10 grudnia 2020

Tully

 

„Tully”


Paullina Simons

Autorka/  (ur. 1963 w Leningradzie, ZSRR, jako Paullina Handler) – amerykańska pisarka rosyjskiego pochodzenia. W wieku 10 lat wyemigrowała razem z rodziną do Stanów Zjednoczonych.

Tłumaczenie/ Teresa Sośnicka

Tytuł oryginału/ ang-us “Tully”

Tematyka/ Jest to opowieść o prozie życia tak zwyczajnego, że dzień po dniu zadającego sercu i duszy rany. „Tully” jest dowodem na dojrzałość, jaką osiągnęła autorka zarówno w sferze poruszanych zagadnień, jak i operowania słowem oraz konstruowania swoich bohaterów. Tully to dziewczyna pochodząca z dysfunkcyjnej rodziny, po odejściu ojca wychowywana przez apodyktyczną matkę, zbyt często sięgającą po przemoc jako środek wychowawczy. Zaniedbywane dziecko, będące świadkiem traumatycznych wydarzeń, szybko wyrasta na buntowniczą nastolatkę, a rodząca się w niej kobiecość staje się dla niej zagrożeniem.

Główny motyw/ Stany Zjednoczone, lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Tully Makker wywodząca się z rozbitej patologicznej rodziny, panicznie stara się odnaleźć w świecie. Skrzywdzona przez najbliższych na każdym możliwym gruncie, nie ufa i nie potrafi się przywiązać do nikogo. Jest zamknięta w sobie, nieprzystępna i uważa, że nie zasługuje na nic innego niż to, co ma. Kocha jedynie swoją najbliższą przyjaciółkę, Jennifer, której rodzice starają się jej pomóc, i która koniec końców porzuca ją w straszliwy sposób.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Nieczęsto się zdarza, żeby matka i córka były do siebie aż tak niepodobne.”

„Dziewczętom zwykle podobają się chłopcy, którzy są w typie ich ojców (…).”

„Posiadanie matki nie zawsze jest dobrodziejstwem, wierz mi.”

„Pragnę stać się kobietą, która o niczym nie śni.”

„Znam wielu ludzi, którzy się kochają, nie wiedząc o tym.”

„Poskramiamy naszą miłość, jeśli nie mamy innego wyjścia.”

„A w sprawach serca nie można kierować się rozsądkiem.”

„Słodycz pierwszej miłości jest zabarwiona goryczą.”

„Myślę, że śmierć przeżyta w majaku sennym jest również śmiercią na jawie.”

„Na tym właśnie polega patologia małżeństwa. Zawsze myślimy, że jest na całe życie.”

„Po prostu nie potrafiła odróżnić nieba od piekła (…).”

„Jedyne, na czym mi zależy, to iluzja.”

„Dwóch facetów i jedna dziewczyna; ktoś musi być przegrany.”

„Tym, których kochamy, ciągle wyrządzamy przykrość. I sami wciąż jesteśmy na nie narażeni.”

„Nikt nie ma normalnego życia. Ani normalnego dzieciństwa.”

„To niewiarygodne, jak głęboko śmierć i życie są z tobą związane.”


             Złapałem się na tym, że przywołuję w pamięci wygłoszony dawno temu przez pewnego mężczyznę komentarz o dziwactwach ludzkiej rasy. Uderzyło go to, że przedstawiciele obu płci – choć od niepamiętnych czasów obserwują się nawzajem – nie są w stanie zrozumieć drugiej strony. Zastanawiam się, czy tej gorzkiej półprawdy nie zasila, przynajmniej częściowo, skłonność każdej z płci do projektowania na drugą własnych oczekiwań? Nic dziwnego, że w świecie, w którym nauczanie i pisanie książek to domena mężczyzn, ciągle nie potrafimy w pełni zrozumieć sytuacji kobiet. Nie twierdzę, że problemy kobiet są zaniedbywane, uważam raczej, iż sformułowano na ich temat fałszywe założenia, a kobiety na równi z mężczyznami gotowe są je uznawać. Założenia te mają jednak rozmaite źródła.

Choć może to brzmieć nietypowo, dla niektórych kobiet macierzyństwo staje się doskonałą okazją do realizacji perwersyjnych postaw wobec własnego potomstwa i do brania odwetu na swoich matkach. Powszechnie wiadomo, że normalny rozwój dziecka zależy przede wszystkim od dobrej opieki macierzyńskiej, która polega na tym, że matki czerpią wiele przyjemności z procesu opiekowania się dziećmi i wspierania ich tak, by wyrastały na niezależnych, pewnych siebie dorosłych o niepowtarzalnych cechach. Psychoanalityk Donald Woods Winnicott twierdzi, że „dzieci znajdują swe >prawdziwe self< dzięki wystarczająco dobrej opiece macierzyńskiej”. Jednak łatwiej to powiedzieć, niż wykonać, gdyż matki także są dziećmi swoich matek i miały swoje doświadczenia i traumy. O takich relacjach jest właśnie książka Paulliny Simons „Tully” - o patologicznym macierzyństwie, które uruchamia błędne koło przemocy wobec własnych dzieci. Ta książka to niezwykły przykład, jak źle traktowane dzieci próbują poradzić sobie z nadużyciami fizycznymi i psychicznymi, jakich doznały od własnym matek, i które powtarzane są z pokolenia na pokolenie.

Natalie Anne Makker, nazywana przez wszystkich „Tully”, nigdy nie miała dobrego życia. Nad jej dziecięcą, nastoletnią, a wreszcie dorosłą egzystencją zawsze wisiało piętno matki – kobiety zgorzkniałej, rozchwianej, agresywnej i nieprzejednanej. Trudna sytuacja domowa, brak osoby, od której można by uczyć się emocji oraz tragiczne wydarzenia związane z przyjaciółką ukształtowały psychikę tej młodej kobiety w znaczący sposób. Bo czy można w takim świecie zachować równowagę, gdy nie dopuszcza się do siebie absolutnie żadnej pomocy? Ciągnącą się przez kilkanaście lat historię życia niepokornej nastolatki, a później dojrzałej kobiety, cechuje stale otaczający bohaterkę mrok. Opowieść traktuje o jej życiu, nieosiągalnych pragnieniach, destrukcyjnych działaniach i sennych koszmarach. O ludziach, którzy przychodzą i odchodzą, którzy się od niej uzależniają.

Przez pryzmat doświadczeń Tully poznajemy historię wchodzenia w dojrzałe życie, odnajdywania własnej tożsamości, radzenia sobie z bagażem nieszczęśliwych uczuć i tragicznych wydarzeń, mozolnego i dramatycznego zarazem wyzwalania się spod wpływu przeklętej przeszłości. Genogram rodziny Tully odgrywa w powieści ważną, jeśli nie najważniejszą rolę. Hedda Makker - matka Tully, z domu Rust, urodziła się na przedmieściach Oklahoma City, w domu hodowcy świń. Jej rodzice, dziadkowie Tully, Bill i Martha Rustowie, pobrali się w 1936 roku. Bill został powołany do wojska. Rok później, szóstego sierpnia 1942 roku, na pięć tygodni przed terminem porodu, Martha urodziła córkę. Kiedy Bill wrócił z Pacyfiku w 1945 roku, zastał w domu nie tylko żonę, ale również trzyletnią córkę. Walka z Japończykami nie pozbawiła go umiejętności liczenia do dziesięciu. Skulona przy kanapie dziewczynka była świadkiem, jak bezlitośnie rozprawił się z Marthą, nie tylko używając przemocy fizycznej, ale też słownej. Na koniec, wyrzucił obie ze swojego domu. Martha z pokiereszowaną twarzą, złamanym nosem i krwawiącymi ustami z trudem dotarła razem z córką do najbliższego szpitala w Oklahoma City, gdzie matkę otoczono troskliwą opieką, a dziewczynkę umieszczono w pokoju pielęgniarek. Hedda była grubym, ponurym i zamkniętym w sobie dzieckiem, które niewiele mówiło. Przez większość czasu pozostawiano ją samą sobie. Martha opuściła szpital po siedemdziesięciogodzinnym pobycie – bez lekarskiego wypisu, bez adresu i bez córki. Jedna z pielęgniarek starała się wyjaśnić Heddzie, że mama odeszła, ale jedyną reakcją córki była posępna i wylękniona mina. W końcu wydobyła z niej, że tata hoduje świnie i nazywa się „Wust”. Po obdzwonieniu trzydziestu pięciu hodowli tuczników w okolicy Oklahoma City pielęgniarka natrafiła w końcu na Billa Rusta i osobiście odwiozła mu Heddę. Gdy jego wzrok spoczął na bękarcie żony, zacisnął pięść. Mała Hedda została sama z człowiekiem, który próbował zamordować jej matkę. Patrzył na nią z wściekłością, dlatego zrobiła jedyną rzecz, na jaką się mogła zdobyć trzyletnia dziewczynka – z wrzaskiem wybiegła z domu. Rzucił się za nią w pościg, a ta ugryzła go, gdy ją dogonił. Uderzył wtedy Heddę tak mocno, że straciła przytomność. 

Żywił ją i pozwolił mieszkać w małej sypialni. W ciągu dnia pracował w polu lub w zagrodzie, a wieczorami ubierał się i wychodził. Nieraz wracał dopiero następnego dnia i znajdował zamarłą z przerażenia dziewczynkę skuloną na podłodze za drzwiami swojego pokoju. Bill Rust unieważnił swoje pierwsze małżeństwo i gdy Hedda miała sześć lat, poślubił Sarah. Hedda zapamiętała ją jako tęgą i nieprzyjemnie pachnącą kobietę. Sarah miała czternastoletnią córkę, Lenę, tępą dziewczynę, która z trudem wymawiała słowa. I chociaż dzięki Lenie Hedda miała towarzystwo, to obecność wolno myślącej i mającej problem z wysławianiem się dziewczyny napawała ją wstrętem; Hedda stroniła od niej. Kiedy Sarah odkryła, że Hedda nie umie pisać ani czytać, wysłała ją do szkoły. Siedem lat zdobywania wiedzy było okresem cierpień, borykania się z nauką, dwukrotnego zimowania w tej samej klasie, nieustannych bójek na podwórzu szkolnym i braku przyjaciół. 

Hedda wyrosła na wysoką i postawną dziewczynę o zdrowym i mocnym wyglądzie. Miała zielone oczy, jasną cerę i długie jasnobrązowe włosy. Gdy skończyła piętnaście lat, wstała którejś nocy, spakowała do małej torby cały swój dobytek, wyjęła dwieście dolarów z kryjówki Billa Rusta pod podłogą w spiżarni i odeszła. Nie miała pojęcia, że na południe od jej rodzinnych stron znajduje się Teksas, a na północ – Kansas. Szła prawą stroną szosy, pozwalając, by los pokierował ją na miejsce przeznaczenia. Pokonała trzynaście kilometrów, zanim zlitował się nad nią kierowca jednej z ciężarówek. Dziesięć godzin później wysiadła przy alei Topeka, a pierwszą osobą, na którą się natknęła, gdy weszła do sklepu po wodę, był Henry Makker.

Henry miał dwadzieścia dwa lata i dopiero co awansował na zastępcę kierownika w zakładzie oczyszczania miasta. Od razu pomyślał, że ta dziewczynka, która weszła do sklepu będzie łatwą zdobyczą. Załatwił jej posadę w swoim zakładzie przy napełnianiu plastikowych butli roztworem do oczyszczania ścieków – pracę, którą Hedda wykonywała przez dwadzieścia cztery lata, aż do stycznia 1981 roku. Znalazł jej też pokój za dwa dolary tygodniowo, z którego korzystała przez miesiąc, zanim wprowadziła się do niego. Pobrali się w czerwcu 1959 roku. Pierwsze lata małżeństwa były dla nich bardzo radosne. Henry Makker był jedynym człowiekiem, którego Hedda kochała i wszystkim, co miała na świecie. Dlatego, gdy stwierdziła zimą 1960 roku, że jest w ciąży, pomyślała, że jej życie dobiegło końca. Jej rozpacz wynikała z dwóch powodów: po pierwsze, nie była obdarzona przez naturę szczególnie bystrym umysłem. Po drugie - przeżyła traumę, niewiele rozumiała z tego, co zaszło pomiędzy jej matką i ojcem. Wiedziała jedno: gdy Bill Rust dowiedział się o dziecku Marthy, wpadł we wściekłość, skatował żonę, a potem obie wyrzucił z domu. Hedda myślała, że Henry Makker zrobi z nią to samo.

Hedda rodziła dzieci, ale w zaskakujący sposób każde z nich umierało w swoich łóżeczkach. Za każdym razem lekarz stwierdzał tą samą przyczynę: „śmierć wieku niemowlęcego”. Po latach Tully, jako już dorosła kobieta będzie wyrywana ze snu koszmarem z dzieciństwa. Kiedy miała dwa lata, obudziła się niespodziewanie z mocnego snu, gdyż nie mogła oddychać. Próbowała krzyczeć, ale brakowało jej tchu, coś zaciskało się na jej twarzy. Wierzgała nogami, próbowała ruszyć się z miejsca, ale nie mogła. Usiłowała chwycić rzecz, która tamowała dostęp powietrza. Rozpoznała poduszkę, ale nie była w stanie jej ściągnąć z buzi. W końcu dała za wygraną i przestała się rzucać. Miała zawroty głowy; była zmęczona, ale nie odczuwała bólu. Nagle z oddali dobiegł ją głos ojca - pytał czy nie jest chora. Poduszka natychmiast została usunięta, a Tully, zachłystując się powietrzem, zaczęła wrzeszczeć. Zobaczyła matkę, która odwróciła się w stronę męża i zrugała go za to, że obudził dziecko. Tully krzyczała wniebogłosy. Ojciec podszedł do niej i wziął ją w ramiona.

Tully wracała często myślami do chwili, gdy po raz pierwszy usiadła w wannie wypełnionej wodą, z brzytwą w dłoni. Sądziła wtedy, że jej młode, pozbawione jeszcze biustu ciało, jest całkiem rozluźnione, ale gdy przykładała ostrze do nadgarstka, palce trzęsły się tak niezmiernie, że musiała zanurzyć je z powrotem na kilka minut w wodzie. Myślała wtedy, że przecinając nadgarstki straci przytomność i wykrwawi się na śmierć tak, jak starożytni Rzymianie.  W tym czasie przemoc ze strony matki narastała, Tully była maltretowana fizycznie i psychicznie. Jedynymi uczuciami, jakie Hedda okazywała córce przez wszystkie lata, była całkowita obojętność i niekontrolowana wściekłość. Dodatkowo Hedda umyła ręce w sprawie wujka Charliego w 1973 roku i nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Tully już wieku dwóch lat dowiedziała się, czym jest strach. A wraz ze strachem poznała nienawiść i nauczyła się milczeć.

Jako nastolatce Tully było wiecznie czegoś brak. Właśnie to uczucie, popchnęło ją do tańczenia w nocnych klubach i przesiadywania w wannie. Gdy zrezygnowała z występów, postanowiła wyjechać do Kalifornii. Początkowo z najlepszą przyjaciółką Jennifer, potem w żałobie i w pojedynkę. Ostatecznie została jej trudna do zidentyfikowania tęsknota oraz nieodparta potrzeba dążenia do wolności. „Powiedz mi Tully, kim chciałabyś być w przyszłości? (..) Pragnę stać się kobietą, która o niczym nie śni.”. Tully to wyjątkowo skomplikowana bohaterka. Egoistyczna osobowość, która w życiu kochała raz i która, choć temu zaprzecza, nie może poradzić sobie ze stratą. Nie podejmuje samodzielnych decyzji, pozwala by rzeczy po prostu się działy, a jej ruchy ograniczają się do wyrażania co jakiś czas protestu. Kieruje się chwilą i własnymi potrzebami, raniąc innych, ale jednocześnie wyrywając sobie kawałek serca. Historia Tully to świetnie zbudowana i rozwinięta powieść o nieprzepracowanej żałobie oraz granicach obojętności. „Nienawidzę cię! Nie odchodź!” - to jej motto życiowe, typowe dla osób z zaburzeniem osobowości z pogranicza.

Nie ma żadnej wątpliwości, że Paullina Simons w książce „Tully” świetnie opisała zaburzenie typu borderline. W historii osób z borderline powtarzają się przypadki odrzucenia, porzucenia, nagłego zerwania więzi, utraty opiekunów lub posiadania rodziców chłodnych, wycofanych, nieobecnych, albo bardzo krytycznie nastawionych - czyli takich, których pojawia się coraz więcej w naszej cywilizacji. Osoby z borderline, tak samo jak bohaterka książki Paulliny Simons, Tully, nie otrzymują odpowiedniego wsparcia od rodziców w procesie oddzielania się i zajmowania własnymi sprawami. Od wczesnego dzieciństwa matka znęcała się psychicznie i fizycznie nad Tully. W zdrowej relacji rodzic wie, że dziecko potrzebuje się oddzielić, a jednocześnie jest w stanie zapewnić je o swojej obecności i gotowości wsparcia, gdy będzie tego potrzebowało, bez zmniejszania naturalnej i zdrowej potrzeby niezależności. Osoby z zaburzeniami borderline podejmują próby niezależności, jednak towarzyszy temu ogromny lęk, że zostaną zupełnie opuszczone. I to powtarza się w ich dorosłym życiu. Dlatego często prowokują rozstania, konflikty, odchodzą pierwsze – z obawy przed byciem porzuconym. Badania pokazują, że część osób dotknięta tym zaburzeniem doświadczyła w dzieciństwie prześladowania, przemocy, niekiedy molestowania seksualnego. Pod uwagę brane są również przyczyny genetyczne i niekorzystny wpływ środowiska zewnętrznego.

23 lipca 2011 roku cały świat obiegła tragiczna wiadomość. Amy Winehouse została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu. Jedna z najbardziej niepokornych artystek naszych czasów odeszła w wieku 27 lat. To, co dotknęło Amy Winehouse, było prawdopodobnie zaburzeniem osobowości nazywanym borderline. Osobowość to pewien dominujący sposób postrzegania świata, przetwarzania rzeczywistości, bycia w relacjach. To konstrukt, który pozwala przewidzieć, jak w danej sytuacji ktoś się zachowa. Borderline oznacza problemy w sferze osobowości. Nie wiadomo, jak człowiek się zachowa, bo dominującą cechą tej osobowości jest niestabilność i chaos. I Amy Winehouse, i bohaterkę książki Paulliny Simons Tully charakteryzował ogromny lęk przed odrzuceniem. Ten lęk właściwie je konstruował. Obie kobiety nie kochały ot tak, po prostu. One swoich mężów, kochanków idealizowały. Chciały się z nimi zespolić, zlać w jedność, chciały, żeby ten ktoś rozumiał je we wszystkim, a jednocześnie bały się, że ten ktoś je pochłonie. Wydawały się interesujące, jedyne w swoim rodzaju, potrafiły uwodzić i na początku mogło być to naprawdę fantastyczne. Mężczyźni na pewno słyszeli z ich ust, że są najważniejsi na świecie, kobiety z borderline w nich wpatrzone nie chciały się z nimi rozstać. Mimo wielu niedoskonałości, a może nawet dzięki nim, kobiety z zaburzeniem borderline roztaczają wokół siebie magiczną aurę, która fascynuje otaczających je ludzi. One za to ogromnie cierpią i często nie wiedzą, dlaczego.

 

 

19 listopada 2020

4321

„4321”


Paul Auster


Autor/ (ur. 3 lutego 1947 w Newark) – amerykański pisarz, scenarzysta, eseista, tłumacz oraz reżyser filmowy. Auster urodził się w rodzinie żydowskiej, jego przodkowie do USA przyjechali z terenów Polski. W 1970 ukończył Columbia University, przez pewien czas pracował jako marynarz na statku handlowym, mieszkał w Paryżu. Do Stanów wrócił w 1974.

Tłumaczenie/ Maria Makuch

Tytuł oryginału/ an-us  „4321”

Tematyka/ Paul Auster snuje opowieść o kruchości życia, o dorastaniu w czasach, które rozbijają złudzenia w proch. Czasami trudno się zorientować, czy to jeszcze pełne chaosu lata sześćdziesiąte, czy może celowo podstawione przez pisarza lustro odbijające naszą własną współczesność. Poszczególne ścieżki życia Fergusonów bywają łudząco do siebie podobne, tak podobne, że można się czasami zagubić i tylko drobny szczegół wydobędzie czytelnika z gąszczu fergusonowych labiryntów. To takie próby naprawiania błędów, przeżywanie na nowo rozczarowań, przechodzenie ścieżek tragedii, większych i mniejszych radości. A w tym wszystkim mieni się sam pisarz, bo Auster zaklął w Fergusonie samego siebie na tyle, na ile twórca może sobie na to pozwolić bez zbędnych sentymentów. Kilka wspomnień, garść przemyśleń, komentarz względem osobistej przestrzeni, współczesnej sytuacji społeczno-politycznej i amerykańskiej, a w zasadzie nowojorskiej rzeczywistości.

Główny motyw/ 3 marca 1947 roku na świat przychodzi Archibald Isaac Ferguson – chłopak, który będzie mógł przeżyć swoje życie cztery razy. Cztery różne ścieżki, cztery różne doświadczenia, inny cykl wspomnień. Każdy z czterech Fergusonów inaczej zapamięta swoje dzieciństwo, przeżyje inną młodość, pozna innych przyjaciół i tylko nieliczni pozostaną niezmienną stałą w jego światach: rodzice, których życiorysy będą się przekształcać wraz z życiem syna oraz jego kuzynka a zarazem dziewczyna, największa miłość, czyli niejaka Amy Schneiderman. A wokół nich rozdygotana Ameryka, krajobraz wzlotów i upadków, wraz z nieuchronnymi zmianami nadciągającymi na horyzoncie.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„(…) nie wszystkie małżeństwa z miłości okazują się udane (…)”.

„Ferguson nie miał jeszcze pięciu lat, ale już wtedy rozumiał, że świat składa się z dwóch sfer, widzialnej i niewidzialnej, i że rzeczy, których nie widzi często są bardziej realne niż te przez niego widziane”.

„(…) między wieloma innymi rzeczami, jakimi świat obdarował go za życia, był to według  określenia matki ten medal, który ma dwie strony”.

„No tak, wszystko było możliwe i jedna wersja wydarzeń nie oznacza, że nie jest możliwa inna”.

„Świat przestał być rzeczywisty.  Wszystko w nim było złą kopią tego, co powinno być naprawdę, i nic, co się w nim działo, nie powinno się było dziać”.

„W Ameryce podobno jest demokracja, a on żyje w jakiejś dyktaturze i ma już tego dosyć, dosyć, całkowicie dosyć”.

„Wczoraj steki, dzisiaj hamburgery”.

„Wiek dojrzewania łaknie dramatów, najszczęśliwiej żyje się wtedy in extremis (…)”.

„Prawda była taka, że zdrowe, normalne dziewczyny go nie interesowały”.

„W tym świecie chłopcy zdobywali pozycję na dwa sposoby: zostają mistrzami sportu albo mistrzami intrygi”.

„Zagrożenie, rozpacz i nienawiść, mocny dowód na to, że ludzie racjonalnie myślący nie są dopuszczani do urządzania wszechświata (…)”.

„Nie chodzi o to, że dwoje ludzi decyduje się żyć razem pod jednym dachem, jest to także początek długiego ścierania się odmiennych charakterów i choć mąż często ma ostatnie słowo, prawdziwą władzę sprawuje żona”.

„(…) choć raz w życiu rzeczywistość i jej wyobrażenia stały się identyczne (…)”.

„Jedyną pewną rzeczą na tym świecie, chłopcze, jest gówno”.

„Ferguson był jeszcze bardzo młody, ale miał już na tyle doświadczenie, by wiedzieć, że najgorsze koszmary czasem się sprawdzają – bracia okradają braci, prezydenci giną od kul zabójców, samochody wpadają na drzewa (…)”.

„Ludzie mają różne skazy – skazy charakteru, skazy fizyczne, skazy umysłu – które zazwyczaj prowadzą do izolowania się od innych (…)”.

„Męskość jest pełna sprzeczności, odkrył Ferguson. Serce masz złamane, a gonady się domagają, abyś o sercu zapomniał”.

„Boga nie ma nigdzie, powiedział do siebie, ale życie jest wszędzie, śmierć jest wszędzie, a żywi i umarli łączą się ze sobą”.

 

            Na pewnym etapie życia każdy dochodzi do przykrej refleksji, że nawet, jeśli faktycznie jesteśmy kowalami własnego losu, możemy go wykuwać tylko na jednym kowadle, choćby te pozostałe nieustannie rozpalały nadzieje i oczekiwania. A gdyby tak można było przeżyć życie cztery razy, wciąż mając wprawdzie ten sam zestaw narzędzi, ale jednak dokonując różnych wyborów i poddając się działaniu „efektu motyla”?

Korzystając z pisarskiej supermocy, tę przyjemność zafundował sobie i nam Paul Auster, aż czterokrotnie puszczając w ruch życie Archiego Fergusona, którego postać nietrudno powiązać z samym autorem. Równoległe przedstawienie czterech wersji losów bohatera z jednej strony zmusza do czujności i sprawnego przeskakiwania z jednego kontekstu w kolejny, a z drugiej pozwala na bieżąco obserwować, jak Archie jest coraz silniej kształtowany przez dotychczasowe doświadczenia. Naturalne uwarunkowania dają o sobie znać w każdym przypadku, jednak to pozornie błahe wydarzenia, przypadkowe spotkania i codzienne wybory decydują o tym, gdzie i z kim znajdzie się za tydzień, miesiąc czy rok.

„4321” to także okazja, by zanurzyć się w burzliwych dla Stanów Zjednoczonych latach 60. ubiegłego wieku i spojrzeć na protesty studenckie, narodziny kontrkultury czy walkę o prawa afrykańskiej mniejszości – a jakże – z kilku różnych perspektyw. Paul Auster był dotychczas dla mnie autorem powieści, które wprawdzie cieszą, ale nie zostawiają po sobie głębszego śladu. Tym razem jest inaczej: „4321” wciąż daje dużo przyjemności, ale epicki rozmach, osadzenie wszystkich czterech historii głęboko w amerykańskich realiach najbardziej ekscytującej dekady ubiegłego stulecia oraz znakomicie zbudowane postacie nie dadzą o sobie łatwo zapomnieć.

Według domowej legendy dziadek Fergusona pieszo wyruszył z rodzinnego Mińska z wszytymi w podszewkę marynarki stoma rublami i przemieszczając się na zachód przez Warszawę i Berlin, dotarł do Hamburga. Potem wykupił bilet na statek o nazwie The Empress of China, który w czasie gwałtownych zimowych sztormów pokonał Atlantyk i pierwszego dnia dwudziestego wieku wpłynął do portu Nowego Jorku. Na Ellis Island, oczekując na przesłuchanie przez urzędnika imigracyjnego, zagadnął do innego rosyjskiego Żyda. Ten powiedział mu: „Zapomnij o nazwisku Reznikoff. Tu będzie ci ono na nic. Musisz mieć nowe nazwisko na nowe życie w Ameryce, żeby miało dobre amerykańskie brzmienie”. Ponieważ w 1900 roku angielski był dla Isaaca Reznikoffa językiem jeszcze nieznanym, poprosił swojego doświadczonego ziomka o radę. „Mówi im, że jesteś Rockefeller”, powiedział ów człowiek. „Z czymś takim na pewno dobrze ci pójdzie”. Minęła jedna godzina, potem druga i kiedy dziewiętnastoletni Reznikoff usiadł, by przesłuchał go urzędnik migracyjny, zapomniał nazwiska, które doradził mu tamten człowiek. „Nazwisko?”, spytał urzędnik. Stukając się nerwowo po czole, skołowany imigrant wyrzucił w jidysz: Ich hob fargessen! (Zapomniałem!). I w ten sposób Isaac Roznikoff rozpoczął nowe życie w Ameryce jako Ichabod Ferguson.

Jego wnuk, znany po prostu jako Ferguson, urodził się w powojennej Ameryce pełnej możliwości, tak dojrzałej, że jedno życie nie wystarczy. Zamiast tego Ferguson będzie żył przez cztery równoległe życia - kwartet bildungsromanski: Czterech różnych chłopców z tymi samymi rodzicami, tymi samymi ciałami i tym samym materiałem genetycznym, ale każdy mieszka w innym domu, w innym mieście, ze swoim własnym zestawem okoliczności. Jak groźnie wskazuje tytuł książki „4321”, tylko jeden z nich dożyje dorosłości, ale który chłopiec i dlaczego? W związku z tym życie Fergusona odbija się echem - orbity są różne, ale galaktyka jest taka sama. W każdym życiu Ferguson podąża ku dorosłości, dorastając na przedmieściach New Jersey i w kakofonicznym Nowym Jorku. Jego matka go uwielbia, a sukcesy (lub porażki) jego ojca rozbrzmiewają echem. W każdym życiu kocha i jest kochany przez promienną Amy Schneiderman, przyrodnią siostrę i kuzynkę. W każdym życiu tworzy: raz pisze książkę, innym razem jest dziennikarzem, a w innym wcieleniu krytykiem.

To, jak doświadczanych jest czterech Archibaldów 4321, będzie w dużej mierze zależało od apetytu czytelnika, który ma możliwość nieustannej analizy, ponieważ motorem powieści są szczegóły. Dobrym tego przykładem jest opis, jak dorastający chłopiec porzucił swe dotychczasowe zainteresowania na rzecz ekscytowania się kobietami. I tak, zazwyczaj pochłonięty bieżącymi wydarzeniami Archibald przestał poświęcać im jakąkolwiek uwagę, odkąd swoje myśli skierował wyłącznie w stronę dziewczyn, powziąwszy całkowitą pewność, że nie są to tylko zwykłe zauroczenia, ale wielkie miłości. Z tego właśnie powodu największy od zakończenia drugiej wojny światowej kryzys międzynarodowy, jakim był incydent zbrojny w Zatoce Świń na Kubie, niosący groźbę konfliktu nuklearnego i końca rodzaju ludzkiego, pozostał przez niego niezauważony.

W książce można zauważyć rolę przypadku, który decyduje o naszym losie: kto ma żyć - a kto umrzeć, kto odniesie sukces - a dla kogo to, co wygląda na porażkę, może być genezą późniejszej, większej nagrody. Sam Auster często śledził to zainteresowanie przypadkiem w przełomowym momencie swojego dzieciństwa, najpierw, kiedy jako 11-latek, przebywając na letnim obozie, był świadkiem śmierci przyjaciela, który został zabity uderzeniem pioruna. (Ten moment jest wielokrotnie powtarzany w „4321”). Później, gdy zainspirowała go pomyłka z nazwiskiem dziadka Arichiego, który przybył do Ameryki w poszukiwaniu lepszego świata. Wreszcie, gdy Paul Auster dostał od polskiego wydawcy przedwojenną książkę telefoniczną Warszawy. Ten sprezentował ją autorowi, bo występowało w niej nazwisko Auster - być może krewny dziadka pisarza, który wyemigrował do USA?

Chociaż w całym tekście są echa z życia Austera, sama waga szczegółów historycznych broni przed zarzutem solipsyzmu: jest tam „Zimna wojna”, egzekucja małżeństwa Rosenbergów, zamach na JFK, zamordowanie Martina Luthera Kinga, pobór młodzieży na wojnę do Wietnamu, masakra w My Lai, strzelanina w stanie Kent - ta powieść rozgrywa się w scenerii najważniejszych dla Ameryki wydarzeń XX wieku!   


Nowa ekspansywność znajduje odzwierciedlenie w zdaniach, które biegną, wręcz naturalnie płyną, radośnie same z siebie i niechętnie się zatrzymują by „odpocząć”. Relacje między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, są starannie przywołane przez obrazy z życia bohaterów, świat konfliktów politycznych łączy się z małą kropką w środku jednostki, która powoduje osobiste waśnie postaci. 

Kiedy przestajemy czytać, by odpocząć od powieści, trudno sobie przypomnieć, o którym to Fergusonie czytaliśmy: o 1, 2, 3 czy o 4? - który złamał rękę, spadając z drzewa, stracił dwa palce w wypadku samochodowym, jeszcze w szkole otworzył własną gazetę, pierwszy raz uprawiał seks tego samego dnia, w którym dokonano zamachu na JFK, odwiedził prostytutkę imieniem Julia, został uwiedziony przez homoseksualnego studenta wesołego Andy’ego, utknął w windzie podczas przerwy w dostawie prądu lub wszedł do mieszkania swojego dziadka akurat w tym czasie kręcącego film porno? - Czy to ma znaczenie? - Niewielkie. Czytając, jesteśmy zanurzeni w powieści. Ale trudno jest powstrzymać poczucie straconej okazji. Jeśli Auster miał w planie wymyślić cztery różne życia jednej postaci, to po co je tak upodabniał do siebie? Skąd ta nawracająca obsesja na punkcie sportu (baseball i koszykówka), filmów i Paryża?  Ta sama pogoń za karierą pisarską? Dlaczego nie wysłał swojego bohatera w zupełnie inne miejsce, czy to do Chin, czy na linię produkcyjną samochodów? Albo na wojnę do Wietnamu? Nie chodzi o to, że Auster nie może myśleć o niczym więcej niż swojej własnej doczesności (sympatia, z jaką rysuje pomniejsze postacie, dowodzi, że można tak płynnie i lekko prowadzić narrację), istotne jest to, że to DNA bohatera wydaje mu się jego przeznaczeniem. Natura triumfuje nad wychowaniem. Bogaci czy biedni, hetero lub homoseksualiści, mieszczuchy czy prowincjusze, Fergusoni mają więcej ze sobą wspólnego niż to, co mogłoby ich dzielić. Zresztą czwórka na końcu książki łączy się z powrotem w jedną postać.

Paul Auster w książce „4321” zadaje podświadomie czytelnikowi pytanie o sens życia, jako „odniesienie do”. Człowiek nie tylko jest w świecie, ale ma świat. To, że człowiek ma świat, nie oznacza, że się z nim identyfikuje, lecz że się do niego jakoś odnosi. Dlatego o sensie życia możemy sensownie mówić dopiero wtedy, gdy określona istota żywa ma świadomość bycia naprzeciw czegoś, z czym nie jest identyczna. Coś, co jest przez istotę żywą odczuwane jako stojące naprzeciw niej, jest dla niej przedmiotem, światem. Pytanie o sens życia jako „odniesienie do”, jako świadomość „bycia naprzeciw”, jest ufundowane w jakimś pierwotnym dystansie człowieka wobec otaczającej go rzeczywistości. Świadomość siebie „tu” i świadomość przedmiotu, względnie świata „tam”, zmusza nas do określenia jakiejś pozycji, do wyjaśnienia odniesienia między moim „ja” a światem, do zajęcia jakiegoś stanowiska wobec świata. Słowo „stanowisko” nie jest tu jednak najlepsze. Wskazuje ono bowiem na coś statycznego, na jakiś raz na zawsze ustalony sposób myślenia. Tymczasem nasz stosunek do świata nie jest statyczny, lecz procesualny. Zdaniem filozofa Paula Tiedemanna nasz stosunek do świata nie jest podobny do ustawienia mebli w jakimś pokoju, ale przypomina wzajemne odniesienia odtwórców różnych ról w sztuce teatralnej. Zamiast „stanowiska” powinniśmy raczej mówić o „roli”, którą gramy wobec świata, a także o „roli”, którą w tym spektaklu życia pozwalamy grać samemu światu. W zależności od kreacji, jaką proponuje człowiek i jaką także pozwala tworzyć światu, różnie kształtuje się owa gra ról. To, że istnieje wiele wariantów, w których może być wystawiany dramat życia, oznacza, że mamy tu do czynienia z otwartością człowieka na zmieniające się perspektywy sensu. Jak przyznaje Auster w jednym z wywiadów, podobnie jak piętnastoletnim Fergusonem, nim także wstrząsnęła proza Dostojewskiego, a dostarczona bohaterowi przez ojczyma lista stu fundamentalnych tytułów (pióra Homera, Szekspira, Cervantesa, Montaigne’a i innych), zdaniem pisarza, stanowi niezbędny klucz do zrozumienia historii świata i naszego w nim miejsca. „Nadal podążał dwiema drogami, jakie wyobraził sobie, będąc czternastoletnim chłopcem, nadal szedł trzema drogami z Lazlem Flute’em i stale, od początku własnego świadomego życia, towarzyszyło mu uporczywe uczucie, że rozdroża i drogi równoległe, te wybierane i nie wybierane, wszystkie są uczęszczane przez tych samych ludzi w tym samym czasie, widzialni ludzie i ludzie cienie. Świat, jako taki nie może być niczym więcej niż ułamkiem świata, gdyż na to, co rzeczywiste, składa się także to, co mogło się wydarzyć, że jedna droga nie jest ani lepsza, ani gorsza od żadnej innej drogi, lecz męka uwięzienia w jednym ciele polega na tym, że musisz tkwić tylko na jednej drodze, mimo że mógłbyś być na innej, zmierzając do całkiem innego miejsca. (…) ‘Boga nie ma nigdzie, powiedział do siebie, ale życie jest wszędzie, śmierć jest wszędzie, a żywi i umarli łączą się ze sobą’ ”.

            Istotne, że w życiach Fergusona jest kilka elementów niezmiennych. Choć ma szansę na więcej, niż jedną inicjację, z więcej niż jedną osobą, to pewnikiem pozostaje jego miłość do Amy Schneiderman. Nawet, jeśli sam bohater nie zawsze jest heteronormatywny. Czasem wspólne wydają się też niektóre elementy życiorysu, takie jak podróż do Francji, ale ważniejsze jest, że nie zmienia się tu historyczne tło. Jeśli więc los odmienia w danym momencie życie bohatera, to dotyczy to tylko jego oraz tych, których przyjdzie mu spotkać. U Austera ukochany prezydent Fergusona ginie zawsze. Zawsze też nadejdą mroki makkartyzmu czy wojna w Wietnamie. Niezmienna jest jeszcze jedna rzecz – za każdym razem otrzymujemy opowieść o wrażliwym chłopaku, inteligentnym i utalentowanym, wkraczającym w dorosłość z wszelkimi tego trudnościami, niepokojami i nadziejami.

Archie Ferguson i Artie Federman – bliźnięta, nie bliźnięta, bratnie dusze, alternatywne życiorysy? A może to osobowość wieloraka? Zaburzenie to charakteryzuje obecność u jednego człowieka co najmniej dwóch niezależnych i różniących się od siebie osobowości, które naprzemiennie wpływają na zachowanie chorego. A oto przykłady cytatów z książki „4321” Paula Austera, które mogą sugerować objawy takiej właśnie choroby: To nie był chwilowy problem, zdał sobie teraz sprawę, to był problem wieczny. Nigdy żadnego rodzeństwa, a ponieważ Ferguson postanowił się z tym nie pogodzić, wypracował własną drogę do wyjścia z impasu, wynajdując sobie wymyślonego brata (…) Swojego nowo narodzonego brata nazwał John (…) Ferguson pilnował się, by przy innych nigdy głośno się do niego nie odezwać, ponieważ John był jego tajemnicą i nikt nie powinien się był o nim dowiedzieć, nawet jego ojciec i matka (…).

Nazywał się Federman, Art Federman, znany wszystkim, jako Artie, a ponieważ Artie Federman brzmiał bardzo podobnie jak Archie Ferguson, chłopcy często żartowali, że są dawno zaginionymi braćmi bliźniakami, których rozdzielono tuż po urodzeniu (…).

Chciał wprowadzać zamęt i zbijać z tropu, wywoływać ataki śmiechu i okrzyki przerażenia, łamać serca, zatruwać umysły i zatracać się w szalonym tańcu z własnym sobowtórem w parze (…). Czuł, jakby został uwięziony w ciele kogoś obcego, i nie był w stanie sam się rozpoznać, patrząc w lustrze na swoją twarz, dotyczyło to także jego myśli, jakie go nachodziły, ponieważ były to także myśli kogoś obcego.

Jest jeszcze inna teoria dotycząca książki Paula Austera. Może autor w „4321” opisał teorię „światów równoległych? Zakładała ona, że wszystko, co się może wydarzyć, na pewno będzie miało miejsce w którejś z odnóg rzeczywistości. Innymi słowy: każdy wybór, którego dokonujemy w życiu, posiada swoje przeciwieństwo, które musi się wydarzyć we wszechświecie równoległym. Jako pierwszy do tej hipotezy poważnie podszedł brytyjski fizyk David Deutsch. Stworzył on własną interpretację mechaniki kwantowej, która zakładała, że przestrzeń jest wypełniona nieskończoną ilością wszechświatów, w których robimy to samo, co w naszym wszechświecie lub podejmujemy wybory alternatywne. Identyczni, lecz różni, czterej chłopcy tych samych rodziców, te same ciała i ten sam materiał genetyczny, ale każdy mieszka w innym domu, w innym mieście, we własnym środowisku. Ich historia toczy się w taki czy inny sposób zależnie od środowiska, w miarę rozwoju akcji chłopcy zaczynają się różnić: pełzają, idą lub pędzą swoją drogą przez dzieciństwo, młodość i wczesny wiek męski jako coraz bardziej odmienne postacie, każdy na swojej ścieżce, a jednak wszyscy wciąż są jedną osobą, trzy wyobrażeniowe wersje samego siebie, a potem wrzucony na dodatek jako Numer Cztery on sam, autor książki - lecz szczegóły opowieści na tym etapie były mu wciąż jeszcze nieznane.

Teoria wieloświatów jest świetnie ukazana w izraelskim serialu „Grób” z 2019 roku w reżyserii Omrii Givona. Potężne trzęsienie ziemi odsłania grób, w którym znajdują się trzy szkielety. Zostaje podjęte w tej sprawie śledztwo, które wykazuje, że kody genetyczne zmarłych pokrywają się z DNA trzech żyjących osób. Dochodzenie przynosi jednak więcej pytań niż odpowiedzi.

            „4321” to na pewno powieść monumentalna, ogromna, pełna literackich pyszności. Można zatracić się w prawdziwym literackim kunszcie, który zobaczycie w tej książce. To nie jest lektura lekka (dosłownie i w przenośni), na jeden wieczór, ale na wiele, wiele wieczorów, które sprawią, że zimne dni wydadzą się cieplejsze, a zbyt ciepłe trochę chłodniejsze. Jej rozmiary na pierwszy rzut oka powalą, ale i też potrafią zauroczyć, jeśli tylko nie boicie się dużych wyzwań. Prawdziwa literatura piękna na naprawdę wysokim poziomie, który mnie osobiście zachwycił, a powieść to po prostu życie. „Życie i cała reszta”, jak powiedziałby Woody Allen. A dokładniej, życie i detale na nie wpływające. Nie trzeba wiele, by zmieniła się cała nasza egzystencja. Jak powiedział trener Fergusona Martino: „Jedyną pewną rzeczą na tym świecie, chłopcze, jest gówno. Codziennie tkwimy w nim po kostki, ale czasem, jak zaczyna nam sięgać do kolan lub do pasa, musimy się z niego wygrzebać i iść dalej”.

 

 


26 września 2020

Na Zachodzie bez zmian

 

„Na Zachodzie bez zmian”


Erich Maria Remarque


Autor/ (ur. 22 czerwca 1898 w Osnabrück, zm. 25 września 1970 w Locarno) – niemiecki pisarz, weteran I wojny światowej. Do jego najwybitniejszych dzieł należą powieści „Na Zachodzie bez zmian” i „Łuk triumfalny”.

Tłumaczenie/ Stefan Napierski

Tytuł oryginału/ de „Im Westen nichts Neues”

Tematyka/ W 1917 roku Erich Maria Remarque został wysłany, jako żołnierz na front. Wojenny epizod pisarza nie trwał długo, ale to, co widział i przeżył, wystarczyło mu do napisania słynnej powieści pacyfistycznej. Wojna sprawia, że dotychczasowy system wartości staje się śmieszny i nieprzydatny. To doświadczenie, którego nie da się wymazać i które determinuje wszelkie międzyludzkie relacje i zachowania. Zostaje ono w człowieku o wiele dłużej, niż trwają same zmagania wojenne. Spektakl to niekończące się echa z frontu, to opowieść o zabijaniu w pojedynczych kadrach. Czym jest ból i amputowanie kończyn, czym jest strach i bestialstwo? Z żołnierzy zostają strzępy i kikuty, ponieważ pokłóciło się kilku możnych tego świata i przyszedł czas, aby wyrównać rachunki...

Główny motyw/ Wzniosłość? Męstwo? Przygoda? Patriotyczny obłęd? Grupa uczniów zostaje namówiona do spełnienia patriotycznego obowiązku. Mamieni wizją bohaterstwa i wielkimi słowami o wspólnej sprawie zaciągają się do armii, by poznać, czym jest śmierć w okopach, wszy, głód i szeroko rozwarte oczy zabijanego wroga. Czymże jednak jest ten obowiązek? – pytają siebie, świadomi, że strzelają do takich jak oni – młodych, tęskniących za domem i pokojem i pytających o sens wojny wrogów. Mistrzowskie wniknięcie w emocje bohatera, gwałtowność opisu ataków z lądu i powietrza, atmosfera nieuchronności śmierci – wszystko to sprawia, że powieść ta do dziś przejmuje grozą.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„(…) cała ta wojna uszłaby od biedy, gdyby można było tylko chwycić nieco więcej snu”.

„Dla żołnierza żołądek i jego trawienie jest dziedziną bardziej spoufaloną niż dla każdego innego człowieka”.

„Jest zresztą rzeczą śmieszną, iż nieszczęście świata tak często wywodzi się od ludzi małych, są o wiele energiczniejsi i mniej skłonni do zgody niż rośli”.

„Tacy wychowawcy często mają uczucia swe pod ręką w kieszonce od kamizelki; wydają je przecież, co godzinę, na porcje. Ale wtedy nie budziło to w nas jeszcze wątpliwości”.

„Zatraciliśmy zmysł dla innych wartości, gdyż są one sztuczne”.

„Zastanów no się tylko, kiedy psa wytresujesz do żarcia kartofli, a potem przedłożysz mu kęs mięsa, pomimo to chwyci je zębami, gdyż taka jest jego natura. A kiedy człowiekowi dasz kęs władzy, wtedy rzecz będzie miała się podobnie, będzie szczerzyć zęby”.

„Powiadam wam, to najgorsze świństwo, że zwierzęta są na wojnie”.

„Gdyby przynajmniej nie patrzyli w ten sposób, ileż niedoli mogą zawierać takie dwie małe plamki, tak małe, że można je zakryć kciukiem, oczy ludzkie”.

„Muszą istnieć ludzie, którzy mają pożytek z wojny”.

„Nasza wiedza o życiu ogranicza się do śmierci”.

„Myśli nasze są jak glina, ugniatane kolejnością zmiennych dni (…)”.


            Powieść „Na Zachodzie bez zmian” należy do najgłośniejszych dzieł literatury XX wieku. Jej bohaterowie, podobnie jak sam autor, reprezentują „stracone pokolenie”, którego młodość przypadła w okopach I wojny światowej. Fragment otwierający „Na Zachodzie bez zmianmówi, że książka nie jest aktem oskarżenia czy wyznaniem, lecz świadectwem przeżyć pokolenia „unicestwionego przez wojnę”, a także doświadczeń tych, którzy ją przeżyli. Te proste, oczywiste słowa są – bardziej niż ostrzeżeniem, czy nawet próbą samoobrony – cichą, zwięzłą konstatacją, że rzecz jest o zagładzie.

            W spolaryzowanych politycznych debatach na temat Republiki Weimarskiej I wojna światowa nie była traktowana, jako temat, ale sprawdzian. Rozumienie wojny – jej przyczyn, przebiegu, przegranej i zwycięstwa – było kluczem do zrozumienia przeszłości i tego, jak znośna, bądź zniszczona, może być przyszłość. W tym kontekście interpretacyjnym widać, że pacyfizm dzieła nie zadowalał w okresie międzywojennym ani prawicowego, ani lewicowego skrzydła krytyków niemieckich. Książka Remarque’a nie czyni z pacyfizmu swej idei ani go nie broni, ale przedstawia, jako pełną niepokoju odpowiedź na rzeczywistość zorganizowanej rzezi. To wyważona, przejrzysta, ale oryginalna demonstracja antyhumanitaryzmu wojny czyni „Na Zachodzie bez zmian” powieścią antywojenną. Główną rolę w tym antywojennym memorandum odgrywa głos Paula Baumera, 19-letniego narratora, który jest jednym z żołnierzy pierwszej linii frontu. Jego doświadczenie wojny demaskuje mit heroizmu, obnażając beznadziejność, porażający strach, samotność i gniew ludzi, których ciał nie chroni i nie przynosi im zaszczytu wojskowy mundur. Głos Baumera zamiera w końcówce powieści. Zostaje on zastąpiony zwięzłą grzecznością raportu o jego śmierci – która nastąpiła w dniu, kiedy na Zachodzie wszystko było bez zmian.

            Ostatnie słowa sławnej powieści Remarque’a odwołują się nie tylko do ironii losu, jaką była śmierć nieznanego żołnierza, lecz także do niezamierzonej ironii wojennych komunikatów, w których ogłaszano, że nie wydarzyło się nic nowego, o czym warto byłoby donieść, choć w tym samym czasie codziennie ginęły i odnosiły rany tysiące żołnierzy. (Niemiecki tytuł powieści „Im Westen Nicht Neues” dosłownie znaczy „Na zachodzie nic nowego”). Jednocześnie podkreślają ironię zawartą w tytule powieści, charakterystyczny dla całej książki ton rozczarowania i goryczy.

            Akcja powieści zaczyna się pięć mil za linią frontu. Żołnierze „odpoczywają” po czternastu dniach walki w okopach. Ze stu pięćdziesięciu, którzy wyruszyli do ataku, wróciło zaledwie osiemdziesięciu. Niemal od razu pojawia się główny motyw – i charakterystyczny dla powieści ton – rozczarowanie. Katalizatorem staje się list od Kantorka, byłego szkolnego wychowawcy, który namówił ich wszystkich, żeby zgłosili się do wojska na ochotnika – pod wpływem jego argumentacji oporni i niezdecydowani poczuli się jak tchórze. Kantorek jawi się w tej scenie nie tylko, jako wychowawca i nauczyciel, ale również, jako swoista emanacja państwa, które zapewniło młodym ludziom wykształcenie, a ich rodzicom stworzyło warunki do posiadania dzieci i wychowania ich w duchu niemieckiej kultury. Swoją płomienną mową Kantorek uderza w najczulsze struny; kusi swoją „żelazną młodzież” wizją przygody na wojnie, która zapewni im powszechny szacunek, jako obrońców Vaterlandu, herosów rodem z antycznych mitów, o których opowiadał im na lekcjach. Z drugiej strony mówi o koniecznych ofiarach, jakie muszą ponieść, każe im odrzucić swoje osobiste ambicje na rzecz narodowego zespolenia w walce. Większość uczniów z klasy uległa namowom swojego wychowawcy, a ci, którzy mieli wątpliwości, zostali przekonani przez swoich kolegów. W obozie szkoleniowym spotykają Himmelstossa, który, nim zaciągnął się do wojska, był ich znajomym listonoszem, a obecnie pełni służbę, jako sierżant rezerwy i szkoleniowiec rekrutów. W jego obecnej sytuacji przejście z cywilnego pionu administracji państwowej do wojska stanowi sukces zawodowy i społeczną nobilitację. Himmelstoss jest kolejną postacią, która uosabia w tej opowieści państwo niemieckie; wraz z wybuchem wojny zmienia się charakter oraz rola zarówno (byłego już) listonosza, jak i instytucji państwowych. To, co było uporządkowane, powtarzalne i znajome, a tym samym dawało poczucie bezpieczeństwa oraz stabilizacji, z dnia na dzień ulega diametralnym przeobrażeniom.

Na tle charakterystyk postaci Kantorka i Himmelstossa uwidacznia się relacja między władzą cywilną i wojskową. Ten pierwszy reprezentuje tutaj pion administracyjno-cywilny: odpowiada za zaszczepienie u młodych ludzi poczucia, że wstąpienie do wojska stanowi nie tylko obowiązek chwalebnej służby krajowi, lecz także sprzężone z nim prawo uczestnictwa w wydarzeniu większym od ich własnego życia. Z kolei Himmelstoss stanowi symbol tego, jak głęboko sięga zakorzeniony w niemieckim społeczeństwie duch militaryzmu, a także, w jaki sposób armia oraz państwo wzajemnie na siebie oddziaływają. „Mieli być dla nas, osiemnastolatków, pośrednikami i przewodnikami do świata tego, co dorosłe […] [i] w gruncie rzeczy wierzyliśmy im. Z pojęciem autorytetu, którego byli wyrazem i wsparciem, w myślach naszych łączyło się większe, wnikliwsze zrozumienie i bardziej ludzkie pojmowanie. Ale pierwszy trup, którego ujrzeliśmy, zniweczył to przekonanie. […] Pierwszy ogień huraganowy ukazał nam naszą omyłkę i pod nią runął pogląd na świat, którego nas nauczyli”. Ten sam motyw powraca w rozmowach Pawła Baumera ze starszymi mieszkańcami wsi, gdy przyjeżdża do domu na urlop. Cywile niewiele wiedzą o wojnie w okopach, warunkach życia żołnierzy i rozmiarach rzezi. Spierają się w oberżach, jakie ziemie należy przyłączyć do Niemiec po wojnie i jak należy ją prowadzić. Paweł nie potrafi im opowiedzieć, co się naprawdę dzieje na froncie.

            W pierwszych rozdziałach znajdujemy opisy żołnierskiego życia: brutalne traktowanie rekrutów przez bezdusznego kaprala; tragiczna śmierć kolegi w następstwie amputacji nogi; skąpe racje żywnościowe i prymitywne baraki; czytamy o lęku i przerażeniu, krzykach i eksplozjach na linii frontu. Doświadczeni żołnierze traktują młodych z dystansem, chodzi jednak nie tylko o to, że w porównaniu z „nieopierzonymi” rekrutami dosyłanymi na linię frontu mają większe doświadczenie. Młodzi ludzie szybko przekonują się, że wojna straciła swój „charakter wyidealizowany i niemal romantyczny”. Dociera do nich, że zostali odcięci od swojej młodości i od szansy dorastania w sposób naturalny. Nie potrafią już wyobrazić sobie własnej przyszłości. To wyobcowanie szczególnie mocno daje się bohaterowi we znaki podczas urlopu. Mimo spotykających go dowodów sympatii i swoich starań wie, że jest outsiderem. Nie może zbliżyć się do swojej rodziny. A ponieważ nie potrafi opowiedzieć o swoich przerażających doświadczeniach, nie może także szukać u niej pociechy i wsparcia. Siedząc w swoim pokoju, patrzy na książki i usiłuje wrócić myślami do przeszłości i wyobrazić sobie przyszłość. Jednak jedyną rzeczywistością pozostają dla niego towarzysze walki. 

Potwierdzają się pogłoski o zbliżającej się ofensywie. Jednocześnie pojawiają się transporty nowych trumien z nieheblowanych desek i dodatkowe racje żywnościowe. Kiedy rusza nieprzyjacielski ostrzał, ziemia zaczyna drżeć i na żołnierzy spada lawina ognia. Pociski rozrywają umocnienia, zasypują okopy, kruszą betonowe schrony. Niewiele lepiej jest na tyłach. Pewnego rekruta, który wpadł w panikę, trzeba było siłą przywołać do porządku. Przeciwnik odpowiadał na ataki ogniem z karabinów maszynowych i granatów. Miejsce lęku zajmuje gniew. Nastroje antywojenne nasilają się, gdy czytelnik konfrontuje się z obrazami amputacji, podgląda żołnierzy jedzących w brudzie smażoną koninę, gdy czyta o obrazach z lazaretu, żołnierzach „zatrutych gazem, którzy w dławieniu, trwającym całe dnie, rzygają kawałkami spalonych płuc”.

Ta wojna miała być „szybką wojną”. Zmobilizowano dziesiątki milionów żołnierzy i na początku nikt nie wyobrażał sobie, że utkną oni w okopach, w błocie, w norach pełnych szczurów i wszy. Prognozy na szybki koniec walk okazały się bezzasadne. Nie było efektownej, błyskotliwej, kilkutygodniowej ofensywy. Pod koniec 1914 roku fronty zastygły w wojnie pozycyjnej. Na lata. Batalia w okopach nie znała pór dnia. Noc była tak samo dobra do walki jak dzień – ale do innej walki. Bardziej podstępnej, wręcz partyzanckiej. To nocą zabierano rannych i zabitych z ziemi niczyjej. To pod jej osłoną wychodzono na zwiady, aby zbadać stan umocnień wroga, wykraść dokumenty, prowiant czy złapać jeńców. Równie palącym problemem było zachowanie higieny. Jesienią, zimą i wczesną wiosną sytuacja stawała się tragiczna. Potrzeby fizjologiczne załatwiano w prowizorycznych latrynach. Najczęściej był to dół wykopany w ziemi, zabezpieczony deską. Kiedy wraz z opadami podnosiły się wody gruntowe, fekalia zalewały okopy. Żołnierze brodzili w nich po pas. Godziny spędzone w takich warunkach sprzyjały powstawaniu różnych chorób. Jedną z nich była tzw. stopa okopowa, diagnozowana, kiedy noga puchła i zaczynała gnić. Dowódcy za wszelką cenę kazali liniowym oficerom radzić sobie z tym problemem.

            Innym koszmarem dręczącym żołnierzy były wszy i szczury. W codziennej okopowej egzystencji walka z nimi miała swoje stałe miejsce. Wszy próbowano usuwać ręcznie, ale – jak można się domyślać – nie przynosiło to pożądanych efektów. Dopiero powrót na tyły dawał możliwość odwszenia. Także walka ze szczurami skazana była na niepowodzenie. Gryzonie, zwane trupimi, odznaczały się taką zuchwałością, że nie obawiały się chodzić po twarzach drzemiących ludzi. W tej sytuacji sen stawał się niemożliwy, chyba że ktoś wykazywał się wielką obojętnością wobec ich obecności. Lepiej było jednak nie zapadać w sen, bo szczury podkradały żołnierzom i tak już niewielkie porcje jedzenia. I z tego też powodu nienawidzono tych zwierząt. Żołnierze urządzali im jatkę, zabijając je, czym popadnie – saperskimi łopatami, a nawet deskami. W miejsce zabitych pojawiały się jednak nowe.

            W innym epizodzie znika względna anonimowość wroga. Paweł zostaje wysłany na zwiady w stronę nieprzyjacielskich linii, ale traci kontakt ze swoim oddziałem i trafia na terytorium zajęte przez Francuzów. Ukrywając się w leju po pocisku armatnim, słyszy wokół wybuchy i głosy francuskich żołnierzy. Jest napięty i spanikowany do granic możliwości; uzbrojony w lęk i nóż. Kiedy wpada na niego jakiś człowiek, wskakujący do leja, Paweł odruchowo dźga go nożem, i później leżąc obok umierającego Francuza, uświadamia sobie, że ten umierający człowiek stał się dla niego konkretną osobą. Paweł usiłuje opatrzeć mu rany, które sam mu zadał. Dręczy go poczucie winy. A wojna trwa, giną kolejni żołnierze i kolejni koledzy Pawła. Detering, oszalały z tęsknoty za domem, na widok kwitnącej wiśni próbuje zdezerterować, ale zostaje schwytany. Kat zostaje ranny w nogę. Paweł usiłuje zanieść go do punktu sanitarnego. Niemal mdlejąc z wysiłku, dociera do celu, gdzie okazuje się, że Kat jest martwy. Po drodze odłamek trafił go w głowę. Rolnik Detering zadaje retoryczne pytanie na temat cierpienia koni na froncie i uważa zaangażowanie niewinnych zwierzęta za najstraszniejszy aspekt wojny. Argument ten ma na celu skłonienie czytelnika do zakwestionowania niewinności żołnierzy i powodów, dla których „zasługują” oni na śmierć.

            Na Zachodzie bez zmian”, książka spalona przez totalitarne władze III Rzeszy, przedstawia front pierwszej wojny światowej. Wojny, której bohater nie rozumie. Konfliktu, który zabiera i pochłania wszystko, co żywe, co wartościowe, a sam w sobie nie ma żadnej wartości. Jest niszczycielski, nawet, jeśli między okopami trwoży się cisza. Zbudowana struktura świata przedstawionego przenosi czytelnika nie tyle do wewnętrznego przeżywania wojny przez bohatera, ile do sytuacji społecznych dziejących się w okopach. Do systemu, w którym przyporządkowane są zupełnie inne wartości, a funkcje społeczne są zaburzone – w myśl koncepcji systemu społecznego Talcotta Parsonsa. Definiuje on to pojęcie jako sieć interakcji między aktorami. Według Parsonsa systemy te opierają się na strukturach języka i kultury. Muszą istnieć w społeczeństwie w celu zakwalifikowania ich jako podstawy istnienia etnicznego. Ten pacyfistyczny głos, przez opis sytuacji, w jakich znajdował się bohater i bohaterowie (aktor społeczny indywidualny i zbiorowy), jest dobrą inspiracją do badań socjologicznych dotyczących na przykład konfliktów zbrojnych. Faktem jest, że pierwsza wojna światowa miała miejsce, ale fikcją jest sama akcja, postacie, ich doświadczenia są „możliwe” i „wyobrażalne”. Świat przedstawiony jest wtopiony w ten, który istniał. Były okopy, żołnierze, a także anomiczna struktura społeczna. Wyobraźnia literacka Remarque’a korzystała z wyżej wspomnianych pytań wyobraźni socjologicznej, jako drogi do zrozumienia opisywanej rzeczywistości społecznej. Socjologia nie staje w opozycji do fikcji. Poprzez analizę wiemy, że jest to fikcyjne odwzorowanie faktów, że dzieje bohaterów mogą być przeżywane poprzez opowieść naocznych świadków lub w sferze wyobrażeniowej w wytworach kultury (film czy książka). Są one źródłem do podjęcia rozpatrywań nad światem tam przedstawionym, interpretacji książki przez czytelników oraz umiejscowienia jej w kontekście społecznym. Remarque brał udział, jako żołnierz, w pierwszej wojnie światowej, posiadł więc doświadczenia stanowiące źródło obserwacji, wykorzystanych potem do napisania powieści. Pisząc ją, zadawał te trzy pytania o rzeczywistość, która go otaczała. Musiał więc wtedy korzystać z tego, co Mills nazywa wyobraźnią socjologiczną. Użył jej, by za pomocą literackich zdolności, zbudować opisywany świat społeczny w swojej powieści.

            Trwający obecnie okres pokoju jest najdłuższym w historii Polski i Europy. Jesteśmy kolejnym pokoleniem, które nie zaznało wojny, jej okrucieństwa i przemocy. I staliśmy się tym znudzeni. Rozwija się jej kult, jako niezwykłej przygody i czczenie wojowników-superbohaterów. Wokół pełno gier wideo czy rekonstrukcji wojennych. Walka znów staje się zabawą i poezją. Trzeba przypomnieć, czym tak naprawdę jest. Wojna sprawia, że dotychczasowy system wartości staje się śmieszny i nieprzydatny. To doświadczenie, którego nie da się wymazać i które determinuje wszelkie międzyludzkie relacje i zachowania. Wojna zostaje w człowieku o wiele dłużej, niż trwają same zmagania wojenne. Powieść to niekończące się echa z frontu, to opowieść o zabijaniu w pojedynczych kadrach.

            W opublikowanej w 1929 roku książce Remarque rozpracowuje wojenne przeżycia straconego pokolenia – własne, kolegów i przyjaciół. To, co zobaczył, jako osiemnastolatek rzucony w okopy Flandrii, opisał potem bez ubarwiania w swojej najbardziej znanej powieści, „Na zachodzie bez zmian". Jego dzieło rozsławiło go na całym świecie. W 1932 roku pisarz opuścił Niemcy, sześć lat później został pozbawiony niemieckiego obywatelstwa. Żył później w Szwajcarii i USA. Zmarł w Locarno w 1970 roku.