02 lipca 2017

Dziecko ulicy


„Dziecko ulicy”

Izydor Koszykowski



Autor/ (ur. w kwietniu 1901 w Warszawie, zm. 15 października 1942 na Wydmach Łuże). Prawdziwe nazwisko i pochodzenie są nieznane; był porzuconym dzieckiem, znalezionym na ulicy Koszykowej w Warszawie, od której nadano mu nazwisko "Koszykowski".

Tematyka/ „Dziecko ulicy” to książka autobiograficzna – napisana z niewątpliwym talentem literackim- na kartach, której Izydor Koszykowski w sposób ostry i wymowny odtworzył osobistą tragedię o społeczno-obyczajowym podłożu oraz walkę bezrobotnego o prawo do życia. To także skarga oraz wstrząsające oskarżenie ustroju i rządów przedwojennej Polski.
Główny motyw/ Książka „Dziecko ulicy” to niezwykle barwny obraz tragedii nieślubnego dziecka przed drugą wojną światową. Izydor Koszykowski „wyciąga” na światło dzienne krzywdę dziecka, najstraszniejszą z krzywd, jakie człowiek wyrządza człowiekowi, wyrastającą pod skrzydłami kapitalistycznego ustroju przedwojennej Polski, która opierała swe istnienie na poglądach o miłości, macierzyństwie i małżeństwie.

Cytat z książki charakteryzujący problematykę utworu:
„ Życie moje jest zagadką nawet dla mnie i zostanie nią do zgonu, chociaż łudzę się tą głupią nadzieją, że kiedyś tajemnica będzie mi wiadoma”.
„ Czegoż dla oka się nie robi, nawet łzy i śmiech na zawołanie […]”.
„ Ale czego to się za rubla nie kupi, nawet do nieba za łapówkę się idzie”.
„[…] świń jest dużo gatunków: czworonożnych i dwunożnych”.
„Wojnę zrozumiałem, że jest ludzi za dużo i wysyłają na nią dla segregacji. Bo jakoś dziwne: każdy biedak był zdolny i zdrów, a bogaty na wojnę nie szedł?”.
„[…] my dzieci księżyca i ciemnej nocy, jesteśmy wyrzuceni poza nawias życia ludzi rodzinnych”.
„Zdawało mi się, że jestem psem, bo pies u sąsiada na górze miał bardzo dobrze”.
„Na świętach nigdzie nie byłem, bo i po cóż, wiem tylko, że obcy człowiek w towarzystwie rodziny jest tak potrzebny jak piąte koło u wozu”.
„Życie człowieka jest tyle wart co dym z papierosa; żyje i ginie, rozpływa się i znaku po nim i pamięci nie ma, jedynie chwilowe płacze, rozpacz, a później życie idzie zwykłym torem, jak słońce rano wschodzi, wieczór zachodzi i znów to samo dookoła”.



Nasz zasób wiadomości o Polsce międzywojennej w porównaniu z innymi okresami nie wyróżnia się ani na plus, ani na minus. Ta epoka jest mniej więcej tak samo znana jak inne epoki, a raczej mało znana. Tak samo sprowadza się do ogólnych haseł jak nasza świadomość o wieku XVII, XVIII czy XIX. Może trochę więcej wiemy o historii najnowszej, ale świadomość historyczna jest wśród Polaków raczej marna. Dodajmy, że współczesne elity kulturalne nie mogą się równać z tymi z okresu 20-lecia międzywojennego. Tamta elita miała niewątpliwie większą świadomość historyczną niż obecna. Był pewien kod kulturowy, do którego należała znajomość chociażby dzieł trzech wieszczów. Dzisiaj generalnie inteligencja powiedziałaby może coś z „Pana Tadeusza” i to wszystko. Kto czyta dzisiaj Słowackiego? A taki Piłsudski cały był nim przesiąknięty, myślał nim. Kto dzisiaj myśli wieszczami? Nikt. Niektórzy marni publicyści usiłują udawać, że myślą Norwidem czy Herbertem. II RP jest dla Polaków pewnym wzorcem, postrzega się ją, jako państwo, które odzyskało niepodległość w mniejszym lub większym stopniu dzięki własnej aktywności i oczywiście dzięki splotowi korzystnych warunków zewnętrznych. To państwo istniało 20 lat, zostało najechane i rozebrane przez sąsiadów. I wszystko, co potem się wydarzyło, było konsekwencją tego rozbioru.
Jednak na II Rzeczpospolitej istnieją też polityczne, gospodarcze, ekonomiczne, społeczne i moralne „plamy”. Czego II RP, powinna się wstydzić? Złamania systemu demokratycznego, które spowodowało, że zwykły obywatel stawał się coraz bardziej bezbronny wobec państwa. Gdy np. bito go na policji, w więzieniu, stosowano wobec niego jakieś niecne metody, miał już coraz bardziej ograniczoną możliwość skargi, obrony. System demokratyczny to nie tylko możliwość zmiany władzy, to również system, który umożliwia obronę i ochronę obywatela. Chłopi buntowali się przeciwko polityce rolnej państwa, blokowali dostawy do miasta. Policja te blokady przełamywała, nieraz strzelając, nie brakowało ofiar. To były wstrząsające sceny. Strajki robotnicze były normalną rzeczą, strajkowano jeszcze wcześniej, przed II RP. Do strajkujących robotników policja też strzelała, ale o wiele rzadziej niż do chłopów. Przed wojną były całe regiony, np. Huculszczyzna, gdzie panował permanentny głód. W ogóle w II RP ludzi całkowicie wykluczonych społecznie, egzystujących poniżej minimum życiowego było znacznie więcej niż obecnie.
Dwudziestolecie międzywojenne zostało wyidealizowane jak żaden inny okres. Ten proces mitologizacji zaczął się niemal zaraz po katastrofie wrześ­niowej, jeszcze w czasie wojny. Już w 1943 r. II Rzeczpospolita zaczęła się kojarzyć ze zdjęciami z balów karnawałowych i wieczorów przy brydżu. Albumy przywodziły na myśl dobrze wykształconych dżentelmenów i kobiety z papierosami w długich lufkach. Te o nazwie Egipskie Płaskie, które palili nasi dziadkowie, wydawały nam się, gdy byliśmy dziećmi, atrybutem lepszego świata. Właściwie taki naiwny, wypiękniony obraz w jakimś sensie utrwalał się na zasadzie przekory wobec propagandy lat powojennych. I do dziś jest żywy, o czym świadczy popularność literatury opowiadającej o elitach, gwiazdach kabaretowych czy „upadłych damach” II Rzeczypospolitej.
   Opowieść o życiu własnym Izydora Koszykowskiego jest czymś więcej aniżeli pamiętnikiem. Niektóre jej części to już powieść autobiograficzna, a w całości jest to dokument, wstrząsający a zarazem wzruszający. Toteż od beznadziejnego załamania rąk, od prawie rozpaczliwego wyznania, „że nie ma nadziei na lepsze jutro”, na czym Koszykowski zakończył w grudniu 1926 roku powieść- skargę o swoim życiu i życiu innych ludzi. Książka „Dziecko ulicy” jest obrazem niedoli biedoty, stanowi klasyczny dokument życia ludzi wykluczonych z „raju w dobrych, przedwojennych czasach”. Tragedia dziecka nieślubnego, podrzutka, dzieciństwo w głodzie, brudzie, nędzy i chorobach, młodość bez chleba i odzienia, służba w wojsku, za którą chociaż ochotnik, nie otrzymuje z powrotem nawet własnego ubrania i wraca w łachmanach, jako żołnierz, który w dobrej wierze, bronił majątków fabrykantów i obszarników, bronił luksus życia wybranych, a dla siebie wywalczył prawo tylko do „oddychania polskim powietrzem”.
   W 1901 roku w Warszawie na ulicy Koszykowej w bramie znaleziono zawinięte w gałgany dziecko. Po spisaniu protokołu odniesiono je do domu wychowawczego Dzieciątka Jezus. Tam został ochrzczony imieniem Konrad. Nadano mu nazwisko Koszykowski. W ten sposób mały Konrad otrzymał nazwisko uliczne. W domu wychowawczym trzymano go trzy miesiące, potem oddano go na „wychowanie” na wieś za opłatą. A jak się odbywało to „wychowanie”, to nawet nie można sobie tego wyobrazić.  „Wychowanie” dziecka było zwykłym procederem zarobkowym, a jeśli wolno mi „bez cenzury” powiedzieć, to dla biednej i ciemnej wiejskiej kobiety, był to interes korzystny, gdyż dom wychowawczy płacił za kwartał. Opłacał również pogrzeb dziecka, w razie, gdy umarło. Zdarzały się okropne przypadki, że niektóre kobiety jeździły do Warszawy dwa, trzy razy po pogrzebowe i po nowe dzieci. Mówiono o takiej kobiecie, że; „Przysparzała aniołków Panu Bogu”. Ciekawe, że ich własnych dzieci jakoś Pan Bóg nie zabierał.
Konrad nie lubił swych chlebodawców za to, że często się nad nim znęcali i faworyzowali swoje dzieci. Karano go biciem za najdrobniejszą rzecz, gdy swych dzieci nie bili za o wiele gorsze rzeczy. Kiedy ktoś w domu chorował na ospę, kazano mu spać z chorym w jednym łóżku, a jedzenie, którego chory nie zjadał, dawano jemu. Możemy się domyślać, jaki cel miał ten haniebny proceder? Rodzina, u której mieszkał Konrad postanowiła oddać chłopca z powrotem do sierocińca, bo nie było z niego żadnego zarobku.
W sierocińcu testowano na wychowankach różnego rodzaju szczepionki. „Nauka medycyny zaczynała się na królikach, morskich świnkach, a w końcu na sierotach”. Czy te praktyki byłe znane szerokiemu ogółowi? Na pewno nie. A zresztą, gdyby nawet były znane, to i cóż, kogo to obchodziło, że jakieś sieroty cierpią za wysokim murem domu wychowawczego, a raczej domu więziennego. Dzieci naznaczone szczepionkami płakały. Apetyt znikał. Wychowankowie umierali, co było skrupulatnie utajnione. W domu wychowawczym dzieci były bite: raz bił nauczyciel, innym razem ksiądz a wieczorami starsi wychowankowie placówki.
Po kilku miesiącach Konrad znowu trafił na wieś na „wychowanie”. Wszystko szło dawnym trybem. Pasał krowy, pracował w polu, karmił zwierzęta. W pierwszych dniach jego pobytu na wsi chłopiec zauważył coś ohydnego. W koncie mieszkania stał drewniany szaflik. W nocy cala rodzina chodziła oddawać mocz. Rano wszyscy się myli bez mydła w moczu. Konrad czuł wstręt do tego świńskiego życia. Myślał: „ świnie, a świń jest dużo gatunków: czworonożnych i dwunożnych”.  Bieda wyglądała wszędzie dziurami. Wszy chodziły po wszystkich domownikach. Do szkoły go nie przyjęto, gdyż tylko jedno dziecko z całego domu miało prawo chodzić, inne za dopłatą.
Kiedy wybuchła wojna Konrad jak wielu młodych, biednych poborowych trafił na front.  Otrzymał następną lekcję od życia. „Bo jakoś dziwne: każdy biedak był zdolny i zdrów, a bogaty na wojnę nie szedł”. Walczył na foncie, cudem uniknął śmierci a bogacze i rząd znowu o nim zapomniali i w każdej chwili byli gotowi „zamknąć przed nim drzwi”. Przed obrońcą-sierotą. Zdemobilizowany, znowu bezdomny, brudny, oberwany, w podartych butach, w znoszonej koszuli, gorzej od psa włóczył się od wsi do wsi. Nadszedł grudzień a z nim taka bieda, że wszystkie, jakie do tej pory przeżył były niczym w porównaniu z ta obecną. Młodzieniec odmroził nogi, uszy, nos. Potworzyły się rany, które pękały pod drobnym naciskiem. Wziął się do zrobienia własnego obuwia. Zrobił – jak umiał- podeszwy drewniane, obił je z boków starą skórą. To, że woda przez nie przechodziła, to nic, bo jedna dziurą weszła, drugą wyszła.
           Okrutny los nie „atakował” tylko ekonomicznej sfery życia, niszczył także to, co człowiekowi jest do życia niezbędne –miłość do drugiej osoby. Niedługo po zaręczynach w wyniku choroby umiera Wera, narzeczona i wielka miłość Konrada. Chłopak stał cicho i pokornie nad świeżo zasypaną mogiłą. Nikt z obecnych nie doszedł do niego, by mu powiedzieć słowa pociechy. Wszak nic dziwnego, był tu obcy i prócz jej rodziców i brata, nikomu nie był znany. Został opuszczony na cmentarzu przez żywych i przez ukochana Werę. Niedługo po tej tragedii Konrad zostaje doświadczony przez los powtórnie. Węzłem małżeńskim związał się z Janeczką, która urodziła dziecko. Młodzi małżonkowie zamieszkali w okropnych warunkach. Szczury atakowały ich dzień i noc. Wskakiwały do wózka dziecka i gryzły maleństwo do krwi. Janeczka próbując chronić dziecko przed krwiożerczymi bestiami, nakryła je kocem i próbowała chronić je swoim ciałem. W wyniku splotu nieszczęśliwych okoliczności oraz małej odporności dziecka maleństwo udusiło się. Konrad był za biedy na pochowanie go jak człowieka. Przyszedł bezrobotny, za pięć złotych wziął trumienkę pod pachę i zaniósł na Bródno. Naturalnie nikt z rodziny nie przyszedł na pogrzeb, wstydzili się wlec za tak marnym konduktem żałobnym.
Książkę Izydora Koszykowskiego „Dziecko ulicy” możemy zaliczyć do pamiętników, opisujących trudne życie w II Rzeczypospolitej w kraju, który nie był „mlekiem i miodem płynący”. Wszyscy, którzy tak sobie wychwalają ten okres, mocno go idealizują. Ale to była też w większości spuścizna po zaborcach, którzy traktowali te rejony, jako kolonie. Co więcej, książka pokazuje budowę „od zera” zrujnowanego gospodarczo a także moralnie kraju... rozwiń całość w warunkach ogólnoświatowego kryzysu. W tym czasie w Polsce robotnik żył na poziomie kloszarda lub niżej, a chłop na poziomie „egipskiego niewolnika”. Dla tych ludzi „alternatywą” był później albo komunizm albo faszyzm. Jeden i drugi system kosztował miliony ofiar.
Izydor Koszykowski zginął w czasie drugiej wojny światowej zamordowany przez hitlerowców. Ironia, zginął za Polskę człowiek w ojczyźnie swej sponiewierany, człowiek, który miał pełne prawo nie nazywać tego kraju „ojczyzną”, bo nie dał mu on najnędzniejszych nawet warunków życia przez tyle lat nędzy, bezrobocia i poniewierki. Dziś słyszymy często wypowiedzi ludzi, którzy z całym cynizmem wygłaszają frazesy o miłości ojczyzny, sięgając z tupetem do tradycji patriotycznych wywodzących się z czasów II Rzeczpospolitej. A wystarczy przeczytać książkę „Dziecko ulicy”, aby dowiedzieć się, co to słowo oznacza i czym to słowo jest. Tragedia Izydora Koszykowskiego – dziecka, młodzieńca a później ojca i męża-, który dwukrotnie usiłował skończyć wszystko samobójstwem, raz samotnym, drugi raz wspólnie z żoną i dzieckiem obala fascynację przedwojenną Polską. A co w niej fascynującego? Zacofanie, bieda, bezrobocie, wyzysk, a przede wszystkim bijąca w oczy nierówność społeczna-elitarna garstka bogaczy a obok nich straszliwa nędza. Skąd my to znamy?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz