03 lutego 2021

Powrót z Indii

„Powrót z Indii”


Awraham B. Jehoszua

Autor/ ur. 1936, Jerozolima, pisarz żydowski, tworzący w języku hebrajskim; 1967–72 profesor literatury na uniwersytecie w Hajfie.

Tłumaczenie/ Leszek Kwiatkowski

Tytuł oryginału/ he השיבה מהודו „Ha-Sziwa Me-Hodu”

Tematyka/ Akcja książki zaczyna się niezbyt miło dla narratora i bohatera tej opowieści w jednej osobie. Z tym narratorem nie jest tak prosto. Przez całą powieść włącza się jakiś super narrator zaznaczony kursywą, głos nie wiadomo czyj - może autora powieści? Może ducha opowieści? Dołącza on swoje komentarze, które są równocześnie podsumowaniami i przeczuciami, ocenami i domysłami, a wszystkie dotyczą tajemnicy. Cała książka jest przeniknięta rozważaniami bohatera o przyszłej drodze zawodowej, stosunkach w szpitalu, o nadziejach, jakie żywią jego rodzice. Zdaje się, nigdy dotąd nie zrobił kroku bez akceptacji rodziców, zwłaszcza matki. Nagle coś się zmienia. Pojawia się nierozsądna miłość. I co? Zostanie nie tylko bez żony, o której marzą dla niego rodzice, ale i bez chirurgii, o której on marzy?

Główny motyw/ Młody i ambitny stażysta, Benjamin Rubin, usiłuje się wspiąć na szczyt szpitalnej hierarchii chirurgów. Kiedy staż dobiega końca, okazuje się, iż Benjamin ma towarzyszyć dyrektorowi szpitala i jego żonie w wyprawie do Indii. Celem tego wyjazdu jest ratowanie chorej córki przełożonego. Pobyt w Indiach burzy uporządkowany świat młodego lekarza, doprowadzając do porzucenia głęboko zakorzenionych stereotypów. „Powrót z Indii" to studium dynamiki więzi rodzinnych, zastępczych rodziców i symbiotycznej miłości, które to tematy Jehoszua uwypukla, przeciwstawiając realizm Zachodu i filozofię Wschodu. Autor poprzez opis operacji na otwartym sercu, religii, seksualnej obsesji czy też transmigracji dusz dokonał w swej przykuwającej uwagę powieści rozrachunku ze śmiertelnością.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Nic na świecie nie zmienia się zupełnie. Jeśli kiedykolwiek były tam urok i piękno, coś z tego musiało pozostać”.

„Wszystko dzisiaj sprowadza się do psychologii (…)”.

„W życiu nawet jedna noc jest coś warta”.

„Co może bowiem dać tajemnica, która nie dąży donikąd? Taka już jej natura. Nie ma kierunku, albowiem nie widać celu, kiedy zapomniano przyczynę”.

„Bez humoru ludzie mogą się spotkać, ale jakże bez niego się rozstać?”.

„Wszystko, co się dzieje dookoła, to sen”.

„Z podróży do Indii nie przywiozłem dla siebie nawet drobiazgu oprócz tego przeklętego zakochania, które prześladowało mnie nawet tutaj, w moim przyciemnionym dziecięcym pokoju”.

„Ciągle wszystkim powtarzam: psychologia jest nie mniej ważna od noża w dłoni”.

„Bo pacjent nie powierza się ręką chirurga, tylko swojego anestezjologa”.

„(…) w chirurgii nie możesz przesadzać z poczuciem odpowiedzialności, bo nie posuniesz się do przodu i w ogóle nic nie zdziałasz. Trzeba postawić wszystko na jedną kartę; żeby pokroić człowieka, a przy tym jeszcze mu wmówić, że to dla jego dobra, musisz mieć w sobie coś z szarlatana i hazardzisty”.

„Czasem sam Bóg chroni człowieka przed jego lekarzem”.

„Od myślenia jeszcze nikt nie umarł”.

„Nie można niczego obiecywać, w tym państwie nawet Bóg byłby ostrożny z obietnicami (…)”.

„Kto zdołałby zapomnieć o tym, że śmierć pozostanie śmiercią, choćby nawet przebrała się za kogoś innego?”.

„Oczywiście, że nie chcę wierzyć w tajemnicze moce, ale co na to poradzę, skoro one wierzą we mnie?”.

„A może komuś, komu grozi utrata własnej duszy, przysługuje prawo do milczenia?”.

„Jeśli ktoś przywykł opiekować się jedną kobietą, to najwyraźniej przenosi te przyzwyczajenia także na inne”.

„(…) nie należy trwonić sił na rzeczy niemożliwe (…)”.

„(…) bo nawet jeśli śmierć wydaje się tam czymś bardziej naturalnym i nie tak tragicznym, to z pewnością nie jest pusta”.

             

            Ludzie do Indii jeżdżą w różnym celu. By zamknąć się w aśramie, uciec od codzienności, doznać oświecenia. Jak pisał Carl Gustaw Jung w książce „Podróż na Wschód”: „Na obliczu nawet najbardziej uduchowionego człowieka można rozpoznać nadal żywe rysy człowieka prymitywnego, a melancholijne spojrzenie niewykształconego, półnagiego wieśniaka zdradza przeczucie nieświadomej wiedzy o tajemnych prawdach”. Jung twierdził, że świadomość posiada cztery funkcje: intelekt, uczucie, percepcję i intuicję oraz dwie postawy: ekstrawertyczną i introwertyczną. Z reguły świadomość dysponuje tylko jedną funkcją i jedną postawą – reszta pozostaje w nieświadomości. Istnieją jeszcze dwie inne funkcje psychiki: persona, decydująca o stosunku do świata zewnętrznego i dusza będąca wewnętrzną formą osobowości, określającą sposób komunikacji z nieświadomością. Nieświadomość dzieli Jung na personalną i kolektywną. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ wszystkie rozważania na temat duchowości człowieka, spraw związanych z duchowością i cielesnością Jung opisał zaraz po podróży do Indii. Zrozumiał, że wszyscy ludzie na świecie są tacy sami, że wszyscy zadają sobie pytania, po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia? Czym jest ciało a czym jest dusza? Sądzę, że jest kilka powodów, dla których mamy trudności z otwartym mówieniem o tym, po co właściwie się żyje i jak należałoby żyć, żeby „to wszystko” miało sens i wartość, pomimo że tak czy inaczej kończy się w grobie. Po pierwsze, zdajemy sobie sprawę z tego, że życie jest na tyle złożone i trudne, iż żadne sentencje i dobre rady nie mogą się z nim naprawdę zmierzyć. Są na to zbyt zdawkowe, zbyt lekkie, zbyt łatwe. Indie w oczach przybyszów stały się marzeniem, mityczną krainą, w której „wszystko jest jednym wielkim przeżyciem duchowym”. Ostoją zatraconych w zachodnim świecie wartości, symbolem wyrzeczenia się prostej i przewidywalnej ścieżki duchowej. Miejscem, w którym wreszcie można żyć chwilą obecną, nieustannie w drodze, w zgodzie ze sobą i światem. Przybysze szukają tu ucieczki od frustracji i rozczarowania. Pragną świata pozbawionego fałszu i chciwości. I bywa nawet, że go w Indiach znajdują. Ku zdumieniu miejscowej ludności, w kraju od dekad nękanym wojnami i biedą, w którym nawet dostęp do wody nie jest rzeczą oczywistą, przybysze z Zachodu widzą swój raj na Ziemi. Kontrast pomiędzy gorzką (ukazaną oczami miejscowych) rzeczywistością Indii a ucieleśnieniem marzeń zmęczonych pustką egzystencji Europejczyków zdaje się główną osią książki Awrahama B. Jehoszua „Powrót z Indii”.

Główną osią książki jest pytanie o sens miłości, o sens zakochania. Nie ma w tym nic dziwnego, ale kiedy kobieta, którą bohater darzy uczuciem jest w wieku jego matki, a do tego jest żoną jego szefa to wtedy zaczynają się prawdziwe problemy. Czy taki mechanizm psychologiczny można nazwać nieprzepracowanym kompleksem Edypa? Psychologowie czy seksuologowie w skłonności do starszych kobiet dopatrują się przejawu kompleksu Edypa. Według Freuda naszym pierwotnym obiektem seksualnym staje się matka. Jeśli się z tym nie uporamy w dzieciństwie, później przez całe życie szukamy podobnej do niej kobiety, a w konsekwencji wybieramy bardziej dojrzałe partnerki. Taka kobieta zwykle urzeka dojrzałością emocjonalną, pewnością siebie, ustabilizowaną pozycją zawodową i... dużym temperamentem seksualnym. Nie szuka opiekuna, ale partnera. Nic dziwnego, że starsza kobieta jest atrakcyjnym „kąskiem" dla wielu młodych mężczyzn.

Jak już wspomniałem na początku, akcja książki zaczyna się niezbyt przyjemnie dla narratora i bohatera tej historii. Z tym narratorem też nie jest tak prosto jak na początku możemy sobie wyobrazić. Przez całą powieść włącza się jakiś „wewnętrzny głos” zaznaczony na kartkach kursywą, głos nie wiadomo czyj - może autora powieści? Może ducha opowieści? Dołącza on swoje komentarze, które są równocześnie podsumowaniami i przeczuciami, ocenami i domysłami, a wszystkie dotyczą tajemnicy. Ale jakiej tajemnicy? Wygląda na to, że to tajemnica bohatera powieści, jego duszy. Bo w „akcji równoległej" komentatorem opowiadanej historii jest supernarrator, który ma „wymazaną” podświadomość, przez co - znakomity pomysł autora - staje się też tajemnicą dla samego siebie.

            Głównym bohaterem powieści jest 29-letni doktor Benjamin Rubin, który kończy właśnie staż na chirurgii w szpitalu w Tel Awiwie. Jednak ten etat przeznaczony jest dla innego stażysty. W dodatku szef namawia go na internę, na którą nie chce się zdecydować. A wszystko przez to, że jest naprawdę świetnym chirurgiem, ale „za dużo myśli", zastanawia się, a w chirurgii trzeba podejmować decyzje w ułamkach sekund. Cała książka jest przeniknięta rozważaniami bohatera o przyszłej drodze zawodowej, stosunkach w szpitalu, o nadziejach, jakie żywią jego rodzice. Zdaje się, że młody, dobrze zapowiadający się lekarz, nigdy nie podjął żadnej decyzji w swoim życiu bez akceptacji rodziców, zwłaszcza matki. Nagle coś się zmienia. Pojawia się nierozsądna miłość. I co? Zostanie nie tylko bez żony, o której marzą dla niego rodzice, ale i bez chirurgii, o której sam marzy?

            Ale nie. Od początku wiemy, że dyrektor Lazar, który zarządza szpitalem, chce go zabrać w podróż do Indii, by pomógł mu sprowadzić córkę, która zachorowała tam na żółtaczkę typu B. Młody lekarz waha się, bo taka jest jego natura. Nie może zwlekać z podjęciem decyzji długo. Już po dwóch dniach wylatuje z dyrektorem Lazarem i jego żoną Dori do New Delhi. Na miejscu zakochuje się. Najpierw w rzekach Indii, potem w kobiecie. W każdym razie nie w tej, o której wszyscy myślą na początku powieści. Wykonuje chorej na żółtaczkę dziewczynie ryzykowną transfuzję krwi, która później przez niektórych lekarzy uznana zostanie za niekonieczną. A może była konieczna. I w tym momencie u bohatera rodzi się nowy etyczny dylemat. Autor wspaniale wnika we wszelkie wahania bohatera, który lubi każdą rzecz omówić ze sobą i innymi, przede wszystkim z rodzicami, aby na końcu jeszcze bardziej je zagmatwać. 


Teraz dochodzimy do chwili, w której Benjamin Rubin zauroczy się kobietą, którą będzie kochał do końca powieści. Dla nas, wnikliwych czytelników wszystko komplikuje się jeszcze bardziej przez istnienie supernarratora, który opowiada nam historię tajemnicy duszy, a może snu lub zmiany osobowości? Czy marzenia rodziców o żonie dla syna się spełnią? Na kartach książki będą jeszcze kolejne niespodziewane wyjazdy do Indii, ale już nie z udziałem głównego bohatera. W końcu na młodość autora (urodzony w 1936r.) przypadał okres wielkiej fascynacji Indiami. Wtedy wyjazd do Indii nie był niczym dziwnym. Problemem był raczej powrót z Indii. Wielu młodych ludzi nie wróciło do „starego” życia, jakie wiedli przed podróżą nad Ganges. W powieści oprócz miłości  jest jeszcze śmierć. Czytelnik przeczyta również opis autentycznej operacji na otwartym sercu. Jak to się kończy? Jak życie. Najczęściej, oprócz ostatecznej, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. A jednak to trochę świetna powtórka ze starego mitu i z badań Zygmunta Freuda nad psychoanalizą. Może tego nie słyszymy, ale z kartek książki dobiega głośny chichot. To Edyp!

            Kiedy doktor Benjamin Rubin trafia do Indii zdaje sobie sprawę, że najważniejszym celem tej wizyty jest sprowadzenie młodej, chorej dziewczyny do Izraela. Jednak podświadomie zauroczy się, zafascynuje, wręcz zachwyci się Indiami. Wizyta w świętym mieście staje się jednym z najważniejszych dla niego momentów w życiu. Waranasi, jedno z siedmiu świętych miejsc hinduizmu, położone jest tu, gdzie do rzeki Ganges wpadają dwa strumienie, Varuna i Assi, których połączone nazwy dały imię temu miejscu. Codziennie przyciąga tysiące pielgrzymów przybywających tu, aby modlić się, oczyścić z grzechów poprzez kąpiel w świętej rzece lub… umrzeć. Bohater trafia tu nad ranem z dyrektorem Lazarem i jego żoną Dori, po całonocnej podróży ze stolicy Indii, New Dehli. Mają szczęście, gdyż bez większego kłopotu udaje im się zdobyć bilety na pociąg z miejscami do leżenia. Indyjski wagon klasy sleeper to nie demon prędkości, ale podróż, choć wolna, jest jednocześnie niedroga. Za przejechanie ponad 500 kilometrów płacą równowartość 10 dolarów. Warunki dalekie są od komfortowych, ale mogli przynajmniej wyciągnąć się na leżankach. Wielu podróżnych nie stać nawet na ten luksus. Dla nich zostają miejsca siedzące. W wagonach najniższej klasy panuje potworny ścisk, na dwóch siedzeniach potrafi zmieścić się cała rodzina. Jeszcze mniej szczęścia mają stojący w przejściu. Nikt jednak nie narzeka, nawet ci, którzy muszą tłoczyć się w przedsionku lub wyglądać przez otwarte drzwi wagonu. Podróżowanie w takich koszmarnych, zdawałoby się, warunkach Hindusi przyjmują ze stoickim spokojem.

Na dworcu otaczają ich z miejsca kierowcy rowerowych riksz. Każdy proponuje zawiezienie nad rzekę lub znalezienie taniego pokoju. Z góry wiedzą, czym to pachnie. Duże miasta Indii pełne są naciągaczy, polujących na turystów i wiozących ich do z góry upatrzonych hoteli. Prowizję, którą za to dostają, właściciel po cichu dopisuje do rachunku gości. Bez wahania oglądają tłum, jaki zgromadził się wokół. Udając, że świetnie wiedzą, dokąd iść, odchodzą kilka przecznic. Jednak od samego początku doktor Benjamin Rubin marzy by ich hotel znajdował się jak najbliżej Gangesu. Wschody słońca w Waranasi to chwila magiczna. Właśnie wtedy na wodę wypływają dziesiątki łodzi. Bohater wcześnie wstaje, zanim pierwsze promienie brzasku rozświetlą miasto. Nad rzeką unosi się mgła, a na ghaty, długie schody ciągnące się wzdłuż Gangesu, schodzą pielgrzymi by zażyć rytualnej kąpieli. Kobiety i mężczyźni stoją nad brzegiem, szepczą święte formuły, po czym w ubraniach wchodzą do wody. Rytualnymi gestami nabierają jej w dłonie, po czym cali zanurzają się kilkukrotnie. Inni stają w skupieniu przy brzegu, napełniając niewielkie naczynia i modląc się, opróżniają je do rzeki. Kąpiel w Gangesie oczyszcza z grzechów, zaś wizyta w Waranasi, zdaniem wierzących w reinkarnację Hindusów, usuwa złą karmę i pozwala odrodzić się w lepszym wcieleniu. Ten zaś, kto po śmierci zostanie spalony nad brzegami tej rzeki, osiągnie nirwanę, uwalniając swoją duszę z cyklu powtórnych narodzin. Ganges, bowiem, to ziemskie ucieleśnienie Gangi, bogini oczyszczenia. I choć stężenie ścieków w wodzie jest niewyobrażalnie wysokie, wielu pije ją podczas takich ablucji. Na brzegu wierni gromadzą się przy małych aśramach, świątyniach bóstw, składając ofiary z ognia i wody, czasem także pożywienia.

Na prawie 500 stronach książki „Powrotu z Indii” autor dostarcza nam wielu dowodów na to, że powieść ma pewną „moc”, a przy okazji prostą narrację i płynną prozę; zawiera fascynującą fabułę i barwnie przedstawione postacie; jest nasycona wielkim i poważnym tematem, naturą miłości i tajemnicami ludzkiej duszy. To także powieść o dwóch krajach, Izraelu i Indiach - Izraelu, którego nie rozpoznałby żaden obcokrajowiec i Indiach, które rozpoznałby tylko cudzoziemiec. Izrael Awrahama B. Jehoszuy to kraina bez terroryzmu, w której nie spotykamy napięcia związanego z konfliktem palestyńsko - izraelskim, tam nawet nie rozmawia się o polityce - jak to w Izraelu bywa, na co dzień - w którym nie ma nawet śladu egzystencjalnego strachu. Jest to dobrze zaplanowane posunięcie, ponieważ pomaga to autorowi skupić się na bardzo osobistych emocjach i czynach bohaterów, które są przedmiotem jego książki.

Po szczęśliwym wyleczeniu z żółtaczki Einat i powrocie z Indii do Izraela, Benjy przechodzi do czynów w związku ze swoją miłością do Dori.  Na początku, w wynajętym przez mężczyznę, a odziedziczonym przez Dori mieszkaniu, kochankowie skonsumują swój zakazany związek. Po tym intymnym wydarzeniu zrodziła się w bohaterze pewność, że to, do czego właśnie doszło między nimi, nawet jeśli ona zdołała sprawić, by pozostało tylko jednorazowym epizodem, pozbawionym dalszego ciągu, nie pozwoli mu się od niej uwolnić, tak jak zazwyczaj jest po zwyczajnej „łóżkowej przygodzie”, lecz przeciwnie – wzmocni jeszcze jego pożądanie. W celu zatuszowania tej zakazanej miłości, poślubia Michaelę, pełną energii młodą dziewczynę, która zaprzyjaźniła się z Einat jeszcze w Indiach i która jasno wyraża pragnienie powrotu do kraju, gdzie  nabyła buddyjskiego spokoju, co jest jej najbardziej uderzającą cechą osobowości przedstawioną w książce. Gdy powieść rozwija się przez następne dwa lata, autor otwarcie bada każdą relację Benjy'ego: z dyrektorem Lazarem, którego patronatu potrzebuje w pracy zawodowej; z Dori, do której czuje wszechogarniające pożądanie; z Michaelą i ich córeczką Shivą, której imię jest jednocześnie imieniem hinduskiego boga zniszczenia i hebrajskim słowem sziwa oznaczającym „powrót” (jakże wymowne imię ich córki…); a także z jego rodzicami i kolegami. 

Awraham B. Jehoszua jest pisarzem z niezwykłą znajomością emocjonalnych i praktycznych szczegółów, z których składa się życie, i pod jego wszechwiedzącym spojrzeniem każda postać, każda relacja jest zarówno subtelnie, jak i głęboko wyryta. „Powrót z Indii” to zadziwiające dzieło o miłości we wszystkich jej formach, które przemawia do czytelników na całym świecie ponad barierami religii, światopoglądów i kultur. Indie służą w powieści jako tło, ponieważ na kartach książki Jehoszua stara się również zgłębić naturę ludzkiej duszy; jego bohaterowie nieustannie debatują, czy dusze istnieją i czy mogą migrować do innych ciał, czy śmierć jest tylko warunkiem wstępnym, przepustką do innego życia. Benjy inspiruje się książką „Krótka historia czasu” Stephena Hawkinga, aby rozwinąć własną teorię kurczenia się wszechświata i tego, jak duch przechodzi z materii w nicość. Otóż, jeśli chodzi o mrok, którym spowite są owe trzy pierwsze sekundy wielkiego wybuchu u Hawkinga, cała teoria upada, ponieważ nie ma możliwości wyjaśnienia, w jaki sposób kosmos, ściśnięty w cząstce o nieskończonej gęstości i zerowym promieniu, zaczął się rozprzestrzeniać z taką prędkością. Fizyka jest bezsilna w obliczu owych trzech pierwszych sekund, gdyż po prostu są one poza fizyką. A co z pierwszymi trzema sekundami zakochania? Czyż one też wymykają się racjonalnemu wyjaśnieniu? Tu główny ciężar metafizyczny spoczywa na indyjskim hinduizmie i buddyzmie, które są luźno powiązane z filozofią porzuconego fatalizmu. Indie to oczywiście miejsce nędzy i śmierci, z „brudnymi, zatłoczonymi ulicami” i miastami, które przywołują na myśl „piekło”; pośród takich cierpień ten „wirus indyjski” stanowi duchowy mechanizm przetrwania, który absorbuje nawet kogoś, kto „nie jest… Hindusem, ale… racjonalnym, praktykującym lekarzem z Zachodu, człowiekiem umiarkowanym”.

Nieważne, że portret Indii to trochę naiwna karykatura; w końcu jest to obraz wydumany przez młodego i niedoświadczonego internistę, który nieustannie wyobraża sobie siebie w filmie przygodowym o Indiach, a nie realnej rzeczywistości, i któremu można wybaczyć przekształcenie starożytnej krainy w celową metaforę. Nieważne też są pomyłki w faktach i spostrzeżeniach: uczniowie z Kalkuty nie noszą mundurków z „cienkich różowych sari”; w kinach miejskich nie ma wolnych miejsc siedzących; nie może być „delikatnej filozofii hindi”, ponieważ hindi jest językiem, a nie religią; nie można dostać baraniny w hinduskiej restauracji w świętym mieście Benares. Wybaczamy to wszystko naszemu bohaterowi, dla którego ezoteryka indyjskiego spektaklu kulturowego jest wzruszająco naiwna. Przecież my, wszyscy ludzie Zachodu mamy  wyobrażenie o Indiach takie jak doktor Benjamin Rubin. Po  lekturze zdajemy sobie sprawę z tego, że lśnienie witające nas pośród gęstwiny zdarzeń nie jest tylko blaskiem świetlika ani odblaskiem stłuczonego szkła – to baczne oko naszego towarzysza życia, który także przez cały dzień usiłował od nas uciec, ponieważ naszym śladem podąża tajemnica istnienia. Bo często tajemnicę naszej egzystencji nie poznaje się w Indiach, tylko już w domu po powrocie z Indii. Doktor Benjamin Ruben bohater książki „Powrót z Indii” jest tego najlepszym przykładem.

 

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz