05 sierpnia 2022

Strażnik sadu

 

„Strażnik sadu”

Cormac McCarthy


Autor/ (ur. 20 lipca 1933 w Providence) – amerykański pisarz, scenarzysta i dramaturg. Przez krytyka literackiego Harolda Blooma uznany za jednego z czterech najważniejszych amerykańskich współczesnych powieściopisarzy, obok Thomasa Pynchona, Dona DeLillo i Philipa Rotha. Przez zajmujących się jego twórczością porównywany bywa do Williama Faulknera i czasem do Hermana Melville’a.

Tłumaczenie/ Michał Kłobukowski

Tytuł oryginału/ an-us „The Orchard Keeper”

Tematyka/ Akcja kieruje nas do Tennessee pierwszej dekady dwudziestego wieku. Był to schyłek epoki, w której stosunki między ludźmi regulowały biologia i natura albo też instynkt. Najsilniejsza była wola przetrwania w świecie, w którym człowiek nie jest panem stworzenia, ale jedynie składową natury rządzącej instynktami ludzkimi. To amerykańska prowincja lat 30. i 40. XX wieku w okresie przed industrializacją, która nie do poznania zmieniła te dziewicze, piękne i groźne ziemie. McCarthy spędził na tych terenach swoje dzieciństwo. Żył z ludźmi tej epoki, w otoczeniu dzikich zwierząt i przyrody, która wyznaczała osadnikom rytm życia. „Strażnik sadu” to hołd złożony przez pisarza tamtym czasom. Książka została uhonorowana Nagrodą Faulknera, bo i w pisarstwie McCarthy’ego pozostał wyraźny ślad, odciśnięty przez swojego wielkiego poprzednika.

Główny motyw/ Bohaterami debiutanckiej powieści Cormaca McCarthy’ego są: John Wesley Rattner, młody chłopak zarabiający na życie polowaniem na piżmaki, przemytnik whisky Marion Sylder oraz stary samotnik Ather Ownby. Całą trójkę łączą nie tylko czas i miejsce akcji, lecz także mroczna tajemnica. Ather Ownby to właśnie tytułowy strażnik sadu. Sprawuje pieczę zarówno nad martwym sadem brzoskwiń i jabłoni, jak i nad zwłokami rozkładającymi się powoli w metalowej cysternie. Esencją utworu są także epickie opisy dzikiej przyrody. Leniwie posuwająca się do przodu fabuła ustępuje pola wspaniałym krajobrazom Appalachów, wzburzonych rzek, mieszanym i jodłowo-świerkowym lasom, tulipanowcom, wiciokrzewom, groźnym kuguarom czy rozśpiewanym przedrzeźniaczom. McCarthy dokonuje celowego zabiegu zdeharmonizowania opowieści, by ukazać ogrom natury, jej relacje i wpływ na człowieka. Na tym tle ludzkie problemy wydają się mniejsze, zagubione – choć istotne.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„Mgliście rozmyślał nad tym, jak pamięta się zapachy… Bo przecież inaczej niż widoki”.

            Książka zaczyna się od dezorientującej sceny napisanej kursywą, która tworzy ważną metaforę. Kilku afroamerykańskich pracowników cmentarza (którzy nie odgrywają w dalszej części powieści żadnej roli) próbuje przeciąć pień i nagle odkrywają, że żelazne ogrodzenie wrosło w drzewo. Na pierwszy rzut oka znaczenie metafory jest oczywiste: coś stworzonego przez człowieka niszczy naturę. Zasadniczo, to jest najbardziej zauważalna istota alegorii; jednak wraz z rozwojem książki „Strażnik sadu”, warstwy ukrytych znaczeń mnożą się. I tak na jednym poziomie widzimy skłonność człowieka do niszczenia natury. Natomiast w innej warstwie zauważymy skłonność człowieka do niszczenia natury drugiego człowieka. Na szczęście McCarthy był na tyle inteligentny (musimy zaznaczyć, że książka „Strażnik sadu” była debiutem literackim autora, zauważalne są też w powieści pewne niedociągnięcia), aby nie poprzestać tylko na tych dość prostych symbolach. Innymi słowy, McCarthy ma dla czytelników naprawdę świetną historię do opowiedzenia z małymi niedopieszczonymi szczegółami. Dlatego debiutancki „Strażnik sadu” uważany jest za formalnie najambitniejszą i jednocześnie najbardziej niedojrzałą książką McCarthy'ego. Powieść ta pokazuje także, że w żadnej rzeczy, a tym bardziej w samej egzystencji ludzkiej, nie warto upatrywać wartości ponadczasowych – wszystko bowiem w okamgnieniu może osunąć się w niebyt. Sam autor powiedział kiedyś: „Nie ma czegoś takiego jak życie bez rozlewu krwi”.

            Myślę, że najlepszym sposobem omówienia tego utworu  będzie bardzo krótki opis postaci, ponieważ poznawanie bohaterów w trakcie lektury jest dość powolne i zajmuje dużo czasu. Historia rozgrywa się między wojnami w odizolowanej społeczności w Tennessee. W pierwszej części spotykamy łazęgę. To Kenneth Rattner, ojciec głównego bohatera, Johna Wesleya Rattnera. W dalszej części powieści dowiadujemy się, że był kiedyś (rzekomo) kapitanem, co ma poświadczyć wiszący w jego domu portret w mundurze wojskowym. W lokalnym przybłędzie o którym czytamy, że pełnił służbę w siłach zbrojnych w stopniu kapitana jest niewiele z oficera wojskowego. Kolejny z naszych głównych bohaterów to Marion Sylder dość dziwny i groźny typ. Kiedy obaj mężczyźni pewnego razu wysiadają z samochodu, Kenneth Rattner w niewytłumaczalny sposób atakuje Syldera. Sylder zaczyna się bronić i ostatecznie zabija Kennetha Rattnera. Sam opis walki i jej następstw pokazuje rozwinięty dar McCarthy'ego do opisywania napięć w codziennych interakcjach. W tej scenie ataku i zabójstwa widzimy między innymi niewytłumaczalny nagły impuls, który pobudza człowieka do przemocy. Sylder ostatecznie zabiera martwe ciało do betonowego zbiornika po opryskach w starym sadzie. Tutaj poznajemy ostatniego z naszych głównych bohaterów, Attera Ownby'ego, starca, który opiekuje się ogrodem. Co ciekawe, zarówno Ownby jak i Sylder stają się dla młodego Johna Wesleya Rattnera ważnymi osobami, choć wydaje mi się, że Ownby i Sylder nigdy nie spotkali się na kartach powieść twarzą w twarz. Młody Rattner nie zdaje sobie sprawy, że to Sylder zabił jego ojca i że Ownby wie, gdzie zostały  porzucone zwłoki. Ale w rzeczywistości także sam Sylder nie wie, że zabił ojca Rattnera, a Ownby nie ma pojęcia, czyje ciało leży w jamie, w której kiedyś mieszano środki owadobójcze. Jest to skomplikowana konfiguracja, w której nikt poza czytelnikiem nie wie, co się naprawdę wydarzyło.

            Od pierwszych stron „Strażnika sadu” zdajemy sobie sprawę, że bieda wrosła w miejscowy krajobraz tak samo jak plantacje bawełny i tytoniu. Wschodnią granicę „stanu ochotników” – bo taki przydomek zyskało Tennessee – wyznaczają Appalachy, w których nawet dziś warunki życia często niewiele różnią się od tych opisanych przez McCarthe’ego. To właśnie u podnóża gór mieści się powieściowa wioska o wdzięcznej nazwie Czerwona Gałąź. W wiosce lub w jej okolicach mieszkają trzej wspomniani wyżej bohaterowie Arthur Ownby, Marion Sylder i John Wesley Rattner, trzej protagoniści „Strażnika sadu”. Każda powieść McCarthe’ego przesycona jest przemocą. Na przykład „Krwawy południk” spełnia zawartą w tytule obietnicę, każąc czytelnikowi obcować z okrucieństwem i deprawacją niemal na każdej stronie. W tym kontekście „Strażnik sadu” wydaje się powieścią dużo mniej brutalną. Jedynym właściwie – jeśli nie liczyć bójek, pobić czy strzałów staruszka broniącego się przed policją – aktem przemocy jest rozpoczynające całą historię zabójstwo ojca Johna Wesleya Rattnera, którego dokonał Marion Sylder. Choć opisane przez McCaethy’ego w dość naturalistyczny sposób, nie ma jednak zbrodniczego charakteru, ponieważ Sylder działa w obronie własnej, a Rattner senior to najbardziej szemrana postać w „Strażniku sadu”, oszust i złodziej gotów zabić dla zysku.           


            Śmierć Kennetha Rattnera staje się punktem wyjścia dla opisywanych przez McCaethy’ego wydarzeń. To właśnie ona czyni z sędziwego Arthura Ownby’ego „strażnika”, który niewzruszenie, z trudną do wytłumaczenia sumiennością pilnuje nieumyślnie znalezionych przez przypadkowe dzieci zwłok, ukrytych przez Syldera w zbiorniku na insektycydy w opuszczonym jabłoniowo-brzoskwiniowym sadzie. Przed bohaterami „Strażnika sadu” świat nie stoi otworem, a ich życie jest zaprzeczeniem amerykańskich mitów o „możliwościach” i „sukcesach”. Autor tworzy sugestywny obraz zamieszkanej przez skromnych farmerów i robotników amerykańskiej prowincji, z wpisanymi w jej życie biedą, tandetą i beznadzieją. Oczom czytelnika ukazują się zakurzone drogi, stacje benzynowe, małe, obskurne, przyozdobione reklamami sklepiki, gdzie popija się coca-colę, siedząc na skrzynkach, i gdzie kupowanie podstawowych towarów na kredyt jest na porządku dziennym, oraz marne gospody, w których każdy pretekst do bójki jest dobry. Marzenia o lepszym życiu próbuje zrealizować Marion Sylder: gdy po pięciu latach tajemniczej nieobecności wraca w 1934 roku w rodzinne strony, miejscowi z trudem rozpoznają go w dobrze ubranym, poruszającym się eleganckim samochodem nieznajomym. Ważnym i zarazem ambiwalentnym elementem symboliki powieści jest samochód, związany z przedstawioną w „Strażniku sadu” klęską amerykańskiego mitu sukcesu. W całej powieści przewijają się obrazy drogi i jazdy samochodem oraz dokładne opisy pracy auta.

W „Strażniku sadu” natura subtelnie współpracuje z człowiekiem, skrzętnie skrywa jego mroczne postępki, by w finale wydać go na pastwę fatum – deszcze psują benzynę w samochodzie Syldera, co doprowadza do jego aresztowania, popiół odkrywa piszczele trupa, lecznicze roślinne korzenie przeznaczone na handel przyczyniają się do schwytania Athera, a kłusownictwo Johna Wesleya zemści się na jego postawie mentalnej. Natura staje się repozytorium rozmaitych wartości, takich jak piękno – w wymiarze nie tylko estetycznym, lecz również duchowym – dobro, prawda, mądrość, odwaga, wolność. W książce McCarthy’ego „prawo moralne” znajduje się w samym centrum przyrody. Symbioza chłopca z przyrodą jest obrazowo przedstawiona w scenie jego pierwszego spotkania z Sylderem. Udzieliwszy pomocy nieznajomemu, którego samochód wpadł do rzeki, młody Rattner wygląda jak dziwny stwór obrośnięty roślinnością. Mamy w powieści nawiązywania do zderzenia się cywilizacji z naturą. Tak jak na początku książki robotnicy odnajdują w drzewie wrośnięty element ogrodzenia cmentarza, tak później bohaterowie stają w obliczu metalowych wytworów techniki, zimnych i nieludzkich, wtłoczonych w tkankę przyrody i kolonizujących ją bezpardonowo. U McCarthy’ego cysterna w której leżą porzucone zwłoki jest „gładka i złowroga”, „beznamiętna”. Nie bez przyczyny w scenie aresztowania Ownby’ego jego pies bezradnie wpatruje się w policyjny samochód. To też okres, kiedy nastaje świat Ameryki czasu wojen, ery bomby atomowej, kiedy to oparty na postępie ówczesny amerykański porządek spełnia monstrualne pragnienie rozwoju bez względu na koszty dla ludzkości i natury. Historia jest jednak dla pisarza tylko pretekstem do pokazania amerykańskich realiów po wielkim kryzysie. Czasów zbuntowanej zorganizowanej przestępczości, przemytu, kłusownictwa, ciągle obecnego w świadomości ludzi rasizmu. A jednak z nostalgią opowiada McCarthy o tamtych czasach, stawiając je naprzeciw zbliżającemu się nieuchronnie uprzemysłowieniu.

Czy Cormac McCarthy jest mizantropem? Centralnym zagadnieniem twórczości McCarthy’ego jest zło i przemoc. Jednak nie temat jest siłą tej prozy, ale sposób jego ujęcia, efekt barokowego przepychu, który osiąga za pomocą prostych środków. Swoich czytelników szokuje okrucieństwem, dla którego nie szuka przyczyn. Konsekwentnie bohaterami jego książek są albo ludzie źli, albo od początku skazani na porażkę. Autor jednak ostentacyjnie uchyla się od psychologizacji i moralnej oceny ich zachowań. Być może temu wszystkiemu przygląda się jakaś potężna istota, będąca odwrotnością Boga, w którego wierzą dobroduszni Amerykanie. To obojętne, być może nawet tępe stworzenie, jakieś pogańskie bóstwo, w najlepszym razie demiurg, który stworzył świat, żeby obserwować ludzkie nieszczęście i znaleźć w nim pocieszenie. W sensie biologicznym jesteśmy niewątpliwie tworami ewolucji dość potwornymi. Dzięki udzielonej nam przez ewolucję nadmiernej wolności poczynań jesteśmy zdolni do wszystkiego, co złe. Gorzej – zło nas często bardziej pociąga niż to, co dobre. Jest w nas ludziach boski, prometejski pierwiastek – ale prometejskim ogniem podpala się potem domy i miasta. Tak to niestety wygląda.

            Zbrodnia, która połączyła głównych bohaterów nie została wyjaśniona, chłopak nigdy nie dowiedział się, że za śmierć ojca odpowiedzialny jest człowiek, którego szanował a Ownby nie poznał prawdy czyje zwłoki skrzętnie ukrywał w zbiorniku w brzoskwiniowym sadzie. Kiedy odkryjemy prawdziwe znaczenie swojej egzystencji i swoich doświadczeń, przekonamy się, że życie nie jest tym, co nam się przytrafia. To MY przytrafiamy się życiu i MY możemy nadać mu sens. Dlatego też „Strażnik sadu” – z jego obrazem kryzysu, by nie powiedzieć klęski amerykańskich mitów i ideałów – trudno rzecz jasna uznać za powieść optymistyczną. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz