24 grudnia 2020

Hiob

 

„Hiob”


Joseph Roth


Autor/ właśc. Moses Joseph Roth (ur. 2 września 1894 w Brodach, zm. 27 maja 1939 w Paryżu) – austriacki pisarz i dziennikarz żydowskiego pochodzenia. W latach dwudziestych najlepiej opłacany dziennikarz w Berlinie. Z początku zafascynowany komunizmem, szybko zmienił poglądy polityczne jeżdżąc do Rosji w ramach pracy dziennikarskiej. W swoich powieściach pisanych w konwencji realizmu psychologicznego - kontynuacji francuskich i rosyjskich prozaików dziewiętnastowiecznych - ironicznie, ale i z melancholią, przedstawiał znane z czasów swego dzieciństwa środowisko żydowskie wschodniej Galicji na historycznym tle schyłku i upadku monarchii austro-węgierskiej. Po dojściu Hitlera do władzy w Niemczech, od roku 1933 na emigracji. Żonaty z Friederike Reichler, która zapadła na chorobę psychiczną - schizofrenię. Od czasu choroby żony, Roth wpadł w głęboki kryzys psychiczny i finansowy, co doprowadziło go do alkoholizmu.

Tłumaczenie/ Józef Wittlin

Tytuł oryginału/ de-at „Hiob. Roman eines einfachen Mannes”.

Tematyka/ Zdawać by się mogło, iż tak, nie inaczej tytułując swą powieść, takie, a nie inne nadając swemu bohaterowi nad-imię, Joseph Roth postąpił jak wszyscy autorzy pracujący w tematyce mitologiczno-biblijnej. Postanowił mianowicie sprawdzić, jak znane historie brzmiałyby po stuleciach. Co współcześnie mówią wielkie, a przedwieczne symbole ludzkości? Mendel Singer, Hiob Rotha, nie jest sławny. Jego religijność nie jest wyjątkowa, ale jest nieskazitelna. Czy wie o nim Bóg? Raczej nie. Szatan? Z całą pewnością. Obecnie Hiob to naród. Naród Hiobów - to zmienia proporcje świata. O co Bóg może teraz pytać Szatana? “Czyś zwrócił uwagę na wybrany naród sług moich?” Książę ciemności nie jest idiotą, a sytuacja Hioba jest skomplikowana. Bóg się odwraca. Niektórzy powiadają, że umiera.

Główny motyw/ „Hiob. Powieść o człowieku prostym”, w przekładzie wybitnego poety Józefa Wittlina, to ambitna próba przeniesienia wątku biblijnego w realia początku XX. wieku. Jest to historia życia współczesnego Hioba, Mendla Singera, pobożnego nauczyciela z ukraińskiego Zuchnowa i jego rodziny. Filozoficzna parabola o żydowskim losie urzeka swym pięknem w przedstawieniu poszukiwania wiary i sensu życia wbrew nieszczęściu.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Bóg lędźwiom jego użyczył płodności, sercu pokory, a rękom ubóstwa. Rękom tym nie było dane ważyć złota ani liczyć banknotów.”

„Mimo to życie Mendla płynęło spokojnie, niby nikły, nędzny strumyk pośród ubogich brzegów.”

„Żeby dotrzeć choćby do Jego [Boga] rąbka – trzeba by mieć drabinę z miliona modlitw.”

„Jego prosty umysł skierowany był na nieskomplikowane ziemskie sprawy i nie znosił cudów w obrębie pola widzenia”.

„Prostotliwej jego pobożności nie trzeba było żadnych pośredniczących mocy między Bogiem a ludźmi.”

„Być może, iż błogosławieństwom trzeba do spełnienia dłuższego czasu niż klątwom.”

„Tym mocniejsze bowiem są rozkosze, im dłużej tajone.”

„Od lat tysiąca nigdy jeszcze nie wyszło na dobre, gdy chłop pytał, a Żyd odpowiadał.”

„Jakiej pomocy spodziewasz się od ludzi, skoro pokarał nas Bóg?”

„Biedacy są bezsilni, Bóg nie zrzuca im z nieba złotych kamieni, na loterii też nie wygrywają, więc muszą pokornie znosić swój los.”

„Ach, biedakowi źle, gdy grzeszy, i źle, gdy jest chory.”

„Właściwie było to już drugie, powtórne jego małżeństwo, tym razem ze szpetotą, z goryczą, z postępującą starością żony.”

„Do Dubna jedzie się furą Sameszkina, do Moskwy jedzie się koleją, ale do Ameryki jedzie się nie tylko okrętem, lecz także i z dokumentami.”

„(…) komu obce nieszczęścia, ten nie wierzy w cuda.”

„I do cudów też trzeba mieć szczęście.”

„Żaden Żyd nie może sobie życzyć nic lepszego, jak dostać się do Ameryki.”

„Wszystko, co nagłe, jest złe, a to, co dobre, pełza powoli.”

„Czego wy zawsze włóczycie się po świecie? – powiedział Sameszkin. -Diabeł was wygania.”

„Przez te wszystkie lata kochałem Boga, a on mnie nienawidził.”

„Była to jedyna rzecz gnębiąca Mendla, albowiem on, którego niebiosa tak bardzo już poniżyły, niewiele sobie robił z dobrodusznego i lekkomyślnego szyderstwa ludzi.”

„Ja mam mniej czasu od pani, pani Skowronkowa, jestem starszy od pani!”

„Człowiek jest nienasycony. Dopiero doznał jednego cudu, a już chce widzieć następny.”

                       

             Mojżesz Majmonides, żydowski teolog okresu średniowiecza, przedstawiał nieoczywisty obraz cierpiącego Hioba. W księdze biblijnej czytamy, że „mąż to doskonały i szczery, bojący się Boga i odstępujący od złego” (Hi 1, 8). Przypisane mu są najwyższe atrybuty moralne, ale nie cnoty intelektualne. Nie miał – pisał filozof – prawdziwej wiedzy i znał Boga tylko dlatego, że przyjmował jego władzę tak, „jak pospólstwo stosuje się do Prawa znając je. Gdyby znał Boga wiedzą pełną, przyznałby, że prawdziwe szczęście polega na znajomości Pana i jest zagwarantowane wszystkim, którzy Go znają, i że takiego człowieka nie może zadręczyć zły los. On znał Boga tylko przez tradycyjne opowieści, a nie przez swoje przemyślenia i dlatego Hiob wyobrażał sobie, że to, o czym należy myśleć, to szczęście polegające na zdrowiu, bogactwie, dzieciach, i one są celem ostatecznym. Z tego powodu popadł w takie zakłopotanie”. Wynika z tego, że Hiob miał niewłaściwą wiedzę o przeznaczeniu. Protest Hioba wynikał z jego ograniczonego rozumienia prawd religijnych i wadliwej hierarchii wartości. Oddawał cześć Bogu, ale nie pojmował Tego, któremu dziękował i służył. W tym sensie należał do maluczkich czy naiwnych. Gdyby osiągnął wspomnianą wiedzę, uzyskałby ukojenie i spokój, i tylko wtedy doświadczyłby prawdziwego szczęścia. Szczęście, to pogodzenie się z losem, przeznaczeniem. To jest właśnie „tak” na wszystko, co Bóg przyniesie, nawet na ból i klęskę. W tym stwierdzeniu odkrywam radykalizm poglądów Majmonidesa. Nie potępia Hioba, ale widzi w nim przede wszystkim kogoś ograniczonego, duchowo bezradnego. Na drugi plan ustępuje nawet historia cierpień, pozostaje niewinna, pogrążona w bólu naiwność. Hiob staje się – wedle Majmonidesa – przedstawicielem niewykształconych mas, o których pisali Platon, Arystoteles, a które również on dostrzegał w swojej wspólnocie religijnej. Ci ludzie znali jedynie prawa i ich się trzymali, nie wnikając w to, czym są prawa i kto je nadał. Oni, podobni Hiobowie, trzymali się nakazów, ale brakowało im rozumności. Mogli polegać na przewodnikach duchowych, ale nie możemy być pewni, że ich potrafili odnaleźć i rozumieć przekazywane im nauki. Krytykując Hioba, Majmonides krytykował niewykształcone masy, niezdolne pojąć istoty przeznaczenia. Tych, którzy znali Boga z tradycyjnych historyjek, wierzyli, bo tak nakazywał autorytet - przez to mieli nader ograniczone i mało wyrafinowane poglądy na to, czym jest życie szczęśliwe.

Majmonides powiadał, że przeciętni ludzie czytają bardzo dosłownie Pismo i nie są zdolni do rozpoznania jego filozoficznego sensu. Dlatego też wiara nie wykracza poza wyrażoną prosto zasadę kar i nagród oraz w niej zawartą obietnicę, że źli sczezną, a dobrzy będą żyć dostatnio. Nie jest dla mnie do końca jasne, jaką alternatywę proponuje Majmonides. Natomiast nie ulega wątpliwości, że wedle niego opatrzność nie kieruje się zasadą kar i nagród. Temat to już na osobne, choć z natury rzeczy skromne rozważania. Tematem Księgi Majmonides czyni dojrzewanie intelektualne, które Hiob osiąga na swojej drodze cierpień. Filozof zaznacza, że dojrzałość bynajmniej nie musi wiązać się z bólem i poniżeniem. To tak, mam wrażenie, jak gdyby Hiob był inną wersją najsłynniejszej opowieści o jaskini z Platońskiego „Państwa”. Jaskinię zamieszkuje lud żywiący swoje umysły cieniami rzeczy i niewielu zdoła jaskinię opuścić, a jeszcze mniej osób zdoła otworzyć się na światło Boga i przeżyć to, co Platon nazywa przemianą wewnętrzną. Otwarcie nie oznacza tylko intelektualnej sprawności. Niesie w sobie też pozasłowne, niemal mistyczne wejrzenie w prawdę rzeczy, co u Greków jest związane z odkryciem w sobie odrębnego rodzaju rozumu. Majmonides, tak portretując Hioba, zdaje się być bliższy wielkim, klasycznym filozofom i ich arystokratycznej, duchowej wzniosłości, niż wielu biblijnym obrazom. Przemawia jak myśliciel, piewca rozumu, który uczy, że współczucie cierpiącemu powinna poprzedzać edukacja. Nie współczucie jest tu wartością pierwszą, ale mądrość i dojrzałość duchowa. Majmonides stawia Hiobowi zadanie heroiczne i radykalne. Po to, by zrozumieć cierpienia męża sprawiedliwego, należy przeanalizować powody jego cierpień. Uwagę więc Majmonides skupia na Szatanie - adwersarzu i swoje uwagi zaczyna od stwierdzenia: wszyscy poważni, a inteligentni ludzie zgodzą się, co do tego, że Szatan jest postacią alegoryczną – tak oto wytłumaczył zagadnienie dotyczące biblijnego Hioba Paweł Śpiewak w „Tygodniku Powszechnym” (03.09.2012).

Fabuła powieści Rotha skupia się na żyjącym w Zuchnowie człowieku nazwiskiem Mendel Singer. Był pobożny, bogobojny, prosty – ot, całkiem zwyczajny Żyd. Wykonywał skromny zawód nauczyciela. U siebie w domu - a dom ten składał się tylko z obszernej kuchni - zapoznawał dzieci ze Słowem Bożym. Uczył ze szczerym zapałem, jak niegdyś jego ojciec i dziadek, uczył z powodzeniem, choć bez rozgłosu. Setki tysięcy takich jak on żyło i nauczało przed nim. Mendel Singer zdawał się mieć niewiele czasu i same pilne sprawy. Zapewne życie jego było zawsze ciężkie, niekiedy nawet stawało mu się ono udręką. Musiał wyżywić i odziać żonę oraz troje dzieci (z czwartym Debora była właśnie w ciąży). Każdego ranka ten skromny człowiek dziękował Bogu za sen, za przebudzenie i za nadchodzący dzień. Żonę swą kochał, obu synków: Jonasza i Szemarię czasami karcił słownie za nieposłuszeństwo. Córkę Miriam kochał, lecz martwił się o nią, ponieważ wyrastała na piękną dziewczynę, a chłopcy zaczynali oglądać się za nią na drodze.

Życie drożało z roku na rok, plony stawały się coraz to lichsze i lichsze. Marchewki kurczyły się, jajka były puste, ziemniaki zmarznięte, zupy wodniste, karpie coraz cięższe, szczupaki coraz krótsze. Chudły kaczki, gęsi traciły miękkość, a kury – w ogóle nie były już kurami. Żona Mendla, Debora, wygłaszała coraz częściej swoje skargi. Zezowała w stronę dobytku zamożnych i zazdrościła kupcom ich zysków. W jej oczach Mendel był nieudacznikiem. Wypominała mu dzieci, wypominała mu ciążę, drożyznę, niskie honoraria, a nawet niepogodę. Mendel często powtarzał, że przez Deborę przemawia diabeł. W rodzinie Mendla z roku na rok kłopotów zaczęło przybywać. Synowie Jonasz i Szemaria byli już w tym wieku, w którym według ustawy powinni iść do wojska. Miriam uciekała z domu jedynie po to żeby spotykać się z kozakami stacjonującymi w pobliskich wojskowych koszarach. Były to jedyne przyjemności Miriam. Na domiar złego Debora urodziła syna Menuchima, który przyjął na siebie całą sumę ludzkich mąk, które w innym wypadku dobrotliwa przyroda rozdzieliłaby na wszystkich członków rodziny. Najmłodsze dziecko okazało się być niepełnosprawne.

Tak, więc zaczęły się ich plagi. Nie jedli, nie spali, drżąc i słabnąc, brnęli przez dni i noce. Debora rozpoczęła podróże do słynnego w całej okolicy rabina – cudotwórcy, prosiła o zdrowie dla Menuchima, a dla starszych synów o jakieś choroby, aby nie musieli iść do wojska. Rabin wyraził swoją opinię tylko na temat niepełnosprawnego Menuchima: „Menuchim, syn Mendla, wyzdrowieje. Takich jak on niewielu będzie w Izraelu. Cierpienie uczyni go mądrym, brzydota dobrotliwym, gorycz łagodnym, a choroba silnym. (…) Nie bój się, idź do domu”. Los starszych synów Mendla i Debory ukształtował się w różny sposób. Jonasz został wcielony do carskiego wojska, Szemarię zaś, za sprawą łapówki, przeszmuglowano przez granicę, skąd trafił do Ameryki.


Kiedy Debora wyruszała w swoje „pielgrzymki” prosząc o pomoc rabina lub przekazywała łapówki skorumpowanym urzędnikom, Mendel Singer zostawał z niepełnosprawnym fizycznie i intelektualnie synem Menuchimem w domu i próbował nawiązywać z nim kontakt. Mówił do chłopca, czytał mu Biblię, śpiewał piosenki. „Menuchim, czemu milczysz?” –pytał go zmartwiony Mendel.  Menuchim się nie poruszał. Wtedy Mendel dzwonił łyżeczką o szklankę wygrywając wymyśloną na szybko melodię. Jego niepełnosprawny syn odwracał głowę tylko na dźwięk łyżki stukającej o szklankę.

Pewnego razu do domu Singerów przyszedł człowiek z Ameryki, przyniósł list od Szemarii, dolary i fotografię. Synowi Mendla dobrze się powodziło w dalekiej Ameryce, miał żonę, dziecko i czekał na swoją ukochaną rodzinę z Zuchnowa. Zapewniał ich w liście, że w Ameryce jest dużo miejsca, wszyscy Singerowie się pomieszczą. Mendel pomyślał, że przepadli jego synowie: Jonasz służył carowi gdzieś w Pskowie i nie był już więcej Jonaszem, tylko został kozakiem. Szemaria kąpał się na wybrzeżach oceanu i nie nazywał się już Szemaria tylko Sam. Tylko Menuchim pozostał tym, czym był od dnia swych narodzin: kaleką. I sam Mendel Singer pozostał tym, czym był zawsze: nauczycielem.

Po namowie Debory i Miriam, Mendel Singer postarał się o zieloną kartę do Ameryki. Nie spodziewał się, że wyrobienie odpowiednich dokumentów potrwa aż tyle czasu. “To wszystko naokoło stworzył Pan Bóg w ciągu siedmiu dni, a jak Żyd chce jechać do Ameryki, lat trzeba na to!” – rozważał Mendel w swojej prostej głowie. Wszyscy już wiedzieli, że rodzina wybiera się do Ameryki. Jeszcze tego samego dnia zawarto umowę z rodziną Billesów, która zawierała dwie ważne sprawy: mogą mieszkać bezpłatnie w domu Singerów w zamian za opiekę nad Menuchimem. Menuchim nie jechał do Ameryki. Miał dołączyć do rodziny za kilka lat, kiedy Singerowie się już tam urządzą i znajdą lekarza dla niepełnosprawnego syna. 

Po przyjeździe do Nowego Jorku Mendel zauważył, że to nie jest wcale odmienny świat. Było tam więcej Żydów niż w Kluczyskach, po co było przyjeżdżać, żeby tylko zobaczyć więcej Żydów? Przyjazd za ocean nie zmienił Mendla, podczas gdy Debora była już dziesięć razy w kinie i trzy razy w teatrze. Na szyi zaczęła nosić wielki złoty łańcuch i przypominała jedną z owych rozpustnic, o których niekiedy wspominają święte księgi. Miriam była ekspedientką w sklepie Sama i non stop powtarzała: “all right! Tylko Mendel tęsknił za swoim synem Menuchimem, za swoimi uczniami, rechotem żab i za Rosją. W Ameryce koty w nocy wrzeszczały, bezpańskie psy wyły, niemowlęta darły się przez całą noc, a nad głową szurały kroki tych, co nie spali, dudniło kichanie przeziębionych. Nagle z dnia na dzień wszystkie amerykańskie gazety podały najnowsze informacje, że w Europie wybuchła wojna. Mendla ukłuło w sercu, ponieważ w takich okolicznościach Menuchim nie mógł przyjechać do Ameryki. Mendla serce zakłuło raz jeszcze, kiedy dowiedział się, że jego amerykański syn Sam zgłosił się na ochotnika jako żołnierz w Europie.

Mendel Singer codziennie czytał gazety, przyjmował do wiadomości informację z frontu. Oczy jego przesiewały poszczególne wiersze. Czy aby nie wpadną nazwiska: Sam Singer, Menuchim, Jonasz? Po kilku tygodniach Czerwony Krzyż zawiadomił, że Jonasz zaginął, pewnie nie żyje. Niedługo po tej wiadomości Mendel i Debora siedzieli przy obiedzie, gdy weszła Miriam i oznajmiła, że stało się nieszczęście: Sam zginął na froncie we Francji. Nagle z piersi Debory dobył się jakiś skowyczący głos, spadła z krzesła i zmarła. Siedem okrągłych dni Mendel siedział na stołeczku przy szafie z ubraniami i odbywał żałobę. Mówił do zmarłej Debory dniami i nocami: „Zostaliśmy zdmuchnięci jak dwa maleńkie pyłki, zgaszeni jak dwie małe iskierki. Ja płodziłem dzieci, twoje łono wydawało je na świat, śmierć je zabierała”.

Ósmego dnia o świcie, kiedy Mendel wstał z pokuty, przyszła synowa Fega w towarzyskie kolegi jej zmarłego męża - Glucka. Mendel nie pytał, co się stało z Miriam. Ubrał płaszcz i w milczeniu pojechał do mieszkania córki. Miriam leżała na łóżku, jej oblicze płonęło na czerwono. Karetka sanitarna zabrała ją do szpitala psychiatrycznego. Miriam stała się obłąkana. Mendel zadawał Bogu pytanie: oprócz Sama, syna Singera, wszyscy ludzie z okolicy, którzy poszli na front, pozostali przy życiu, dlaczego jego syn zginął? Dlaczego to jego żona umarła na serce? Dlaczego jego córka zachorowała i trafiła do szpitala psychiatrycznego? Mendel doszedł do przekonania: „Przez te wszystkie lata kochałem Boga, a on mnie nienawidził”. Mendel przestał się modlić, przestał wierzyć w Boga, podupadł na zdrowiu i zaczął zaniedbywać siebie. Pracował w sklepie u rodziny Skowronków; otwierał sklep, układał w wąskim oknie wystawowym zeszyty do nut, teksty piosenek, płyty gramofonowe i za pomocą długiego drąga podnosił żelazne żaluzje. Chodził też po śledzie, rodzynki i pilnował dzieci okolicznym mieszkańcom. „Koniec, koniec, koniec z Mendlem Singerem! – mówili ludzie. On nie ma syna, nie ma córki, nie ma żony, pieniędzy, domu, on nie ma Boga!”

Pewnego dnia wojna naprawdę się skończyła. Dzielnica opustoszała. Ludzie poszli obejrzeć uroczystości pokojowe i powrót pułków. Wielu prosiło Mendla, żeby im pilnował domu. Chodził od jednego mieszkania do drugiego, sprawdzał klamki i zamki w drzwiach, po czym wrócił do sklepu. „Mendel też sobie zrobi święto” –pomyślał sam o sobie Mendel. Podszedł do jednej ze skrzynek z płytami gramofonowymi, gdzie pewien żołnierz, który wrócił z wojny zostawił pół tuzina płyt, nowe pieśni z Europy. Mendel wypakował płytę leżącą na wierzchu, położył ją ostrożnie na instrumencie. W końcu założył igłę, aparat zachrząkał. Potem zabrzmiała pieśń w wieczornej ciszy. Nagle ugięły się pod nim nogi - ta pieśń, której słuchał, przypominała piosenkę wymyśloną przez niego dla swojego syna Menuchima, melodię, którą stukał łyżką o szklankę, tylko na tą melodię mały Menuchim reagował. W takim stanie znalazł go Skowronek, gdy wrócił do domu. Zamknął gramofon i rzekł: „Mendel, co ty tu grasz?” Mendel zapytał: „Zobacz Skowronek, jak się ta piosenka nazywa?”. Skowronek włożył okulary, podniósł płytę pod lampę i odczytał: „Ta piosenka nazywa się: Pieśń Menuchima”. Mendlowi zrobiło się słabo.

Dramat Mendla Singera, który jest w równej mierze dramatem egzystencji, jak i dramatem wiary, odsłania wymiar w istocie słabo obecny w tragedii greckiej, mianowicie wymiar transcendentalny tragiczności, obejmujący zarówno relację człowiek−Bóg, jak i samego Boga. Napięcia tożsamościowe między obrazem Boga, którego Mendel oskarża o okrucieństwo, a obrazem przywoływanego przez Hioba „obrońcy w niebie”, który stanąłby po stronie jego nieszczęścia, świadcząc o niezawinionym charakterze boskiego doświadczenia, otwiera możliwość przekształceń scalających te rozbieżne obrazy w kategoriach tragiczności transcendentalnej – opartej na podobnej do greckiej figurze przemieszczenia. W buncie Hioba, tak samo jak w buncie Mendla Singera, dostrzegamy całą godność ludzkiego rozumu, który nie może powściągnąć się wobec niesprawiedliwości, wobec niewystarczającego wytłumaczenia, wobec cierpienia, które zagraża naszej pierwotnej intuicji na temat tego, że wszystko jest dobre. Cała obrona Hioba oraz Mendla jest zbudowana na paradoksie. Istota ludzka jest prawie nikim pośród ogółu stworzeń. Kiedy kontemplujemy ogrom wszechświata, czym jest ten byt zrodzony z opóźnieniem w zapomnianym punkcie ogromu galaktyk? Pomimo tego, ta istota jest samoświadomością wszechświata. W niej, w jej rozumie, natura odzyskuje świadomość siebie, tego, co dotyczy poznania oraz potrzeby sensu i sprawiedliwości. Do tego stopnia, że ten byt wynosi samego siebie i prosi, by Stwórca zdał sprawę z tego faktu.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz