Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Niedzielna cisza, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Niedzielna cisza, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

18 stycznia 2025

Niedzielna cisza

 

„Niedzielna cisza”

Gina B. Nahai

Autorka/ Gina B. Nahai jest autorką bestsellerów i profesorem kreatywnego pisania na Uniwersytecie Kalifornijskim. Jej powieści zostały przetłumaczone na 18 języków i zostały wybrane jako „Jedne z najlepszych książek roku" przez „Los Angeles Times” i „Chicago Tribune”. Gina B. Nahai występuje często w mediach jako analityk tematów dotyczących współczesnej polityki Bliskiego Wschodu, gości w telewizji PBS, CNBC, a także w wielu innych lokalnych telewizyjnych i radiowych programach informacyjnych.

Tłumaczenie/ Krzysztof Hapka

Tytuł oryginału/ an-us Sunday's Silence

Tematyka/ Czym różni się Iran od Appalachów? Dwie pierwsze powieści urodzonej w Iranie pisarki Nahai, „Pawi krzyk” oraz „Księżyc i anioł”, rozgrywały się w jej ojczyźnie, i zostały dobrze przyjęte przez czytelników, wraz z entuzjastycznymi recenzjami. Teraz, w starannie zrealizowanej trzeciej powieści „Niedzielna cisza”, Nahai bierze na warsztat Appalachy, rzucając światło na kolejny region, którego ludność łączy fundamentalistyczna wiara, a jej wierzenia są równie egzotyczne i niezrozumiałe dla  większości zachodnich czytelników, jak wierzenia narodu irańskiego. Wiara kontra fanatyzm, strach jako siła motywująca do szukania zbawienia – te tematy są analizowane w miarę rozwoju wydarzeń zarówno tragicznych, jak i zbawczych. To wieloaspektowe dzieło rozszerza fikcyjne uniwersum Nahai w nowym i ciekawie dopasowanym kierunku.

Główny motyw/ Zagraniczny korespondent Adam Watkins stacjonuje w Libanie, kiedy otrzymuje wiadomość, że Mały Sam Jenkins, ojciec, którego ledwo znał, zmarł od ukąszenia węża. Sam, kaznodzieja zajmujący się handlem wężami, który przeżył 90 lat ciężkiego życia i 446 ukąszeń węży, w końcu uległ jadowi węża podarowanego mu przez Blue, wspaniałą Kurdyjkę urodzoną w Iraku i tak samo utalentowaną treserkę węży, która nigdy nie pasowała do Holy Rollers. Adam, który przez 18 lat próbował ułożyć sobie nowe życie, wraca do domu w poszukiwaniu odpowiedzi: Co kierowało Samem? I czy Blue po prostu testowała wiarę Sama, czy też zamierzała go zabić? Silne wyczucie geografii i historii religijnej stanowi tło, gdy Nahai bada zagadkę charyzmy, otwierając okno na wyspiarski świat i sprawia, że „inna” Ameryka staje się bardziej zrozumiała.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Usuwając się – żywy dowód jego grzechu – zapewnił mu bezkarność i pozwolił pogrzebać się w kłamstwie”.

„Dzieciństwo w Appalachach i lata patrzenia na okrucieństwa wielu wojen nauczyły go, że największy grzech to nie dać świadectwa prawdzie”.

„Tutaj samotność przynosiła ulgę”.

„Rozpaczliwie pragnąc wierzyć, ludzie ci nastawiali ucha na jego słowa, odwracali zaś oczy od czynów”.

„Przenosiła się z osady do osady, zmieniając kochanków z krótkowzrocznością młodości, która nie wierzy w klęskę”.

„Dziwne, jak umiera nadzieja: czepiamy się jej przez całe życie mimo wszelkich dowodów, że to bez sensu, aż nagle jedno drobne wydarzenie, jedna porażka znaczy kres naszej wiary”.

„Profesor zawsze szuka odpowiedzi w książkach. Woli suche naukowe teorie, bezpiecznie oddalone od życia”.

„Z czasem nauczysz się doceniać wartości iluzji [makijażu]”.

„Może tym właśnie jest religia: kobietą z talerzem ciasteczek i starą książką, dwiema dłońmi, które składają się obok ciebie w półmroku, głosem, który każe ci wierzyć”.

„Zatracił się w sztucznym świecie swoich kłamstw i marzeń”.

„Tylko człek obłąkany ucieka przed własnym cieniem”.

„Rzecz nie w tym, by znaleźć wyjście, lecz w tym, by nauczyć się żyć w labiryncie”.

„Tymczasem sam stał się bohaterem reportażu, który zamierzał napisać”.

„Zamienili się miejscami, każde uciekało ze swojego świata, a jednak koniec końców dotarli do tej samej prawdy”.

Trzymająca w napięciu, uwodzicielska i zarazem smutna książka „Niedzielna cisza” rozgrywa się głównie w Appalachach, miejscu, które w większości Amerykanów nie budzi większego zainteresowania, skutkuje zatem wieloma stereotypami. Zapadającą w pamięć opowieść Gina B. Nahai oparła na fizycznej i kulturowej izolacji tego regionu, aby nadać ton stracie, zamknięciu, samotności i frustracji. Zanurzając się w książkę, łatwo zrozumieć, dlaczego Appalachia tak bardzo różni się od reszty kraju, dlaczego tak niewiele z tego, co dzieje się poza nią, dociera do tutejszych mieszkańców. Życie gór – odwieczne, lecz dalekie od znużenia, ożywiane tylko przez naturę, upartą i niezmienną – każe istotom rosnąć, ale nie podlegać zmianom. Majestat Appalachów jest zawsze taki sam. Nie jest to jednak sensacyjna opowieść o zaściankowym miasteczku i jego mieszkańcach. To delikatna i tragiczna powieść o religii, duchowości, rodzinie i tożsamości. Książkę można by było opisać w krótkich zdaniach: Był sobie mężczyzna, który miał pewną tajemnicę. Był sobie chłopiec, który urodził się przez pomyłkę. Wiedział o tym od chwili, gdy stał się świadom siebie – zanim jeszcze nauczył się mówić czy określić swoje miejsce w świecie. Była sobie kobieta, która kochała mężczyznę. Był samotny,  niedostępny: widywała go w marzeniach i myślała, że zdoła znaleźć drogę do jego serca. Ofiarowała mu się więc niczym bajkę, pozwoliła mu się przejrzeć, jakby była ze szkła…

Jeden z bohaterów książki „Niedzielna cisza”, Adam, nigdy nie opowiadał nikomu o swoich korzeniach. Po części dlatego, że się ich wstydził. Zresztą sam nie pojmował ich na tyle dobrze, by tłumaczyć innym. Appalachia, jak z czasem sobie uświadomił, rządziła się własnymi prawami. Powszednie przejawy kultury tak obcej i oddalonej od reszty świata gdzie indziej nie miałyby sensu. Wychowany w wyniszczającej biedzie, Adam był synem zbuntowanej i pięknej kobiety Clare Watkins oraz wędrownego kaznodziei Małego Sama Jenkinsa, który miłował dzieci Boże, ale nie czuł się „stworzony”, by zadbać o własne. W ciągu życia poślubił cztery kobiety i spłodził kilkanaścioro potomstwa, które następnie porzucał, idąc dalej swoją drogą. Żył w nędzy, bez dachu nad głową, lecz natchniony duchem Pana i pragnieniem, by ponad wszystko szerzyć jego Słowo i z Jego pomocą pokonać szatana. Przez sześćdziesiąt lat głosił, że małżeństwo jest święte, rozwód zaś to grzech: powtórny związek nie znajduje uznanie w oczach Pana. I możemy zastanawiać się, jak pijak, kobieciarz, przestępca taki Jak Sam Jenkins stał się założycielem nowego odłamu wiary chrześcijańskiej w Ameryce. Jak wszystko w Appalachii, religia mieszkańców gór zawsze różniła się od religii ludzi z miasta. Sam lubił płodzić dzieci, ale potem zaczynały mu przeszkadzać i wciąż namawiał żonę, żeby zostawiała je w sierocińcu, dzięki czemu mógłby podróżować swobodniej. Jednakże gdy nabożeństwa dobiegały końca i wierni rozjeżdżali się do domów, Sam zrzucał z siebie świętość jak niedopasowany frak. Odkąd Adam sięgał pamięcią, zawsze czuł się jak outsider. Mieszkając najpierw ze swoją pobożną babcią w opuszczonym wagonie kolejowym, a później w brutalnym sierocińcu, Adam pragnął zostawić daleko w tyle świat kopalń węgla, bimbru i robotniczych namiotów. Udało mu się to, został korespondentem zagranicznym dla amerykańskiej gazety z Chicago. Po tym, jak rozpoczął życie w samotności, nigdy nie dzieląc się swoją bolesną przeszłością i nigdy nie nawiązując żadnych przyjaźni, Adam wrócił do domu po tym, jak jego ojciec, Mały Sam Jenkins, umarł od ukąszenia węża. (Mały Sam przeżył 446 ukąszeń wyłącznie dzięki wstawiennictwu Ducha Świętego).

W Knoxvill we wschodniej części stanu Tennessee, Adam jest w końcu zmuszony przez los do skonfrontowania się ze swoim dzieciństwem, rodziną i unikalną subkulturą gór południowo-wschodnich Stanów Zjednoczonych. Poznaje również Blue, tajemniczą kobietę, która początkowo była oskarżona o zamordowanie jego ojca poprzez wręczenie mu podczas nabożeństwa jadowitego węża. Adam zamierzał dowiedzieć się od Blue więcej o swoim ojcu, którego tak naprawdę nigdy nie znał, ale zamiast tego Blue dzieli się z nim swoją własną historią, która podobna jest do historii życia Adama w smutku i samotności. W dzieciństwie została zabrana od swojej rodziny z Azji Środkowej, była żoną pogrążonego w depresji profesora lingwistyki, zwanego „Profesor”. Namiętny i krótki romans Blue i Adama zmusza każdego z nich do zmierzenia się z kwestiami tożsamości i dziedzictwa rodzinnego. 


Przemoc, szaleństwo i bieda opisana w „Niedzielnej ciszy” przywodzą na myśl inne współczesne powieści, których akcja rozgrywa się na amerykańskim południu. Jednak styl narracyjny Giny B. Nahai jest wyjątkowy, a ton książki jest liryczny, trochę ospały, a nie szalony, jak można by sądzić po fabule. Gina Nahai napisała powieść o nieubłaganej samotności. Wydaje się, że każdy z bohaterów miał gorzkie dzieciństwo, nikt nie znajduje pocieszenia w życiu innych. Wszyscy w tej powieści są strasznie, beznadziejnie samotni. Rozpaczliwe relacje w „Niedzielnej ciszy” w żaden sposób nie łagodzą emocjonalnego odosobnienia bohaterów. Zamiast katharsis związanego z powrotem do domu lub odkrywaniem swoich korzeni, Adam i Blue odnajdują to samo, a nawet wiele więcej: emocjonalną tragedię i duchowe spustoszenie, które odbijają się w pokiereszowanych przez wyobcowanie wzgórzach Appalachów. Nahai pokazuje także, że pamięć o przeszłości nie zawsze jest równoznaczna z jej celebracją. Mimo często kłopotliwej i ciężkiej tematyki (a może właśnie dlatego) powieść Nahai jest piękna i interesująca. Ci, którzy oczekują cukierkowego zakończenia lub odkupienia, będą rozczarowani. Ci, którzy zechcą zanurzyć się w nieszczęśliwej podróży Adama do domu, zostaną nagrodzeni spektakularną, niepokojącą i poetycką opowieścią.

Księga Rodzaju mówi, że Bóg rzucił klątwę na Adama i Ewę, sprawiając, że na zawsze bali się węży jako kary za swą zmowę z tym pięknym zwierzęciem („Wprowadzam nieprzyjaźni między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej” [Rodz. 3,15]. W „Niedzielnej ciszy” Adam odradza się jako Adam Watkins, jako twardy reporter śledczy, palący papierosy, zdeterminowany, by wytropić zabójcę swojego fundamentalistycznego ojca, Małego Sama Jenkinsa, który był przywódcą sekty „węży”. Ewa odradza się również jako Blue Kerdi, młoda, kusząca kurdyjska żona zagubionego arabskiego lingwisty, którego przelotne zainteresowanie glosolalią prowadzi ich oboje do sekty Małego Sama we wschodnim Tennessee.

Akcja rozgrywa się w 1975 roku, a Adam, który pochodzi z Appalachów rozpoczyna swoją wyprawę na Bliski Wschód. Pracuje jako korespondent wojenny relacjonujący konflikt w Libanie, kiedy czyta w amerykańskiej gazecie o śmierci swojego ojca  – Małego Sama, który po 50 latach głoszenia kazań i 446 ukąszeniach przez węże, mających sprawdzić jego wiarę, w końcu umiera od ukąszenia grzechotnika. Ale sekta Małego Sama zrzuciła winę na Blue, jedyną cudzoziemkę w ich gronie. Wszyscy wiedzieli, że Blue miała romans z nieżyjącym już „świętym” Małym Samem. Mimo, że Adam nienawidzi swojego ojca za to, że porzucił go kiedy był dzieckiem i pozwolił mu dorastać w sierocińcu, główny bohater Nahai nadal był zdeterminowany, aby zbadać zarzuty, o których przeczytał w gazecie. I że kobieta, która podała mu węża, tak naprawdę zamierzała zabić kaznodzieję. Ktoś mógłby zapytać, czy wąż – a nawet sam kaznodzieja – nie był odpowiedzialny za jego śmierć? I w tym miejscu Gina Nahai ukazuje moc religijnego zaślepienia. O ile można uwierzyć, że zgromadzenie fundamentalistów mogłoby podejrzewać, że Blue w jakiś mistyczny sposób sabotowała Małego Sama za pomocą żmii, to czy realista, taki jak Adam, uwierzyłby w to samo? A co z miejscowym szeryfem i prokuratorem hrabstwa, którzy publicznie ogłosili, że są pewni, iż Blue zamierzała zabić Małego Sama? Można się zastanawiać, czy podobnie jak Ewa w rajskim Ogrodzie mogła w jakiś sposób zawrzeć zdradziecki pakt z wężem, to czy Blue mogła sprawić, że wąż stał się bardziej jadowity, bardziej agresywny? Może wcierała dodatkową truciznę w jego kły, jak bohater sztuki Williama Shakespeare'a Laertes, przed pojedynkiem z Hamletem? W końcu prokurator okręgowy oznajmił lokalnej prasie, że „sam zamiar zabójstwa nie czyni z nikogo mordercą” i odmawia wszczęcia postępowania karnego. Nie powstrzymuje to jednak Adama, który prowadził śledztwo dziennikarskie, by rozpocząć romans z Blue. Co za ironia: Adam poznał kraj wspomnień Blue, zanim ją spotkał, mieszkał wśród jej ziomków. Zamienili się miejscami, każde uciekało ze swojego świata, a jednak koniec końców dotarli do tej samej prawdy.

Jednak (ja) osobiście uważam, że najbardziej tragiczną postacią (choć tylko drugoplanową) jest mąż Blue, Profesor. Przypomina on inną postać, też drugoplanową, ale równie fatalną, a mianowicie Franza z książki „Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery. I Franz, i Profesor nigdy nie mieli najmniejszego znaczenia dla świata, losu i historii. Profesor od dziecka wierzył, że świat ludzi Zachodu jest prostszy, że ludzie Zachodu nie patrzą na szerszy obraz, lecz koncentrują się na najbardziej rzucających się w oczy sprawach i ludziach. Że mają kontrolę nad zdarzeniami, ponieważ znają zasady rządzące zachowaniami otoczenia. Kiedy zaś rozwiązują problemy, posługują się zasadami logiki formalnej. Natomiast mieszkańcy Bliskiego Wschodu zajmują się obiektami w szerszym kontekście. Świat jest w ich odczuciu bardziej złożony niż świat ludzi Zachodu, a żeby zrozumieć zdarzenie, trzeba rozważyć mnóstwo czynników, które są ze sobą wzajemnie powiązane i to nie w prostym, deterministycznym sensie. Logika formalna nie odgrywa szczególnej roli w rozwiązywaniu problemów. Osoba zanadto skupiona na logice może wręcz zostać uznana za niedojrzałą. Jednak los nie był dla Profesora łaskawy.

Profesor urodził się w portowym mieście Basra nad rzeką Szatt al-Arab, kilka godzin drogi od Morza Omańskiego. Jego rodzina od wielu pokoleń zajmowała się kupiectwem i zgromadziła niewielką fortunę, którą wykorzystywali na edukację swoich dzieci oraz zakup antycznych koronek i europejskich mebli do swoich domów. Położenie miasta jako faktorii handlowej umożliwiło jego mieszkańcom kontakt z ludźmi ze wszystkich stron świata. Rodzina profesora była kosmopolityczna i zwesternizowana, świadoma obyczajów innych ludów, ale była też związana tradycją: dziewczęta dorastały, by wychodzić za mąż i rodzić synów. Od chłopców oczekiwano, że wejdą do rodzinnego handlu i będą chronić bogactwo i dobre imię swoich ojców. Profesor dorastał, mówiąc po arabsku, francusku i angielsku, ucząc się liczyć na liczydle i zatrzymywać w głowie liczby. Był dobrym uczniem – w rzeczywistości zbyt dobrym, jak na gust ojca, który widząc chłopca czytającego poezję i literaturę, po cichu obawiał się, że jego syn stanie się homoseksualistą. Próbował zniechęcić chłopca do nauki, zabierał go do pracy, oferował mu wszelkie zachęty, by przestał czytać te książki, które tak bardzo lubił. Ale już jako dziecko Profesor wolał towarzystwo zmarłych pisarzy niż tętniący życiem port i odgłosy ludzi rozładowujących ładunki z gigantycznych statków, które przemierzyły tysiąc mórz. Z każdym czytanym słowem profesor wyobrażał sobie, że jest o krok dalej od domu i bliżej Zachodu. Dowiedział się, że siedziba władzy na świecie już dawno przeszła ze Wschodu na Zachód, a źródło cywilizacji i szacunku zostało przeniesione ze starego świata do nowego. Zachłysnął się więc każdą zachodnią ideą, o której mógł przeczytać. Nauczył się mówić po francusku i niemiecku z tak lekkim akcentem, jak tylko potrafił udawać, a potem zdecydował, że wyprowadzi się – z wilgotnego miasteczka z gnijącym portem i małostkowymi handlarzami jedwabiem i przyprawami, i pojedzie do Paryża, gdzie ludzie i idee wydawały się ważniejsze niż życie.

Zabrał swoje dziedzictwo i skrzynię pełną haftowanych sznurówek, a następnie skierował się do stolicy, aby rozpocząć swoją podróż. W biurze paszportowym w Bagdadzie przekupił urzędnika, aby napisał na linii, na której miało być jego nazwisko „Profesor”, a następnie przekupił go ponownie, aby wpisał islam jako jego religię. To było łatwe, uczciwe i słuszne. Było to również praktyczne – udać się na Zachód z nowym nazwiskiem i uchodzić za muzułmanina, a nie Żyda. Większość ludzi na Zachodzie prawie nie zdawała sobie sprawy z tego, że wśród Arabów są Żydzi czy chrześcijanie. Muzułmanie, podobnie jak Żydzi, obrzezali swoich chłopców, a większość z nich była ciemnoskóra, jak Profesor, więc spełniał wszelkie oczekiwania do bycia wyznawcą islamu.

W Paryżu wydał pożegnalne pieniądze, które dali mu rodzice, na parę ciemnych garniturów i kapelusz, wynajął pokój. Studiował na Sorbonie od trzech lat, kiedy jego pierwsza żona zaczęła się do niego zalecać. Była uczennicą Carla Junga, gorliwą wyznawczynią jego teorii na temat ludzkiego umysłu, wielką wielbicielką jego pism w ogóle. Zgadzała się z poglądami Junga na temat czarnych Amerykanów jako ignorantów, niezdolnych do analitycznego myślenia; podzielała jego pogląd na Żydów jako wstecznych. Wierzyła w istnienie wyższej rasy – lepszej, bardziej poprawnej, bardziej idealnej wersji ludzkości. Przez całe lata 30. XX wieku Profesor pogrążał się w swojej pracy, pozwalał żonie wychowywać dzieci i utrzymywać rodzinę. Pozwolił jej zapraszać przyjaciół do ich mieszkania, więc  przesiadywała z nimi, pijąc kawę przez całą noc i dyskutując o różnicach między rasami i o tym, jak wpływają one na rozwój umysłu, myśli i języka. Kiedy wyczuł, że przyjaciele czują się nieswojo, rozmawiając z nim o swoich poglądach – ponieważ był Arabem i z definicji gorszym człowiekiem – robił wszystko, co w jego mocy, aby podkreślić swoje przekonania i zdystansować się od swojego ludu.

Po uzyskaniu dyplomu znalazł pracę naukową na uniwersytecie, a jego misją było porównanie początków języków romańskich i germańskich z pochodzeniem języków wschodnich. Wtedy wybuchła II wojna światowa, Profesor stracił grunt pod nogami, kiedy dowiedział się, że jego żona została zwerbowana do pomocy w działaniach propagandowych. Pisała artykuły i wygłaszała wykłady, w których podkreślała wyższość rasy aryjskiej i demonizowała Żydów. Zabierała ich dzieci na wiece poparcia dla niemieckich zdobywców, a potem z zapartym tchem opowiadała mężowi o wszystkim, co widzieli, czuli i wyobrażali sobie. Profesor powoli obserwował, jak jego rodzina staje się potworem, który unicestwi go bez wyrzutów sumienia i bez chwili wahania, jeśli poznają prawdę. Stali się sobie obcy – on i te niebieskookie kobiety – wrogami za tą samą linią.

To właśnie wtedy – w latach okupacji, kiedy wieści o obozach koncentracyjnych obiegły Paryż, a opowieści o niemieckich okrucieństwach stały się powszechnie znane – Profesor zdał sobie sprawę, że musi wyjechać. Swoją młodość poświęcił Europie i zainwestował swój czas, jeśli nie miłość, w żonę i córki, które nigdy nie stały się jego częścią. Ale tajemnica, którą zabrał ze Wschodu, stała się zbyt wielka i groźna, by jego ciało mogło ją pomieścić. Wylewało się to w zaskakujący i nieprzewidywalny sposób – w kłótniach, które toczył z żoną na temat losu Żydów, w snach w nocy, kiedy widział córki wskazujące na niego i mówiące strażnikom SS, że jest Żydem. Sprawdzał raz po raz swój paszport i dokumenty pracy pod kątem ewentualnych oznak swojego pochodzenia, trzymał się z dala od ulic tak często, jak tylko mógł, w obawie, że ktoś – ktokolwiek – rozpozna go jako Żyda. Żył w ciągłym strachu.

Kiedy wojna się skończyła, jego żona straciła posadę na uniwersytecie. Po powrocie do domu  powiedziała mu, że będą głodować. Dodała, że musi trzymać się z daleka i mieć nadzieję, że nie stanie się celem żądnych zemsty Żydów i antyniemieckich Francuzów, że nie będzie już mogła pisać, uczyć ani wykorzystywać swojej wcześniejszej pracy, aby zdobyć inną. Pewnego dnia włożyła swój najlepszy płaszcz i wyszła na ulicę, aby sprzedawać papierosy i róże w kawiarniach na chodniku wzdłuż Saint-Germain. Pracowała od zmierzchu do świtu, liczyła grosze i negocjowała napiwki. Wiosną 1946 roku Profesor otrzymał list z Uniwersytetu Tennessee z propozycją posady wykładowcy na kampusie w Knoxville. Uniwersytet miał zapłacić za jego przeprowadzkę do Ameryki, a także udzielić kredytu, aby umożliwić zakup domu. Profesor ubrał się w garnitur i włożył pierścionek babci do wewnętrznej kieszeni. Był wczesny ranek. Jego żona jeszcze spała.  

            W Ameryce nie myślał zbyt wiele o swojej żonie i dzieciach. Wiedział, że nigdy nie znajdą go w Ameryce, i czerpał z tego pociechę, czuł się wreszcie bezpieczny. Ale im dłużej przebywał w Ameryce, tym bardziej prześladowało go wspomnienie o swojej najmłodszej córce, i tym bardziej zaczynał się zastanawiać nad rodzajem kosmicznej sprawiedliwości, która wymierza karę za dawno popełnione grzechy, które dotychczas pozostawały bezkarne. Minęło dwadzieścia lat, odkąd Profesor odszedł od swojej rodziny. Jego najstarsza córka, której pensję przeznaczył na zakup znaczków na listy do Ameryki, nadal pracowała w piekarni, w której rozpoczęła pracę w wieku piętnastu lat. Jego średnia córka wyszła za mąż za portugalskiego piosenkarza i przeprowadziła się z nim do Ameryki Południowej. Jego najmłodsze dziecko nadal mieszkało w tym mieszkaniu. Sprzątała dom dla bogatych kobiet przy alei Foch i pisała listy do Biura ds. Osób Zaginionych, prosząc o zachowanie akt jej ojca, upierając się, że w dniu, w którym wyjechał, został zamordowany, porwany lub po prostu zgubił się podczas spaceru, ale nie porzucił jej. Ich matka – niebieskooka profesor psychologii jungowskiej sympatyzująca z Napem – powiesiła się na wentylatorze sufitowym w swojej sypialni, trzy lata po zniknięciu męża.

            Jak wiemy, pisarka Gina Nahai dorastała w Iranie pod rządami szacha i obserwowała rosnącą siłę islamskiego fundamentalizmu. Akcja jej powieści „Niedzielna cisza” rozgrywa się w Tennessee, wśród społeczności Appalachian. Nahai daje nam jasne przesłanie, że czy w Iranie, czy w Stanach Zjednoczonych fundamentaliści są tak samo niebezpieczni. Kiedy mówię o fundamentalizmie, mam na myśli grupy religijne, zwłaszcza te, które pojawiły się po latach siedemdziesiątych XX wieku. Grupy, które definiują się za pomocą wojowniczych terminów lub przyjmują wojownicze strategie (w tym ściśle kontrolowany, patriarchalny kodeks moralny) w swoich wysiłkach na rzecz zachowania tego, co postrzegają jako bezkrytyczny pogląd na swoje religijne księgi (Koran lub Biblię). Bez względu na to, jak bardzo różnią się od siebie Stany Zjednoczone i Iran, łączy je ta sama historia: dekada zawirowań w latach 70., skupiona wokół ropy naftowej, rewolucji seksualnej, która zakończyła się odrodzeniem tego rodzaju fundamentalizmu. Wiemy, dokąd doprowadziła amerykańska chrześcijańska fundamentalistyczna odpowiedź na irański islamski fundamentalizm: śmiertelny impas, w którym Iran zwiększa swój potencjał nuklearny i wzmacnia grupy bojowników na całym Bliskim Wschodzie. Fundamentalistyczna odpowiedź Ameryki na fundamentalistyczny rząd Iranu doprowadziła do tego, że Bliski Wschód znajduje się w takim samym stanie katastrofy, jak nasz klimat.

 

05 marca 2026

Kaspijskie marzenia

 

„Kaspijskie marzenia”

Gina B. Nahai

Autorka/ Gina Barkhordar Nahai – amerykańska pisarka irańskiego pochodzenia. Urodziła się w Teheranie w rodzinie perskich Żydów, jednak już jako dziecko opuściła wraz z rodziną Iran. W wieku 17 lat przybyła do Stanów Zjednoczonych. Ukończyła studia z zakresu politologii na UCLA. Po ich zakończeniu pracowała w organizacji badawczej RAND Corporation w Santa Monica (Kalifornia). Swoją pierwszą powieść opublikowała w wieku 31 lat. Jest laureatką licznych nagród literackich. Posługuje się biegle językiem perskim, angielskim, francuskim i hiszpańskim.

Tłumaczenie/ Urszula Gardner

Tytuł oryginału/ an-us Caspian Rain

Tematyka/ Kaspijskie marzenia budzą się do życia z godnym pozazdroszczenia rozmachem, co jest dość niezwykłe, zważywszy na to, że tak duża część powieści Giny B. Nahai opiera się na czekaniu. Niezwykłe jest również to, że w książce przesyconej okrucieństwem kryje się tak wiele empatii, a w powieści pełnej pułapek fałszywej nadziei tyle pomysłowych wybryków. Ma zaledwie 292 strony, ale nie znajdziemy w niej nic szybkiego ani prostego, a także niewiele pocieszenia. To, co oferuje, to niepokojąco piękne portrety bohaterów – gdy rodziny się rozpadają, a marzenia obracają w ruinę. To znakomicie skonstruowana opowieść o tęsknocie i pustce, o kakofonii i ciszy. Powieść Nahai może wydać się niektórym zbyt bezlitosna, lecz idealnie wpisuje się w nastrój, który bywa określany mianem the 3 a.m. of the soul.[1]

Główny motyw/ Naszą narratorką jest Yaas, irańska dziewczyna urodzona w pozornie stabilnych latach poprzedzających rewolucję. Jest córką Omida i Bahar – on, zamożny Żyd, ocalały z getta; ona, kobieta z trudnej rodziny, z której nie można uciec, zwłaszcza w kraju, gdzie kobiety są w zasadzie pozbawione praw. Małżeństwo zawarte ponad klasowymi granicami stawia Bahar w sytuacji nie do utrzymania, bez łatwego wyjścia – tym bardziej, gdy Omid wiąże się z kochanką o imieniu Niyaz, kobietą nieznającą żadnych granic. Dzieciństwo Yaas komplikuje się z każdym kolejnym szabatem.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Wszystko jest przecież iluzją i nie ma na świecie człowieka, który potrafiłby z całą pewnością powiedzieć, co jest, a co nie jest możliwe.”

„(…) Irańczycy nie cierpią Arabów, nazywają ich  zjadaczami szczurów, gdyż jest to dokładnie to, co te dzikusy robią; zawojowali połowę świata po to tylko, by puścić z dymem książki i powyrywać języki poetom i filozofom, który wydał podbity naród – i po co?”

„Niektóre rodziny są dziwniejsze od innych – wiem, o czym mówię.”

„(…) posiada taki rodzaj umysłu, z którego nie ma żadnego pożytku.”

„Robienie cyrku z ceremonii pogrzebowej to zdecydowanie domena Zachodu.”

„Nie dość, że wywołał burzę plotek, która nie ominęła żadnego zakładu kosmetycznego w mieście, to teraz jeszcze chce podsunąć plotkarzom linę, by go na niej powiesili.”

„Wyjdziesz stąd w sukni ślubnej, a wrócić będziesz mogła tylko w całunie…”

„(…) żyjemy w czasach Rozumu, nawet zmarli to wiedzą i zachowują się odpowiednio.”

„Otwarcie się przyznała, że jest tancerką, co przecież niewiele się różni od bycia dziwką, no może poziomem wyrafinowania.”

„(…) Niemcy są bardzo skrupulatni, także w obliczu śmierci.”

„(…) cechuje się niezrozumiałym i przerażającym okrucieństwem charakterystycznym dla ludzi, którzy sami nie osiągnęli w życiu wiele, dostali jednak pewną władzę nad innymi.”

„Zna cenę marzeń i ścigania ich bez względu na koszty.”

„Wiem, jak to jest mieć matkę, która nie zwraca uwagi na swoje dziecko, nawet gdy jest z nim w jednym pomieszczeniu. Która kocha i nienawidzi równocześnie.”

„W życiu każdego istnieją zawoalowane prawdy i pilnie strzeżone tajemnice (…).”

„W niektórych częściach świata Prawda wyzwala. W innych – i tych jest większość – stanowi wyrok śmierci.”

„(…) nad każdym wisi cień tych, którzy wywarli na człowieka największy wpływ. Widać go -  w postaci obecności lub nieobecności – w oczach, ruchach rąk, sposobie, w jaki ktoś się śmieje.”

„Są granice, poza które nie wolno się posunąć… Są występki, za które nie ma przebaczenia, i zbrodnie, za które skazuje się nie tylko winowajcę, lecz także ludzi z nim spokrewnionych.”

„Na każdy grzech – jedna cnota; na każdy przejaw okrucieństwa – jedna łaska.”

„Jak to się dzieje, że marzenia jednych, równie wygórowane i nieprawdopodobne jak innych, spełniają się, drugich zaś nie, pozostając marzeniami ściętej głowy?”

„Problem z bogatymi ludźmi polega na tym, że im się wydaje, że są odporni na Boski gniew.”

„Słabi oraz ci, którzy uzależnieni są od woli i zachcianek innych, dźwigają swoiste brzemię.”

„Można definiować człowieka poprzez jego czyny bądź też poprzez wybory, jakich by dokonał, gdyby dane mu było poznać wszystkie okoliczności i konsekwencje.”

Kaspijskie marzenia, powieść Giny B. Nahai, opowiada o podziałach: między bogatymi a biednymi, między Wschodem a Zachodem, a także między ludźmi zdolnymi do głębokich uczuć i tymi, którzy nie potrafią (lub nie chcą) ich doświadczać. Akcja rozpoczyna się około dekady przed islamską rewolucją w Iranie w 1979 roku, od propozycji małżeństwa, która od samego początku skazana jest  na nieuchronną porażkę.

Omid, co w języku perskim oznacza „nadzieja”, to młody mężczyzna pochodzący z zamożnej żydowskiej rodziny z Teheranu. Wybiera Bahar (jej imię znaczy „wiosna”) – dziewczynę z klasy robotniczej, przypadkowo spotkaną na ulicy, ponieważ uważa ją za osobę „bezpieczną”: łatwą do zdobycia, gotową wyjść za niego bez wahania ze względu na jego pozycję i to, co może jej zaoferować. Omid zakłada, że Bahar nie będzie stawiać żadnych wymagań, a już na pewno nie emocjonalnych. Towarzyszy mu silnie posiniaczone ego: dziewczyna, którą miał poślubić, zerwała zaręczyny. Ten pozornie pragmatyczny wybór odsłania jednak głębszy dramat – lęk przed bliskością, instrumentalne traktowanie drugiego człowieka oraz złudzenie, że hierarchie społeczne mogą zagwarantować kontrolę nad uczuciami. „Omid radzi sobie z życiem tak, jak Amerykanie radzą sobie ze śmiercią – w sposób elegancki, a nawet z gracją, jednakże bez nadmiernej uczuciowości”. Nahai z subtelnością pokazuje, jak osobiste decyzje bohaterów splatają się z napięciami społecznymi i historycznymi, zapowiadając nie tylko prywatną katastrofę, lecz także nadchodzący rozpad świata, który wydawał się trwały.

Ma rację. Bahar wychodzi za niego, ponieważ od zawsze marzyła o księciu, który zabierze ją do lepszego życia. Jej ojciec, w młodości uczeń kantora, nie stanął na wysokości zadania i nie zdołał zaspokoić swoich ambicji śpiewaka solisty prowadzącego zbiorowe modlitwy; zaczął śpiewać na weselach i pogrzebach. Jej matka była krawcową; przyjmowała zlecenia od bogatych żydowskich i muzułmańskich kobiet. Jaka była to partia dla chłopaka z bogatej rodziny? Całe miasto mówiło o krawcowej, która nie umie szyć, i o śpiewaku, który nie potrafi śpiewać, i jeszcze – gdyby komuś było mało – o bracie, który udaje muzułmanina, i o drugim, który udaje, że żyje. To wszystko szczera prawda, ta rodzina była dziwna nawet jak na standardy obowiązujące na ulicach Teheranu. Bahar jak i Omid jednak szybko zostają uwięzieni w bezlitosnym, jałowym emocjonalnie związku; „(…) małżeństwa są zawierane i trwają, gdyż rozwód nie wchodzi w rachubę; mężowie są zadowoleni, a żony nie mają innego wyboru, jak być im posłuszne. Nikt nie oczekuje od życia, że będzie >szczęśliwe<.” Omid znajduje drogę ucieczki, zakochując się w innej kobiecie; Bahar takiej możliwości nie ma. Historię tę opowiada ich jedyne dziecko – Yaas (jej imię oznacza „jaśmin”), introwertyczna dziewczyna, której postępujący ubytek słuchu pozostaje w bezpośrednim, niemal symbolicznym związku z rozpadem małżeństwa rodziców. W świecie przedstawionym tej powieści głębokie uczucia są zagrożeniem, a wrażliwość okazuje się słabością. Pod koniec książki jedynymi osobami, które nie zostają całkowicie zniszczone, są ci, którzy niewiele czują. Dowiadujemy się, że emocjonalnie zahamowany Omid – którego imię, ironicznie, oznacza „nadzieję” – ostatecznie doświadcza namiętności z Nijaz, swoją kochanką, lecz nigdy nie zostajemy dopuszczeni do jego wnętrza, by tę przemianę przeżyć razem z nim. O Nijaz, wychowanej w zaniedbaniu mimo zamożności rodziny, wiemy niewiele. Ma dość nieustannych przeprowadzek i drażni ją irańska skłonność do funkcjonowania w szczelnych, rodzinnych kręgach. Ojciec wysłał ją do Anglii do szkoły z internatem, w istocie do sierocińca dla dzieci bogaczy, którzy nie chcieli być rodzicami. Nigdy jednak nie dowiadujemy się, co naprawdę czuje do Omida. Jest piękna, lecz emocjonalnie nieprzenikniona, niemal drewniana, a przez to idealnie dopasowana do jego chłodu. 


Sedno tej opowieści oraz przenikającego ją bólu tkwi w losach Yaas i Bahar. Bahar usiłuje walczyć z rozczarowaniami małżeństwa: gdy mąż zabrania jej ukończenia szkoły, próbuje się sprzeciwić; gdy w salonie piękności do którego chodzi jej rywalka odmawiają jej wizyty, uparcie czeka kilka godzin na swoją kolej; gdy Omid zaczyna mówić o odejściu, odmawia mu prawa do wygłoszenia pożegnalnej tyrady. Jednocześnie ignoruje narastające problemy ze słuchem córki, żywiąc złudną nadzieję, że same przeminą. W tej ucieczce od rzeczywistości powiela mechanizmy przemocy i wyparcia, które sama próbuje przezwyciężyć. Jednak przekonanie jej rodziny, że należy „ukrywać straty i robić wszystko, by nie dopuścić do większych”, w jej przypadku nie działa. Yaas tymczasem pragnie miłości i akceptacji ze strony rodziców zbyt pochłoniętych własnymi problemami, aby móc jej je ofiarować. Kurczowo trzyma się niemożliwych nadziei – że wydarzy się cud, który scali rodzinę, przywróci jej słuch i uczyni ją kimś naprawdę kochanym. Podobnie jak Bahar, próbuje naginać rzeczywistość do innej wersji, bardziej znośnej – i podobnie ponosi porażkę.

Nahai z niezwykłą sugestywnością odtwarza zapachy, gesty i codzienne rytuały starej dzielnicy Teheranu. Przykładem jest pokojówka Ruby, która maluje sobie sztuczne znamię, polewa piersi perfumami i zakłada przezroczysty czador, by zejść na ulicę i spotkać się z kochankiem. Yaas wspina się na drzewo w ogrodzie i objada się morwami, aż jej dłonie stają się lepkie od soku. Te zmysłowe detale budują świat intymny, cielesny, pulsujący życiem mimo narastającego bólu. Autorka nie stroni jednak także od tego, co okropne i niepokojące. W rodzinie Bahar jest siostra, którą mąż-psychiatra regularnie bije i zamyka w gołębniku, oraz brat, który zginął w wypadku drogowym, a którego duch, ubrany w starą koszulę i zgniłe buty, nawiedza dom niczym materialny ślad niewypowiedzianej traumy. Przemoc i śmierć nie zostają tu wyparte; wracają pod postacią obsesji, widm i rodzinnych legend. Rodzina Omida z kolei tak obsesyjnie dba o pozory przyzwoitości, że graniczy to z groteskowym okrucieństwem. Wśród sąsiadów pojawiają się tajemniczy naziści, półobłąkana ofiara szachowskich komnat tortur, kradnąca włosy martwym dziewicom, oraz średniowieczny w duchu sprzedawca butów, aspirujący gwiazdor rocka, noszący koszule coraz szerzej rozpięte na rosnącym brzuchu i romansujący z zadziorną kurdyjską pokojówką Bahar. Ten barwny, momentami absurdalny korowód postaci odsłania społeczeństwo na skraju rozpadu, w którym represja, pożądanie i szaleństwo współistnieją tuż pod cienką warstwą konwenansu.

Elementy realizmu magicznego w Kaspijskich marzeniach nie są ornamentem ani ucieczką w fantazję, lecz sposobem mówienia o tym, co w rzeczywistości zbyt bolesne, by dało się wypowiedzieć wprost. Duch zmarłego brata, krążący po domu w starej koszuli i zgniłych butach, nie tyle straszy, ile ucieleśnia nierozliczoną żałobę i rodzinne milczenie. On także pomagał swoim rodzicom utrzymać swą głuchotę w tajemnicy, chronił swoje siostry przed wyrokami ferowanymi przez świat zewnętrzny, który nie zna przebaczenia, usuwa się w cień po to, by innym łatwiej się żyło, aż wreszcie ginie pod kołami samochodu. To, że posłusznie nabrał wody w usta, pomogło jego rodzinie, lecz zarazem obrabowało go z historii, jaką powinien opowiedzieć, z historii będącej jego życiem. Bez niej na zawsze pozostał zaledwie chłopcem, który umarł w młodym wieku. Istniał tylko w pamięci rodziców, którym złamał serca, odebrał wszelki śmiech, do jakiego byli być może zdolni. Podobnie narastająca głuchota Yaas – choć fizyczna i realna –nabiera wymiaru niemal metafizycznego: cisza staje się przestrzenią, w której dziecko chroni się przed krzykiem, przemocą i emocjonalną pustką dorosłych. Dziewczynka straciła ojca w ten sam sposób, w jaki straciła słuch i zaufanie matki. Co ciekawe, na końcu książki autorka wyjaśnia, że imię Yaas znaczy nie tylko „jaśmin”, lecz także „rozpacz”. Przysięgła matce, że nie dopuści do tego, by ktokolwiek się dowiedział, że ona też traci słuch. Tak długo strzegła tego sekretu, aż stał się jej jedynym przyjacielem. Sądziła, że zaprzeczenie i milczenie ochronią ją oraz  matkę. Realizm magiczny pozwala Nahai zawiesić granicę między tym, co rzeczywiste, a tym, co wyobrażone, pokazując, jak bohaterowie – zwłaszcza Bahar i Yaas – przekształcają świat, by móc w nim przetrwać. Fantastyczne pęknięcia w realistycznej narracji okazują się odpowiednikami psychicznych mechanizmów obronnych: wyparcia, iluzji, nadziei graniczącej z obsesją. To właśnie dzięki nim codzienność starego Teheranu – pełna zapachów, ciał i rutyn – zyskuje wymiar mitu, a prywatne dramaty urastają do rangi opowieści uniwersalnej. W tej perspektywie realizm magiczny staje się językiem traumy i dziecięcej percepcji świata: rzeczy nienazwane powracają jako widma, a niespełnione pragnienia przybierają kształt cudów, na które bohaterki czekają mimo wszystko. Magia nie przynosi tu ocalenia, pozwala jednak nazwać stratę i nadać jej sens, zanim historia i polityka bezpowrotnie zmienią porządek ich życia. W ten sam porządek znaczeń wpisuje się postać drugiego brata Bahar. Żyje on marzeniem, że zostanie wielkim artystą estradowym. Od lat włóczy się po ulicach, przesiaduje w kawiarniach, a po powrocie do domu opowiada, że spotkał kogoś znanego z telewizji i że wkrótce ten ktoś zaproponuje mu pracę. Dla otoczenia pozostaje wariatem i marzycielem – figurą życiowej porażki. Gdy pewnego dnia zapytano go, czy naprawdę wierzy w to, co opowiada, odpowiedział, że oczywiście nie. Dodał jednak, że sama nadzieja, iż tak mogłoby się stać, pozwala mu dalej żyć. „Zna cenę marzeń i ścigania ich bez względu na koszty”. Nie jest więc jedynie naiwnym fantastą, lecz postacią tragiczną: świadomie wybiera iluzję, ponieważ tylko ona nadaje sens jego istnieniu. Jego wyznanie pokazuje, że marzenia nie muszą być prawdziwe, by były życiodajne – wystarczy, że umożliwiają przetrwanie codzienności. To bohater, który rozumie złudność własnych nadziei, a mimo to nie potrafi – i nie chce – się ich wyrzec.

Bahar od samego początku nie potrafiła zaakceptować faktu, że urodziła córkę. Na wiele tygodni przed narodzinami Yaas kupowała ubrania i zabawki przeznaczone dla chłopca, będąc głęboko przekonana, że nosi pod sercem syna. Na sali porodowej płakała i krzyczała, że wszyscy się mylili co do płci jej dziecka: wróżki, ciotki i dalsze krewne, żaden z wyznaczników, ani karty tarota, ani wzory z fusów po kawie, ani inne znaki nie zdołały trafnie przewidzieć, że w rodzinie Arbabów urodzi się dziewczynka. Bahar do końca wierzyła, że urodzi chłopca, dlatego narodziny córki stały się dla niej doświadczeniem bolesnego rozczarowania. Płakała nie tylko w szpitalu, lecz także długo po powrocie do domu. Dziewczynka przez lata słyszała od matki, że to przez nią jej możliwości, jakkolwiek skromne były jeszcze przed narodzinami dziecka, zmalały niemal do zera. Bahar utraciła bowiem pozycję matki dziedzica rodu, a wraz z nią resztki społecznego znaczenia i nadziei na lepszą przyszłość. Córka od najmłodszych lat obarczana była winą za niespełnione ambicje matki, za życie, które nie potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami. W ten sposób Gina B. Nahai pokazuje mechanizm przemocy przekazywanej z pokolenia na pokolenie: matki, same ukształtowane przez patriarchalny porządek, karzą swoje córki za sam fakt bycia dziewczynkami. Czynią to nie poprzez otwartą brutalność, lecz przez zasiewanie w ich niewinnych sercach strachu, poczucia winy i rozczarowania. Odbierają im nadzieję, skazując je na powtórzenie losu, który wcześniej stał się udziałem ich matek i babek. To cicha, codzienna przemoc, która nie pozostawia widocznych ran, ale na trwałe kształtuje tożsamość bohaterek.

To barwna galeria postaci ekscentrycznych. Gdy jednak niemal wszyscy są dziwaczni, szaleni, przygnębieni, targani myślami samobójczymi albo emocjonalnie wyjałowieni, trudno się z kimkolwiek naprawdę utożsamić. Czytelnik proszony jest o współczucie wobec Yaas, która przez większą część powieści kurczowo trzyma się wiary, że mimo rozpadu życia wokół niej wszystko jeszcze może się naprawić. Jak jednak mówi jej wujek już na początku: „Możesz mieć nadzieję, ile chcesz. To nie znaczy, że wygrasz”.

Yaas ostatecznie się poddaje i dokonuje skrajnego aktu autodestrukcji – gestu zapowiadanego od pierwszych stron książki. Ten finał nie jest zaskoczeniem, lecz logicznym domknięciem świata, w którym nadzieja nie ma realnego oparcia, a cierpienie narasta bez możliwości rozładowania. Motyw jednego błędnego ruchu, w tym przypadku małżeństwa, który nieodwracalnie zatruwa wszystko wokół, może wydawać się szczególnie bliski czytelnikom z Iranu. Obsesja na punkcie dawnych tragedii, powracających jak niezamknięte rany, stanowi tam swoisty kulturowy refren, obecny zarówno w myśleniu politycznym, jak i w estetycznych wyborach: w kinie, literaturze, narracjach rodzinnych. Dla zachodniego czytelnika ta nieustanna rozpacz może być jednak trudniejsza do przyjęcia, pozbawiona katharsis, niemal bezlitośnie konsekwentna. Nawet ogród rodzinny zaczyna obumierać i żadne podlewanie nie jest w stanie go ocalić. W świecie Kaspijskich marzeń przetrwanie okazuje się udziałem wyłącznie postaci bezdusznych lub emocjonalnie zamkniętych. Reszta płonie, gnije albo wysycha,  tak jakby sama zdolność do odczuwania była wyrokiem, a gaśnięcie nadziei stanowiło jedyne możliwe zakończenie.

 

Polecam również:

Pawi krzyk: Książki i Psychoanaliza: Wyniki wyszukiwania: pawi krzyk

Księżyc i anioł: Książki i Psychoanaliza: Wyniki wyszukiwania: Księżyc i anioł

Niedzielna cisza: Książki i Psychoanaliza: Wyniki wyszukiwania: Niedzielna cisza

 


[1] To określenie bywa używane w literaturze i eseistyce anglosaskiej na opisanie poczucia bezsennej rozpaczy, niepokoju czy egzystencjalnego kryzysu, który najczęściej dopada człowieka w środku nocy.