10 stycznia 2024

Grochów

 

„Grochów”

Andrzej Stasiuk

Autor/ (ur. 25 września 1960 w Warszawie) – polski prozaik, poeta, dramaturg, eseista, publicysta i wydawca, laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1995), Nagrody Literackiej „Nike” (2005) i Nagrody Literackiej Gdynia (2010). Wydalony kolejno: z liceum zawodowego, technikum, zasadniczej szkoły zawodowej. We wczesnych latach 80. zaangażowany w działalność Ruchu Wolność i Pokój. Zdezerterował z wojska, za co półtora roku spędził w więzieniu (swoje przemyślenia z tego okresu zawarł później w broszurze Prison is Hell). W 1986 wyjechał z Warszawy i zamieszkał w Czarnem, a kilka lat później w Wołowcu w Beskidzie Niskim.

Tytuł oryginału/ pl  „Grochów”

Tematyka/ Cztery opowiadania o śmierci – tak mogłaby się nazywać najnowsza książka Andrzeja Stasiuka. Mamy śmierć babki, umierającą sukę i śmierć dwu przyjaciół. „Nie od razu jesteśmy śmiertelni. Wtedy nie byliśmy. Teraz wracam do nich (...). Tamte dni. Gdy nic nam nie groziło” – pisze w „Grochowie”. Kiedy śmierć się pojawia? – zastanawia się narrator. Wydaje nam się, że nic się nie zmieniło, jesteśmy tacy sami jak dawniej i kiedy śmierć nagle się objawia, nie wiemy, jak się zachować. Co robić wobec umierania bliskiego zwierzęcia? Stasiuk opisuje śmierć w opuszczeniu, w zakładzie, usuniętą sprzed oczu innych ludzi.

Główny motyw/ Grochów ze swoimi specyficznym klimatem miejskiego marginesu, blaszakami, psimi wygonami i turpistyczną brzydotą idealnie pasuje do historii o przemijaniu, które jest tematem spajającym teksty z tego tomu. „Uczestnicząc w śmierci innych ludzi, w śmierci bliskich, sami trochę umieramy, sami stajemy się trochę bardziej śmiertelni", pisze Stasiuk i wspomina ostatnie dni życia zaprzyjaźnionego pisarza Augustyna Barana („Augustyn"), śmierć ukochanej babci („Babka i duchy") czy powolne odchodzenie 16-letniego psa („Suka"). Melancholia służy Stasiukowi. „Grochów" łączy najlepsze cechy jego twórczości: dbałość o detale, celność puentowania, niespieszną narrację toczącą się bez jasno określonego celu czy liryczny patos ujęty w prostą formę.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Prawda, że człowiek bliższy jest śmierci, potępieniu i przypadkowości niż zbawieniu, znajdowała w jej życiu ucieleśnienie”.

„To była pierwsza w życiu lekcja o przewadze symbolu nad rzeczywistością”.

„Czasami jest tak, że zapatrzymy się w oczy psa i nagle dostrzegamy w nich nicość”.

„Pięć, sześć, siedem spotkań w życiu. Zawsze potem jest mało. Zawsze potem widać, że trzeba było częściej”.

„Teraz widzę, jak trudno jest opisać to doświadczenie strasznej obcości i jednocześnie bliskości”.

„To był znak, że choroba i kalectwo oddzieliły go od świata i od nas, ale nie dotknęły jego najgłębszej istoty”.

„Chyba nie potrzebował niczego więcej. Przeszłość i teraźniejszość. Miejsce jego prywatnej mitologii, jego prywatnej geografii”.

„(…) dominującym sensem jest tu fizjologia”.

„(…) szczeka do swoich psich myśli, urojeń, może szczeka do swojej psiej pamięci”.

„Tak, wieś boi się obcych psów, ponieważ obce psy gryzą i nic tej wielowiekowej wiary nie podważy”.

„Jest kundlem najczystszej krwi”.

„(…) bo poza ludzkim dotykiem, jedzenie jest jedyną radością, której doświadcza”.

„Bo przecież uczestnicząc w śmierci innych ludzi, w śmierci bliskich, sami trochę umieramy, sami stajemy się trochę bardziej śmiertelni”.

„Dziwna jest ta nasza cywilizacja. Ratuje, chroni, przedłuża nam życie. A jednocześnie czyni nas bezbronnymi wobec śmierci”.

„Jest nas coraz więcej i coraz więcej będzie nas umierać. Coraz bardziej samotnie”.

„Będziemy się pozbawiać bezużytecznego życia. Skoro nauczyliśmy się je wydłużać, damy sobie prawo do jego skracania, ponieważ od jakiegoś czasu wydaje nam się, że wszystko jest w naszych rękach”.

„Tak pachniało życie ludzi, którzy dzień i noc przebywają razem”.

„Co się dzieje z czasem, który minął? Dokąd odchodzą zdarzenia, które były naszym udziałem?”.

„Stara słoma z butów, z której dopiero z wiekiem nauczyliśmy się być dumni”.

„Niczym nie przewidzisz do końca i nie wiesz, kto cię będzie przeprawiał przez Styks”.

Nie muszę przypominać czytelnikom bloga, że literatura często jest formą autoterapii. „Grochów” Andrzeja Stasiuka to właśnie taka książka, to próba zmierzenia się z przypadkiem, który spotka każdego z nas: „Bo to w końcu przychodzi. I to tak jakoś szybko i zwyczajnie, jakby zawsze było obok” - wyznaje na okładce autor. Książka Andrzeja Stasiuka jest o śmierci, żałobie, samotności i o świecie, który wypycha śmierć z ludzkich domostw i świadomości do szpitali, domów samotnej starości i zakładów pogrzebowych. „Jest nas coraz więcej i coraz więcej będzie nas umierać. Coraz bardziej samotnie” – podsumowuje Stasiuk zmiany, jakie cywilizacja zrobiła w znanej od początku istnienia gatunku Homo sapiens tajemnicy umierania.

Chociaż książka opowiada o śmierci babki autora, która widziała duchy oraz o śmierci najbliższych przyjaciół,  jednak dopiero po przeczytaniu opowiadania o odejściu psa możemy zadać sobie pytanie, dlaczego tylko w ostatnim przypadku, konania zwierzęcia, tekst jest bezpośrednią, naturalistyczną relacją ze śmierci.  - „Ponieważ byłem obecny tylko przy tej śmierci” -  tłumaczy Stasiuk, jednocześnie zastrzegając, że nie jest pewien, czy byłby w stanie w podobnie naturalistyczny sposób opisać śmierć człowieka i czy miałby na tyle odwagi literackiej.  Jak twierdzi pisarz, opisując śmierć człowieka, szczególnie przyjaciela, chodziło mu o opisanie uczucia pustki, którą pozostawia odejście oraz „bezradności w obliczu śmierci”. Zapytany o rolę w jego życiu bohaterki jednej z czterech zawartych w książce historii, a dotyczącej wierzącej w duchy, znanej z talentu do opowiadania historii babci autora, Stasiuk przyznał, że nie tylko ona była dla niego autorytetem: „W zasadzie kiedy myślę o moim dzieciństwie, jestem pewien, że to nie tyle miasto odcisnęło piętno na moim życiu, ale czas który spędzałem na wsi u dziadków. To moje najsilniejsze, najbardziej intensywne doświadczenia z dzieciństwa”. Stasiuk przyznaje, że babcia była dla niego najważniejsza i że rzeczywiście potrafiła nadzwyczajnie opowiadać: „We wsi, w której mieszkała jeszcze w latach 60. nie było prądu, więc jak się sąsiedzi schodzili, to dużo było opowieści. A w opowieściach mojej babci rzeczywistość przenikała się z zaświatami. Mimo swojej religijności babcia nie miała z tym najmniejszych problemów. Sam zacząłem wierzyć w duchy. Jak umarła, wystraszyła mnie nie tyle jej śmierć, co powiewająca nad domem czarna flaga z krzyżem” – wspomina Stasiuk. Zapytany o własną zabobonność i wiarę w duchy Stasiuk przyznaje z uśmiechem, że pielęgnuje to w sobie: „jestem Słowianinem, a przez to należę do pogan, których to się bardzo trudno chrystianizuje. A ponadto chrześcijaństwo przyszło do nas z Niemiec”. Autor wyjaśnia potrzebę bycia innym, posiadania „własnego, niemożliwego do podrobienia tła”. I do tego właśnie Stasiuk zalicza wiarę w duchy i przeczucia oraz pielęgnację wręcz „postmodernistycznego podejścia do śmierci”. „To jest właśnie moja tożsamość – obojętnie czy jest rzeczywista, czy wyimaginowana” – puentuje pisarz.

Wśród problemów podejmowanych przez Andrzeja Stasiuka w opowiadaniach ważne miejsce zajmuje śmierć. Autor oscyluje w swoich tekstach pomiędzy fascynacją a bezradnością wobec niej. Eksplorowanie tematu śmierci wpisuje się w szerszy kontekst, którym jest pragnienie doświadczenia całości bytu. Stasiuk werbalizuje owe zainteresowania dwutorowo: w fikcjonalnych zapośredniczeniach oraz w prozie osobistej. W wykreowanych przestrzeniach świat zamyka się w ramach doczesności, czym bohaterowie bywają najwyżej rozczarowani. Opowieść tytułowa mówi o dzieciństwie spędzonym na warszawskiej Pradze, o losie ojców, których codziennie pożerała czeluść fabryki, o synach, w których żarzył się głód ucieczki, niepozwalający oderwać oczu od torów kolejowych. I o przyjacielu z tamtych lat, który teraz, po dekadach, wie, że wkrótce umrze, i z którym można już tylko wyruszyć na ostatnią, jeszcze przedśmiertną włóczęgę.

Gdy dorastający na Grochowie chłopak testował schodzące z taśmy fabrycznej fiaty 125, wędrując w nieskończoność jedynie po elipsie zamkniętego toru,  zaś jego kolega – wygłaszający teraz tę pozbawioną patosu i czułostkowości pieśń żałobną – przyglądał mu się z zazdrością z wysokiego okna kombinatu, obaj byli pewni, że są „bohaterami opowieści, która nigdy się nie skończy”. Dziś pierwszy z nich zda się coraz bledszy, bardziej znikliwy, jakby rzeczywiście – nie tylko w naszych metaforach – przechodził na stronę cienia. Drugi zaś – nadal zdrowy i silny, pożerający japońską terenówką tysiące słowackich, węgierskich, rumuńskich czy albańskich kilometrów – zaczyna rozumieć, że nie ucieknie: „trudno powiedzieć, kiedy do nas dociera, że to się stanie. Może nie dociera, dopóki nie nadejdzie? Może nawet teraz, gdy już wiem, że to jest, że przyjdzie do każdego, to i tak na razie oglądam się na innych? Odganiam, opędzam się, umykam?”.

Taka ucieczka nie udała się bohaterowi innego opowiadania, Augustynowi, który po wylewie dożywa dni w szpitalu, z rzadka dając niewielką oznakę świadomości, częściej pozostawiając przyjaciół z rachunkiem sumień, poczuciem, że gdy był jeszcze na to czas, poświęcili mu go zbyt mało. Za mało wypowiedzianych słów, wysłuchanych zdań, zadanych pytań, bo teraz „najgorszy był ten nieruchomy wzrok. Wydawało się, że patrzy przez nas na wylot. Bałem się. Czasami jest tak, że zapatrzymy się w oczy psa i nagle dostrzegamy w nich nicość. To było coś takiego”. Pozostała tylko najprostsza forma czułości – przytulenie, głaskanie, dotyk. Ten sam dotyk, którym przedostajemy się przez granicę dzielącą nas od zwierzęcia, także wtedy, gdy zwierzę, niedawny przyjaciel, towarzysz spacerów – zdycha. Jak ta szesnastoletnia suka, która w najbardziej wzruszającej części książki straciła już słuch, wzrok i węch, leży tylko na werandzie w ciepłej plamie słońca jak szkielet okryty brudną żółtą watą, ale „głaskanie i dotyk wciąż ją cieszą”. 


Zestawiwszy przytoczone zdania z urywkami prozy Stasiuka, otrzymamy oryginalną interpretację w tonie posthumanistycznego dyskursu: materia organizuje przestrzeń (cmentarze, drogi, budowle), aktualizuje i stabilizuje przeszłość (dowodzi prawdziwości życia), ustanawia modele ludzkich zachowań (stosunek do miejsc pochówku lub ich braku). Świat realny nie do końca i nie zawsze bywa poznawalny – by sparafrazować piosenkę Skaldów – skoro i obcowanie z materią może wywołać atawistyczny lęk człowieka. Obserwator rejestruje tylko półmrok i brak całości, destrukcję rzeczy. Materia ulega rozpadowi. To wzbudza sprzeciw, niepokój, brak poczucia bezpieczeństwa, oparcia w czymkolwiek. Absolutne zanurzenie w doczesności i dostępnej empirycznie materialności, przy jednoczesnej świadomości jej kruchości musi powodować wewnętrzne konflikty. Nie każdemu i nie zawsze starczy siły na racjonalizowanie wszystkiego, co niepokoi. A może ci, którym fizykalna rzeczywistość, doczesność, materialność świata wystarcza, są albo pozbawieni wyobraźni, albo okaleczeni emocjonalnie?  Autobiograficzne opowieści Stasiuka skłaniają i do takich dywagacji.

            Tytułowy Augustyn zachowywał konsekwentną postawę nawet zmagając się ze skutkami udaru mózgu. Odwiedzający go w domu opieki Andrzej Stasiuk tak zrelacjonował pewien, dotyczący „spraw ostatecznych”, epizod: „Augustyn zawsze wyznawał poglądy dość antyklerykalne, a gdy dostrzegał w czyichś oczach potępienie, natychmiast przyznawał się do ideowego komunizmu. Siedząc wtedy pod drzwiami kaplicy, zapytałem go, czy nie wydaje mu się, że samo życie daje mu ostatnio szanse pojednania się z Kościołem, więc może by tak czasem dołączał do rozmodlonych niewiast w chustkach?  Popatrzył na mnie z ukosa, podturlał się wózkiem do uchylonych drzwi i sprawną ręką z całej siły je zatrzasnął. A potem powrócił do nas z diabolicznym uśmiechem i bardzo z siebie zadowolony. To był znak, że choroba i kalectwo oddzieliły go od świata i od nas, ale nie dotknęły jego najgłębszej istoty. Za pomocą gestów umykał nicości. Pielęgniarki mówiły: jest uparty. Tymczasem on po prostu się nie poddawał”. Wierność zasadom życiowym, jaką reprezentował Augustyn, została bezsprzecznie ukazana, jako wyraz humanizmu heroicznego, na swój sposób absolutnego, bo niezakładającego perspektywy transcendentnej. Charakterystykę bohatera dopełnia jeszcze uwaga o kształcie jego kreacji artystycznych: „Czułość, groteska, ostentacyjna lubieżność, plebejska żywotność, siła wszędobylskiej biologii i cudowna niepowtarzalność życia. I śmiech, śmiech jako ostatnia deska ratunku przed nadciągającą nicością”. Tym samym otrzymujemy spójny portret człowieka, który dokonał świadomego wyboru: zanurzył się w świecie, chłonął go, szukając w życiu przyjemności i nie godząc się na kompromisy. Dokonywanie wyborów jest przejawem ludzkiej wolności. Szanując godność człowieka, należy również uszanować jego wybór. Stasiuka fascynował Augustyn. Jednocześnie, w kontakcie z nim – osobą, w której perspektywie Absolut pozostawał nieobecny – uświadamiał sobie dramatyzm jego sytuacji, czemu dał wyraz pisząc o próbach uciekania przed nicością. Sam też spróbował pomóc choremu w poszukiwaniu dróg owej ucieczki. Dlatego zaproponował mu modlitwę, a może i przyjęcie wiatyku. Propozycja zmiany perspektywy z nihilistycznej na metafizyczną została odrzucona. Można dla Augustyna nie istniały sakramenty, tylko rytuały, a na ich celebrowanie nie miał ochoty ani siły? Może nie znalazł w Stasiukowej propozycji nic ponad pascalowski zakład? Jakiekolwiek by były odpowiedzi, nie zmienią one faktu, że w tym przypadku zabrakło „wychylenia się” poza człowieczeństwo w jego zamkniętej, „wsobnej” doczesności. Ostatni akapit „Augustyna” brzmi: „Umarł w lipcu i nikogo przy nim nie było. Znalazł go sanitariusz. Pochowaliśmy go na cmentarzu z szerokim widokiem na wschód, gdzie w oddali, wśród zielonych wzgórz wił się srebrnoniebieski wąż Sanu”.

            Wiemy już, że dla Stasiuka ważne są funeralne rytuały. Umieranie poza domem i w osamotnieniu stanowi dlań tyleż występek przeciwko tymże rytuałom, ile znak czasów. Zarówno krytyczna diagnoza współczesności, jak i pesymistyczne przewidywania tego, co zafunduje sobie człowiek w przyszłości, nie będą oznaczały w pisarstwie Stasiuka ani akceptacji eutanazji, ani – szerzej – bezdyskusyjnego uznania samotności, definiowanej egzystencjalistycznie, jako wyróżnik ludzkiej kondycji, pośród eschatologicznej pustki. Granice realnego świata wydają się być coraz odleglejsze w miarę, jak coraz szczegółowiej uczy się człowiek analizować składniki materii i ich wzajemne zależności.

            Tak poetycko-filozoficzne sformułowanie pojawia się w opowieści o kontaktach z duchami babki pisarza – tej samej, której twarz przybrała dlań upostaciowiona śmierć. Babka, a w ślad za nią jej wnuk-literat jawią się czytelnikowi niemal jako wcielenia człowieka pierwotnego, dla którego przestrzenie jawy, snu, mitu stanowią całość. Przekazują historie o zmarłych, widzianych w konkretnych miejscach, w ludzkich postaciach przez żyjących albo o innych, zwiastujących nieszczęście, postaciach, których status pozostawał nieokreślony.  Czy pozostaje tylko śmierć? A może jest tu też jakiś ślad nadziei, gdy „suka zjadła i znów zwinęła się w kłębek w swojej norze ze śpiworów i koców? Nasz młody, bury kot wchodzi za nią i zwija się obok w cieple jej stygnącego ciała”. Taką nadzieję, a raczej pewność, miała stara kobieta z otwierającej „Grochów” opowieści: babka z oświetlonej lampą naftową chaty w osikowym zagajniku gdzieś na Podlasiu, dla której granica między światem naszym a tym drugim, innym, była mało ważna, co rusz przekraczana. Dla niej umarli żyli nadal, przechodzili miedzą, zaglądali do chaty i nie było w tym niczego zaskakującego. „Niebawem umrą ostatnie babki, które na własne oczy oglądały świat duchów. Oglądały z wiarą i spokojem, oczywiście z lękiem też. Żywa, istniejąca nadprzyrodzona rzeczywistość odejdzie wraz z nimi. Wyjąwszy rzadkie mistyczne doświadczenie wybranych, będziemy skazani na pełną wysiłku i trudną ufność w istnienie niewiadomego. Gładka i wypolerowana powierzchnia codzienności usłużnie podsunie nam nasze własne, płaskie odbicie jako głębię”.

            Najbardziej przeszywające serce Stasiuka to opowiadanie „Suka”. Faktem jest, że ludzie i zwierzęta otrzymali od Stwórcy podobne tchnienie życia i dlatego wszystkich, zarówno ludzi, jak i zwierzęta, czeka na tym świecie analogiczny los, którym jest śmierć fizyczna. W swej cielesności ludzie w niczym nie przewyższają zwierząt. To również pokazuje, że cielesna doczesność jest pozbawiona wiecznej wartości!  Przeznaczeniem wszystkich istot na Ziemi, zarówno ludzi, jak i zwierząt,  jest miejsce w grobie. Wszystko bowiem powstało z prochu ziemi i wszystko do niego wraca. 

Któż zatem może mieć pewność, co dzieje się z ludzkim duchem? Czy ulatuje on w górę do Boga, czy jak tchnienie zwierząt schodzi w dół – w objęcia ziemi? – uczy nas mądry Kohelet.

„Los bowiem synów ludzkich jest ten sam,

co i los zwierząt;

los ich jest jeden:

jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego,

i oddech życia ten sam.

W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt,

bo wszystko jest marnością.

 Wszystko idzie na jedno miejsce:

powstało wszystko z prochu

i wszystko do prochu znów wraca.

Któż pozna, czy siła życiowa synów ludzkich idzie w górę,

a siła życiowa zwierząt zstępuje w dół, do ziemi? (Księga Koheleta 3,16-22)

„Teraz widzę ją, jak leży na werandzie w plamie zimowego słońca. (…) Gdy któreś z nas podchodzi bardzo blisko, podnosi łeb. Trudno ocenić, czy nas poznaje. Lecz głaskanie i dotyk wciąż ją cieszą. Tak jak przez całe życie. Ale teraz przypomina, strzępiący się dywanik”. „Piszę o tym wszystkim, ponieważ pierwszy raz oglądam powolną, długą śmierć istoty, z którą przez lata dzieliło się właściwie każdą chwilę. Rozmawiam o tym z ludźmi, którzy mówią, że najrozsądniej byłoby ją uśpić. (Swoją drogą, ciekawy to eufemizm. Nikt nie mówi >zabić<. Wszyscy mówią o >uśpieniu<, czyli czymś łagodnym i jakby tymczasowym)”. „Nie ma dwóch serc, jednego dla zwierząt i jednego dla ludzi. Albo mamy serce, albo go nie mamy” – twierdził słynny pisarz i polityk Alphonse de Lamartine. Niektóre są bardzo blisko – na kanapie, parapecie, w nogach łóżka. Inne migną nam za oknem, w lesie czy podczas dalekiej podróży. Zwierzęta żyją z nami i obok nas, sprawiając, że nigdy nie jesteśmy sami. Bywają najwierniejszymi przyjaciółmi. „Piszę ten psi ni to nekrolog, ni to wspomnienie o żyjącym zwierzęciu, ponieważ pierwszy raz w życiu jest mi dane tak długo, systematycznie i dokładnie oglądać, jak żywa istota zmienia się w trupa” – pisze Andrzej Stasiuk.  Powolna utrata zmysłów, konstytuujących przecież — przynajmniej w oczach człowieka — psa, nie oznacza utraty woli życia. Suka wciąż tęskni za dawną witalnością, która wszak w ludzkim słowniku jest niemal synonimem zwierzęcości: „Ale jeszcze trochę się porusza i ma ogromny apetyt. Czasami próbuje na coś szczekać”. Jednak stary umierający pies uczy nie tylko woli życia, ale — co przyznaje Stasiuk — także sztuki umierania. Suka leży u progu domu i powoli odchodzi. Jeśli oczywiście nie dokonamy, łagodnie nazywanej usypianiem, eutanazji, jest to nasz pierwszy kontakt ze śmiercią — zdychanie domowego zwierzęcia. Zdychanie, bo zwierzętom odmawia się umierania. Śmierć, choć inaczej nazywana, pozostaje śmiercią, a odrębne słowo nie musi konotować pogardy, może zacząć oznaczać nowe pole refleksji.

Jeśli mimo wszystko jesteśmy – jak mówił niegdyś Herbert – stróżami naszych braci, to co możemy zrobić, gdy bracia ci odejdą? Odstaną? Zaprzepaszczą się gdzieś w ciemności? Musimy ich „zawołać po imieniu”, powinniśmy ich opowiedzieć. Andrzej Stasiuk ze wzruszającą piękną prostotą próbuje ocalić choć drobinę bytu, na przekór codziennej korozji, diabelskiej pustce, blademu nicestwieniu. Stasiuk z żalem odnosi się do dehumanizacji śmierci: „Taką mam wizję. Że nie umiera się w szpitalach, hospicjach i domach starców, tylko w domach, w mieszkaniach, które przez większość czasu stoją opustoszałe. Kłopot mamy z posiadaniem i wyprowadzaniem psa, a co dopiero z umierającym. A jak znieść trumnę z ósmego piętra? Wieźć ją windą w pionowej pozycji? A potem?”.

 

 

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz