09 stycznia 2017

Akty miłości



„Akty miłości”

Elia Kazan




Autor/ właściwie Elia Kazanjoglous (ur. 7 września 1909, zm. 28 września 2003) – amerykański pisarz, reżyser filmowy i teatralny pochodzenia greckiego.

Tłumaczenie/ Jacek Manicki

Tematyka/ Zderzenie dwóch światów i kultur. Książka ukazuje fanatyzm w postrzeganiu własnego światopoglądu. Skostniały patriarchat oraz źle rozumianą obronę wyznawanych dogmatów. Tęsknotę za prawdziwą, zdrową rodziną.

Główny motyw/ Ethel rozpuszczona amerykańska dziewczyna próbuje uporządkować swoje życie, ale nie potrafi oprzeć się jego pokusom, aby temu zaradzić, wychodzi za mąż za Teddy’ego Greka z ortodoksyjnej rodziny.

Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:

„Miłość jest na filmach”.

„Całe życie strawiłem na studiowaniu instrukcji obsługi, którą dołączyli do tego starego sukinsyna. Potrafię przewidzieć, co zrobi, kiedy on sam jeszcze tego nie wie”.

„Wszyscy Grecy zaczynają jako grzesznicy, a w miarę jak się starzeją, robią się coraz bardziej religijni i szukają w modlitwie wyjścia z każdego cholernego kryzysu”.

„Amerykańska dziewczyna dla przyjemności, grecka dziewczyna dla rodziny”.

„…tylko bardzo bogaci i bardzo biedni mają to idealistyczne podejście do pieniędzy. Żebracy i miliarderzy”.

„Większości rzeczy, które musimy w życiu robić, nie chcemy robić”.

„Przyszłam na świat bez instrukcji obsługi”.

„…pochwała z ust kobiety jest najsilniejszym afrodyzjakiem”.

„…miłość i seks to dwie różne sprawy”.

„… większość kobiet wychodzi za mąż z pobudek materialnych, a większość mężczyzn żeni się dla wygody seksualnej i oboje pozostają w związku małżeńskim, chociaż wygasło już wzajemne zainteresowanie, bo boją się samotności…”.

„…gorsze od samotności jest życie w ubóstwie”.





                      Dobór partnerski może mieć istotny wpływ na trwałość związku i ilość problemów w nim występujących. Oczywiste jest, że małżeństwa jednokulturowe nie zawsze są udane. Zgodność poglądów religijnych i wychowanie w tej samej kulturze nie jest czynnikiem zapewniającym trwałość małżeństwa. Jak mówi Edward Rosset „wiara w zbawienną moc endogamii jest produktem konserwatyzmu myślowego, stanowiącego relikt przeszłości. (…) Endogamia sama przez się nie uwalnia małżeństwa od niezgodności poglądów, egzogamia natomiast otwiera przed małżonkami perspektywę integracji różnych obyczajów i różnych tradycji, co może uczynić życie bardziej interesującym i emocjonalnie bogatszym”. Ale nie zawsze tak bywa.
               
                      Dla każdego z nas rodzina pozostaje przez całe życie podstawowym układem odniesienia. Więzy łączące rodzinę należą do najsilniejszych i najbardziej charakterystycznych zjawisk decydujących o tym, kim tak naprawdę jesteśmy. Rodzina to nie prosta suma jej członków, mechaniczne dodanie matki z ojcem, dzieci z dziadkami, brata i siostry, czy innych osób zamieszkujących pod wspólnym dachem. Rodzina to coś znacznie więcej – to właśnie więzi, jakie łączą wszystkich ze sobą. One nadają tej wspólnocie niepowtarzalny kształt, charakter, klimat oraz atmosferę, rodzaj unikatowego swoistego smaku. Tak jak chleb, – o czym pisze w jednej z książek znana terapeutka rodzinna Virginia Satir – nie przypomina sumy składników, z których się składa, tj. wody, mąki, soli, drożdży itd., tak rodzina nie składa się tylko z poszczególnych osób i ról, jakie one pełnią. Chleb to zupełnie inna, jakość, niebędąca przecież oczywistym wynikiem bezwiednego i mechanicznego połączenia ze sobą wielu elementów. Tym, co tak naprawdę spaja ostatecznie pachnący bochen jest ciepło piekarniczego pieca, tak jak ciepło wzajemnych relacji łączy rodzinę w jedną niepowtarzalną całość. Związki miłości, czułości, troski, opieki i pomocy, ale też obowiązku i odpowiedzialności.
             
                         Elia Kazan w książce „Akty miłości” wykreował postać młodej amerykańskiej dziewczyny Ethel wychowywanej przez bogatą rodzinę. Bohaterka w wieku pięciu lat dowiedziała się, że jest adoptowana. Jej ojciec, doktor Ed Laffey, był pryncypialnym profesjonalistą, chirurgiem. Od matki inwalidki nie można było oczekiwać żadnego wsparcia. Doktor Laffey prowadził swój dom jak sanatorium z jedną jedyną pacjentką. Swoim domem i czterema akrami terenu na szczycie wzgórza zarządzał pedantycznie. Każdego ranka przy śniadaniu sporządzał menu na kolację, wyszczególniając, co należy wyjąć z jego chłodni, co wyciąć bądź zerwać w ogrodzie warzywnym, co zaś kupić i gdzie. Ten zestaw instrukcji musiał dotrzeć do rąk Manuela i Carlity, meksykańskiego małżeństwa zajmującego się domem, zanim doktor wyjechał do pracy.
Doktor Ed Laffey, zadbany, pięćdziesięcioczteroletni, wysportowany mężczyzna, pysznił się swoim młodym wyglądem i miał do tego podstawy. „Flirtował” ze swoją adoptowaną córką kompensując sobie braki życia erotycznego, którego nie mógł doświadczać ze schorowaną żoną inwalidką. Ethel, jako czternastolatka sypiała z mężczyznami już na całego. W tym czasie poznała Erniego i przez pewien okres spotykała się z dwoma mężczyznami na raz, w tym ze swym korepetytorem, który starał się wypełnić braki w edukacji prześlicznej uczennicy. Z korepetytorem spotykała się wczesnym popołudniem, a z Erniem, kiedy wracał do domu z pracy na farmie stanowej. Diafragmy nie zmieniała; nazywała to „strącaniem dwóch ptaszków jednym kamieniem”. Mając piętnaście lat, planowała popełnić samobójstwo: „taka dziecinada z podcinaniem sobie żył”. W życiu Ethel powiał się też Izraelczyk Aaron, którego uważała za proroka żywiącego się świerszczami. Była gotowa jechać z nim do Izraela, żyć w kibucu, całować mezuzę, uczyć się języka. Jednak z tego planu zrezygnowała nie stawiając się na lotnisko na samolot do Tel Awiwu.
                     
                          Rozchwiane życie emocjonalne Ethel próbowała uspokajać na różne sposoby. Była kobietą nieposiadającą przyjaciół tylko kochanków. Jednak żadne sposoby zagłuszania pustki psychicznej nie przynosiły rezultatów. Kiedy spotkała Teddy’ego greckiego chłopaka, służącego w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych o konserwatywnych, czytelnych poglądach, zrozumiała, że to jest to, czego całe życie szukała. Tęsknota za prawdziwą, kochającą rodziną była na wyciągnięcie jej ręki. Ethel i Teddy zaręczyli się. Ale jak to w tradycji greckiej bywa, należy powiadomić ojca pana młodego, aby wyraził zgodę – zobaczywszy wcześniej wybrankę syna- na zawarcie związku małżeńskiego. Teddy dzwoni do ojca i zaprasza go na spotkanie w gronie rodzinnym, aby ustalić szczegóły wesela. I tu zaczyna się problem. Miało nastąpić wydarzenie. Ojciec Tedde’go Costa Avaliotos kontra ojciec Ethel doktor Ed Laffey.    
               
                          Costa Avaliotos tradycjonalista, były wyławiacz gąbki, to człowiek, który wierzy w to, co mówi. A mówi, co mu ślina na język przyniesie nie zwracając uwagi na to, że obraża uczucia innych ludzi. Na początek spotkania z amerykańską przyszłą synową Costa bez wzruszenia oznajmił: „Nie jestem staroświeckim typem Greka. Po pierwsze, gdyby zamiast mnie siedział tu mój ojciec, nie byłoby całej tej rozmowy. Powiedziałby od razu: >Amerykańska dziewczyna dla przyjemności, grecka dziewczyna dla rodziny<”. Coscie nie pasowało coś w figurze Ethel. Miała za chude nogi. Odpowiednia kandydatka na żonę Greka powinna być szeroka w biodrach, zanim jeszcze zajdzie w ciążę, ale piersiasta dopiero potem.


Pierwsze spotkanie „głów” rodzin od początku cechowała wspólna nieufność i pogarda. Pierwszy konflikt w rozmowie dotyczył, w jakim obrządku zostanie przeprowadzona ceremonia ślubna – katolickim czy prawosławnym. Costa Avaliotos twardo bronił swoich racji: „Dla mnie nie wszystko jest możliwe. Mamy rodzinę i swoje zwyczaje. Nie zmieniamy się, kiedy przyjeżdżamy do tego kraju. Nasi chłopcy biorą sobie za żony greckie dziewczyny, a nasze greckie dziewczyny wychodzą za mąż za greckich chłopców. Nie jestem człowiekiem staroświeckim. Rozumiem, że świat się zmienia. Ale w tej sprawie my się nie zmieniamy”. Z Costą nie można było nawiązać sensownej rozmowy. Każde inne pomysły pogodzenia zwyczajów obu rodzin nie przynosiły rozsądnego rozwiązania. Stary Grek obrażał wszystko i wszystkich, sztywno trzymał się swoich poglądów i nie uległ nawet presji sprowadzonego na rozmowę księdza. Czara zniewagi wylała się jednak po obraźliwych słowach Costy na temat Ethel, kiedy oznajmił: „Wiem, jaka ona jest. Nie jest czystą dziewczyną. Mam rację? (…). Słuchał ksiądz przynajmniej raz jej spowiedzi, i tak dalej. Niech ksiądz powie prawdę”. Jednak sama zainteresowana, Ethel była zachwycona swoim przyszłym nieuległym w poglądach teściem. Oznajmiła swemu ojcu oraz księdzu, że tak uwielbia Coste, że chętnie wyszłaby za mąż za obu, za Teddy’ego i za Coste razem. Wszyscy czuli się jak aktorzy grający w jednym z tych komediowych seriali telewizyjnych, w których fantastyczny, ale skądinąd sympatyczny ojciec ze starego świata, niepodatny na żadne argumenty wygrywa swym uporem z liberalnym amerykańskim światopoglądem. Po wszystkim stary Grek zdjął w eleganckiej restauracji z nogi buta, ze skarpetki wyciągnął zwitek pieniędzy i zapłacił kelnerowi za kolację.
             
                  Costa, jako głowa rodu sam stanowił prawo. Pierwszym było sprawienie, aby Ethel stała się prawdziwą „grecką kobietą”. Wiązało się to z umiejętnością gotowania greckich potraw, ubierania się w skromny ubiór i najważniejsze, aby na świecie pojawił się grecki wnuk.  Problem stanowił ten ostatni nakaz, ponieważ Ethel stosowała antykoncepcje oraz to, że od miesiąca mieszkała u teściów na Florydzie a mąż Teddy w bazie wojskowej w Kalifornii. Jak to w tak zwanych „związkach fajerwerkowych” bywa wystarczył miesiąc separacji, aby relacje emocjonalne między młodymi małżonkami wygasły. W tym czasie w życiu Teddy’ego pojawiła się Dolores sekretarka komandora, która umiliła czas młodemu Grekowi oraz ukoiła go w samotności. Natomiast Ethel lekceważąc prawa i obowiązki osoby rekrutowanej zostaje poszukiwana za dezercję przez Military Police.  
                      
                 Ethel nie radzi sobie z emocjami na tyle, że zmienia się w tak zwaną „notoryczną naprawiaczkę” swojego życia. Takich ludzi charakteryzuje ciągłe zmienianie miejsca zamieszkania, pracy oraz kochanków/kochanek. Aby pozbyć się przeszłości wyrzuca swoje ubrania i pali zdjęcia. W taki oto patologiczny a zarazem symboliczny sposób chce pozbyć się przeszłości. Nie przeżywa swoich emocji wewnątrz siebie, lecz kompulsywnie je uzewnęcznia. Na dodatek po długiej kilkumiesięcznej nieobecności Ethel przyjeżdża do domu teściów w ciąży. Od plotek na temat licznych kochanków i kto może być ojcem jej dziecka huczy cała grecka dzielnica. Costa nie może znieść szyderczych uśmieszków sąsiadów i znajomych. Postanawia być wykonawcą woli Boga, rozprawiając się sprawiedliwie z grzesznicą. I tu dochodzi do tragedii…
            
                          Cała historia Ethel przedstawiona na kartkach książki „Akty miłości” Kazana to jedno długie pasmo zdradzania samej siebie. Uleganie „autorytetom”: raz Marynarce Wojennej innym razem Coscie. Dylemat: święta czy ladacznica w istocie nie był dylematem. To były dwa sposoby radzenia sobie z tym samym deficytem, z tym samym zranieniem. Nie był to żaden wybór, choć może sprawiać wrażenie wyboru. W istocie święta i ladacznica były – psychologicznie rzecz biorąc – w identycznej sytuacji.

Prawdziwe rozwiązanie problemu polegałoby na tym, aby Ethel mogła dojrzale odzyskać swoje ciało, stać się podmiotem swojego życia i dzięki temu odzyskać własną tożsamość. Wówczas nie byłoby potrzeby stawania się ani świętą ani ladacznicą z rodzicielskiej klątwy. Pojawiłaby się możliwość realizowania całego zanegowanego potencjału kobiecości. Nie potrzebowałaby już aktów miłości, by dowieść sobie, że żyje.

29 grudnia 2016

Przerwana lekcja muzyki



„Przerwana lekcja muzyki”

Susanna Kaysen



Autorka/ ur.1948 roku w Cambridge, w stanie Massachusetts. Praca nad książką wywołała w niej wspomnienia z prawie dwuletniego pobytu w szpitalu psychiatrycznym.

Tłumaczenie/ Paweł Laskowicz

Tematyka/ Książka jest rzetelną i wnikliwą pracą, która każe zastanowić się nad utrwalonymi przez nas definicjami normalności i nienormalności.

Główny motyw/ Autorka przywołuje do życia ponurą rutynę codzienności, jaka panuje na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym, a także wśród samych pacjentów. Susanna Kaysen stawia pytanie o to, kto tak naprawdę jest wariatem i kto ma prawo, by ostatecznie o tym rozstrzygać.

Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:

„Moim szczęściem- a może zbawieniem- było to, że świetnie zdawałam sobie sprawę z fałszywego odbioru rzeczywistości”

„Właściwie nie wiadomo, czy to szpital specjalizował się w poetach i muzykach, czy też poeci i muzycy specjalizowali się w szaleństwie?”

„Czy więc szaleństwo to tylko kwestia zaprzestania udawania?”

„Endogenna czy egzogenna, wywodząca się z natury czy z wychowania- to wielka tajemnica choroby psychicznej”

„Świat nie stanął w miejscu, ponieważ nas w nim nie było, wcale nie”

„Odmienność zawsze wzbudza zainteresowanie”

„Bez względu na to, jak to nazywamy- umysł, dusza czy charakter- chcielibyśmy myśleć, że posiadamy w sobie coś więcej niż tylko zbiór neuronów, który nas >ożywia<”
  
                    
                        W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku psychoterapeuci i psychoanalitycy zaczęli opisywać grupę pacjentów, którzy prezentowali często poważne i gwałtowne wahania nastroju, jak nasiloną tendencję do postrzegania osób znaczących, jako całkowicie dobrych lub złych.  Podważając tradycyjną teorię dotyczącą faz rozwoju libido, u tych pacjentów silne skłonności oralne współistniały z nasilonymi tendencjami agresywnymi, związanymi ze wszystkimi fazami rozwoju psychoseksualnego, zwłaszcza z dążeniami edypalnymi.  Z punktu widzenia panujących ówcześnie modeli psychoanalitycznych pacjenci ci byli zagadką, dlatego też najwcześniejsze ujęcie terminu borderline były bardzo ogóle, w pewien sposób jednoznaczne z określeniem „trudny pacjent”.
                    
                         Susanna Kaysen jest młodą osiemnastoletnią, wrażliwą absolwentką collegu. Żyje pod ogromną presją matki, która chce wychować córkę na swój własny, konserwatywny sposób. Efektem nacisku ze strony matki jest romans z nauczycielem i nieudana próba samobójcza Susanny – popija fiolkę aspiryny butelką wódki. Ponieważ nie jest zbyt chętna, by współpracować z psychiatrą, którego nigdy wcześniej nie widziała, została wsadzona do taksówki i odwieziona do Claymoore, luksusowego szpitala psychiatrycznego McLean: „Miałam osiemnaście lat i była wiosna, a ja siedziałam w szpitalu za kratkami”. Szpital słynął ze swej niepośledniej klienteli. Byli tam: Sylvia Plath, Robert Lowell, James Taylor i Ray Charles: “Szpital znajdował się na wzgórzu poza miastem, zupełnie jak w filmach o wariatach. Nasz szpital był bardzo sławny, gościł tu niejeden znany poeta i muzyk. Właściwie nie wiadomo, czy to szpital specjalizował się w poetach i muzykach, czy też poeci i muzycy specjalizowali się w szaleństwie?”.
                      
                        Początki szpitalnego życia są dla Susanny bardzo trudne, nie potrafi się pogodzić z rygorem, który zostaje jej narzucony już pierwszego dnia – oddziałowa Valerie pilnuje ją podczas kąpieli, zostają jej odebrane wszystkie ostre przedmioty. W Claymoore stykamy się z całą gamą barwnych charakterów i zaburzeń – od kleptomanki Giorginy, przez molestowaną seksualnie, uzależnioną od valium i kurczaków Daisy, oszpeconą w trakcie pożaru Polly, aż po dominującą, żywiołową socjopatkę Lisę. Susanna szybko orientuje się, że bycie wzorową pacjentką nie jest tu mile widziane – kwitnie nielegalny handel valium, niesfornej Lisie zdarzają się ucieczki, a pielęgniarka Val lubi przymykać oko, na niektóre przewinienia: „ W pewnym sensie byłyśmy wolne. Dotarłyśmy do kresu. Nie miałyśmy już nic do stracenia. Nasza prywatność, nasza godność, nasza wolność- byłyśmy tego wszystkiego pozbawione, byłyśmy obnażone do żywej kości swego jestestwa. Obnażone wymagałyśmy ochrony i szpital nas ochraniał. Oczywiście, to szpital pierwszy nas obnażył, ale jednocześnie podkreślił w ten sposób, że bierze na swój obowiązek ochranianie nas” – podkreśla Susanna Kaysen.
            
                   


                 Bohaterka książki zastanawia się nad przyczynami swojego zaburzenia oraz nad tym, dlaczego znalazła się w tym miejscu. Według jej przekonania to właśnie z powodu rodzin ona i jej koleżanki z oddziału znalazły się w szpitalu psychiatrycznym. I tak jak w ich życiu codziennym, szpitalnym życiu, rodziny były całkowicie nieobecne: „Zastanawiałyśmy się: czy i my byłyśmy tak samo nieobecne w ich codzienności?”. (…) Często szalona jest cała rodzina, ale ponieważ cała rodzina nie może iść do szpitala, wyznacza się na wariata jedną osobę, reprezentanta, który zostaje hospitalizowany. Potem w zależności od tego, jak miewa się reszta rodziny, osoba ta albo jest trzymana na oddziale, albo wyciągana z powrotem do domu. W obu przypadkach rodzina stara się udowodnić coś na temat swego stanu zdrowia psychicznego”.

                     
                            Tytuł książki nawiązuje do obrazu Jana Vermeera „Przerwana lekcja muzyki”-namalowany około 1658-61 r. W kameralnym pomieszczeniu przedstawiono młodą kobietę w białej chuście, błękitnej sukni i czerwonym kaftanie, która była zajęta grą na lutni. Zaprzestała lekcji, by zająć się czytaniem listu, prawdopodobnie miłosnego, przekazywanego jej przez młodego mężczyznę. Przy stole znajdują się trzy krzesła przypominające dzieła hiszpańskie. Na ścianie obok okna dostrzegalna jest niewielka półka, na której znajdują się wiola i klatka na ptaki. Kobieta przedstawiona w „Przerwanej lekcji muzyki” jest wbrew oczekiwaniom, niewierna swojemu mężowi, zaś symbolizująca "dobrowolne więzienie miłości" klatka na ptaki jest aluzją do bycia wiernym mężowi. „Tym razem odczytałam tytuł obrazu: >Przerwana lekcja muzyki<.(…) Tak jak przerwane zostało moje życie – przerwane w muzyce siedemnastu lat- i tak jak zostało przerwane jej życie- uprowadzone nagle i rzucone jasną farbą na płótno- tak w obu przypadkach jedna chwila sprawiła, że życie znieruchomiało, zatrzymało się. I ta jedna chwila zastąpiła wszystkie chwile następne, czymkolwiek one były lub czymkolwiek mogłyby być. Co życie może z tego jeszcze odzyskać? (…) Dziewczyna w czasie lekcji muzyki przebywa w innym świetle; kapryśnym, mrocznym, przygaszonym i posępnym świetle życia, dzięki któremu widzimy siebie i innych tylko w sposób niedoskonały. I bardzo rzadko” – podsumowuje na koniec książki Susanna Kaysen.



12 grudnia 2016

Diabły z Loudun



„Diabły z Loudun”

Aldous Huxley



Autor/(ur. 26 lipca 1894 w Godalming, zm. 22 listopada 1963 w Los Angeles) – angielski powieściopisarz, nowelista, eseista, poeta.

Tłumaczenie/ Bartłomiej Zborski

Tematyka/ Historia ta rozgrywa się na styku seksualności, religii i władzy. O tym, że nie znajdujemy spełnienia we własnym ja, a osobowość postrzegamy, jako zniewalającą klatkę, co prowadzi do prób wykraczania poza siebie czy też, mówiąc językiem Huxleya, do samotranscendencji. To także opowieść o tym jak prawo, ze słowem "Bóg" na sztandarach, pełni czysto instrumentalną rolę, a instytucje mające go strzec wykazują całkowitą dyspozycyjność wobec władzy.

Główny motyw/ Historia masowego opętania mniszek i związany z nią temat władzy szukającej w ideologii uzasadnienia dla swoich bezprawnych poczynań. Ten splot zabobonu, religijnej psychozy i politycznej intrygi stanowi gotowy materiał dla „ szatańskich” manipulacji, której ofiarami nie stały się tylko same nękane urszulanki, ale wskazany przez nie, jako sprawca całego zamieszania „czarownik”, proboszcz Urbain Grandier.



Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:

 „… krzywoprzysięstwo jest większym grzechem niż cudzołóstwo”

„Należycie zalegalizowane kłamstwo, stało się teraz prawniczą prawdą”

„Wiara – znakomicie, lecz przecież nie można pozwolić, żeby świętość wkraczała w życie prywatne”

„Pozory czynienia dobra bywają głęboko zwodnicze”

„Chciwość i żądza władzy są niemal tak bezmierne jak cokolwiek innego na tym świecie”

„Dzieje spirytualizmu dobitnie dowodzą, że fałszerstwo, zwłaszcza fałszerstwo nabożne, świetnie daje się pogodzić z wiarą”

„Diabłu, nawet gdy mówi prawdę, nie można wierzyć”

„Bywały chwile, gdy nowa doktryna powodowała zakłopotanie i żenadę”

„W konkretnym czasie i konkretnym miejscu pewne myśli bywają nie do pomyślenia”

„…fałszywa teoria dotycząca jakiegoś aspektu natury ludzkiej (na przykład łącząca stany histeryczne z opętaniem) może wyzwolić w ludziach najgorsze instynkty i usprawiedliwić najbardziej szatańskie okrucieństwa”

„…istnieją diabły niewykształcone, ale również diabły wyedukowane”

„Należycie przymuszony diabeł musi wyznać prawdę”

„Cywilizację można określić- uwzględniając w tym kontekście jedną z jej cech- jako planowe i systematyczne pozbawianie jednostek pewnych okazji do barbarzyńskiego zachowania i postępowania”

„…>Bóg< stał się już tylko czczym słowem pozbawionym treści i znaczenia”



                 Od wczesnego Średniowiecza do końca wieku XVII kultura była przesycona irracjonalizmem. Nic dziwnego, że miało to swój wyraz w formie, jaką przybierają zaburzenia psychiczne. Nic też dziwnego, że irracjonalne myślenie nie jest obce współczesnym psychiatrom i psychoterapeutom (tym ostatnim być może szczególnie, ale to już całkiem inna historia). W końcu wszyscy jesteśmy kształtowani przez kulturę, w której żyjemy.
              
                  Pojęcie opętania ma długi, religijny “życiorys” i nic dziwnego, – bo ukuto je na długo zanim nauka wkroczyła na scenę badań nad ludzką psychiką. Choć zjawisko to jest dziś dość dobrze zbadane, wokół opętania wciąż pozostało żywych wiele mitów, które mogą okazać się szczególnie niebezpieczne, kiedy problem dotyczy ludzi myślących w kategoriach irracjonalnych.
        
                     Książka „Diabły z Loudun” Aldousa Huxleya przedstawia historię katolickiego księdza Urbaina Grandiera, który w 1634 roku został spalony na stosie we francuskim mieście Loudun. Zarzucono mu praktyki czarnoksięskie i doprowadzenia do opętania przez diabła zgromadzenia mniszek wraz z przeoryszą, siostrą Jeanne des Anges. Książka jednak wyjaśnia prawdziwą przyczynę męczeńskiej śmierci Grandiera. Ksiądz słynął z upodobania do uciech świata doczesnego, ze słabości do kobiet. Naraził się tym wielu osobistościom swojej epoki w tym kardynałowi Richelieu, który uknuł przeciw Grandierowi spisek.
                 
                           Wszystko jednak zaczęło się od tego, kiedy bohater krzepki młody humanista postanowił żyć pełnią życia. W rezultacie młody kapłan uznał, że jeśli żony i córki szlachciców darzą go ogromną miłosną estymą, nic nie stoi na przeszkodzie, aby z tych „darów” korzystać. Nic w tym dziwnego nie było, ponieważ Grandier był: „… czysty, schludny, przystojny i wykształcony młody mężczyzna o manierach szlachcica”. Swoje czyny w tym złamanie praw celibatu sam przed sobą tłumaczył sprytnym sylogizmem: „Przyrzeczenie wykonania niemożliwego nie jest wiążące” oraz „Kapłan nie przyjmuje celibatu z uwielbienia dla tego ciała, ale tylko po to, żeby zostać dopuszczonym do święceń”.  Pobożnisie należący do jego parafii uznali skłonności miłosne nowego proboszcza za najstraszliwszy skandal, jednak pobożnisie byli w mniejszości. Już sama popularność Grandiera wśród kobiet wystarczyła, żeby stał się on wysoce niepopularny wśród mężczyzn. Elementarna roztropność, w nie mniejszym stopniu niż zasady chrześcijańskie, nakazywała proboszczowi nieszczędzenie wysiłków, by wygaszać płonące wokół niego ogniska wrogości.
                   
                      Wszystkie „nieczyste” czyny uchodziły proboszczowi bezkarnie, nawet niechciane ciąże. Do czasu aż jedna z zakonnic przeorysza Jeanne des Anges zadłużyła się w wielebnym proboszczu. Grandier nie miał, bowiem powodów wynikających z jego profesji ani osobistych, by odwiedzać konwent. Odmówił także propozycji zostania spowiednikiem urszulanek.  Tego było już za wiele szczególnie dla kobiety, która cierpiała na „furor uterinus” – na chorobę z miłości. Upływały miesiące, upływały lata, a przeorysza nadal nie znajdowała sposobności do zmierzenia go spojrzeniem, któremu nic i nikt nie mógł się oprzeć. Tę chorobliwą nieodwzajemnioną miłość podsycały opowieści nawet najbardziej szacownych dam o jego swobodzie obyczajowej. W imaginacji jego parafianek miłosne poczynania Grandiera przybierały iście ponadnaturalne rozmiary.
                 

                            Decydującym wydarzeniem, które doprowadziło do zniszczenia proboszcza, a należących do długiej serii wypadków była zabawa w stylu halloween mniszek w udawanie duchów i poltergeistów. Po całej okolicy rozniosła się wieść, że klasztor urszulanek został nawiedzony przez diabły i duchy. Ten oto dość ryzykowny na ówczesne czasy chwyt miał przyciągnąć uwagę młodego proboszcza na klasztor i jego przeoryszę. „ Po pewnym czasie z nawiedzonego klasztoru zaczęły wyciekać pogłoski i wkrótce stało się powszechnie wiadome, że zacne siostrzyczki zostały opętane przez diabły, które to diabły obarczały winą za wszystko chochlikowatego Grandiera. Miejscowi protestanci, jak łatwo się domyślić, byli zachwyceni”. Jak wszystkim wiadomo w epoce fundamentalizmu pobożność oznaczała wiarę w osobowego diabła. Należy zaznaczyć, że pobożnym urszulankom udzieliło się tzw. „folie à deux”.
          
                         Upodlenie podczas egzorcyzmów, w którym poddano zakonnice, miało tylko podkreślić triumfalnie męski charakter roli egzorcystów. Ich bierność wzmacniała jedynie ich poczucie panowania nad nimi. Jako reprezentanci Boga mogli poczynać sobie wedle woli z tymi stworzeniami niższego rzędu – nakazywać im, by wyczyniały sztuczki, wprawiać je w konwulsje, traktować je brutalnie: „tak jakby były krnąbrnymi maciorami albo jałówkami; ordynować im lewatywy albo chłostę”.
                
                            Do sprawy proboszcza Grandiera nie przypadkowo przydzielono prokuratora Lauardemont, znanego z powiedzenia, że „wystarczą mu zaledwie trzy linijki napisane własnoręcznie przez jakiegokolwiek oskarżonego, by znaleźć powód do posłania takiego biedaka na szafot”. Zeznania obronne oskarżonego były ignorowane, ponieważ jak twierdził prokurator Laubardemont: „…Szatan jest z samej definicji Ojcem Kłamstwa, toteż jego świadectwo jest bezwartościowe”. Wyrok zapadł jednogłośnie. Ksiądz Grandier został skazany na śmierć. „W tamte upalne dni sierpniowe trzydzieści tysięcy nowo przybyłych – czyli niemal dwukrotnie więcej niż cała ludność miasta- współzawodniczyło o noclegi, posiłki i dobre miejsca na placu kaźni”. Po torturach i publicznym wyszydzeniu tego samego dnia proboszcz został spalony na stosie.  „Gdy ogień wygasł, kat rozrzucił cztery pełne szufle popiołów, każdą w inną stronę świata. A potem ruszył do przodu tłum. Parząc sobie palce, mężczyźni i kobiety przesiewali gorący, miękki pył, poszukując zębów, kawałków czaszki i miednicy oraz węgielków z charakterystycznymi ciemniejszymi smugami, pochodzącymi ze spalonego ciała. Niektórzy byli niewątpliwie zwykłymi łowcami pamiątek, większość jednak poszukiwała relikwii z przeznaczeniem na amulety przynoszące szczęście lub też zdolne zmienić uczucia niechętnej niewiasty – oraz na talizmany przeciw bólom głowy, zatwardzeniu albo też wrogim knowaniom”. Wszystko to działo się w epoce Kartezjusza i Newtona, logarytmów i geometrii. Duch nauki rozwijał się żywiołowo. Jednocześnie jednak równie żywiołowo rozwijał się duch szamaństwa i czarnoksięstwa, czarów i zabobonów.
                 
                       Jakie były prawdziwe przyczyny zainteresowania kardynała Richelieu tą nadzwyczajną sprawą? Podobnie jak współcześni Jego Eminencji musimy zadowolić się domysłami. Wydaje się pewne, że istotnym motywem było pragnienie osobistej zemsty. W roku 1618, gdy Richelieu był zaledwie biskupem „…, ów chłystek, proboszcz, okazał mu niegrzeczność". To prawda, zarzut ów był z gatunku tych, które nie znalazłyby uzasadnienia przed sądem. Diabły, czarodzieje i czarna magia mogły okazać się użyteczne do jeszcze innych celów. Gdyby udało się wywołać w narodzie przeświadczenie, iż Loudun stało się przyczółkiem regularnej inwazji piekieł, udałoby się zapewne wskrzesić we Francji inkwizycję. Ależ byłoby to wygodne.
                
                          Pytanie zasadnicze brzmi: Co chciał Aldous Huxley przekazać poprze książkę „Diabły z Loudun”? W wieku XX mieliśmy do czynienia z dwoma „manichejskimi” bałwochwalstwami: komunizmem i nazizmem. Choć często manichejskie w praktyce, chrześcijaństwo nigdy nie było manichejskie w dogmatach. Pod tym względem różni się od tych dwóch dyktatur, które były manichejskie nie tylko w uczynkach, lecz również w wierze i w teorii. W komunizmie i nazizmie chodziło o to, że to oni stoją po stronie „Światła” a inny po stronie „Ciemności”. To właśnie „inni” zasługują na karę i muszą zostać zlikwidowani. Albowiem ich „boskość” dostarczała uzasadnienia absolutnie wszystkiemu za pomocą najbardziej przemyślanych i okrutnych środków, jakimi dysponowały.  Bałwochwalczo utożsamiając Boga z interesem politycznym swej własnej sekty, skupiając myśli na mocach zła i poświęcając im swe wysiłki, dokładali starań, by sam Szatan mógł zatriumfować, ten sam Szatan, z którym jakoby walczyli.