15 lipca 2017

Młodość stulatka


„Młodość stulatka”


Mircea Eliade




Autor/(ur. 9 marca 1907 w Bukareszcie, zm. 22 kwietnia 1986 w Chicago) rumuński religioznawca, indolog, filozof kultury, a także eseista, pisarz i dyplomata. Był głównym przedstawicielem tzw. szkoły morfologii świętości w religioznawstwie, inicjatorem nurtu zajmującego się badaniem porównawczym fundamentalnych struktur i archetypów religijnych, manifestujących się w dziejach religii poprzez symbole, mity, hierofanie oraz rytuały.

Tłumaczenie/ Ireneusz Kania

Tematyka/ Cudowne połączenie realizmu, surrealizmu i świata wyobraźni; powieść Eliadego udowadnia, że sfera mitów i zjawisk nadprzyrodzonych pomaga zrozumieć sens naszej codzienności. Książka Eliadego urzekła mnie nie tylko, dlatego, że jej bohater staje się ponownie młody i odnajduje utraconą miłość, – ale także, dlatego, że to filozoficzna i mądra historia o świadomości i egzystencji.
 Główny motyw/ Bukareszt, rok 1938. Wskutek tajemniczego incydentu siedemdziesięcioletni profesor Dominik Matei staje się młodzieńcem, zachowując mądrość życiową starca. Zwraca uwagę nazistów, którzy chcą go wykorzystać do eksperymentów medycznych. Uciekając przed wrogiem, Matei dociera do Szwajcarii, na Maltę i do Indii. Powieść Eliadego, nasyconą erotyczną wyobraźnią autora, pełną napięcia i surrealizmu, przeniósł na ekran Francis Ford Coppola. W rolę Dominika wcielił się znany z filmu Pulp Fiction Tim Roth.

Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:
„Zawsze powinno istnieć paru inteligentnych ludzi, którzy potrafią się cieszyć odkryciami wszystkich wielkich erudytów”.
„Począwszy od pewnego wieku trzeba być przygotowanym na wszystko”.
„[...] dowody empiryczne są bez wartości w sporach metafizycznych”.


Nadchodzi wiek, w którym każdemu przydałby się eliksir młodości. Tylko, co jeżeli stalibyśmy się młodzi znienacka? Jak potoczyłoby się nasze “nowe” życie? Może odkrylibyśmy w sobie nowe zdolności? A co, jeżeli stalibyśmy się młodsi i już byśmy się nie starzeli? Odpowiedzi na te pytania należy szukać w książce Mircea Eliade „Młodość stulatka”.

           70-letni Dominik Matei zostaje porażony piorunem na jednej z przedwojennych ulic Bukaresztu. Porażenie było tak ogromne, że z ubrania Dominika nie zostało nic tylko rączka od parasola. Wszystko inne było zwęglone. To zresztą dziwne; właśnie rączka, ta drewniana rączka. Jego ubranie obróciło się popiół, a to, czego nie zmył deszcz, opadło z niego podczas przewozu do szpitala. W szpitalu poczuł, jak zupełnie łatwo wyjmują mu pęsetą zęby. Zaczął liczyć; w ciągu paru minut doktor z łatwością usunął mu czterdzieści zębów. Nie rozumiano, co się z Matei dzieje. Korzenie były zdrowe. Jednak pod spodem rosły mu nowe zdrowe zęby.  Na skutek uderzenia pioruna, w niewyjaśniony sposób, odzyskuje młodość - wygląda na około 30-letniego mężczyznę. Ponadto, zyskuje ogromne zdolności intelektualne, na które ówczesna nauka nie jest w stanie odpowiedzieć. Przez ten incydent jego życie diametralnie się zmienia. Staruszek, bowiem zostaje odmłodzony duchem i ciałem o jakieś 30 lat. Jeszcze, jako student rozpoczął pracę badawczą na temat pochodzenia ludzkiej mowy i rozwoju różnych języków. Wszyscy, łącznie z nim, wiedzieli, że jest skazany na porażkę, pomimo zaangażowania, jakie w swoje dzieło wkładał. Tracił na to tak wiele czasu, że jego narzeczona postanowiła od niego odejść. Wraz z niezwykłym wydarzeniem, jakie go spotkało, jego zdolności intelektualne w znaczący sposób się rozwinęły i naukowiec postanowił dokończyć pracę swojego życia, w co nie wierzył od wielu lat.
Dominik Matei stał się interesującym przypadkiem nie tylko dla nauki, ale także dla służb specjalnych Trzeciej Rzeszy.  Jak dotychczas, nikt, ani w Bukareszcie ani na świecie, nie znalazł sensownego wytłumaczenia takiego przypadku. Sądząc po sposobie, w jaki poraził go piorun, powinien zginąć na miejscu albo, co najmniej powinien umrzeć wskutek uduszenia w ciągu dziesięciu, piętnastu minut. Chciano uniknąć rozgłosu. Prawda jest następująca: pacjent nazywa się Dominik Matei, ósmego stycznia ukończył siedemdziesiąt lat, był profesorem łaciny i włoskiego. Przyjechał do Bukaresztu, aby popełnić samobójstwo. Uważał się za skazanego: arterioskleroza. Tracił pamięć... W ubraniu, w kieszeni przed porażeniem przechowywał niebieską kopertę, w której znajdowało się kilkadziesiąt miligramów strychniny...
Porażenie piorunem sprawiło, że Dominik nabył niezwykłych zdolności intelektualnych. Na przykład oglądając starą fotografię potrafił powiedzieć, w którym dniu została zrobiona, słyszał głosy i wypowiadane przez postaci ze zdjęcia słowa. Czuł zapachy, które unosiły się podczas wykonywania fotografii. Na widok jednego zdjęcia od razu poczuł upał tamtego poranka i zapach oleandrów, ale jednocześnie czuł silną woń rozgrzanej smoły, która była rozgrzewana w beczkach, o jakieś dziesięć metrów od osób ze zdjęcia. Kiedy śnił otwierał jakąś gramatykę, czytał i opanowywał pamięciowo kilka stron. Sny układały się w serie i miały charakter dydaktyczny. Wydawało mu się, że są one jakby przedłużeniem jego lektur dziennych. Stopniowo jakby zaczynał rozumieć, wszystko, co mu się przydarzyło. Niezwykle potężne wyładowanie elektryczne wprost nad jego głową, które go przeszyło, zregenerowało cały jego organizm i w cudowny sposób wzmocniło mu wszystkie władze umysłowe.
Kilka lat po tym wydarzeniu nastąpiło inne i także ciekawe jak przypadek Dominika Matei. Latem 1955 roku bohater spacerował po górach w Tessinie. Zerwała się ulewa, nagle pierwsze błyskawice skrzyżowały się nad miastem, przez jakieś pół godziny grzmoty następowały jeden po drugim, bez przerwy. Matei usłyszał z oddali głos, który nawoływał tam gdzie pioruny biły najmocniej: „Weronika! Weronika!”. Powiadomił policję, która rozpoczęła poszukiwania zaginionej kobiety. W wydrążonej szczelinie odnaleziono kobietę, która wypowiadała szereg niezrozumiałych słów. Dominik próbował nawiązać z nią kontakt w różnych językach jednak na żaden nie odpowiadała. Matei od razu uświadomił sobie, że kobieta mówi do niego w dialekcie środkowoindyjskim, potem zaczął rozróżnić całe zdania w sanskrycie.
Na podstawie dokumentów tożsamości ustalono, że nazywa się Weronika Buhler, ma dwadzieścia pięć lat, jest nauczycielką zamieszkałą w Liestal. Dominik był jedyną osobą mogącą się porozumieć z Weroniką. Twierdziła, że nazywa się Rupini i jest córką Nagabhaty z kasty kszatrijów, potomka jednej z pierwszych rodzin, które nawróciły się na buddyzm. Kilka miesięcy w roku spędzała w grocie na medytacjach i przepisywaniu dzieł słynnego filozofa Czandrakirtiego. Dominik wszystkie rozmowy z Weroniką nagrywał. Wysłał taśmę do bliskich współpracowników C.G Junga. Obmyślono plan zabrania Weroniki do Indii gdzie miała się znajdować pustelnicza grota Rupini. Po dotarciu na miejsce ekipa techników dostała się do groty za pomocą drabinki sznurowej. W świetle elektrycznych latarek ujrzeli szkielet. Był skurczony, jak gdyby śmierć zaskoczyła kobietę w trakcie medytacji joginicznej. Obok niej leżało kilka rękopisów. Po dotknięciu rozsypały się w proch. Weronika natomiast w dziwny sposób zaczęła się bardzo szybko starzeć...
Co miał na myśli Mircea Eliade pisząc książkę „Młodość stulatka”? Wiemy, że motyw scenariusza inicjacyjnego zajmował jedno z naczelnych miejsc nie tylko w naukowych zainteresowaniach Marcea Eliade. Sam kiedyś powiedział: „Każde życie to nieprzerwany ciąg >prób<, >śmierci< i >zmartwychwstań<”. Jak wiadomo, celem wędrówki każdego bohatera, tego typu opowieści, spotykanych nagminnie we wszystkich tradycjach i kulturach, jest – po przezwyciężeniu rozlicznych przeszkód i „prób” – zdobycie pięknej księżniczki, eliksiru nieśmiertelności, lub talizmanu spełniającego wszelkie życzenia itd... Każdy z tych rekwizytów otwiera herosowi dostęp do nowej, „doskonałej” rzeczywistości. Utożsamiana bywa ona często z nieśmiertelnością, wieczną młodością. Takiej egzystencjalnej przemianie towarzyszy często hierofania, czyli objawienie się pierwiastka boskiego. W powieści „Młodość stulatka” Eliade modyfikuje i wzbogaca schemat baśniowy. Dominik Matei, człowiek dość tuzinkowi, boleje nad swą przeciętnością, marzy, bowiem o zdobyciu nadludzkiej wręcz wiedzy. Ta przemiana istotnie następuje dzięki wtargnięciu w życie Dominika pierwiastka numinalnego, co w książce symbolizuje uderzenie w niego pioruna. Rażony piorunem bohater nie tylko nie ginie, ale przeciwnie – uzyskuje „nowe ciało” i niesłychane możliwości intelektualne. W następstwie interwencji „sił wyższych” zostaje wyrwany z rzeki czasu; przestaje się starzeć. Nie przypadkiem dzieje się to w wigilię Wielkanocy, święta zmartwychwstania i odnowienia życia. Należy zwrócić uwagę, że jest w tej książce pewne podobieństwo do „Fausta” Goethego; również Faust, mając dość taedium vitae, postanawia się zabić, ale porzuca tę decyzję, słysząc dzwony zwiastujące Wielkanoc. Samobójstwu Dominika zapobiega interwencja niebios, właśnie w chwilę po tym, jak doleciały go dźwięki dzwonów z Cerkwi Metropolitarnej.
Niestety, każdy raj trzeba nam kiedyś opuścić, i wówczas, na powrót zstąpiwszy w nurt Czasu, tym szybciej, im dłużej przebywaliśmy poza jego obrębem, kurczymy się, niszczejemy, wreszcie rozpadamy się w proch. Tak jak rękopis sutry, zamknięty w pudle jaskini jogina, trwa przez wieki, ale rozsypuje się w proch, gdy do groty wedrze się podmuch czasu teraźniejszego.
Z kolei zmiana powierzchowności Dominika, aby ukryć go przed wszechobecnym okiem Gestapo, ilustruje ulubioną ideę Mircei Eliadego, obecną i rozwijaną w wielu jego pracach teoretycznych – mianowicie, że sakralne występuje często w przebraniu codzienności (ba, nawet w banalności), codzienność zaś może objawiać pierwiastek sakralny. Zarysowawszy w ten sposób pobieżnie problematykę religioznawczo-filozoficzną, a i poniekąd literacką powieści, mógłbym właściwie zakończyć te uwagi stwierdzeniem, że również w „Młodości stulatka” mamy do czynienia z beletrystyczną egzemplifikacją idei i kwestii, zajmujących Eliadego-naukowca, co więcej, mieszczących się w głównym nurcie jego prac i poszukiwań.
Jeśli już poruszam zagadnienie różnych rodzajów czasu, to należy również wspomnieć o wzajemnej niewspółmierności czasu „świeckiego”, linearnego, i „mitycznego”, „sakralnego”. Gdy sacrum wdziera się w człowiecze życie, zakłócając jego codzienny, „świecki” tok, zaburzeniu ulegają również porządki czasowe; dochodzi wówczas do „przełamania poziomów”. W kategoriach psychologicznych zjawisko to można opisać, jako subiektywne postrzeganie długości czasu; każdy wie, że w pewnych szczególnych sytuacjach czas zdaje się płynąć wolno, w innych zaś – prędko, choć zegar wskazuje ten sam jego upływ. Nieraz nawet doznajemy wrażenia, że czas „stanął”.
Jednak morał z tego prawdopodobnie jest po prostu taki, że powrót do młodości nie jest wcale taki różowy, jak może się wydawać i należy cieszyć się tym, co mamy, czekając na śmierć, bo to ona jest głównym celem naszego życia, a ściślej - jego końcem.

           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz