozycję w rankingu dekady oraz stanie się nową „Trylogią” narodową.

Główny motyw/ Rok 1752. Do Rohatyna na Podolu przybywają kasztelanowa Katarzyna Kossakowska i towarzysząca jej poetka Elżbieta Drużbacka. Jednym z gości na powitalnej kolacji jest miejscowy proboszcz Benedykt Chmielowski, autor pierwszej polskiej encyklopedii. Ksiądz i poetka, osoby rozmiłowane w księgach, szybko znajdują wspólny język – rozpoczynają rozmowę, którą później kontynuować będą  w listach. Nieco później, także na Podolu, pojawia się młody, przystojny i charyzmatyczny Żyd - Jakub Lejbowicz Frank. Tajemniczy przybysz z odległej Smyrny zaczyna głosić idee, które szybko dzielą społeczność żydowską. Dla jednych heretyk, dla innych zbawca już niebawem ma wokół siebie krąg oddanych sobie uczniów, zaś wywołany przezeń ferment może odmienić bieg historii. Historia Jakuba Franka w jakiejś mierze okazuje się przecież opowieścią o heretyckim pragnieniu piękna i wyrwania się z rygoru sprofanowanej codzienności. U podłoża opisywanych przez Tokarczuk narodzin frankizmu tkwi przecież gnostycka wizja mrocznego świata będącego dziełem kapryśnego demiurga i Boga, który stworzywszy cierpienie na Ziemi, sam musiał nosić w sobie cząstkę zła.



 Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Tak, bieda nie ma ani wiary, ani narodowości”.

„A sprawa ksiąg to też poniekąd sprawa higieny”.

„Gdyby ludzie czytali te same książki, żyliby w tym samym świecie, tymczasem żyją w innych (…)”.

„Bóg stworzył człowieka z oczami z przodu, a nie z tyłu głowy, co znaczy, że człowiek ma się zajmować tym, co będzie, a nie tym, co było”.

„Poród, menstruacja, wojna, bójka, zajazd, napad, pogrom- o tym przypomina krew, nieustannie będąc w gotowości tuż pod skórą”.

„Grzechy zapisują się, bowiem na ludzkim ciele jak na pergaminie. Niewiele różni się ten pergamin u poszczególnych ludzi, a i grzechy są zdumiewająco podobne”.

„Trudno pilnować przepisów, gdy się jest głodnym”.

„Tajemnica zła jest jedyną, której Bóg nie każe nam brać na wiarę, lecz przemyśleć”.

„Wolę raczej grzeszną ludzkość niż świat bez ludzi”.

„Zrozumiałem wtedy, że życie ludzkie składa się z cierpienia, że to jest właściwa substancja świata”.

„Świat wcale nie pochodzi od dobrego Boga. Bóg stworzył to wszystko przez przypadek i odszedł”.

„Każde miejsce ma dwie postaci, każde miejsce jest podwójne. To, co wzniosłe, jest jednocześnie upadłe. To, co miłosierne, jest jednocześnie podłe. W największej ciemności tkwi iskra najpotężniejszego światła,
i odwrotnie: tam gdzie panuje wszechobecna jasność, nasienie ciemności kryje się w pestce światła. Mesjasz jest naszym sobowtórem, naszą doskonałą wersją- tacy bylibyśmy gdyby nie nasz upadek”.

„Dziwne to zbawienie, którego nie widać”.

„Czymże jest życie, jak nie tańcem na grobach?”.

„Tak to jest, że nam nasi rodzice przypominają to, czego w sobie najbardziej nie lubimy (…)”.

„Mesjasz więc to ktoś taki, kto nigdy nie przychodzi. Na tym to polega”.

„Grzech się wzmacnia, gdy się o nim myśli (…)”.

„W Zoharze mówi się: wszystkie niewiasty na ziemi tkwią w tajemnicy Szechiny”.

„(…) ludzie mają potężną potrzebę, żeby czuć się lepszymi od innych. Nieważne, kim są, muszą mieć kogoś, kto byłby gorszy od nich”.

„Czy da się opisać nasze życie poza faktami, opierając się jeno na tym, co widzimy i czujemy, na drobnostkach, na uczuciach?”.

„Tak to jest, że jedna rzecz dwu osobom wydaje się inna. Co innego myśli porzucony i porzucający. Co innego ten, kto posiada, i ten, kto jest posiadany. Ten, kto syty, i ten, kto głodny. Bogata córka szlachcica marzy o mopsiku z Paryża, a biedna córka chłopa- żeby gęś mieć na mięso i pierze”.

„Jak myślisz, że jesteś zdolny niszczyć, pomyśl i o tym, że jesteś zdolny odbudować”.

„Są rzeczy zewnętrzne i wewnętrzne”.

„Dobrze to jest pomyślane. Dziecko jest matki, a więc i jej męża. To najlepszy wynalazek ludzkości. W ten sposób tylko kobiety mają dostęp do prawdy, która podnieca tak wielu”.

„Granice niezbawionego świata zbudowane są z zakazów”.

„Największą moc mają jednak nie czyny cielesne, lecz te, które wiążą się ze słowem, świat bowiem został stworzony ze słowa i jego fundamenty są ze słów”.

„(…) cztery rzeczy osłabiają człowieka: głód, podróże, post i władza”.

„W Polsce obce jest zawsze bardziej atrakcyjne niż własne (…)”.

„A zazwyczaj tak bywa, że gdzie więzi są bardzo mocne, tam jest również szczelina na bunt”.

„Najlepiej jest pytać ludzi prostych, niewykształconych- wtedy widzi się cały system pozbawiony sofistycznych ozdób, wiara zaś chrześcijańska nabyta niedawno okazuje się tylko cienką warstwą, jak lukier na ciastku”.

„(…) wyjście z niewoli wymaga tragicznych poświęceń”.

„W rzeczywistości najbogatsi jesteśmy w momencie swego urodzenia, potem już tylko tracimy”.

„Nam się często wydaje, że Polska to my. Ale Polska to i oni. Bo choć ten chłop, coś to go niedawno wychłostać raczył, nie wie wcale, że i on do Rzeczypospolitej należy, ani ten Żyd, co ci interesy prowadzi, tego nie wie, a może nawet by się do tego przyznać nie chciał… to przecież my na jednym wozie jedziemy i o siebie powinniśmy się troszczyć, nie zaś wyrywać sobie z gęby ochłapy jak jakieś psy wrogie”.

„Prawdą jest, że święci ludzie nie mają wieku, rodzą się od razu starzy”.

„Świat dziecka jest dowodem na to, że nie ma Boga dobrego. Bo jakże mógłby być, skoro niszczy to, co najdroższe: czyjeś życie”

„(…) ale jak to bywa z zakazami, kruszeją one z czasem i pod wpływem wielkiej hojności”.

„Wojna to jest takie pomieszanie jarmarku i nocnego koszmaru”.

„Napisane jest, że trzy rzeczy przychodzą, kiedy się o nich nie myśli: Mesjasz, odnalezienie zguby i skorpion”.

„Jeżeli maszyna jest w stanie robić to co człowiek, a nawet człowieka przewyższyć, to kim jest człowiek?!”.



              Lekarz Aszer Rubin, żydowski intelektualista w pierwszym pokoleniu, w latach 50. XVII w., dowiaduje się we Lwowie o wielkim trzęsieniu ziemi w Lizbonie, które pochłonęło ok. 30 tysięcy ofiar. Katastrofa, do której doszło w dzień Wszystkich Świętych wstrząsnęła umysłami współczesnych i na nowo rozpaliła spory o teodyceę, czyli możliwość pogodzenia istnienia dobrego Boga z empirycznym doświadczeniem zła, cierpienia i śmierci. Wolter, jeden z głównych ojców rewolucji francuskiej, podjął ten wątek w „Kandydzie”. Jednocześnie doświadczenie zła jest szczególnie problematyczne właśnie dla kogoś, kto akceptuje teistyczną przesłankę o istnieniu Boga. Już Epikur postawił pytanie, czy wobec doświadczenia zła teiści powinni przyjąć, że Bóg nie jest doskonale dobry i nie chce eliminować zła, czy też, że Bóg nie jest wszechmocny i nie jest w stanie tego uczynić? Ta nadchodząca z daleka wieść na marginesie monumentalnej powieści Olgi Tokarczuk pojawia się nie bez przyczyny: frankizm, czyli religijna sekta, której historia jest jej zasadniczym tematem, to odpowiedź na podłą sytuację Żydów w Rzeczypospolitej Obojga Narodów - oddzielonych nieprzeniknionym murem od reszty społeczeństwa, a niekiedy torturowanych, mordowanych i oskarżanych o „mordy rytualne” - wychylonym w przyszłość utopijnym preoświeceniowym projektem społecznym zapowiadającym demokratyczne społeczeństwo przyszłości, ale również mistyczną religią tłumaczącą, dlaczego doświadczamy nieobecności Boga.

            W Polsce nazwisko Jakuba Franka kojarzone jest – niestety -  głównie, jako przypis do biografii Adama Mickiewicza w kontekście sporu o żydowskie pochodzenie jego matki, która jakoby miała być frankistką. W kapitalnym fragmencie pod koniec powieści Olga Tokarczuk robi do tego stosowną aluzję: schorowany Frank w ostatnich chwilach istnienia I Rzeczypospolitej tłumaczy, że ubiera się po turecku, bo stare podanie głosi, że „przyjdzie ktoś z matki obcej, kto kraj naprawi”. Po czym wraz ze zwolennikami intonuje piosenkę do złudzenia przypominającą fragment „Wielkiej Improwizacji”. Ale Tokarczuk robi wszystko, by w historii Franka dostrzec obcość, nie podobieństwo. Relacjonuje jego życiową odyseję - z przystankami w Salonikach, Smyrnie, Rohatynie, Warszawie, Częstochowie, na Morawach i w Wiedniu cesarzowej Marii Teresy - w całym jej skomplikowaniu, dziwności, a niekiedy drastyczności.

            Wyciągnięta z lamusa historii przez książkę Olgi Tokarczuk postać Jakuba Franka to jeden z najbardziej niezwykłych fenomenów polskiej historii - a raczej jej heterodoksyjnej wersji. A jednak pozornie egzotyczna postać Franka i losy idei, którą stworzył, są o wiele ściślej związane z oficjalną historią polskiej kultury - z Mickiewiczem i Krasińskim, jako jej głównymi aktorami - niż mogłoby się wydawać. Konsekwencje fermentu, który wzniecił żydowski „mesjasz” ponad 250 lat temu, możemy obserwować nawet dzisiaj. Kim był Jakub Frank? Twórcą jednej z najbardziej niezwykłych herezji w dziejach świata? Mesjaszem? Wcielonym bogiem? Czy raczej - jak chce Adam Lipszyc – „wcieleniem hucpy"? Jako charyzmatyczny przywódca Frank pociągnął za sobą rzeszę Żydów z Podola, dla których był oczekiwanym „mesjaszem”. Doprowadził do jednej z największych fal konwersji w dziejach Polski, ale stworzył też wyłom w historii judaizmu. A może był raczej nihilistą, który dla osiągnięcia swoich celów gotów był podeptać zasady swojej religii, a nawet rzucić największe oszczerstwo przeciwko własnemu narodowi, cynicznie narażając go na prześladowania. A więc kim był Jakub Frank?

            Katolicyzm nigdy nie był dla Franka celem samym w sobie, ale jedynie częścią duchowej drogi zainspirowanej przez XVII-wiecznego żydowskiego heretyka Sabataja Cwiego, w myśl, której odrzucenie Talmudu i konwersja (najpierw na islam, potem na katolicyzm) miały prowadzić do wewnętrznej przemiany, a w konsekwencji - do uwolnienia tkwiącej w świecie boskości. Frank w momencie przybycia do Polski dopiero uczył się języka polskiego (wcześniej posługiwał się typowym dla Żydów sefardyjskich ladino), frankiści, dążąc do realizacji swego planu wyjścia ze sztetla do świata, prowadzili ostrą walkę z żydowskimi ortodoksami, uciekając się nawet do wykorzystania „legend o krwi”, a sam Jakub od pewnego momentu uważał się za autentycznego „Mesjasza”.  

Jednym z najbardziej bulwersujących - i brzemiennych w konsekwencje - momentów na drodze Jakuba Franka do Ezawa były wydarzenia, do jakich doszło podczas tzw. dysputy kamienieckiej, czyli publicznego sporu, do jakiego doszło między zwolennikami judaistycznej ortodoksji a mesjanistami z sekty Franka w 1757 r. w Kamieńcu Podolskim. To wtedy Sabbatajczycy (przyszli frankiści, zwani też przy tej okazji kontratalmudystami) po raz pierwszy publicznie oskarżyli ortodoksów o „mord rytualny”. W wydanej już po dyspucie broszurce wyliczyli szczegółowo, w jakie święta rabini nakazują używać krwi chrześcijańskiej, w jakie hańbić hostię i święte obrazy. Ujawnieni Sabbatajczycy byli zdecydowani na wszystko, byle tylko rozstrzygnąć walkę na swoją korzyść - konkluduje Jan Doktór. I byli bliscy zwycięstwa. „Decyzja sądu, by przedstawić sejmowi do rozważenia, czy należy w ogóle w Rzeczpospolitej tolerować talmudystów, których nauka obraża wiarę i władzę, brzmiała niemal jak podzwonne dla rabinicznego judaizmu w Polsce" - pisze Doktór.  Na rynku kamienieckim płonął Talmud i tylko rychła śmierć protektora Sabbatajczyków biskupa Dembowskiego zatrzymała falę prześladowań ortodoksów. Kwestia mordu rytualnego powróciła podczas Dysputy lwowskiej w 1759 roku, w jej wyniku doszło do chrztu zwolenników Franka i protekcja Kościoła. Ceną za to zwycięstwo było cyniczne oskarżenie współbraci o „mord rytualny” i narażenie ich na realne prześladowania. Frankiści na zawsze opuścili łono judaizmu - powrotu nie było, wszystkie mosty za sobą spalili.  

Frank przybywa (wraca!) do Polski pod koniec 1755 roku namówiony do tego przez sabbatajczyków z Podola, gdzie ruch mesjanistyczny był szczególnie silny - w swoim apogeum związanym z objawieniem się Sabataja Cwi w poł. XVII w. wielu Żydów porzucało swoje zajęcia. Pisano o nich, że całymi dniami siedzieli w bożnicach śpiewając pieśni na cześć Zbawcy. Frank mógł więc tu liczyć na wielu zwolenników, a możliwe, że od początku wierzył, że odegra tu rolę mesjasza lub chociaż Pseudo-Sabbataja. Podobno w Smyrnie kilkakrotnie słyszy głosy, wzywające go do udania się do Polski i pociągnięcia tam ludzi do wiary chrześcijańskiej [chodzi o Żydów]. Potem powie też, że do Polski wezwał go sam Jezus (zresztą po przybyciu do Polski za Jezusa Parakleta zaczął się uważać). Frank uważał, że aby mogły się spełnić losy świata lud Izraela musi wstąpić na nową drogę, którą nazywał „chodem do Ezawa”. Biblijny Ezaw był bratem Jakuba (Gen 33: 14). Jakub obiecał odwiedzić brata w Seir, ale Pismo nie wspomina nic o tym, żeby do niego dotarł. Droga była zbyt trudna. Według Franka - jak tłumaczy Gershom Scholem - teraz nadszedł czas, żeby wejść na tę drogę. Miała ona prowadzić do „prawdziwego życia" - centralnej idei, która w systemie Franka nierozerwalnie wiąże się z wolnością i wyzwoleniem z wszelkich doczesnych zasad. Według Scholema, była to też droga do konsekwentnej religijnej anarchii. Ezaw (a także Edom - synonim Rzymu i chrześcijaństwa) - według tego badacza - to w systemie Franka nieujarzmiony strumień życia, będący wyzwoleniem spod ograniczeń wszelkiego prawa. Jedną z głównych zasad głoszonych przez Franka było wszak zanegowanie obowiązującego prawa, z Prawem Tory na czele, a część jego działalności polegała na jawnym deptaniu tradycyjnego talmudycznego prawa (halachy). Przejaw takiego nieskrępowanego żadnym prawem życia można zobaczyć w swobodzie seksualnej, jaką wyznawali członkowie sekty Franka, a także w słynnym antynomistycznym obrzędzie w Lanckoronie, od którego zaczyna się triumfalny pochód frankizmu przez Polskę. Podczas obrzędu wyznawcy Franka zebrani w prywatnym domu tańczyli wokół nagiej kobiety, która - według jednej z interpretacji - zastępowała Torę.

            W ramach katolickiej ortodoksji nie mieściła się też etyka seksualna i ekonomiczna grupy przypominającej hipisowską wspólnotę ciał i własności. „Im dalej w las” tym bardziej w sekcie brał górę syndrom „oblężonej twierdzy”, tym więcej było w niej przemocy seksualnej i samej seksualnej rozwiązłości, tym mocniejsze stawały się skłonności dyktatorskie Franka, a on sam coraz bardziej przypominał szalonego guru. Pokazując wspólnotę religijną w momencie jej powstawania, Olga Tokarczuk nie pozostawia nam złudzeń: nie ma religii bez przemocy. Krążyła plotka, że frankiści to odradzająca się na nowo sekta adamitów[1].

            Autorka umiejętnie ukazuje czytelnikom ukrytą prawdę - to wielka dziejowa nieświadomość, w której zawiera się stłumiony gniew i rozpacz, w której dominuje wieczne niezadowolenie ze świata i jego porządków jest motorem dziejowych rozgrywek. Bohaterowie w książce Tokarczuk nieustannie kontestują stworzenie, tropią jego absurd i bezsens. Wątpią. Nie godzą się. Stawiają pytania. Buntują. Ta stłumiona totalna alternatywa od czasu do czasu wyrywa się na światło dzienne i nęka bohaterów „Ksiąg Jakubowych”. Alfred North Whitehead angielski filozof, matematyk i fizyk mówił, że religia to najgłębszy rodzaj lojalności wobec świata. Herezja zaś to najgłębszy rodzaj kontestacji. Każda herezja niesie ze sobą jakąś ideę zmiany świata. W herezji nie jest niebezpieczne to, że Boga rozumie się w jakiś inny sposób; jej niebezpieczeństwo właściwie nie ma nic wspólnego z teologią. Chodzi raczej o to, że zmiana postrzegania porządku religijnego jest jednocześnie zakwestionowaniem całego ludzkiego porządku, podważaniem oczywistości obowiązujących praw, dlatego tak często prowadzi do rebelii. Herezja frankistowska była głęboko umiejscowiona w tradycji żydowskiego gnostycyzmu, lecz nieobce były jej także elementy chrześcijańskie. Gnoza jest starsza niż chrześcijaństwo i być może wykracza także poza judaizm. To specyficzny stan religijnego umysłu, który z gruntu podważa dobre samopoczucie człowieka w świecie, ukazuje świat, jako wrogi i nieludzki lub - w najlepszym przypadku - obojętny. Gnostycyzm to mocny, mroczny akord, który towarzyszy w dziejach jasnym i pogodnym trelom oficjalnych religii, w których Bóg jest dobry i wynagradza dobre uczynki. Umysł heterodoksyjny to umysł niespokojny i poszukujący, przypominający umysł neurotyka.

            Olga Tokarczuk napisała „rasową” powieść historyczną, zacierając granice między historycznymi źródłami: listami, dokumentami, pamiętnikami a zmyśleniem. W tym wielogłosowym montażu ucieleśnione zostają większe i mniejsze postaci historyczne epoki - biskupi upatrujący w konwersji Jakuba Franka polityczny interes, potężna protektorka Franka Katarzyna Kossakowska, jej krewny, sturczony szlachcic i późniejszy sekretarz króla Stanisława Antoni Moliwda, konfesyjna poetka Elżbieta Drużbacka czy autor pierwszej polskiej encyklopedii ksiądz Benedykt Chmielowski. Uprzywilejowaną pozycję w tym narracyjnym wielogłosie mają przyboczny Franka Nachman z Buska, którego zabarwiona homoerotycznie miłość do przywódcy owocuje pełną empatii perspektywą, oraz Jenta, babka Franka, która za sprawą tajemniczego amuletu nie umiera do końca i patrzy z góry na ludzkie sprawy, a zarazem dostarcza przejmującego holocaustowego epilogu całej historii.  

            Tokarczuk pokazuje Kresy Rzeczpospolitej zupełnie z innej strony niż kiedyś przedstawił je Sienkiewicz, u którego wszyscy bohaterowie mówią po polsku, u Tokarczuk jest scena, gdy jedna z bohaterek zjawia się na targu rohatyńskim, szuka pomocy, próbuje kogoś zapytać i widzi, że nie jest rozumiana. Krzyczy wtedy z taką wściekłością: „Czy ktoś tu mówi po polsku”? Niby to jedno królestwo, ta sama Rzeczypospolita, ale tutaj na Podolu jakaś zupełnie inna niż w Wielkopolsce. Tu dziko, twarze obce, egzotyczne, ubiory komiczne, jakieś strzępiące się sukmany, jakieś czapy futrzane i turbany, bose stopy. Obraz baroku, który wyłania się z „Ksiąg Jakubowych”, jest barwny i niepokojący. Inaczej niż u opowiadającego o tych samych czasach Sienkiewicza nie ma żadnego narodu polskiego, lecz jedynie prowadzący swe wielkie gry arystokraci i biskupi. Lud żyje w niewolniczym upodleniu a antysemityzm prowadzi do pogromów. Jasna Góra kilka lat po zakończeniu akcji „Potopu” staje się na skutek uwięzienia tu Franka sercem herezji, a słynna ikona Matki Boskiej nagle okazuje się kabalistycznym symbolem. Biskup Sołtyk - nałogowy karciarz, któremu narastają długi, wzywa Boga, żeby go uchronił przed skandalem. Domaga się współdziałania, wszak on i Bóg walczą w jednej drużynie. Zastawił insygnia biskupie, by spłacić długi u Żydów żytomierskich. Biskup, jako że gotówki z kart nie odzyskał, miał zamiar te insygnia w jakiś sposób odebrać. Dlatego był gotów zrobić wszystko, by insygnia znowu wróciły do domu biskupiego. Albo naśle na nich zbrojnych albo oskarży ich o „mord rytualny”. Polska tamtego okresu to kraj, gdzie wolność religijna i nienawiść religijna w równym się stopniu spotykały. Z jednej strony Żydzi mogli tu praktykować swoją religię jak chcieli, mieli swoje swobody i własne sądownictwo. Z drugiej zaś nienawiść do nich była tak wielka, że samo słowo „Żyd” było w poniewierce i dobrzy chrześcijanie używali go, jako przekleństwa.

            Największym osiągnięcie Olgi Tokarczuk polega na tym, że inaczej niż Sienkiewicz opisała Historię, którą tworzą małe wydarzenia, pojedyncze ludzkie czasy, ludzkie ciała, ich przemijanie, ich choroby, ich miłości. Historię tworzy życie codzienne, przedmioty, czynności, o których już niewiele wiemy, bo ta wielka Historia tego po prostu nie zapisuje. Ale to jest przecież istotą życia. W swojej powieści autorka porusza właściwie wszelkie możliwe kwestie społeczne: klasową, kobiecą, homoseksualności, oczywiście antysemityzmu… Ale pojawia też antykoncepcja, wegetarianizm, niskie czytelnictwo w Polsce, fatalne drogi, a nawet – uwaga! – kwestia plagiatu. Trudno by było pominąć w tej opowieści kwestię niewolnictwa chłopów, pańszczyzna była tak wszechobecna, że wydawała się naturalna i przyrodzona.

            W całej książce, rozwija się mroczna refleksja: świat jest zły, nieprzewidywalny, człowiek jest weń wrzucony. Bóg jest albo idiotą albo jakimś złym demiurgiem, który bawi się światem. Z tej przestrzeni Bóg zniknął. Słowo „znikać” pochodzi od rdzenia „elem”, a miejsce zniknięcia nazywa się „olam”- świat. Więc nawet w nazwie świata mieści się historia zniknięcia Boga.  Świat mógł powstać tylko, dlatego, że Bóg go opuścił. Świat jest jego brakiem. „Księgi Jakubowe” to nie tylko powieść o przeszłości. Można ją czytać również jako refleksyjne, momentami mistyczne dzieło o samej historii, jej zakrętach i trybach, które decydują o losach całych narodów. To właśnie w połowie XVIII wieku, u progu Oświecenia i przed rozbiorami, wybitna pisarka poszukuje odpowiedzi na pytania o dzisiejszy kształt naszej części Europy. Można pokusić się o stwierdzenie, że człowiek jest jedynie wypadkową warunków, w których przyszło mu żyć, że scena historii znajduje się w systemach społecznych, które wiążą nas wszystkich i które znajdują się w „królestwie konieczności”. Jesteśmy aktorami na scenie historii, marionetkami poruszanymi przez nitki determinizmu historycznego.

           







[1] Adamici, miała to być sekta, powstała w II w. na łonie gnostycyzmu, ale jej oddzielne istnienie nie jest dostatecznie udowodnione. Jako założyciela tej sekty wymieniają Prodikusa, syna Karpokratesa, w r. 120, i że ich nazwa pochodziła od pierwszego ojca rodu ludzkiego dla tego, że słuchali oni nabożeństwa nago, a wedle innych dla tego, że Adama czcili, jako jednego z eonów (ob. Eon). Najstraszniejsza rozpusta była u nich uprawniona.

14 września 2019

Odkrycie nieba


„Odkrycie nieba”


Harry Mulisch




Autor/ (ur. 29 lipca 1927 w Haarlemie, zm. 30 października 2010 r. w Amsterdamie) – holenderski pisarz. Wraz z W.F. HYPERLINK "https://pl.wikipedia.org/wiki/Willem_Frederik_Hermans"Hermansem oraz G. HYPERLINK "https://pl.wikipedia.org/wiki/Gerard_Reve"Reve zaliczany do „wielkiej trójki” najważniejszych pisarzy współczesnej literatury niderlandzkiej. Jego książki były tłumaczone na 26 języków. Światową sławę przyniosły mu „Zamach i „Odkrycie nieba.

Tłumaczenie/ Ryszard Turczyn

Tematyka/ Książka „Odkrycie nieba” Mulischa stanowi mozaikę dramatów XX wieku. Autor niczym genialny kompozytor tworzy wariacje na temat przyjaźni, wierności, rodziny, sztuki, historii, postępu technologicznego, religii, przeznaczenia oraz dobra i zła. Jego książka - barwna i wciągająca, napisana z epickim rozmachem to tak naprawdę powieść filozoficzna - jest jednym z najgłośniejszych osiągnięć powojennej literatury europejskiej.

Główny motyw/ Pierwszy motyw - Holandia, rok 1967. Pewnej mroźnej nocy Maks - genialny astronom, a przy tym ekstrawagancki kobieciarz - zabiera autostopowicza. Jest nim Onno - roztargniony filolog, piekielnie inteligentny mizantrop. Mimo różnic charakteru zostają przyjaciółmi. Szybko okazuje się, że łączy ich ta sama data poczęcia, a wkrótce także miłość do jednej kobiety - pięknej wiolonczelistki Ady. Drugi motyw - Bóg niezadowolony z tego, co się dzieje na Ziemi chce ukarać ludzi odbierając im tablice z dziesięciorgiem przykazań. Misję powierza aniołom. Jeden z nich musi odnaleźć na Ziemi odpowiednich rodziców dla wysłannika, który pomoże wypełnić wolę boską. Ponaglany anioł musi się pośpieszyć. Dostaje 17 ludzkich lat i 9 miesięcy na wykonanie zadania, ale ma problem: pożądane geny mogą dać dwaj mężczyźni i jedna kobieta. Wybrańcy poznają się 13 sierpnia 1967 roku, a po 9 miesiącach trafiają na wytypowaną kobietę...

  Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Wiadomo, że na Ziemi każdy bierze ślub nie z tym, co trzeba (…)”.

„Wydaje się, że to takie łatwe wpływać na naturalny bieg rzeczy, ale rzeczywistość jest zupełnie jak woda: wprawdzie płynna i ruchoma, ale tylko z najwyższym trudem daje się ją ścisnąć. Kiedy człowiekowi bardzo na niej zależy, staje się twarda jak skała, w którą uderzył Mojżesz, by trysnęło źródło”.

„Są rzeczy, których człowiek nie jest się w stanie nauczyć”.

„(…) każdy człowiek jest wprawdzie wyjątkowy i odkrywa to dopiero  wówczas, kiedy ktoś się w nim zakocha albo kiedy nikt nie chce się
w nim zakochać- lecz nawet nadzwyczajne okoliczności mogą wydać się oczywiste, po prostu dlatego, że są, jakie są”.

„Świadomość wyjątkowości też pojawia się dopiero wówczas, kiedy inni zaczynają nas uważać za wyjątkowych. Nawet królewicz dopiero
z czasem uświadamia sobie, że nie dla każdego, kto obchodzi urodziny
w całym kraju wciąga się flagi na maszt”.

„Rozmowa o śmierci jest zwykłą stratą czasu. Dopóki żyjesz, nie jesteś martwy, a jak już nie będziesz żył, to jesteś martwy tylko dla innych”.

„(…) katolicy nigdy nie czytają Biblii, często nawet nie mają jej w domu, są pod tym względem analfabetami. Obrazki i ryciny, to wszystko, co potrafią zrozumieć”.

„Ludzka natura jest do tego stopnia konserwatywna, że przyszedłszy do kogoś, zawsze siądziemy na tym samym miejscu, na którym siedzieliśmy za pierwszym razem”.

„Pytanie jest zbyt dobre, żeby je psuć jakąś odpowiedzią”.

„Profesorowie byli jego zdaniem kimś w rodzaju instruktorów pływania - a czy ktoś widział kiedyś instruktora pływania w wodzie? Czegoś takiego nikt nigdy nie widział, bo instruktorzy pływania w ogóle nie umieją pływać, oni umieją tylko gadać o pływaniu”.

„Może jest tak, że w życiu człowiek dokonuje tylko jednego odkrycia?”.

„Hmmm, wiesz, co powiedział Napoleon? Że wszystkie wojny, jakie prowadzi, to drobiazg w porównaniu z wojną , jaka wybuchnie kiedyś między mężczyznami a kobietami”.

„Wariactwo jest uciążliwe”.

„(…) cała materia, z jakiej stworzone jest jej ciało, narodziła się
w gwiazdach (…)”.

„Człowiek został stworzony na ogrodnika!”.

„Mężczyzna rozdziewiczający kobietę zajmuje w jej życiu miejsce porównywalne z miejscem lekarza, który pomagał jej przyjść na świat, albo tego, który będzie jej asystował w godzinie śmierci”.

„Wieczny odpoczynek i tak kiedyś nadejdzie- nie muszę go więc teraz szukać”.

„Polityki można się nauczyć tylko tocząc walki o przetrwanie z braćmi
i siostrami. Jeśli nie przeszedłeś szkoły intrygi, oszustwa oraz zastraszania nic z tego nie będzie. Ja mam zatem świetne kwalifikacje, ty zaś jesteś jedynakiem, nigdy nie musiałeś walczyć o względy rodziców”.

„Skoro była to ziemska filia piekła [Auschwitz-Birkenau], to gdzie
w takim razie jest filia nieba? Nie było takiego miejsca, bo istniało tylko piekło, a nieba nie ma”.

„W polityce trzeba używać takiej broni, jaka jest akurat pod ręką, podobnie jak w miłości”.

„Każdy umiera swoją własną śmiercią”.

„Jak dla mnie, to ten świat w ogóle nie działa na żadnych zasadach, tak jak trudno dopatrzyć się jakiejś zasady w zawartości kosza na śmieci. Moim zdaniem świat- przynajmniej ziemski- jest jednym wielkim improwizowanym chaosem, który  z kompletnie niezrozumiałych powodów nadal jakoś tam działa. Właściwie człowiek zupełnie nie pasuje do wszechświata, ale skoro jednak pomimo to istnieje, to znaczy, że pod pewnymi względami wszystko jest możliwe”.

„Być może w ogóle szczęścia można zaznać tylko przez lustro wspomnień”.

„Piękno na tym świecie nie znało granic, tak samo zresztą jak okrucieństwo”.

„Skoro śmierć stanowi część życia, to czyż życie nie jest częścią śmierci?”.

„Do sytuacji nadzwyczajnych rzeczywiście zawsze najlepiej podchodzić praktycznie”.

„(…) bo wszystko zawsze zmienia się tylko na gorsze”.

„Nigdy nie wiadomo, jakie kto naprawdę prowadzi życie”.

„(…) życie jest jak pogoda i w każdej chwili może się zmienić”.

„Lepiej być człowiekiem szczęśliwym niż wielkim geniuszem”.

„Z każdą nową zdobyczą techniki ludzkie życie automatycznie traci sens”.

„(…) ktoś, kto mówi o czasie, zawsze niejako mówi o śmierci”.

„Sny podtrzymują ten świat”.

„(…) ukryte strony mężczyzny ujawniają się w osobie jego żony, a ukryte strony kobiety w osobie jej męża”.

„(…) wszystko, co nie dzieje się w danym momencie, ma charakter snu”.

„Czasami sobie człowiek zadaje pytanie, czy ludzie w ogóle wiedzą, na jakim świecie żyją?”.

„Właściwe mechanizmy ucisku znajdują się nie poza człowiekiem, lecz
w nim samym (…)”.

„W polityce wszystko obraca się wokół słów, to budzący odrazę świat słów”.

„Między kobietą a mężczyzną ma panować wyłącznie wzajemne niezrozumienie, tak żeby można je było potem niwelować w drodze cielesnego zespolenia”.

„(…) człowiek jest mniej więcej o tyle mniejszy od wszechświata, o ile najmniejsza cząsteczka jest mniejsza od człowieka”.

„Może to właśnie talent do śmiechu jest prawdziwym przejawem rozumu, bardziej niż zdolność do intelektualnego wysiłku”.

„Może tak naprawdę wszystko jest tylko kwestią słów? Niemcy nazywali ludobójstwo popełniane na Żydach >ostatecznym rozwiązaniem<”.

„Kto wie, może jeszcze nie wszystkie cuda na świecie miały już miejsce”.

„Jak zrozumieć człowieka z perspektywy zapłodnionego jajeczka?”.

„Ktoś, kto nie rozumie znaczenia słowa >sens<, powinien jak najdłużej pozostać w tej nieświadomości”.

„Czyżby było tak, że pierwotnie istnieją nie same rzeczy, tylko relacje między nimi? Czyżby miłość stwarzała zakochanych, a nie odwrotnie?”.

„Są takie rzeczy na świecie, od których lepiej trzymać się z daleka”.

„Skoro więc rzeczywistość może być snem, to i sen może okazać się rzeczywistością?”.

„Bóg i przemoc, tak tu już jest od czterech tysięcy lat”.

„(…) nie ma wielkiej różnicy między snem a czynem. Sny poety są jego czynami”.



              Czym był tekst wręczony Mojżeszowi przez Boga, Dekalog wyryty na kamiennych tablicach Prawa? Jest to traktat moralny, najprostszy i najbardziej naturalny ze wszystkich, które istnieją. Biblia przechowała go nam na dwóch ustępach: w dwudziestym rozdziale księgi „Wyjścia” i w piątym rozdziale księgi „Powtórzonego Prawa”; między jednym, a drugim istnieją pewne drobne różnice w wyrażeniach, ale nie ma żadnej rozbieżności: „Dziesięć jest przykazań nadanych ręką Bożą, jak człowiek ma dziesięć palców u obu rąk. Cztery przykazania określają obowiązki wobec Boga. A sześć przepisów określa wzajemne stosunki ludzi między sobą. Przedziwna prostota. Mały ten traktat zawiera w dziesięciu wierszach całą moralność naturalną; najwyższe formy cywilizacji ludzkiej w niczym jej nie udoskonaliły, a ramy jej rozszerzyć zdoła aż po wzniosłość jedynie Ten, który położył nacisk - o wiele silniejszy niż na te ścisłe przepisy- na prawo miłości, na prawo obejmujące wszystko w jednym słowie”, które zarecytował żyjący w czasach Jezusa rabin, wpływowy żydowski autorytet prawny Hillel: „Nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe. Oto cała Tora; reszta to tylko komentarz. Idź i ucz się”. A więc kto zachowuje czyste sumienie, pozostaje w łączności z Bogiem. Jest zrozumiałe, że Dekalog tak prosty, tak ludzki może być zbliżony do traktatów poruszających podobne zagadnienia. Wiemy, że Mezopotamia, i Egipt odegrały wielką rolę w ukształtowaniu się ludu Izraela. A Mojżesz, „wykształcony we wszystkich naukach egipskich” znał niewątpliwie dzieła zawierające mądrość starożytną.

            Tak mijały wieki, a człowiek mimo otrzymanego Prawa boskiego nadal był na Dekalog „ślepy i głuchy”. Czy to nie jest tak, że ostatecznie nic nie ma znaczenia? Że po umieszczeniu nad bramą obozu zagłady w Oświęcimiu słów: „Arbeit macht frei” wszystko jest możliwe i wszystko można robić, zważywszy na fakt, iż pewnego dnia nieodwołalnie zostanie to odsunięte na dalszy plan? Nawet w niebie wieczna błogość jest możliwa tylko dzięki łasce zbrodniczego zaniku pamięci. Wszystko zmarnowane na wieki wieków - nie tylko po Auschwitz, ale w tysiącach wcześniejszych i późniejszych zbrodniach, o których nikt już nie myśli. Po takich doświadczeniach jak Holocaust Czarnych w Ameryce, Holocaust Żydów w Europie czy Ormian, każdego, kto wierzy w Boga, patrzącego na ogromną pełną dziecięcych zabawek gablotę w muzeum w Oświęcimiu, należałoby postawić przed sądem - pod wysmołowaną na czarno ścianą straceń, którą można zobaczyć pod blokiem numer 11.

            Po wieki wieków powtarzać się będzie rozmowa na temat konieczności istnienia zła na świecie - centralnego problemu teodycei - na którym ludzkość od zawsze łamie sobie zęby. Ale cóż, ziarno trzeba najpierw obić cepami, zanim zmieni się w święty chleb. Dzisiaj służą już do tego raczej kombajny. To takie pojazdy szerokości czasem i sześciu metrów napędzane sześciocylindrowymi silnikami diesla, które suną po polach z wielką szybkością i młócą napotkane ziarna, często też oddzielając je od plew. Ale właśnie ta maszyna uosabia o wiele większe bardziej radykalne zło. Technologiczno-diabelskie zło, które nie jest w optymistycznej służbie Boga na tym najlepszym z możliwych światów, lecz na usługach Lucyfera.

            W książce „Odkrycie nieba” Harry Mulisch sugeruje, że ten łajdak Lucyfer doskonale to sobie wymyślił. Z każdym nowym wynalazkiem ludzie zaczęli odbierać aniołom kawałek ich wszechmocy i w ten sposób krok po kroku demonizowali własną rzeczywistość. Na mocy cyrografu zmienił ich w „wampiry” wysysające zło, a przy tym zaczęli buntować się przeciwko Prawu. Dzięki rakietom przemieszczali się szybciej niż wiatr, potem szybciej nawet od dźwięku, a któregoś dnia zbliżą się pewnie do prędkości światła, dzięki swej telewizji są już praktycznie niemal wszechobecni, potrafią widzieć w ciemnościach, potrafią zajrzeć do wnętrza człowieka bez rozcinania go. Dzięki komputerom posiadają totalitarny system sterowania i kontroli i za jego pomocą próbują wydrzeć Bogu palmę pierwszeństwa. Postrzegają już cząstki elementarne i wiedzą nawet, co się stało dziesięć do minus dwudziestej trzeciej sekundy po boskim stworzeniu i eksplozji światła. Jeśli zechcą, mogą nawet zniszczyć Ziemię. Bez urazy, ale ta zdolność jak dotąd była naprawdę tylko boskim przywilejem. Na razie zajmują się niszczeniem Ziemi w sposób niezamierzony i na wszelki wypadek spacerują już po Księżycu, jako trampolinie do reszty wszechświata. W całkiem niedługim czasie ludzie zabiorą się do czegoś zarezerwowanego wyłącznie dla aniołów: do tworzenia życia, jako przewagi dla jego masowego niszczenia. Najpierw wirus, potem bakteria, następnie robak, a pewnego pięknego dnia zaczną fabrykować ludzi na podobieństwo własnych twarzy - a te są często tak puste, jak twarze lalek: zamiast wyrazu twarzy mają rzeczy, jak choćby samochody. Tak więc z biegiem czasu ludzie sami staną się jak rzeczy. Co dwadzieścia lat podwaja się ludzka wiedza, zatem ludzie w roku 1985 wiedzieli i potrafili dwa razy więcej niż w roku 1973 i wraz z tym zbliżaniem się do wszechmocy możliwe, że będzie możliwe już wszystko. Wiedza i technologia to potęga - tak jest - nie tylko potęga dająca władzę nad naturą, ale także nad ludźmi i nad aniołami. Pamiętamy jeszcze tę serię pytań, którymi Bóg zasypał Hioba: Czy umie podnieść głos do chmur i czy umie bramą zamknąć morze? Nie, nie umiał tego wszystkiego. Umiał tylko Bóg, a teraz proszę, czegóż ten nasz „Hiob” już nie umie? Są tam rzeczy, które i dla Boga bywają całkiem nowe. Lucyfer zwyciężył - nie ma sensu się dłużej tego wypierać. Dzięki diabelskiemu posunięciu dzięki naukowcom okazał się silniejszy, bez dwóch zdań. W ciągu pięciu lat po śmierci Bacona Galileusz i Kartezjusz piszą swoje fundamentalne dzieła, „Dialog” i „Rozprawę o metodzie”; to wkroczenie w nowoczesność, co nieuchronnie zapoczątkowało drogę do Auschwitz i Hiroszimy oraz do odczytania kodu DNA. Stary Goethe przewidział taki bieg rzeczy, chociaż jeszcze grzecznie ze znakiem dodatnim: swojemu stuletniemu Faustowi każe skończyć, jako technokracie, który budując tamy i kanały, zwycięża morze, czyli ni mniej, ni więcej zmienia przyrodę w twór człowieka. Bo oto właśnie chodziło Lucyferowi od pierwszego dnia. Zadbał o to, żeby ludzie znajdowali szczęśliwość w rzeczach. Ludzie zaczęli budować maszyny i roboty. To współczesne centaury. Gryfony te właśnie urzeczywistnione bajeczne stwory będą jedynym, co ostatecznie zostanie. Ponieważ powstały kosztem przyrody, człowieka, aniołów i samego Boga. Z każdą nową zdobyczą techniki ludzkie życie automatycznie coraz bardziej traci sens. A nasz świat będzie na koniec zawierał już tylko samo triumfujące negativum skąpane w lodowatych płomieniach jego własnego piekła, z wieczną agonią. Już po wszystkim okaże się, że wszystko było na nic.

Jest to zapierająca dech w piersiach powieść. Odważna i wykraczająca poza zasięg i granice ludzkiego życia. Istnieje anioł, który jest namawiany przez innych aniołów, aby wpłynąć na życie wielu ludzi, aby odzyskać Kamienne Tablice Dziesięciu Przykazań, które Bóg dał Mojżeszowi na górze Synaj. Musi się urodzić specjalny posłaniec z niezbędnymi kwalifikacjami, aby móc wykonać tak trudne zadanie. Ten posłaniec narodzi się na ziemi zainicjowany serią wydarzeń, aby bohaterowie Onno i Max mogli się spotkać i zaprzyjaźnić na całe życie, aż pokochają tą samą kobietę Adę. Każdy z nich ma zupełnie inne pochodzenie: Onno urodził się w Holandii w wysoce konserwatywnej rodzinie politycznej, Max jest dzieckiem zarówno niemieckiego oficera, jak i Żydówki. Obaj mężczyźni urodzili się w 1933 roku, więc możemy zobaczyć, dlaczego ta kombinacja rodziców Maxa była bardzo niebezpieczna w latach przedwojennych i podczas II wojny światowej w Niemczech.

            Kobieta, w której oboje się zakochują to Ada, urodzona w 1946 r. Po śmierci ojca ona i jej matka prowadzą mały antykwariat, ale prawdziwą pasją Ady jest gra na wiolonczeli i jest w tym całkiem dobra. Pewnego dnia Onno i Max wchodzą do antykwariatu. Max słyszy jak za ścianą Ada gra na wiolonczeli i zakochuje się w niej. Max jest pierwszą miłością Ady, on z kolei nigdy nie miał trwałego związku w swoim życiu, nic więc dziwnego, że ich związek nie przetrwa. Kiedy Max odchodzi od Ady i rozpoczyna podróż po Europie Wschodniej w celu poznania historii swojej rodziny zwiedzając między innymi Kraków, Bielsko i Oświęcim, poważny Onno, także głęboko zakochany w Adzie zajmuje, że tak powiem - miejsce Maxa. Po powrocie Max akceptuje Onno i Adę, jako parę. Cała trójka pozostaje bliskimi przyjaciółmi i razem wyruszają na komunistyczny zjazd na Kubę. Tam spisek, który aniołowie utkali osiągnął punkt kulminacyjny: ustalili, że zarówno błyskotliwy Onno, jak i astronom Max zostaną ojcami dziecka Ady. Wyjazd na Kubę doprowadzi, zatem nie tylko do ciąży Ady, ale ma także pewne konsekwencje dla kariery politycznej Onno.

            Wydarzenia zaczynają się rozpędzać od strasznego wypadku, po którym Ada zapada na wieloletnią śpiączkę, po narodziny Quintena, oficjalnie syna Onno, ale z krystalicznie czystymi niebieskimi oczami, które zawsze sprawiają, że Onno się zastanawia czy jego syn i Ady jest tak naprawdę synem Maxa... Onno, Maxa i Quintena łączy silna więź, przyjaźń i miłość. Aniołowie knują plany, aby wydarzenia, które zaplanowali spełniły ich ostateczny cel, jakim jest odzyskanie Tablic Mojżesza, dlatego nieświadomi niczego bohaterowie podążają wyznaczoną im ścieżką. To prowadzi ich w czasie i przestrzeni, w następnych latach bohaterowie podążają przez wiele krajów i miast od Amsterdamu po Rzym, Tel Awiw, aż w końcu wszystko kończy się w Jerozolimie. Po drodze każdy odkrywa swoje życie, wpływ przeszłości na ich egzystencję, którą muszą zaakceptować. Powieść można odczytać, jako wyraz pesymistycznej wizji: ludzkość jest skazana na wyginięcie. W końcu realizuje się boskie zadanie a niegdyś zawarte między Bogiem, a ludzkością porozumienie - symbolizowane w świadectwie Kamiennych Tablic Mojżesza zawierających Słowo Boże, Dziesięć Przykazań - zostaje anulowane i odesłane tam, skąd ono pochodzi: do Nieba. Powieść ma również racjonalną optymistyczną wizję: ludzkość przejęła świat, w którym nie ma już miejsca dla Boga. Fundamentalny metafizyczny wzorzec leżący u podstaw wszystkich rzeczy, czyli ludzkość może teraz robić wszystko, z czego Bóg słynął. Anioł - narrator nie jest jednak zadowolony z tej perspektywy; odmawia przejścia na emeryturę i domaga się nowego zadania, aby ocalić ludzkość przed technologicznym bocznym torem i doprowadzić go z powrotem do pierwotnego źródła wszystkiego: Słowa. Powrót świadectwa do Nieba nie jest jednak ostatnim słowem w tej sprawie: świadectwo powraca w świecie opowieści, świecie słów, świecie ducha... Jak często w swojej pracy Mulisch odsyła nas w tej książce do mitycznej, magicznej, boskiej siły, którą uważa za nieodłączną część tworzenia, a więc „pisania”.

            Filozoficzna warstwa znaczeniowa może intrygować czytelników, szczególnie ze względu na lekkość, z jaką autor traktuje poważne tematy. Dzięki naciskowi na świat człowieka, w którym przygody odbywają się w pierwszej kolejności, powieść staje się pomnikiem przyjaźni: przyjaźni astronoma Maxa Deliusa i lingwisty Onno Quista. Ich spotkanie, zorganizowane przez anioły, jako „przypadkowe” wydarzenie stanowi początek serii wydarzeń, które mają na celu powołanie do życia Quintena, a tym samym wypełnienie boskiego zadania. Opis dorastania Quintena w niemal bajkowej atmosferze zamku przypomina Hogwart z „Harry’ego Pottera”. Quinten uczył się tam tych rzeczy, które będzie potrzebował później, zarówno psychicznie jak i fizycznie, aby wykonać przydzielone mu zadanie. Dla pisarza-filozofa Harry Mulischa sceny te dają okazję do zaprezentowania wiedzy autora w szerokim zakresie dziedzin, ale zawsze w zabawnym tonie, ponieważ są widziane oczami rosnącego chłopca. Mulisch gra wyjątkowo wyrafinowaną grę z fikcją i rzeczywistością na tych poziomach narracji. W swoich esejach, pismach autobiograficznych i wywiadach Mulisch nigdy nie ukrywał swojego życia. W swoich światach narracyjnych przedstawia wydarzenia z własnego życia w wiecznie zmieniających się perspektywach. Odnosi się to również do tej powieści, w której Mulisch tworzy swoje alter ego w postaci Maxa Deliusa za pomocą biografii lustrzanej, umieszczając go naprzeciw Onno Quista, wiernej reprezentacji przyjaciela Mulischa, holenderskiego wielkiego mistrza szachowego Jana Heina Donnera.

            W 1995 r. Harry Mulisch otrzymał najwyższe wyróżnienie literackie, które mogą otrzymać pisarze z Holandii i Flandrii: „Holenderską Nagrodę Literacką”. Jury było jednomyślne: „Do apoteozy dotychczasowej kariery pisarskiej Mulischa należy spektakularne >Odkrycie nieba<”. Ta książka łączy mistrzostwo w opowiadaniu historii z wielowarstwową strukturą. Pozwala na różnorodne interpretowania, które nie są ze sobą sprzeczne. I to jest właśnie paradoks, o którym Mulisch tak lubił rozmawiać, a raczej, o którym pisze w tej powieści. Wszystko wydaje się być sprzecznością, ale w rzeczywistości wszystko jest ze sobą powiązane. Ustanowienie tych kontrastujących wiązań, na tak wielu różnych poziomach znaczenia, musi być wyzwaniem dla czytelnika. W „Manifestach” z 1958 r. Mulisch ujmuje to następująco: „To nie pisarz, ale czytelnik musi przejawiać fantazję. Czytelnik nie jest widzem w teatrze, ale aktorem, który gra wszystkie role. To, co czyta, jest w dużej mierze jego dziełem. Pisarz dostarcza tekst - ale staje się dziełem sztuki z talentem czytelnika ”.

Ta historia wprawiła mnie w podziw: byłem wzruszony i poruszony, moje myśli były cały czas z bohaterami. Niesamowita i cudowna książka. To dzieło sztuki. Prawdziwe arcydzieło pokazujące, że na życie, które prowadzimy, ma wpływ nie tylko przeszłość, ale także aniołowie w niebie. Jeśli nie wierzysz w anioły, w formę Boga lub w Dziesięć Przykazań - nie martw się: historia jest przygodą i filozofią, sama w sobie warta przeczytania, każdy może dowolnie ją interpretować i myśleć wszystko, co tylko chce na temat religii i filozofii. Tak długo, jak czytamy książkę „Odkrycie nieba” zastanawiamy się nad sensem życia i zła na świecie. Co w świecie pełnym wojen, głodu, ucisku, zagrożenia i nudy, co jest - poza wieczną niewinnością zwierząt - wyrazem nadziei? Matka z nowo narodzonym dzieckiem na ręku? Ale przecież dziecko może skończyć, jako morderca albo ofiara morderstwa. Tak, że pełen nadziei obraz będzie tylko rodzajem przeczucia piety: matki z dopiero zmarłym dzieckiem w objęciach. Może wyrazem nadziei jest ktoś, kto mija cię z instrumentem muzycznym w futerale? Chłopak na rowerze z gitarą w powycieranym pokrowcu z dermy na plecach? Dziewczyna czekająca na tramwaj z pękatym futerałem na wiolonczele jak Ada? Harry Mulisch jest moim ulubionym holenderskim pisarzem i uwielbiam jego elokwencję i styl pisania. Powieść jest napisana fantastycznie, autor posługuje się w niej teologią, filozofią i poglądami z różnych religii. Książkę „Odkrycie Nieba” uważam za najlepsze jego dzieło! Polecam!