29 sierpnia 2020

Bóg rzeczy małych


„Bóg rzeczy małych”

Arundhati Roy
Autorka/ (ur. 24 listopada 1961, Shillong) – indyjska pisarka znana z rytmicznej prozy i lirycznych opisów Kerali, autorka kilku zbiorów esejów politycznych, poruszających kwestie humanitarne. Laureatka Nagrody Bookera w 1996.
Tłumaczenie/ Jerzy Łoziński
Tytuł oryginału/ an-gb “The God of Small Things”.
Tematyka/ Życie składa się z milionów drobnych zdarzeń. Każde z nich jest ważne z innego powodu. „Parędziesiąt godzin może wpłynąć na bieg całego życia. A kiedy tak się stanie, te parędziesiąt godzin, jak ocalałe resztki spalonego domu (…) trzeba wyjąć spośród zgliszczy i obejrzeć. Zachować. Wytłumaczyć. Małe zdarzenia, zwyczajne rzeczy, stłuczone i na powrót sklejone. Nasycone nowym znaczeniem”. Czyż nie jest to istotą każdego życia? Bohaterami książki są bliźnięta, które przyjeżdżają wraz z matką, po jej rozwodzie, do Ajemenem – małej wioski w Kerali, gdzie żyją w miarę szczęśliwie, przeżywając swoje dziecięce radości i troski, aż do pewnego wydarzenia, które spowodowało, że ich dzieciństwo rozbiło się jak kruche szkło. Rozgrywający się dramat jest osią całej powieści. Jednak nie tylko tragiczny wypadek wpłynął na los tych dzieci o wrażliwych sercach i ich matki o niepokornej duszy, lecz suma różnych z pozoru nic nieznaczących zdarzeń, złych decyzji, opacznie zrozumianych słów, manipulacji i uprzedzeń społecznych.
Główny motyw/ Debiutancka książka pisarki Arundhati Roy opowiada o zagmatwanych i dramatycznych losach bliźniąt: Esthy i Rahel. Dorosła już Rahel przywołuje obrazy przeszłości, wciąż pełne jednak smaków i zapachów; wspomina jak ich matka, Ammu, rozbita po nieudanym małżeństwie, wróciła do rodzinnego domu w Ajemenem, małym miasteczku na zachodzie Indii, do domu, w którym mieszkali babka bliźniąt, przewrażliwiona ciotka i brat Chacko. Przez pryzmat odkrytej tajemnicy historia minionych lat rysuje stracone przez brutalną ingerencję dorosłych, pełne obaw i rozpaczy dzieciństwo, i jego wpływ na późniejsze życie bliźniąt.
Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:
„Nie można jednak usłyszeć krzyków przez ziemię i kamień”.
„To osobliwe, jak pamięć o zmarłych może trwać dłużej niż pamięć o żywych, podkradając jej miejsce”.
„Były to czasy, gdy rzeczy nie do pomyślenia stawały się jak najbardziej do pomyślenia, a rzeczy niemożliwe zdarzały się naprawdę”.
„Może to prawda, że rzeczy mogą zmienić się w jeden dzień. Że kilkanaście godzin może zmienić bieg całego życia”.
„Małe zdarzenia, zwykłe rzeczy, rozdeptane i odtworzone. Przesycone nowym znaczeniem. Wtedy znienacka stają się zbielałym końcem opowieści”.
„Że tak naprawdę zaczęło się to w dniach, kiedy ustanowiono Prawa Miłości. Prawa, które ustalają, kogo należy kochać i jak. I jak bardzo”.
„(…) wybieranie pomiędzy nazwiskiem męża a nazwiskiem ojca zostawia kobiecie niewielki wybór”.
„Bywa, że nieszczęśnicy nie lubią osób równie nieszczęśliwych (…)”.
„(…) marksizm był prostym substytutem chrześcijaństwa. Wystarczy Boga zastąpić Marksem, Szatana – burżuazją, Niebo – bezklasowym społeczeństwem, Kościół – partią, a wtedy forma i cel podróży stają się podobne”.
„»Przepraszam« nikomu nie przywróci życia”.
„Zapachy, podobnie jak muzyka, podtrzymują wspomnienia”.
„Niektóre rzeczy same niosą ze sobą karę”.

 W Indiach nikomu nie trzeba przedstawiać Arundhati Roy. Łączy status literackiej gwiazdy i czarnej owcy. Kiedy w 1997 roku 36-letnia debiutantka opublikowała „Boga rzeczy małych” – pełną liryzmu powieść o dorastaniu i zakazanej miłości – krytycy oniemieli. Roy, jako pierwsza indyjska kobieta otrzymała Międzynarodową Nagrodę Bookera, a książka, przetłumaczona na ponad 40 języków, sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. Wyglądało na to, że w 50. rocznicę odzyskania niepodległości Indie zyskały nowy symbol.
Akcja tej debiutanckiej, nagrodzonej powieści rozgrywa się w Kerali w latach 60. XX wieku i śledzi losy rodziny Ammu, skupiając się zwłaszcza na dwujajowych bliźniaczkach – Estha i Rahel. Kulminacyjnym momentem książki okaże się utonięcie angielskiej kuzynki, która przyjechała w odwiedziny. Utwór ten charakteryzuje się brakiem linearnego czasu, chaotyczną układanką barwnych spotkań i opisów wyrażonych prozą. Czytelnik układa świat dziecka w jedną całość, jednak tragedie dorosłych niszczą sielankowy ład. Łyżkę dziegciu dodaje również życie Veluthy, przyjaciela bliźniaczek, będącego przewoźnikiem łodzi, który należy do kasty „nietykalnych”.
Prozę tej indyjskiej pisarki można porównać do stylu Salmana Rushdiego, ale autorka jest bardziej rytmiczna i poetycka, a jej styl, jako całość posiada więcej wyjątkowości i zmysłowości. Trafnym punktem odniesienia jest „Droga do Indii” E.M. Forstera. Dziwne i dzikie piękno świata naturalnego jest przywoływane jako kontrapunkt i przyczyna ludzkiego porządku. Siła tejże pisarki tkwi w ekscentrycznej prostocie, z którą Roy oddaje umysł dziecka i emocje obecne w różnorodnych relacjach międzyludzkich. Kwestie polityczne poruszone w powieści skupiają się na myśli: kto decyduje o tym, „kogo i jak bardzo trzeba kochać”. Autorka posługuje się pełnymi polotu transgresjami nie po to, by szokować odrobinę, ale by poruszyć Czytelnika. Ukazując polityka, który opowiadał się za sprawami uciskanych i został wtrącony do więzienia za sprzeciwianie się indyjskiemu sądowi, Arundhati Roy wyraźnie podnosi kwestię potencjału człowieka, który jednocześnie ratuje, jak i niszczy. Ta książka może stać się nie lada wyzwaniem dla tych, którzy próbują powiedzieć nam, co znaczy miłość.
 Ammukutty Kochamma, córka znanego entomologa, zamiast aranżowanego małżeństwa pragnęła kontynuować edukację. Jednak największym marzeniem jej rodziców były jej zaślubiny z członkiem tej samej kasty. Ammu po raz pierwszy sprzeciwiła się woli rodziców i wyszła za mąż z miłości za członka kasty Bengali, co w oczach jej ojca było mezaliansem. Wraz ze swoim mężem wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Po dwóch latach małżeństwa ukochany okazał się rozrzutnym i agresywnym pijakiem. Ammu, wraz z bliźniakami, dziewczynką Rahel i chłopcem Esta, wróciła do domu rodzinnego. Od tej pory skazana została na życie w nędzy, jako społeczny wyrzutek. Pomimo inteligencji i urody dzieci rodzina jest niezadowolona z powrotu pierworodnej. Ojciec Ammu zmarł, matka oślepła, a na czele rodu stanął jej wuj Chacko, były uczony i członek partii komunistycznej. Jednak to ciotka dziewczyny, Dzidzi Kochamma, za jedyny cel w życiu postawiła sobie zniszczenie wszystkich ludzi należących do jej rodziny.
„Bóg rzeczy małych” jest literaturą bardzo wymagającą. To książka dla odważnych, z bonusem w postaci piękna (nawet, jeśli na pierwszych stronach trochę zbyt gęsto od metafor). To jedna z tych opowieści, które stwarzają na naszych oczach kompletny świat: jędrny, pełen kolorów i zapachów, zaludnionych postaciami z krwi i kości. W wyobrażeniu czytelnika ożywa i ulokowana na tyłach domu rodzinna manufaktura Rajskich Przetworów i Marynat, ze stosami pociętych mango, papryki czy kurkumy i jakąś muchą zastygłą w stercie kardamonu, i błękitne auto – dawno temu duma pana domu – telepiące się po dziurawych drogach z zamocowaną na dachu reklamą Rajskich Marynat. Kolekcja ciem, osadzający się dekadami tłuszcz na mosiężnych klamkach i nienaganny, odprasowany trzyczęściowy garnitur Papaciego, nestora rodu, wkładany na co dzień, nawet w upały. Wreszcie ów ciągły zaduch letniego popołudnia, odczuwalny dla czytelnika nie mniej niż duchota relacji rodzinnych.
Weźmy tę próbkę: Mammaci, matriarchini rodu, nie tylko ofiara mężowskiej przemocy, ale też kat (jak tylko ofiary potrafią być katami), i jej hołubiony syn. Gdy rodzinę odwiedza jego była brytyjska żona, ciągle niewypalona miłość, Mammaci upycha drobne sumy pieniędzy w jej ubrania, bo w ten sposób może wierzyć, że „opłaca tę panią, realizującą odpłatnie naturalne męskie potrzeby syna”.
Książka jest trudna i ciężko w sposób tradycyjny opisać ją w rutynowy sposób, tak jak pisze się prozaiczną recenzję, bo każde dodatkowe zdanie zdradzające sens, treść i konstrukcję zabierze czytelnikowi część zdumienia, że czyta nie o tym, o czym myślał. Jak pisze Martyna Bunda w Wyborczej, „(...) okrucieństwo pokazane z wrażliwością i współczuciem jest innej skali i innej natury, niż początkowo może nam się wydawać. Bo ono najdotkliwiej uderza tam, gdy udaje troskę o dobro innych. Drobne bezduszności składają się na tragedię.” 

Ponadto Roy jest dziś bodaj najwybitniejszą autorką o tak wyrazistych poglądach wolnościowych. Do rozmowy o biedzie i bogactwie wprowadza cenną jakość. Podważa gładki neoliberalny żargon, lecz zdaje sobie sprawę z ułomności języka niezgody. W czasach, gdy ten drugi jest często skostniałym frazesem (marksistowskim, feministycznym, anarchistycznym...), ona szuka żywej formy dla mówienia o krzywdzie. Nie zawsze ją znajduje. Jej teksty pisane pod ciśnieniem dramatycznych zdarzeń nieraz są niestarannie zredagowane, chybocą się na skraju egzaltacji, a ich sarkazm bywa ciężkawy. Tak stanowcze poglądy przysparzają wrogów. Roy pozywano i skazywano za obrazę moralności, nawoływanie do buntu lub obrazę sądu. Na symboliczną dobę trafiła do Tihar, największego więzienia w Azji Południowej. Jej dom był obrzucany kamieniami. Internet także kipi. Niedawno parlamentarzysta i słynny aktor Paresh Rawal żartował (?) na Twitterze, że należałoby ją uwiązać do wojskowego jeepa w charakterze wyrzutni pocisków. Postulaty mordu i zbiorowego gwałtu są na porządku dziennym. Czytając Arundhati Roy, trudno nie zadać sobie pytania, skąd w patriarchalnych Indiach – także w najuboższych warstwach społeczeństwa, jak w przypadku Sampat Pal, twórczyni Gangu Różowego Sari z książki Amana Fontanella-Khan – biorą się kobiety obdarzone tak nieugiętym instynktem wolności.
„Dwa tysiące lat temu – napisała Martyna Bunda, pisarka i dziennikarka „Polityki” – z okładem ludzie różnych kultur, urodzeni na różnych kontynentach przeszli tę samą drogę: powszechnego zdumienia okrucieństwem i zbiorowej niezgody na nie. U źródeł nowożytnych religii i systemów filozoficznych – buddyzmu, etyki platońskiej, chrześcijaństwa – legło właśnie owo wspólnotowe zdumienie”. Wielkim religiom nie udało się jednak wyrugować okrucieństwa. Choć zbudowały struktury, zawładnęły wyobraźnią ludzką i całymi społecznościami, dziś najważniejszą codzienną emocją pozostaje lęk. Wystarczy otworzyć komputer, by dowiedzieć się o trzęsieniach ziemi, wojnach, nieszczęściach i śmierci. I okrucieństwie właśnie, w najwymyślniejszych formach. Dwa tysiące lat po wielkim zbiorowym zrywie być może jesteśmy w podobnym punkcie. Może nie mamy wyjścia; wzniesiemy wspólną wrażliwość chociaż trochę wyżej albo przepadniemy. Albo zbierzemy się na odwagę, by z wrażliwością spojrzeć w okrucieństwo, albo czeka nas martwy punkt.
Do tego dochodzi w Indiach otwarta islamofobia rządu Modiego, nagłośniona przez bezwstydne, nieodpowiedzialne media głównego nurtu, które bez ogródek obwiniały muzułmanów o roznoszenie choroby COVID-19. Całe programy telewizyjne poświęcono już w Indiach „dżihadowi COVID” i tym podobnym. Najpierw odebrano Kaszmirowi status specjalny, co doprowadziło do dziesięciomiesięcznego odcięcia od świata 6 milionów ludzi w dolinie Kaszmiru, fizycznego i komunikacyjnego, czyli według wszelkich standardów doszło do złamania praw człowieka. Wprowadzono nowe, antymuzułmańskie prawa o obywatelstwie. W pogromie muzułmanów w północno-wschodnim Delhi zaobserwowano czynne uczestnictwo delhijskiej policji. Codziennie aresztuje się młodych muzułmanów, studentów i aktywistów za rzekome „uczestnictwo w spisku”, jakim była masakra. Tymczasem politycy partii rządzącej, którzy dosłownie wyszli na ulice, wzywając do zastrzelenia „zdrajców”, pozostają na dobrze widocznych pozycjach władzy. W ostatnich kilku latach w Indiach doszło do bardzo wielu linczów albo zabójstw takich jak to, którego ofiarą padł George Floyd. Różnica jest taka, że w Indiach morderstw dokonują bandy samozwańczych stróżów hinduistycznego porządku, a policja, wymiar sprawiedliwości i klimat polityczny pozwalają im to robić bezkarnie. Faszyzm hinduistów ma też lokalne korzenie. Fundamenty pod postawy faszystowskie położył system kastowy – rzekomo otrzymana od bogów hierarchia społeczna, w ramach której bramini uważają się za rasę panów.
Społeczeństwo opisane w książce „Bóg rzeczy małych” jest bardzo rozdarte. Chociaż zniesiono system kastowy, ludzi nadal dzieli się na lepszych i gorszych. Arundhati Roy pokazuje nam Indie z innej perspektywy. Tu nie jest kolorowo jak w produkcjach Bollywoodzkich. Są za to prości ludzie, prawdziwi i doświadczeni przez życie. Na kartach tej powieści spotkamy się wielokrotnie z bólem i cierpieniem. Podkreślam jeszcze raz – to trudna, choć warta uwagi powieść. Pokazuje Indie z innej perspektywy. Opowiada o bólu i cierpieniu, ale nie jest pozbawiona nadziei i radości. Zmusza do refleksji i pozostaje w sercu. Jej konstrukcja bierze w nawias czas liniowy. Powieść mówi też o elementarnych relacjach pomiędzy matką i synem, mężczyzną i kobietą, bratem i siostrą. Mówi o miłości, w której od początku tkwiły ziarna szaleństwa, złudzenia i rozpacz. Spojrzenie pisarki jest badawcze. Co to znaczy? Pisząc o bliźniakach, zauważa: „Dorastali, wymacując sposoby, jak żyć z tym, co zobaczyli. Będą starali powiedzieć sobie, że w kategoriach czasu geologicznego było to zdarzenie nieistotne”. Powieść konstrukcyjnie przypomina jakiś pozaczasowy kobierzec tkany z tysięcy drobnych narracji, które dopiero w głowie czytelnika tworzą jakąś całość, nad którą trudno nie rozmyślać, medytować. Ale ta medytacja nie skłania ku radości. Ciekawe dla czytelnika jest też wejście w świat obyczajowości indyjskiej, tak odmiennej od europejskiej. To świat pełen smaków i zapachów, emocjonalnie pulsujący, oniryczny. Rodzina bliźniąt jest chrześcijańska. Ciekawy jest, zatem synkretyzm hinduizmu i chrześcijaństwa, który ma raczej destrukcyjną moc, jak zdaje się sugerować wymowa powieści. Roy opisuje, nie ocenia, bo temu służy powieść. Jako tło pojawiają się elementy polityki, krytyczna ocena wpływu marksizmu na Indie. 
Czytając tę książkę, miałem nieodparte wrażenie, że za tym opisem czai się coś, co Jean Paul Sartre zawarł w znanej sentencji: „Piekło to inni”. Ale być może to, co jest realistyczne, zdeprawowani przez dobrobyt sentymentalni Europejczycy mogą postrzegać już jako pesymizm.