12 grudnia 2016

Diabły z Loudun



„Diabły z Loudun”

Aldous Huxley



Autor/(ur. 26 lipca 1894 w Godalming, zm. 22 listopada 1963 w Los Angeles) – angielski powieściopisarz, nowelista, eseista, poeta.

Tłumaczenie/ Bartłomiej Zborski

Tematyka/ Historia ta rozgrywa się na styku seksualności, religii i władzy. O tym, że nie znajdujemy spełnienia we własnym ja, a osobowość postrzegamy, jako zniewalającą klatkę, co prowadzi do prób wykraczania poza siebie czy też, mówiąc językiem Huxleya, do samotranscendencji. To także opowieść o tym jak prawo, ze słowem "Bóg" na sztandarach, pełni czysto instrumentalną rolę, a instytucje mające go strzec wykazują całkowitą dyspozycyjność wobec władzy.

Główny motyw/ Historia masowego opętania mniszek i związany z nią temat władzy szukającej w ideologii uzasadnienia dla swoich bezprawnych poczynań. Ten splot zabobonu, religijnej psychozy i politycznej intrygi stanowi gotowy materiał dla „ szatańskich” manipulacji, której ofiarami nie stały się tylko same nękane urszulanki, ale wskazany przez nie, jako sprawca całego zamieszania „czarownik”, proboszcz Urbain Grandier.



Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:

 „… krzywoprzysięstwo jest większym grzechem niż cudzołóstwo”

„Należycie zalegalizowane kłamstwo, stało się teraz prawniczą prawdą”

„Wiara – znakomicie, lecz przecież nie można pozwolić, żeby świętość wkraczała w życie prywatne”

„Pozory czynienia dobra bywają głęboko zwodnicze”

„Chciwość i żądza władzy są niemal tak bezmierne jak cokolwiek innego na tym świecie”

„Dzieje spirytualizmu dobitnie dowodzą, że fałszerstwo, zwłaszcza fałszerstwo nabożne, świetnie daje się pogodzić z wiarą”

„Diabłu, nawet gdy mówi prawdę, nie można wierzyć”

„Bywały chwile, gdy nowa doktryna powodowała zakłopotanie i żenadę”

„W konkretnym czasie i konkretnym miejscu pewne myśli bywają nie do pomyślenia”

„…fałszywa teoria dotycząca jakiegoś aspektu natury ludzkiej (na przykład łącząca stany histeryczne z opętaniem) może wyzwolić w ludziach najgorsze instynkty i usprawiedliwić najbardziej szatańskie okrucieństwa”

„…istnieją diabły niewykształcone, ale również diabły wyedukowane”

„Należycie przymuszony diabeł musi wyznać prawdę”

„Cywilizację można określić- uwzględniając w tym kontekście jedną z jej cech- jako planowe i systematyczne pozbawianie jednostek pewnych okazji do barbarzyńskiego zachowania i postępowania”

„…>Bóg< stał się już tylko czczym słowem pozbawionym treści i znaczenia”



                 Od wczesnego Średniowiecza do końca wieku XVII kultura była przesycona irracjonalizmem. Nic dziwnego, że miało to swój wyraz w formie, jaką przybierają zaburzenia psychiczne. Nic też dziwnego, że irracjonalne myślenie nie jest obce współczesnym psychiatrom i psychoterapeutom (tym ostatnim być może szczególnie, ale to już całkiem inna historia). W końcu wszyscy jesteśmy kształtowani przez kulturę, w której żyjemy.
              
                  Pojęcie opętania ma długi, religijny “życiorys” i nic dziwnego, – bo ukuto je na długo zanim nauka wkroczyła na scenę badań nad ludzką psychiką. Choć zjawisko to jest dziś dość dobrze zbadane, wokół opętania wciąż pozostało żywych wiele mitów, które mogą okazać się szczególnie niebezpieczne, kiedy problem dotyczy ludzi myślących w kategoriach irracjonalnych.
        
                     Książka „Diabły z Loudun” Aldousa Huxleya przedstawia historię katolickiego księdza Urbaina Grandiera, który w 1634 roku został spalony na stosie we francuskim mieście Loudun. Zarzucono mu praktyki czarnoksięskie i doprowadzenia do opętania przez diabła zgromadzenia mniszek wraz z przeoryszą, siostrą Jeanne des Anges. Książka jednak wyjaśnia prawdziwą przyczynę męczeńskiej śmierci Grandiera. Ksiądz słynął z upodobania do uciech świata doczesnego, ze słabości do kobiet. Naraził się tym wielu osobistościom swojej epoki w tym kardynałowi Richelieu, który uknuł przeciw Grandierowi spisek.
                 
                           Wszystko jednak zaczęło się od tego, kiedy bohater krzepki młody humanista postanowił żyć pełnią życia. W rezultacie młody kapłan uznał, że jeśli żony i córki szlachciców darzą go ogromną miłosną estymą, nic nie stoi na przeszkodzie, aby z tych „darów” korzystać. Nic w tym dziwnego nie było, ponieważ Grandier był: „… czysty, schludny, przystojny i wykształcony młody mężczyzna o manierach szlachcica”. Swoje czyny w tym złamanie praw celibatu sam przed sobą tłumaczył sprytnym sylogizmem: „Przyrzeczenie wykonania niemożliwego nie jest wiążące” oraz „Kapłan nie przyjmuje celibatu z uwielbienia dla tego ciała, ale tylko po to, żeby zostać dopuszczonym do święceń”.  Pobożnisie należący do jego parafii uznali skłonności miłosne nowego proboszcza za najstraszliwszy skandal, jednak pobożnisie byli w mniejszości. Już sama popularność Grandiera wśród kobiet wystarczyła, żeby stał się on wysoce niepopularny wśród mężczyzn. Elementarna roztropność, w nie mniejszym stopniu niż zasady chrześcijańskie, nakazywała proboszczowi nieszczędzenie wysiłków, by wygaszać płonące wokół niego ogniska wrogości.
                   
                      Wszystkie „nieczyste” czyny uchodziły proboszczowi bezkarnie, nawet niechciane ciąże. Do czasu aż jedna z zakonnic przeorysza Jeanne des Anges zadłużyła się w wielebnym proboszczu. Grandier nie miał, bowiem powodów wynikających z jego profesji ani osobistych, by odwiedzać konwent. Odmówił także propozycji zostania spowiednikiem urszulanek.  Tego było już za wiele szczególnie dla kobiety, która cierpiała na „furor uterinus” – na chorobę z miłości. Upływały miesiące, upływały lata, a przeorysza nadal nie znajdowała sposobności do zmierzenia go spojrzeniem, któremu nic i nikt nie mógł się oprzeć. Tę chorobliwą nieodwzajemnioną miłość podsycały opowieści nawet najbardziej szacownych dam o jego swobodzie obyczajowej. W imaginacji jego parafianek miłosne poczynania Grandiera przybierały iście ponadnaturalne rozmiary.
                 

                            Decydującym wydarzeniem, które doprowadziło do zniszczenia proboszcza, a należących do długiej serii wypadków była zabawa w stylu halloween mniszek w udawanie duchów i poltergeistów. Po całej okolicy rozniosła się wieść, że klasztor urszulanek został nawiedzony przez diabły i duchy. Ten oto dość ryzykowny na ówczesne czasy chwyt miał przyciągnąć uwagę młodego proboszcza na klasztor i jego przeoryszę. „ Po pewnym czasie z nawiedzonego klasztoru zaczęły wyciekać pogłoski i wkrótce stało się powszechnie wiadome, że zacne siostrzyczki zostały opętane przez diabły, które to diabły obarczały winą za wszystko chochlikowatego Grandiera. Miejscowi protestanci, jak łatwo się domyślić, byli zachwyceni”. Jak wszystkim wiadomo w epoce fundamentalizmu pobożność oznaczała wiarę w osobowego diabła. Należy zaznaczyć, że pobożnym urszulankom udzieliło się tzw. „folie à deux”.
          
                         Upodlenie podczas egzorcyzmów, w którym poddano zakonnice, miało tylko podkreślić triumfalnie męski charakter roli egzorcystów. Ich bierność wzmacniała jedynie ich poczucie panowania nad nimi. Jako reprezentanci Boga mogli poczynać sobie wedle woli z tymi stworzeniami niższego rzędu – nakazywać im, by wyczyniały sztuczki, wprawiać je w konwulsje, traktować je brutalnie: „tak jakby były krnąbrnymi maciorami albo jałówkami; ordynować im lewatywy albo chłostę”.
                
                            Do sprawy proboszcza Grandiera nie przypadkowo przydzielono prokuratora Lauardemont, znanego z powiedzenia, że „wystarczą mu zaledwie trzy linijki napisane własnoręcznie przez jakiegokolwiek oskarżonego, by znaleźć powód do posłania takiego biedaka na szafot”. Zeznania obronne oskarżonego były ignorowane, ponieważ jak twierdził prokurator Laubardemont: „…Szatan jest z samej definicji Ojcem Kłamstwa, toteż jego świadectwo jest bezwartościowe”. Wyrok zapadł jednogłośnie. Ksiądz Grandier został skazany na śmierć. „W tamte upalne dni sierpniowe trzydzieści tysięcy nowo przybyłych – czyli niemal dwukrotnie więcej niż cała ludność miasta- współzawodniczyło o noclegi, posiłki i dobre miejsca na placu kaźni”. Po torturach i publicznym wyszydzeniu tego samego dnia proboszcz został spalony na stosie.  „Gdy ogień wygasł, kat rozrzucił cztery pełne szufle popiołów, każdą w inną stronę świata. A potem ruszył do przodu tłum. Parząc sobie palce, mężczyźni i kobiety przesiewali gorący, miękki pył, poszukując zębów, kawałków czaszki i miednicy oraz węgielków z charakterystycznymi ciemniejszymi smugami, pochodzącymi ze spalonego ciała. Niektórzy byli niewątpliwie zwykłymi łowcami pamiątek, większość jednak poszukiwała relikwii z przeznaczeniem na amulety przynoszące szczęście lub też zdolne zmienić uczucia niechętnej niewiasty – oraz na talizmany przeciw bólom głowy, zatwardzeniu albo też wrogim knowaniom”. Wszystko to działo się w epoce Kartezjusza i Newtona, logarytmów i geometrii. Duch nauki rozwijał się żywiołowo. Jednocześnie jednak równie żywiołowo rozwijał się duch szamaństwa i czarnoksięstwa, czarów i zabobonów.
                 
                       Jakie były prawdziwe przyczyny zainteresowania kardynała Richelieu tą nadzwyczajną sprawą? Podobnie jak współcześni Jego Eminencji musimy zadowolić się domysłami. Wydaje się pewne, że istotnym motywem było pragnienie osobistej zemsty. W roku 1618, gdy Richelieu był zaledwie biskupem „…, ów chłystek, proboszcz, okazał mu niegrzeczność". To prawda, zarzut ów był z gatunku tych, które nie znalazłyby uzasadnienia przed sądem. Diabły, czarodzieje i czarna magia mogły okazać się użyteczne do jeszcze innych celów. Gdyby udało się wywołać w narodzie przeświadczenie, iż Loudun stało się przyczółkiem regularnej inwazji piekieł, udałoby się zapewne wskrzesić we Francji inkwizycję. Ależ byłoby to wygodne.
                
                          Pytanie zasadnicze brzmi: Co chciał Aldous Huxley przekazać poprze książkę „Diabły z Loudun”? W wieku XX mieliśmy do czynienia z dwoma „manichejskimi” bałwochwalstwami: komunizmem i nazizmem. Choć często manichejskie w praktyce, chrześcijaństwo nigdy nie było manichejskie w dogmatach. Pod tym względem różni się od tych dwóch dyktatur, które były manichejskie nie tylko w uczynkach, lecz również w wierze i w teorii. W komunizmie i nazizmie chodziło o to, że to oni stoją po stronie „Światła” a inny po stronie „Ciemności”. To właśnie „inni” zasługują na karę i muszą zostać zlikwidowani. Albowiem ich „boskość” dostarczała uzasadnienia absolutnie wszystkiemu za pomocą najbardziej przemyślanych i okrutnych środków, jakimi dysponowały.  Bałwochwalczo utożsamiając Boga z interesem politycznym swej własnej sekty, skupiając myśli na mocach zła i poświęcając im swe wysiłki, dokładali starań, by sam Szatan mógł zatriumfować, ten sam Szatan, z którym jakoby walczyli.
                     

06 grudnia 2016

Fotografik



„Fotografik” 

Douglas Kennedy



Tłumaczenie/ Jan Kraśko

Tematyka/ Mechanizmy rządzące amerykańskim społeczeństwem. Pogoń za sukcesem. Samotność człowieka w świecie finansjery. Zabójstwo w afekcie.

Główny motyw/ Kiedy człowiek nie docenia tego co ma, a dostrzega to dopiero po czasie. O spełnianiu marzeń za wszelką cenę. O chęci bycia kimś innym.

Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:

„ Ale pamiętaj: pieniądze to wolność. Im więcej ich masz, tym większy masz wybór”.

„Ostatecznie porażka uwielbia towarzystwo”.

„Nic nie podnosi na duchu bardziej niż udane zakupy”.

„Kłamstwo wzbudza podejrzenia. Dwa kłamstwa je potwierdzają”.

„Nikt nie jest zadowolony z życia. Rzecz w tym, że niektórzy przyjmują je takim, jakim jest, że się z nim godzą…”.

„Arogancja często bywa kamuflażem zdesperowania”.

„Życie bywa dziwniejsze od fikcji”.

„Każdy ma jakąś przeszłość”.

„Sukces to niebezpieczny narkotyk”’.

„Bo jeśli umarło się dwa razy, dokąd można uciec?”.


                        Dwie podstawowe wartości, które najlepiej opisują kulturę amerykańską to indywidualizm i równość. Sekretem sukcesu w Ameryce bywa często wysokie poczucie własnej wartości. Każdy ma prawo „być sobą” i ma obowiązek szanowania wartości i wyborów innych osób. Indywidualizm oznacza jednak mniej wsparcia społecznego, więcej przestępstw, samotność i nieprzewidywalność relacji pomiędzy ludźmi o zmiennych poglądach. To z kolei oznacza mniejsze zaufanie w stosunku do innych, rozpad tradycyjnych więzi społecznych i ciężar odpowiedzialności, za jakość własnego życia.
               
                       Od wczesnego dzieciństwa Amerykanie wychowywani są w przekonaniu, iż czeka ich w życiu coś niezwykłego, że osiągną więcej niż wszyscy – będą sławni, piękni, bogaci, podziwiani i szczęśliwi. Rodzice i szkoła starają się odnaleźć unikalny talent każdego dziecka, który czyni go wyjątkowym i wróży na przyszły sukces. Czas i pieniądze przeznaczane są na kółka zainteresowań, kluby sportowe i dodatkowe zajęcia pozalekcyjne, gdzie uczą się i ćwiczą przyszli mistrzowie. Dzieci zachęca się do próbowania nowych rzeczy, stawiania sobie wyzwań i niepoddawania się, nawet, jeśli coś im nie wychodzi. Ciężka praca, dyscyplina i upór muszą dać rezultaty.
         
                   Douglas Kennedy w książce „Fotografik” „rozprawia” się z tzw. amerykańskim społeczeństwem sukcesu. Bohater Benjamin Bradford pracownik firmy prawniczej przy Wall Street mieszka wraz żoną i dwójką synów w podmiejskim domu, którego mogłoby mu pozazdrościć wielu mieszkańców Nowej Anglii. Biały, drewniany dom zbudowany w klasycznym kolonialnym stylu – ponad dwa tysiące metrów kwadratowych z garażami na dwa samochody. Żona z obsesją na punkcie antyków mebluje dom w sosnowym drewnie w stylu wczesnokolonialnym, a synek Josh sypia w mahoniowej kolonialnej kołysce: „z roku chyba tysiąc siedemset osiemdziesiątego drugiego”.
           
                      Ben codziennie rano – jak setki innych ludzi „sukcesu” – dojeżdża do pracy pociągiem odchodzącym z New Croydon o szóstej czterdzieści siedem. Środek lokomocji zdominowany był przez pracoholików, młodszą kadrę kierowniczą; każdy z tych ludzi robił wszystko, żeby zostać wspólnikiem czy wicedyrektorem: „Harowali czternaście godzin na dobę, by dopiąć celu. Panująca w wagonie atmosfera była tak naładowana znerwicowaną ambicją, że nawet gdybym nagle wyjął fajeczkę i wypalił ździebko cracku, nie wzbudziłoby to większego zainteresowania…” – myślał sobie Ben.
               

                           Żona Bena, Beth kupowała osiemnastowieczne bibeloty, Ben kupował sprzęt fotograficzny i oboje unikali rozmów, które mógłyby wyjaśnić, dlaczego ich małżeństwo utknęło w martwym punkcie, dlaczego ogarnął je paraliż, dlaczego doszło miedzy nimi do pata. Jednakże w głębi ducha dobrze wiedzieli, dlaczego…
                 
                     Pewnego dnia Ben odkrył -nie przypadkowo- świat ponurej rzeczywistości, świat niewygodnej prawdy. Ben zorientował się, że jego żona Beth ma romans z Garym Summers sąsiadem z naprzeciwka ich domu. Gary to prostak, fotografik- amator, który podczas rozmowy wyśmiewa i kpi z Bena: „ Spójrz prawdzie w oczy: jesteś tylko marnym urzędasem, który nie potrafi nawet wydupczyć swojej własnej…”. I stało się… Ben zabija Garego. Przed kwadransem był wzorem Amerykanina, uczciwym obywatelem, ojcem rodziny, właścicielem złotej karty kredytowej: „Czy wszystko, co człowiek zbudował- jego cały dobytek, to, co zgromadził w domu i to, do czego doszedł w pracy- może ulec zniszczeniu w ledwie pięciosekundowego napadu szału? Czy życie jest naprawdę takie kruche, tak delikatnie wyważone, czy tak łatwo można obrócić je w niwecz? W jednej chwili jest się wzorowym obywatelem, a już w następnej… Mordercą? Ja?”. A teraz… Czyżby to była całkowita samozagłada?
                    
                    Ben wpada na szalony, ale jakże dla niego „inteligentny” plan. Wykorzystując fakt, że Gary był samotnie żyjącym z funduszu powierniczego człowiekiem, postanawia ukraść Garemu tożsamość. Pozbywając się ciała sąsiada, zacierając wszystkie ślady mistyfikuje własną śmierć. Ben z kartami kredytowymi w kieszeni staje się „Garym Summersem” i „ucieka” do miasta Mountain Falls w Montanie. Kiedy po kilku tygodniach przeczytał w prasie swój nekrolog, poczuł, że się mu udało. Teraz nie miał już żadnych obowiązków, żadnych zobowiązań ani powiązań, ani dotychczasowego życia. Jakby znalazł się w całkowitej próżni. Zawsze pragnął wolności. Jednak, kiedy już tę wolność zdobył, odczuwał wyłącznie strach. Bo wolność – ta absolutna i bezgraniczna – jest niczym niezgłębiona otchłań. Niczym wypełniona chaosem pustka.
                   
                    W Mountain Falls urządza sobie spokojne życie, poznaje Anne dziennikarkę lokalnego pisma i dla przyjemności fotografuje Montanę. „Gary” i Anne nawiązują romans, robią sobie wycieczki poza miasto i mile spędzają czas rozmawiając o swojej „przeszłości”. Pewnego dnia wyjeżdżają do chatki nad jeziorem, niecałe dwa kilometry od domu szalał pożar. „Gary” chwycił za aparat i wykonał kilkanaście - jak się później okaże- fantastycznych reporterskich fotografii. Jedno z nich przedstawiające strażaka, który pochyla się nad spalonym ciałem swojego kolegi trafia za sprawą Anne na okładki takich gazet jak „Time”, „National Geographic”. Krótko mówiąc „Gary” zostaje „namaszczony” przez wpływowe gazety w Stanach Zjednoczonych na fotografa roku.
                     
                   I tu zaczynają się problemy „Garego”, telewizja i gazety proszą go o wywiady, galerie proponują wystawę jego zdjęć. „Gary” zastanawia się, co zrobić  tą sławą? Przecież nikt nie może go rozpoznać ze znajomych. Fotografik wpada znowu na szalony plan…
            
                         Książka „Fotografik” Douglasa Kennedyego jest znakomitym odbiciem amerykańskiej gonitwy za sukcesem za wszelką cenę. Kosztem pozbycia się swoich potrzeb, kosztem rodziny. W tym społeczeństwie nie ma słabości. Żona cię zdradza, masz kłopoty natury psychologicznej to nie jest problem, to jest wstyd. Bóg ci nie sprzyja. To tylko twoja wina. Jesteś po prostu przegrany. Presja zdobycia sukcesu przygniata jednostki słabe i wrażliwe a inne podsyca do „walki” o wszystko. Douglas Kennedy słowami bohatera swojej książki podsumowuje ten stan życia: „Pod koniec tygodnia zrozumiałem jeden z podstawowych truizmów amerykańskiego stylu życia: kiedy ludzie uznają, że jesteś na fali, wszyscy o ciebie zabiegają. Facet,  który usiłuje się przebić, jest w naszej kulturze człowiekiem pogardzanym. Jest nikim. Nieudacznikiem, który próbuje przekonać wydawcę, redaktora naczelnego, producenta, właściciela galerii czy agenta, że jeśli tylko dostanie szansę, na pewno odniesie sukces. Ale oczywiście nikt tej szansy nie chce mu dać, bo niby dlaczego wielcy tego świata mieliby pomagać szaraczkowi, komuś znikąd? Nawet jeśli uznają, że ma talent, zwykle boją się zaufać instynktowi i skoczyć na głęboką wodę”.

28 listopada 2016

Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy.




„Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy”

William Wharton



Tłumaczenie/ Zbigniew Batko

Tematyka/ Powieść obyczajowo-psychologiczna, w której bohaterem jest alter ego pisarza. Książka zawiera w sobie filozofię życiową, w której najważniejsze jest głębokie i świadome przeżywanie swego życia, wykorzystywanie posiadanych przez siebie talentów i możliwości, a także kultywowanie wartości rodzinnych.

Główny motyw/ Próba zatrzymania czasu oraz rozliczenie się z życiem w porze jego zmierzchu. Niespełniony romans bohatera z poznaną znaczenie młodszą kobietą staje się punktem wyjścia i pretekstem do melancholijnej refleksji nad sprawami ostatecznymi: życiem, miłością, śmiercią.

Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:

„Kiedy człowiek się starzeje, jest mu coraz trudniej zrozumieć najprostsze życiowe sprawy”.

„Kiedy jest się dzieckiem, przyjmuje się tak wiele rzeczy jako coś naturalnego”.

„Zmieniają się nieco okoliczności zewnętrzne, ale sama istota życia niewiele”.

„Ostatecznie wszystko ma swój koniec”.

„Człowiek zawsze znajdzie jakąś artystyczną duszę w najbardziej nieoczekiwanych miejscach”.

„Pod pewnym względem sny podobne są do wspomnień”.

„Albo umierasz młodo i wszyscy cię żałują, albo żyjesz długo i wtedy musisz znosić utratę swoich bliskich i przyjaciół. To naturalne i pewnym sensie sprawiedliwe”.

„…wiele z naszych najpiękniejszych przeżyć ma swoje źródło w wyobraźni, w czymś, czego nie rozumiemy”.

„To dziwne uczucie, kiedy człowiek wykorzystuje kogoś, kogo zna i tworzy jego fikcyjną replikę, bo potem trudno czasem rozróżnić, co wzięło się z rzeczywistości, a co jest zmyśleniem”.

„Myślę, że wszyscy w pewnym sensie istniejemy tylko w pamięci innych”.




                   
                
                    Książka William Whartona „Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy” dotyka bardzo istotnych i jakże ważnych etapów w życiu każdego człowieka: starości i przemijania oraz dzieciństwa i emocjonalnego dojrzewania. Człowiek rodzi się, dorasta, dojrzewa, uczy się i starzeje. To ostatnie nie oznacza jednak wyłącznie upadku i straty, bo jeśli ludzie są spełnieni, to osiągając zaawansowany wiek, potrafią cieszyć się spokojem, który staje się ich udziałem i życzliwie przyglądać się światu ze swojej perspektywy. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak kruche i ulotne są chwile, jak czas szybko leci, że nie da się go zatrzymać. Przemijają dni, miesiące, pory roku, lata - a wraz z nimi my. Przemijanie dotyka nas wszędzie – jest przemijanie czasu, życia, świata. Jesteśmy cząstką tego procesu. Mało, kto zdaje sobie z tego sprawę, zwłaszcza w początkowych latach życia, że człowiek rodzi się, żyje i umiera.
               
                Bohater książki „Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy” 69- letni Bert przyjeżdża po stracie córki, zięcia i wnuków, którzy zginęli w ogniu podczas wypalania traw w Oregonie do rodzinnej Filadelfii, aby namalować kilka obrazów z miejsc swojego dzieciństwa. Zamieszkał w domu swojej ciotki Edith. Malowanie obrazów chciał ograniczyć jedynie do swojego domu, w którym mieszkał od piątego do siedemnastego roku życia, czyli do roku 1943, kiedy to został powołany do wojska. Jednak prawdziwym celem podróży do Filadelfii nie był tylko zamiar malowania obrazów, lecz także jak to ujął bohater książki: „ I jeśli to będzie możliwe, skleić jakoś, choćby w małej, prywatnej skali, te rozliczne odłamki, na które, jak to czuję, jestem rozbity. Chcę także rozświetlić, dla samego siebie, najmroczniejsze zakamarki własnego umysłu”.
                 
                   Codziennie rano wyjeżdża po śniadaniu na starym rowerze kuzyna ze sztalugami na ramieniu pod rodzinny dom. Kiedy jedzie ulicami Filadelfii przez jego świadomość przepływają najróżniejsze dziwne myśli: „Najpierw szukam twarzy rodziców moich kolegów z dzieciństwa, potem uświadamiam sobie, że to niezbyt mądre- wszyscy pewnie nie żyją. Moi rodzice umarli już dawno, prawie dwadzieścia lat temu. Zaczynam szukać wśród tych starych twarzy swoich kolegów z dzieciństwa. Czuję się przy tym nieswojo”. Przy jego rozłożonych sztalugach gromadzą się dorośli i dzieci. Są zaciekawieni tym, że jakiś malarz mieszkający w Paryżu postanowił namalować stary dom sąsiadujący z ich domami. Najbardziej zaabsorbowana osobą tajemniczego malarza jest młoda, zmysłowa mieszkanka jego rodzinnego domu Peg.
                  
                      Między Bertem a Peg powstaje nieświadoma fascynacja. Ona szuka w Bercie ojcowskich uczuć, on jest pod ogromnych urokiem jej urody i zmysłowości. Bert częstuje ją kanapkami zrobionymi przez ciotkę Edith, Peg raczy go kawą. Wspólne rozmowy dotyczą jego malarstwa i podróżowania oraz „kobiecych” spraw Peg. Pewnego razu Bert odkrywa w piwnicy domu skrytkę z dziecięcych lat i odnajduje w niej kila zeszytów, które służyły mu kiedyś za pamiętnik. Tu dochodzimy do myśli przewodniej książki i tego, co czytelnikowi chciał przekazać William Wharton.

                
                    Bohater czyta po sześćdziesięciu latach swoje zapiski i przywołuje świat swojego dzieciństwa. Z pamiętników dowiaduje się o pewnej jakże ważnej rozmowie przeprowadzonej z nim przez ojca dotyczącej jego narodzin i porodu matki. Czytelnik dowiaduje się także, że prawdziwe imię Berta to Albert. Poród odbył się w domu i odebrał go niemiecki doktor Christianson, który jak się okazało nie był kwalifikowanym lekarzem. Według relacji ojca doktor Christianson podał ojcu owinięte w gazety „coś” i kazał spalić to w piecu. Ojciec do końca swoich dni nie wiedział czy to „coś" było łożyskiem z porodu czy był to martwy brat bliźniak Alberta -William: „Wiedzieliśmy, że mamy się urodzić. William wiedział też, że tylko jeden z nas przeżyje, i powiedział mi to. Komunikowaliśmy się za pomocą myśli, nie słów; żaden z nas nie pamiętał czasów, kiedy jeszcze nie byliśmy razem, ale obaj wiedzieliśmy, że byliśmy gdzieś, istnieliśmy jako ktoś inny i że znów tym kimś będziemy”. (…) Według Williama było nam przeznaczone, że tym razem będziemy obaj jednością”. „Bracia” stworzyli w schowku swój własny, magiczny świat i nazwali go Murlandią, miejscem, „ w Którym Spotykają się Wszystkie Światy”, miejsce o którym wie tylko Albert i jego „brat” William: „…to, co dzieje się w schowku, wydaje się znacznie bardziej realne niż tak zwana rzeczywistość”.
                 
                    Bert vel Albert spędzał całe dni z Williamem lepiąc figurki, nadając im imiona oraz przypisywali role i pozycję w Murlandii. I jak to sami określali: „To jeden z najprzyjemniejszych momentów w całym akcie tworzenia”. (…). Są też mieszkańcy zamku. Urządzają tam turnieje, polowania na dzikie zwierzęta, dziki, wilki, lisy, a nawet czasami na lwy i tygrysy. Czasami Albert marzy o tym, że jego „brat” William będzie mógł się z nim bawić, jako realny chłopiec, robić naprawdę różne rzeczy, manewrować figurkami. Ale kiedy Albert o to go pyta, odpowiada tylko: „Jeszcze nie”.  
                
                  Czytając książkę Whartona zastanawiamy się nad zjawiskiem fałszywych wspomnień, zjawiskiem żywienia przekonania na temat realności zdarzeń, które nie miały miejsca. Albert nie zna granicy między faktami a fikcją. Dla niego realna rzeczywistość i ta wyimaginowana to dwa równoległe światy: „On jest we mnie, tak samo jak ja jestem w nim. Jest mną, a ja nim”. Bohater żyje w nieprawdzie, gdyż stanowi to wyraz jego myślenia życzeniowego. Chciałby, żeby coś się zdarzyło, żeby było tak, jak tego pragnie, stąd konfabulacje dotyczące posiadania brata bliźniaka nieświadomie zaszczepione przez ojca. Marzenia Alberta znajdują odbicie w świecie jego fantazji. Wymyślony „brat” William spełnia wiele potrzeb emocjonalnych Alberta: potrzebę akceptacji, bliskości, bycia z kimś, komunikacji. Jest dla niego bardzo ważny, ponieważ uczy wcielenia się w role przyjaciela w rzeczywistości. W przypadku Alberta stanowi także formę odreagowania traumy jego ojca w sposób bezpieczny i akceptowalny. Pomaga mu radzić sobie z wieloma uczuciami, szczególnie z tymi trudnymi jak złość i smutek.
                        
                   William Wharton w książce „Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy” daje nam wspaniałą lekcję, w której zaczynamy szukać prawdziwego sensu życia. Dzieciństwo stanowi fundament naszej dorosłości i w wielkim stopniu wpływa na kształt naszego życia. Zrozumienie sposobu myślenia, zachowania czy motywów działania danej osoby, nie będzie w pełni możliwe bez wcześniejszego poznania i zrozumienia jej dzieciństwa. Dlatego tak ważne jest zachowanie i pielęgnowanie pamięci o dzieciństwie. Jednakże - podążając za słowami M. Halbwachsa - aby "dorosły odnalazł wspomnienie z dzieciństwa, nie wystarczy, że uwolni się z wysiłkiem, gwałtownym i często wręcz niemożliwym, od zespołu idei pochodzących od społeczeństwa, trzeba by na nowo zagościły w nim pojęcia dziecka i nawet trzeba odnowić jego wrażliwość, która dziś nie jest już w stanie odbierać tak spontanicznych i pełnych wrażeń jak w pierwszych latach  dzieciństwa". Oznacza to, iż mając do czynienia z relacjami z  przeszłości, stajemy się świadkami nie tylko owych opowieści, ale także świadkami procesu interpretacji, mającego swe podłoże w obecnej wiedzy pamiętającego.
                         
                          Pamięć o dziecięcych latach naszego życia jest niezaprzeczalnie warunkiem koniecznym do zrozumienia siebie w otaczającej teraźniejszości. Należy pamiętać, bowiem, iż dzieciństwo jest fundamentem naszego życia, kształtuje charakter człowieka, wpływa na dalsze poczynania. Od tego momentu zależy w dużym stopniu, jak ułożą się nasze późniejsze relacje z otaczającym nas światem, a także, z jakimi emocjami będziemy podchodzić do własnej przeszłości.

                   Często pomija się milczeniem fakt, że William Wharton był doktorem psychologii oraz to, że wszystkie jego powieści w równym stopniu składają się na mniej lub bardziej zawoalowaną autobiografię.