„Dżuma”
Albert Camus
Autor/
przyszedł na świat 7 listopada 1913 roku w położonym w Algierii Mondovi
(obecnie Deran). Jest znany przede wszystkim jako pisarz i eseista, choć
tworzył również sztuki teatralne. Pozostawił po sobie pisane oszczędnym, lecz
bogatym w znaczenia językiem eseje filozoficzne, nowele, artykuły prasowe i
prozę powieściową. W roku 1957 otrzymał Literacką Nagrodę
Nobla. 4 stycznia 1960 na drodze między Sens i
Paryżem, rozpędzony samochód Michela Gallimarda, wyposażony w mocny silnik,
wpada w poślizg i uderza w drzewo. Pasażerem, który ginie na miejscu jest
Albert Camus. Miał ze sobą niedokończony szkic powieści Pierwszy człowiek. Pisarz
żył zaledwie 47 lat.
Tłumaczenie/
Joanna Guze
Tytuł
oryginału/ fr La Peste
Tematyka/
Nigdy nie jesteśmy dostatecznie
przygotowani na nieszczęście – ani logistycznie, ani psychicznie. Mieszkańcy
Oranu, zanurzeni w prozaiczności swojego życia, skupieni na zarabianiu
pieniędzy i drobnych przyjemnościach, próbują jak najdłużej wypierać istnienie
choroby, ignorować niezaprzeczalne. Nawet gdy liczba ofiar gwałtownie wzrasta,
życie nadal próbuje wygrywać ze śmiercią: ludzie wychodzą wieczorami na ulice,
jadają w restauracjach, oddają się rozwiązłości. Po pierwszym zrywie
namiętności przychodzi rozpacz, a potem akceptacja. W algierskim miasteczku
Oran trwa epidemia dżumy, ale miejska elita pragnie wierzyć, że zaraza nie
przekroczy progu opery, że klejnoty i koafiury odstraszą śmierć. Nagle,
pośrodku sceny, śpiewak pada rażony chorobą, muzyka się urywa, zapada cisza.
Dżuma dotarła także tutaj. Nie ma przed nią schronienia, nie ma rytuału, który
mógłby stawić jej opór. W obliczu plagi wszyscy są równi, śmierć wybiera sobie
ofiary, nonszalancko wskazując palcem. Stają do walki z dżumą i własną bezradnością.
Główny
motyw/ Dżuma jest opowieścią, którą można
potraktować jako kolekcję psychicznych i etycznych strategii przetrwania. Każdy
z nas decyduje, jak poradzi sobie z zagrożeniem, jaki wektor obierze: egoizmu
czy działania dla wspólnoty, wyparcia czy samoświadomości. Główny bohater,
doktor Rieux, odcina się od emocji, żeby przetrwać. Jego życie ma sens tylko
dzięki aktywności, przynoszeniu pomocy jak największej liczbie chorych. W tym
działaniu nie ma ani tęsknoty za heroizmem, ani patosu. To tylko rutyna poszczególnych
zabiegów, chłód analizy, przewidywalność procedur. Mierzenie się codziennie ze
śmiercią dzięki przeświadczeniu o słuszności swoich działań. Nieszczęście nie
kieruje się logiką, nie robi bilansu win i zasług, spada na bezbronnych i nie
ma żadnej wartości. Ale w obliczu czegoś, nad czym nie mamy kontroli, możemy
przynajmniej kontrolować siebie. Każdy sam zdecyduje, jaki sens odnajdzie w
zagrożeniu. Ci, którzy odcinają się od innych, zamykają się w czterech ścianach
swojego strachu. Ale choroba, która ma izolować ludzi od siebie, daje siłę,
kiedy wytwarza poczucie wspólnoty i solidarności.
Cytaty
z książki charakteryzujące problematykę utworu:
„Najdogodniej
można poznać miasto starając się dociec, jak się w nim pracuje, jak kocha i jak
umiera.”
„Ale
są miasta i kraje, gdzie ludzie od czasu do czasu podejrzewają istnienie czegoś
innego. Na ogół nie zmienia to ich życia.”
„Mężczyźni
i kobiety albo łączą się pospiesznie w tym, co nazywa się aktem miłosnym, albo
powoli przyzwyczajają się do siebie. Między tymi krańcami często nie ma
środka.”
„Szczury
umierają bowiem na ulicy, a ludzie w domu. Dzienniki zaś zajmują się tylko
ulicą.”
„Kiedy
wybucha wojna, ludzie powiadają: >To nie potrwa długo, to zbyt głupie<. I
oczywiście, wojna jest na pewno zbyt głupia, ale to nie przeszkadza jej trwać.”
„Poza
tym gadanie wyolbrzymia wszystko.”
„(…)
hipotezy w nauce, jak i w życiu, są zawsze niebezpieczne.”
„Tak,
w nieszczęściu jest cząstka abstrakcji i irrealności. Ale kiedy abstrakcja
zaczyna nas zabijać, trzeba się zająć abstrakcją.”
„Aby
walczyć z abstrakcją, trzeba trochę być do niej podobnym.”
„Lecz
w tym, w czym jedni widzieli abstrakcję, inni widzieli prawdę.”
„W
niedzielę rano na przykład kąpiele morskie są poważną konkurencją dla mszy.”
„Sądziliście,
że wystarczy wam odwiedzać Boga w niedzielę, abyście byli panami waszych dni.”
„Po
raz pierwszy wszyscy stali się wrażliwi na barwy nieba i zapachy ziemi, które
znaczą zmiany pór roku.”
„Ale
ta łajdacka choroba! Nawet ci, których nie tknęła, noszą ją w sobie.”
„(…)
Bóg na pewno nie istnieje, w przeciwnym razie księża byliby niepotrzebni.”
„(…)
przypisując zbyt wielkie znaczenie pięknym czynom, składa się pośrednio hołd
złu.”
„Ale
zawsze nadchodzi godzina w historii, kiedy ten, co ośmiela się powiedzieć, że
dwa i dwa to cztery, jest karany śmiercią.”
„Teraz
wiem, że człowiek jest zdolny do wielkich czynów. Ale jeśli nie jest zdolny do
wielkiego uczucia, nie interesuje mnie.”
„Miłość
bowiem żąda odrobiny przyszłości, a myśmy mieli tylko chwile.”
„Nic
w świecie nie jest warte, żeby człowiek odwrócił się od tego, co kocha.”
„Inaczej
rozumiem miłość. I nigdy nie będę kochał świata, gdzie dzieci są torturowane.”
„Cierpienie
dziecka jest na pewno upokarzające dla umysłu i serca.”
„Ale
mówiono mi, że trzeba tylko kilku trupów, aby powstał świat, gdzie nie zabija
się nikogo.”
„Znam
dziś tylko jedno konkretne zagadnienie: czy można być świętym bez Boga.”
„(…)
świat bez miłości jest martwym światem (…).”
Dżuma to książka, po którą wielu z
nas sięgnęło w pierwszych miesiącach pandemii COVID-19. Za sprawą powieści
francuskiego pisarza przenosimy się do algierskiego Oranu – miasta ogarniętego
epidemią. Warto jednak zaznaczyć, że miejsce akcji ma w Dżumie charakter
umowny – Camus celowo unika szczegółowych opisów zarówno czasu, jak i
przestrzeni wydarzeń. W zapisie dat ostatnie cyfry zastąpione są kropkami, co
nadaje opowieści ponadczasowy, uniwersalny wymiar i otwiera ją na rozmaite
interpretacje.
Tytułowa
dżuma to oczywiście epidemia, która ogarnia miasto. Wszystko zaczyna się
niepozornie – od znalezienia przez jednego z bohaterów, doktora Castela,
martwego szczura. Ale powieść Camusa można odczytywać nie tylko dosłownie.
Dżuma to także metafora zła, z którym człowiek musi się zmierzyć – zła, które
rozprzestrzenia się w świecie, ale też tego, które każdy nosi w sobie. Ta walka
ze złem ma wymiar zarówno wspólnotowy, jak i głęboko osobisty. Gdyby Albert
Camus żył dzisiaj, z pewnością miałby wiele do powiedzenia o stanie
współczesnych stosunków międzynarodowych i kondycji człowieka. Na szczęście
pozostawił po sobie bogaty dorobek pisemny – będący zarazem przestrogą przed
zatwardziałością serc, jak i inspiracją do działania z miłością i współczuciem.
W czasach, gdy przemoc często przedstawiana jest jako droga do zbawienia,
patriotyzm utożsamiany z odkupieniem, a rozszerzająca się kontrola państwa
przybiera pozory pokuty, pisma Camusa przypominają o roli „uzdrowicieli" –
ludzi, którzy nie poddają się złu, lecz starają się je przezwyciężać. Camus
uczy nas, że sama myśl – nawet najszlachetniejsza – nic nie znaczy, jeśli nie
towarzyszy jej działanie. Jego twórczość pozostaje żywa i aktualna, bo stawia
pytania, z którymi nadal musimy się zmierzyć – o odpowiedzialność, wolność,
solidarność i granice ludzkiego sumienia. Nie możemy zapomnieć o jednym:
będziemy tym, kim siebie uczynimy. Można uczynić siebie przestępcą, zaprzańcem,
(można uczynić) siebie zakonnika, artystę, lekarza, przyzwoitego pracownika, po
prostu dobrego człowieka. Doktor Bernard Rieux, bohater powieści Camusa,
angażując się w walkę z dżumą, buduje siebie jako człowieka, staje się tym, kim
chce się stać. W Dżumie jest też ten cholerny staruszek, który pojawia
się na początku, a potem znika bez śladu. To obrzydliwa postać. Rzuca
bezpańskim kotom kawałki papieru z okna, a kiedy zwierzęta – niecnie zwabione,
głodne – podchodzą, pluje na nie, straszy je i śmieje się okropnie. Mamy więc
wybór między doktorem Rieux a tym ohydnym starcem… I dwa bieguny naszego losu,
samotność i solidarność. Ale – co u Alberta Camusa ( i jako pisarza i jako
człowieka) jest bardzo znamienne – te dwa bieguny powinny gdzieś się sprząc.
Jesteśmy bowiem zawsze samotni, ale tę drastyczną samotność możemy w pewnym
stopniu przełamać przez solidarność, wypełniając sens własnego życia, budując
istotę własnego człowieczeństwa – przez zaangażowanie i działanie dla innych.
Akcja powieści rozgrywa się w zwyczajnym,
nadmorskim miasteczku w rodzinnej Algierii Camusa – wówczas będącej francuskim
terytorium kolonialnym – i dokumentuje dziesięć miesięcy, podczas których
dżuma, wyjątkowo zaraźliwa i śmiertelna choroba, pochłania setki ofiar i
odbiera mieszkańcom resztki normalnego życia. Nad miastem nieustannie unosi się
złowieszczy, dymiący całun – to dym z krematorium, które pracuje bez przerwy,
dzień i noc. Żołnierze strzegą zamkniętych bram, a miasto zostaje objęte kwarantanną
i odcięte od reszty świata. Z tej przytłaczającej, niemal apokaliptycznej
scenerii wyłaniają się dwaj cisi bohaterowie: Bernard Rieux, miejscowy lekarz,
który pełni także rolę narratora, oraz Jean Tarrou – nowo przybyły do miasta,
który dobrowolnie włącza się w walkę z epidemią. Razem diagnozują chorych,
opiekują się umierającymi i organizują usuwanie ciał. W jednym z późniejszych
fragmentów Tarrou dzieli się z Rieux swoją refleksją na temat dżumy – nie tylko
jako choroby, ale także jako metafory zła, które drzemie w każdym z nas. Camus
starał się określić istotę człowieczeństwa w najtrudniejszym okresie
historycznym: przemarszu faszyzmu i totalitaryzmu przez Europę, z towarzyszącym
mu terroryzmem policyjnym, torturami, wojną i obozami koncentracyjnymi. Unikał
obojętności i podkreślał, że stawiając czoła niesprawiedliwości i
przeciwnościom losu, umacnia się ludzkiego ducha.
Jeden z najstarszych pacjentów doktora Rieux – demoniczny, przykuty do łóżka astmatyk – łuska groch i z ironią stwierdza, że nie boi się dżumy, bo nie można umrzeć na dwie rzeczy naraz. Dla niego epidemia to niemal widowisko, które śledzi z cynicznym dystansem. Tymczasem w innej części miasta ksiądz Paneloux ogłasza z ambony, że zaraza to Boży sąd nad grzeszną ludzkością. Jednak jego przekonania zostają wystawione na ciężką próbę, gdy musi być świadkiem agonii niewinnego dziecka. Kolejne kazanie, które wygłasza, ma już inny ton – jego religia przestaje być narzędziem kary, staje się próbą niesienia pociechy i wspólnoty w smutku. „Któż mógłby bowiem twierdzić, że wieczna radość może wynagrodzić chwilę ludzkiego cierpienia?” Ta zmiana okazuje się jednak dla niego zbyt trudna. Niedługo później zapada na zdrowiu i umiera. Nie wiemy, czy przyczyną była dżuma – jego ciało zostaje oznaczone z gorzką dwuznacznością jako cas douteux. „Napisano na karcie kontrolnej: >Wypadek wątpliwy<.”
Śmierć
dziecka to jedyny fragment powieści, którego nigdy nie potrafiłem przeczytać do
końca. Camus przez większość czasu jest powściągliwy wobec swoich czytelników –
jego styl jest chłodny, oszczędny, wyważony. Ale właśnie dlatego te kilka stron
działa tak porażająco. Nie ma tu histerii, nie ma emocjonalnych uniesień. Jest
tylko rzeczowa, beznamiętna proza, która z chirurgiczną precyzją opisuje, jak
zaraza dławi życie. Właśnie ta chłodna dokładność sprawia, że scena ta
uderza z taką siłą. To moment, w którym moc i okrucieństwo zarazy osiągają
swoje apogeum – centralny punkt powieści. Dla mnie jednak pozostaje to czarna
plama. Miejsce, którego nie potrafię dotknąć. Jeśli doktor Rieux jest kimś,
kogo możemy nazwać bohaterem tej książki, to nie dlatego, że wykazuje się
nadzwyczajną odwagą czy wygłasza wielkie manifesty moralne. Jest nim dlatego,
że potrafi spojrzeć w oczy cierpieniu – także temu najbardziej nieznośnemu, jak
agonia dziecka – i mimo wszystko kontynuować nieustępliwą walkę z zarazą. Rieux
to jeden z typowych chłodnych bohaterów Camusa. Nie daje się wciągnąć w
rozważania o sensie dżumy, nie spekuluje na temat jej przebiegu i nie traci
energii na afektowne współczucie. Na początku może wydawać się odpychający,
zbyt oschły, może nawet znieczulony. Ale z czasem jego nieustanne powtarzanie,
że „musi wykonywać swoją pracę”, jego cicha determinacja, z jaką leczy chorych
i organizuje pracę ochotników, nabierają rangi autentycznej szlachetności.
Doktor Rieux wie, że troski i lęki wybiegające poza granice jego lekarskiego
powołania mogą prowadzić tylko do bezsilności albo do samozadowolenia. Odmawia
sobie tego luksusu. Jego milczące oddanie obowiązkom, jego odwaga, która nie
potrzebuje słów, a także straty osobiste, które ostatecznie poniesie, czynią z
niego postać głęboko poruszającą – nie bohatera wielkich gestów, lecz z
codziennej wytrwałości.
Zaskakujące
w kolejnym bohaterze Dżumy, Tarrou, jest to, że nie tylko działa, ale i
myśli – a jego refleksje są głęboko zakorzenione w przeżyciu i doświadczeniu. W
tym sensie jest jednym z nielicznych egzystencjalistów, którzy potrafią myśleć
i działać jednocześnie. Jego teoria dżumy wyrasta z traumy młodości – chwili,
która na zawsze zmienia jego sposób widzenia świata. Chodzi o moment, w którym
jako młody chłopiec był świadkiem, jak jego ojciec, zastępca prokuratora
generalnego, posyła człowieka na śmierć. Zestawienie opanowania ojca z brutalną
ostatecznością wyroku – pozbawieniem życia drugiego człowieka – uświadamia
Tarrou szaleństwo tkwiące w społecznych instytucjach i ukrytej przemocy, która
drzemie w ludziach. Nawet jeśli ta przemoc jest zorganizowana, zalegalizowana i
kontrolowana, wciąż pozostaje przemocą – i nie daje się całkowicie
wyeliminować.
W
tym doświadczeniu rodzi się jego przekonanie, że każdy człowiek nosi w sobie
zarazę – że wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu skażeni, bo wszyscy, choćby
potencjalnie, jesteśmy zdolni do wyrządzenia śmiertelnej krzywdy drugiemu
człowiekowi. Tarrou używa słowa „dżuma” jako metafory tej ukrytej przemocy –
przemocy, która rodzi się z dominacji, z poczucia wyższości, z prawa do
sądzenia i karania. Jego życie staje się próbą ucieczki od tej przemocy –
gorącym pragnieniem pozostania czystym. Tarrou obsesyjnie próbuje dowiedzieć
się, czy można zostać sprawiedliwym – kimś, kto dokonuje cudu i nikogo nie
krzywdzi. To pragnienie, choć piękne, okazuje się niemal niemożliwe do
zrealizowania. Jego losy w tej walce pozostają niejednoznaczne… ale nie zdradzę
ich tutaj, by nie odbierać nikomu przyjemności z czytania.
Zastanawiając
się nad argumentami w kontekście kondycji moralnej w naszym życiu, odkrywamy,
że niewiele wiemy o doktorze Rieux poza tym, że z oddaniem angażuje się w pomoc
ofiarom epidemii i jest w swoim działaniu anielsko cierpliwy i miłosierny.
Camus bardzo skąpo kreśli tę postać. Nic nie pisze o pasjach doktora – nie
wiadomo, jaką książkę ostatnio czytał, jakiej muzyki słucha albo komu kibicuje
w sportowych rozgrywkach. Czy ma poczucie humoru? Nie znajduję w książce
żadnego fragmentu, który pozwalałby go odkryć. Wiemy tylko, że z troską myśli o
swojej chorej żonie, która na kilka dni przed zamknięciem miasta wyjechała do
sanatorium. Trzeba jednak przyznać, że Rieux jest na tyle skoncentrowany na
ratowaniu chorych w Oranie, że nie przeżywa zbyt emocjonalnie rozstania z żoną.
To jednak z pewnością nie obojętność, ale raczej typ osobowości, który utrudnia
mu okazywanie silnych emocji, albo może cnota umiarkowania, nad którą latami
pracował. Trudno też odnaleźć fragment, w którym doktor wypowiadałby się źle o innych
osobach. Jest pewne, że ludzie z otoczenia Rieux czują jego życzliwość i
akceptację.
Camus,
odmawiając pójścia w kierunku metafizycznego buntu przeciw Stwórcy, ogranicza
swój bunt do dziedziny względności, tam gdzie ludzka działalność może mieć
miejsce. Bunt przeciw Bogu traci swą zażartość. „Zbawienie człowieka, to zbyt
wielkie słowo dla mnie. Nie idę tak daleko. Interesuje mnie jego zdrowie,
przede wszystkim zdrowie.” Można to wywnioskować z wypowiedzi doktora Rieux, z
którym w Dżumie autor najbardziej się utożsamia. Na pytanie Tarrou,
przeciw komu broni swych chorych, Rieux odpowiada: nie wiem. Stwierdza jednak
nieco później, że w tej sprawie jego postawa uległa zmianie. Dawniej nie mógł
oglądać śmierci istot powołanych do życia, nie buntując się przeciw stanowi,
który był udziałem człowieka, a dalej przeciw Bogu – sprawcy tego stanu. „Byłem
wówczas młody i zdawało mi się, że moja niechęć godzi w porządek świata. Potem
stałem się bardziej skromnym”. Ewolucja naszego autora jest w tym względzie
bardzo widoczna. W takim układzie człowiek nie jest niewinny, bo czyni zło,
lecz zarazem nie jest nie winny z powodu niewiedzy – braku rozeznania, niemocy
wyboru dobra, a więc nieświadomego czynienia zła. Bóg nie jest przyczyną zła,
człowiek zaś nie odpowiada za nie w pełni, choć niejednokrotnie je wybiera.
O Dżumie
stwierdzono, że promuje tezę o bezużyteczności walki, skoro zło i ucisk
ostatecznie nigdy nie mają zostać pokonane, skoro dżuma ma nigdy nie umierać.
Widziano w niej karygodne nawoływanie do solidarności z ofiarami bez podjęcia
walki z oprawcami. Jeszcze zanim otrzymał Nagrodę Nobla, Camus potępił
radzieckie obozy pracy, krytykował socrealizm, wypowiadał się w kwestiach
wolności politycznych, potępiał tyranię i masowe morderstwa, które postrzegał
jako nieodłącznie towarzyszące rewolucji. W interpretacji I.D. Schuniajewa
camusowski Mit Syzyfa okazał się celebracją wiary w walkę, Obcy –
krytyką burżuazyjnego społeczeństwa pełnego hipokryzji i formalnej moralności, Dżuma
natomiast utworem antyfaszystowskim.[1]
Na
końcu Dżumy jest scena pełna nadziei i radości – scena, która z
pewnością nie była udziałem ludzi po zakończeniu pandemii COVID-19. W Oranie,
po zniesieniu kwarantanny, ludzie wychodzą na ulice, tańczą, śpiewają, ściskają
się, a pociągi przyjeżdżają na perony, gdzie rozdzieleni przez chorobę ludzie
znów spotykają się z bliskimi. To piękny obraz wspólnoty, która odzyskuje swoje
człowieczeństwo po trudnym czasie. Ale nie widzieliśmy tego po pandemii
COVID-19 – ani w Warszawie, ani w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku czy Barcelonie.
Dlaczego? Ponieważ w wielu przypadkach ludzie nie wierzyli w powagę pandemii,
nie traktowali jej z należytą uwagą. Zamiast wspólnego wyjścia z kryzysu,
dostaliśmy podziały – nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale także w sferze zbiorowej
świadomości. W tym sensie zakończenie Dżumy staje się jeszcze bardziej
wymowne i tragiczne, bo ukazuje nie tylko zwycięstwo nad zarazą, ale także siłę
jedności i solidarności, która często bywa wystawiana na próbę w
rzeczywistości.
[1] Por. I. D. Schuniajewa, Sovremennaia frantsuzskaia
literatura, Moskwa 1961, s. 153-196, cyt. za: E. Tall, Soviet Responses…, s. 322-323

.jpeg)

