11 lipca 2020

Ludzkie dzieci



„Ludzkie dzieci”

P.D. James
Autorka/ urodziła się w Oksfordzie w roku 1920, zm. 27 listopada 2014 roku tamże. Wykształcenie zdobyła w Cambridge High School. Napisała 14 powieści, których bohaterem jest inspektor Adam Dalgliesh. Stworzyła także postać prywatnej detektyw Cordelii Gray.
Tłumaczenie/ Maria Głębicka-Frąc
Tytuł oryginału/ an-gb „The Children of Men”
Tematyka/ Największą siłą „Ludzkich dzieci” – zarówno książki P. D. James, jak i filmu Alfonso Cuaróna – jest bez wątpienia wyjściowy pomysł. Przyznać należy jednak, że i autorka, i reżyser potrafili znakomicie go rozwinąć i, dzięki temu, przedstawić wiarygodną wersję fantastycznego świata. Świata mrocznego, ponurego, ale – co najbardziej przerażające – prawdopodobnego.
Główny motyw/ P.D. James napisała tę powieść w roku 1992, z punktu widzenia 72-letniej babci, która raczej już nie dożyje roku 2021, kiedy to akcja książki się rozgrywa. I całe szczęście, książka bowiem roztacza wizję przyszłości, w której tajemniczy kataklizm uczynił nasienie wszystkich mężczyzn bezpłodnym. Powieść pokazuje umierający świat, w którym brak osób poniżej 26 roku życia, zaś za kilkadziesiąt lat umrze ostatni człowiek. Książka pokazuje świat, w miejscu tym buntują się tylko nieliczni, a większość ludzi pogodziła się z życiem bez dzieci. Nieodwracalnie zniknęła tam potrzeba wolności, zastąpiona przez starczy konformizm.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:
„Jesteśmy rozwścieczeni i zdemoralizowani nie tyle przez nieuchronnie zbliżający się koniec naszego gatunku, nie tyle nawet przez niezdolność do zapobieżenia temu stanowi rzeczy, ile przez porażkę w odkryciu przyczyny”.
„Powtarzam to sobie, ale czy wierzę, kiedy przyjemność przychodzi teraz tak rzadko, a gdy już jest, tak trudno odróżnić ją od bólu.
„Nie możemy doświadczyć niczego prócz chwili obecnej, nie możemy żyć w żadnej innej sekundzie czasu (…)”.
„Czasami się wydaje, że natura w swej skrytej nieprzychylności pragnęła dobitnie ukazać nam to, co utraciliśmy”.
„Jeśli dzieci są od niemowlęctwa traktowane jak bogowie, jest wysoce prawdopodobne, że w życiu dorosłym będą się zachowywać jak wcielone diabły”.
„(…) w prawie wszystkich bliskich przyjaźniach istnieje podskórne mrowienie pociągu seksualnego”.
„Podniesienie spuszczonej kraty, która strzeże zwieńczone blankami serce i umysł, wymagałoby czegoś znacznie potężniejszego niż seksualna miłość”.
„Ostatecznie, gdyby życie seksualne było zdeterminowane przez pierwsze młodzieńcze eksperymenty, większość świata byłaby skazana na celibat. W żadnej innej dziedzinie ludzie nie są bardziej przekonani, że spotka ich coś lepszego, jeśli tylko wytrwają”.
„(…) zawsze są sposoby na unikanie, bez poczucia winy, zobowiązań miłości”.
„Dzieci zawsze są skłonne wierzyć, że ponoszą winę za nieszczęścia dorosłych”.
„Świat śmiertelnie chorych jest światem ni to żywych, ni martwych”.
„Przypuszczam, że ucieczka na starość do własnego świata ma swoje zalety, choć nie wtedy, gdy to miejsce jest piekłem”.
„Rola widza ma w sobie pewną powagę i gwarantuje duże bezpieczeństwo, lecz w obliczu pewnych potworności człowiek nie ma innego wyboru, jak wyjść na scenę”.
„Wszyscy umieramy samotnie. Znosimy śmierć tak, jak kiedyś znieśliśmy narodziny. Nie można z nikim dzielić ani jednego, ani drugiego doświadczenia”.
„Wielkoduszność jest cnotą jednostek, nie rządów”.
„Chcesz, by ogród był piękny, ale pod warunkiem, że smród gnoju nie trafi do twojego delikatnego nosa”.
„Czy znasz kogoś, kto kiedykolwiek zrezygnował z władzy, prawdziwej władzy?”.
„Świata nie zmieniają ludzie pełni szacunku dla samych siebie, lecz ci, którzy są gotowi robić z siebie głupców”.
„Nic skuteczniej niż śmierć dziecka nie obnaża, bez możliwości okłamywania samego siebie, pustki nieudanego małżeństwa”.
„Każda epoka ma swoje okrucieństwo”.
„W każdym społeczeństwie są malkontenci”.
„Każde miejsce, w którym spoczywa dobry człowiek, jest święte”.

              Pierwszego stycznia 2021 roku, trzy minuty po północy, ostatni człowiek urodzony na Ziemi zginął w publicznej burdzie na przedmieściu Buenos Aires, w wieku dwudziestu pięciu lat, dwóch miesięcy i dwunastu dni. Jeśli można było wierzyć doniesieniom, Joseph Ricardo zmarł tak, jak żył. Nigdy sobie nie radził z zaszczytem, jeśli tak można to nazwać, bycia ostatnią istotą ludzką, której urodziny zostały oficjalnie zarejestrowane, z zaszczytem w jego przypadku niemającym żadnego związku z osobistymi zaletami czy talentem.  A teraz nie żył. Wiadomość dotarła do Wielkiej Brytanii i została podana w radiowym programie informacyjnym”. Tak oto zaczyna się książka P. D. James „Ludzkie dzieci”, skłaniająca czytelnika do refleksji.
I stało się tak. „A Bóg wiedział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.” (Rdz. 1, 28, 30-31) …ale człowiek poddał się knowaniom Węża i wyciągnął popędliwą rękę po zakazany owoc, lekceważąc Jego zaufanie i miłość. Zapominając o biblijnym potopie, jął łamać pańskie przykazania, dopasowywać je do siebie, uciekać przed nimi, w swej pysze ignorować nawet fundamentalne „nie zabijaj” – o miłości do bliźniego już nie wspominając. I tak Bóg odebrał ludzkości największy dar, jaki kiedykolwiek od niego otrzymała. Dar dawania życia. Ludzkość stanęła na krawędzi zagłady, od roku 2008 na naszej planecie nie urodziło się ani jedno dziecko. Co jest tego powodem? Zanieczyszczenie powietrza? Eksperymenty genetyczne? A może to kara wymierzona przez samego Boga, który niegdyś już „dotknął dziecko, które urodziła [królowi] Dawidowi żona Uriasza, tak iż ciężko zachorowało. Dawid błagał Boga za chłopcem i zachowywał surowy post. (…) W siódmym dniu dziecko zmarło” (2 Sm 12, 15-16, 18). Tak czy inaczej, winna jest ludzka pycha. „Pycha – to mój ulubiony grzech”, mówi sam Szatan, John Milton, w „Adwokacie diabła”. Taki los zgotowaliśmy sobie sami.
W książce „Ludzkie dzieci” autorka ukazuje, jakich substytutów ludzkość musi używać, aby oderwać się od wszelkich dotkliwych wspomnień o bolesnej stracie możliwości posiadania potomstwa. Dziecięce place zabaw w parkach zostały zlikwidowane, obsiano je trawą i kwiatami niczym małe zbiorowe mogiły. Zabawki spalono, z wyjątkiem lalek, które dla na wpół oszalałych kobiet stały się namiastką dzieci. Szkoły dawno już przestały funkcjonować, więc na głucho zabito je deskami albo przeobrażono w ośrodki kształcenia dorosłych. Książki dla dzieci systematycznie usuwano z bibliotek. Lalkarstwo, jako jedyny dział przemysłu zabawkowego, rozkwitało wraz z wyrobem wózków przez dekadę, produkując lalki dla całego wachlarza kobiet sfrustrowanych niemożnością zaspokojenia potrzeby macierzyństwa. Jedne były tanie i kiczowate, inne zaś piękne, niezwykle starannie wykonane. Te droższe – niektóre kosztowały znacznie powyżej dwóch tysięcy funtów – były dostępne w różnych rozmiarach: noworodki, sześciomiesięczne niemowlęta, dzieci roczne i półtoraroczne, mogące stać i chodzić, napędzane przez skomplikowane mechanizmy.
Seks stał się najmniej ważną ze zmysłowych przyjemności mężczyzn. Można było mniemać, że – wolny od wyeliminowanego na stałe lęku przed ciążą i mało erotycznej otoczki pigułek, prezerwatyw czy arytmetyki owulacji – seks stanie się dziedziną nowych, pomysłowych rozkoszy. Stało się na odwrót. Nawet tym mężczyznom i kobietom, którzy w normalnych okolicznościach nie chcieli się rozmnażać, najwyraźniej brakowało pewności, że mogliby mieć dziecko, gdyby go pragnęli. Seks zupełnie oddzielony od prokreacji stał się niemal bezsensowną akrobatyką.
Na jednym z wykładów główny bohater oraz narrator Theo poznaje kobietę, która kontaktuje go z podziemną organizacją ukrywającą jedyną ciężarną kobietę na świecie, nadzieję na uratowanie ludzkości. To odkrycie przywraca mu wolę życia. Theo przed laty wycofał się z polityki, choć należał do najbardziej wpływowych osób w kraju, jako doradca dyktatora, który przyjął funkcję „zarządcy Anglii" (demokracja upadła na początku XXI wieku). Perspektywa pojawienia się na świecie pierwszego dziecka od ćwierćwiecza elektryzuje wielu mężczyzn. Dyktator chce umocnić swoją władzę, przywódca rebeliantów chce wykorzystać narodziny dziecka do wywołania rewolucji. Zanim jeszcze dziecko przyszło na świat, mężczyźni już rywalizują między sobą o to, jak je wykorzystać do swoich ambicji – nie interesując się zdaniem matki. Powieść alegorycznie podkreśla to, że chociaż misterium ciąży, porodu i karmienia piersią zawsze było domeną matek, mężczyznom i tak od tysiącleci nigdy nie brakowało tupetu, by kobietom narzucać swoje poglądy na temat tego, jak powinno wyglądać macierzyństwo.
Książka w mądry sposób oddaje ponurą strukturę moralną świata, w którym zapewnianie potomności przestało mieć sens, a celem jest krótkoterminowy komfort i rozrywka. Anglia jest rządzona przez dyktatorskiego naczelnika, nadzorowana przez Państwową Policję Bezpieczeństwa. Uciążliwe starsze osoby są wysyłane na „Wyciszenie”, ceremonie, formę masowego „samobójstwa”, podczas gdy uchodźcy (młodzi z mniej zamożnych krajów) są importowani do wykonywania brudnej pracy i przymusowo repatriowani, gdy są zbyt starzy albo chorzy, by wykonywać jakąkolwiek pracę. Wyścig w poszukiwaniu naukowego lekarstwa na bezpłodność zrodził nieufność między narodami. Sama nauka była postrzegana, jako bóg, który zawiódł, co spowodowało, że w niektórych krajach nastąpił powrót do starych mitów i przesądów. Omegowie (ostatni młodzi, którzy się urodzili) oddają się rytualnej dzikości, która przeradza się w zabójstwa na tle rytualnym. 

Nie można zaprzeczyć, że koncepcja „Ludzkich dzieci” jest fascynująca i jednocześnie wiarygodna, ponieważ naprawdę możemy doczekać takich czasów. Naukowcy ostrzegają: spada jakość męskiego nasienia. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, przez ostatnie 40-50 lat pogorszyła się ona aż o 50 procent. Plemniki coraz częściej zawierają zdeformowany materiał genetyczny, zauważają lekarze. W związku z tym coraz więcej mężczyzn zmaga się z niepłodnością. Problem jest poważny, bo nic nie wskazuje na to, by w przyszłości sytuacja miała zmienić się na lepsze. Książka ma wiele dobrych stron, jest dobrze napisana, często przejmująca i zawsze zachęca czytelnika do zastanowienia się nad różnymi tematami – od eutanazji po imigrację. Najbardziej zainteresował mnie sposób, w jaki autorka pokazała, jak pobłażliwość udzielana ostatnim urodzonym dzieciom doprowadziła do eskalacji przestępczości i brutalizacji ich zachowań społecznych. Moją uwagę zwróciło również to, jak imigranci byli wykorzystywani do wypełniania luk w zatrudnieniu. Najbardziej fascynujące było jednak spojrzenie na to, jak rychłe wyginięcie ludzkości zmienia zachowania i poglądy społeczeństwa w ogóle.
Wolność od strachu zabezpiecza surowa kara dla łamiących prawo. Drobni przestępcy, a nawet chorzy umysłowo są wygnani do kolonii karnej założonej na Wyspie Man, gdzie nie ma żadnych rozsądnych, prawnych i moralnych ustaleń dotyczących utrzymania więźniów, gdzie warunki życia przerodziły się w anarchię i okrutną walkę o przetrwanie. Pomimo swojej brutalności, system ten był ogólnie popularny wśród społeczeństwa, a starzejący się obywatele nie mieli ochoty na jego zreformowanie lub zniesienie.
 „Jesteśmy rozwścieczeni i zdemoralizowani nie na tyle przez nieuchronnie zbliżający się koniec naszego gatunku, nie tyle nawet przez niezdolność do zapobieżenia temu stanowi rzeczy, ile przez porażkę w odkrywaniu przyczyny” – ten cytat z książki dość dobrze opisuje nasze zagubienie w świecie. Zachodnia nauka i zachodnia medycyna nie przygotowały nas na skalę i upokorzenie tej ostatecznej klęski. Przykład pandemii koronawirusa pokazuje nam, jak łatwo wywołać na całym świecie ogromny lęk i bezradność. Rozpowszechniający się wirus doprowadził do sytuacji, gdy ludzie zmuszeni byli do rezygnacji z wychodzenia na zewnątrz, robili zapasy żywności i na bieżąco śledzili wszystkie informacje. Dla części Polaków kwarantanna i koronawirus przypominały stan wojenny – puste półki, kolejki w sklepach, żywność na kartki i zamknięte granice. Wiele chorób zaczęło opierać się zdiagnozowaniu albo leczeniu i jedna z nich opanowała cały świat. Nadaliśmy nazwy wirusom i bakteriom, od których, niestety, nawet dzisiaj nie jesteśmy wolni; nękają nas jak odwieczni wrogowie, toczący potyczki i powalający przypadkowe ofiary chyba tylko w celu powiększenia naszej goryczy, bo przecież wiadomo, kto odniesie ostateczne zwycięstwo. Zachodnia nauka była (jest!) naszym bogiem. W różnorodności swojej potęgi chroniła, krzepiła, uzdrawiała, ogrzewała, karmiła nas i bawiła, a my czuliśmy, że mamy prawo ją krytykować i od czasu do czasu odrzucać, jak ludzie zawsze odrzucali swoich bogów, ale zawsze ze świadomością, że pomimo naszego odstępstwa to bóstwo, nasz twór i nasz niewolnik, wciąż będzie zapewniał nam środki przeciwbólowe, zapasowe serca, nowe płuca, antybiotyki, ruchome koła i ruchome obrazy, drukarki 3D. Światło zawsze będzie się zapalać po naciśnięciu kontaktu, a jeśli nie, znajdziemy przyczynę. Jednak niczego się nie nauczyliśmy. Nawet historia idealnego lądu, jakim miała być Atlantyda, nie przyniosła potrzebnej refleksji. Żyzna gleba tego utraconego raju i świetne warunki atmosferyczne zapewniały obfite plony nawet dwa razy do roku, a duża ilość zwierzyny nie pozwalała głodować. Mieszkańcy tego miasta na początku wiedli cnotliwe życie, byli wrażliwi i skupiali się na rozwoju duchowym. W końcu jednak dobrobyt i narastająca chciwość sprawiły, że pięli się coraz wyżej i wyżej w rozwoju cywilizacyjnym, nie tylko duchowym. Jej zniknięcie z powierzchni Ziemi nie było wystarczającym ostrzeżeniem dla pełnej pychy ludzkości. 
Taką – niezwykle ponurą i nihilistyczną przyszłość, nakreśliła w „Ludzkich dzieciach” Phyllis Dorothy James. Emanuje z tej wizji groza powodowana przede wszystkim tym, że do zagłady naszej cywilizacji doprowadziliśmy sami i to bez udziału technologii przyszłości, a raczej między innymi przez nieodpowiednią politykę czy wypranie z moralności. W końcu w ukazanym w książce problemie masowej bezpłodności odbija się głębokim echem przestroga przed aborcją, czy eksperymentowaniem na ludzkich embrionach, sztucznym ingerowaniem w to, co naturalne. To jednak zaledwie jeden z głównych problemów poruszonych w książce. Świat przyszłości pogrążony jest, bowiem we wszelkiego rodzaju wojnach, czy to religijnych, czy politycznych, a na pierwszy plan wysuwa się bezgraniczny chaos, nad którym tym bardziej nie da się zapanować, im ludzkość bardziej pozbawiona jest nadziei. Wielka Brytania, w której rozgrywa się akcja książki, stała się państwem rządzonym przez totalitarny reżim, gdzie wszelkie przejawy niesubordynacji są karane. Wbrew pozorom panuje tu jednak względny spokój, dlatego ciągną tam tabuny imigrantów z różnych części świata. Wydzielane są im getta, gdzie tłoczą się, jedni na drugich, toczeni przez choroby i zarazę.
Słynny filozof i krytyk kultury, Slavoj Žižek, w jednym z wywiadów powiedział: „Geniusz »Ludzkich dzieci« polega na tym, że spoglądamy na naszą własną rzeczywistość, jako na rzeczywistość alternatywną, umowną, dzięki czemu dostrzegamy o wiele wyraźniej kwestie, które, na co dzień nam umykają. Kryzys imigrancki, z którym nie potrafi poradzić sobie współczesna Europa, to najbardziej oczywisty aspekt profetyzmu »Ludzkich dzieci«". Książka zadaje także pytanie: czy moralność zależy od religii? Jedna z przejmujących scen w powieści przedstawia kotkę rodzącą kocięta. Właścicielka zwierząt zabiera maleństwa i zaczyna je chrzcić. Ta potrzeba duchowości, religijności, transcendencji jest w człowieku ogromna. Zagadnienie, czy Bóg objawił nam moralność, czy też istnieje jakaś powszechna moralność ponadwyznaniowa, interkonfesjonalna, było zagadnieniem charakterystycznym dla XVIII wieku, zagadnieniem rozstrzyganym na ogół zgodnie z drugą ewentualnością. Konfucjusz bez odwoływania się do Boga ukształtował moralność Chin, które cieszyły się w dobie Oświecenia wielkim moralnym prestiżem. Toteż Locke wierzył, że można rządzić się słusznymi normami moralnymi nie dostąpiwszy światła prawdziwej wiary. Analizując przy okazji dyskusji nad książką „Ludzkie dzieci” wpływ wiary na nasz poziom moralny, widzimy, że nie musi być on taki oczywisty. Pominęliśmy ewentualne wpływy ujemne, tj. pasywa, dające się zauważyć przede wszystkim tam, gdzie panuje przymus i nietolerancja. Te sprawy są nazbyt dobrze znane, żeby je tu przypominać.
Narracja apokaliptyczna w książce Phyllis Dorothy James pokazuje także, że taka wizja rodzi się wewnątrz świadomości kryzysu, ożywiana perspektywą końca dziejów. Funkcją apokaliptyczności jest nadawanie sensu obecnej chwili, tu i teraz, poprzez umiejscowienie człowieka „w samym środku” problemu. Warunki życia w każdej kulturze wywołują jakieś obawy, które mogą wynikać z zagrożeń zewnętrznych (katastrofa żywiołowa, ofensywa ze strony wroga), z określonych układów społecznych (wrogość wynikająca z tłumienia niesprawiedliwości, frustracji) czy z tradycji kulturowych (pogwałcenie tabu), niezależnie od ich pierwotnego źródła. Człowiek może tym obawom ulegać, ale może także przyjąć założenie, że są one narzucone każdemu obywatelowi danej kultury, i że w zasadzie nie można ich uniknąć. A zatem nieokreślony niepokój, będący przeżyciem związanym z samym faktem istnienia, w sposób naturalny wpisany jest w egzystencję każdego człowieka. Zarówno lęk, jak i strach są reakcjami emocjonalnymi na niebezpieczeństwo, któremu towarzyszą doznania somatyczne. Powieść jest stylizowana na antyutopię, w której bohaterowie chcieli walczyć z systemem, a przede wszystkim z Zarządcą stojącym na czele państwa. To właśnie próby wprowadzenia demokratycznych rządów były motorem napędowym buntowników. Sprzeciwiali się także przymusowym samobójstwom najstarszych mieszkańców, a gdzieś na samym końcu żądali lepszego traktowania „Tymczasowych” – ludzi spoza Anglii, sprowadzanych w celu wykonywania najtrudniejszych zajęć, którym starzejące społeczeństwo nie było w stanie sprostać.
A teraz zastanówmy się nad tym czy świat i nasze życie nie zmierzają do katastrofy? Na co dzień chyba nie zdajemy sobie sprawy, iż wszystko, co robimy, robimy po to, by coś po sobie zostawić. Jaki sens jest w zarabianiu pieniędzy, gdy nikt ich po nas nie odziedziczy? Po co wymyślać nowe rzeczy, gdy nikt z nich nie skorzysta? Rozwój nauki, nauka sama w sobie, miłość, seks, wszystko traci dla nas sens.