02 lipca 2022

Spór o sierżanta Griszę

 

„Spór o sierżanta Griszę”

Arnold Zweig



Autor/  (ur. 10 listopada 1887 w Głogowie, zm. 26 listopada 1968 w Berlinie) – niemiecki pisarz i pacyfista. Był synem żydowskiego siodlarza. Wykształcenie odbierał w gimnazjum w Katowicach, a następnie studiował filozofię, filologię nowożytną, germanistykę, historię i historię sztuki. Brał udział w I wojnie światowej, pod jej koniec pracował w wydziale prasowym sztabu frontu wschodniego w Kownie. Po przeżyciach z okresu I wojny światowej pozostał zaangażowanym pacyfistą, a także zetknął się ze wschodnioeuropejskim syjonizmem.

Tłumaczenie/ Wanda Kragen

Tytuł oryginału/ de „Der Streit um den Sergeanten Grischa”

Tematyka/ Arnold Zweig w słynnej książce z 1927 roku „Spór o sierżanta Griszę„ dowodził, że tyrania militarna jest największą tyranią ze wszystkich istniejących. W armii panują nieludzkie stosunki, struktura wojska ma charakter feudalny, a przypodobanie się zwierzchnikowi jest głównym celem podwładnego. Relacje w wojsku reguluje wyłącznie strach. Wzorem więc stawali się nie tylko dezerterzy, ale także dekownicy – zwykli żołnierze, którzy zrobią wszystko, aby tylko nie wyjechać na front. Wrogami szeregowców nie były obce armie, ale przełożeni, dowództwo. Osiągnięciem Zweiga jest analiza tego złożonego systemu, którą przeprowadził w sposób niemalże naukowy, a także skonstruowanie ze swoich obserwacji tragicznego obrazu moralności i natury ludzkiej.

Główny motyw/ Rosyjski żołnierz Grisza u schyłku I wojny światowej zostaje schwytany przez Niemców. Chcąc wrócić do żony i dziecka, którego nigdy nie widział, Grisza ucieka z obozu jenieckiego z nadzieją dotarcia do Rosji. Aby ukryć swoją tożsamość, ubiera się w porzucony mundur niemieckiego żołnierza, który znajduje w lesie. Zostaje jednak pojmany ponownie i uznany za człowieka, którego ubranie ma na sobie. Grisza nagle dowiaduje się, że żołnierz, którego tożsamość przyjął, jest dezerterem, a karą za dezercję jest śmierć. Absurdalność skazania Griszy staje się symbolem bezsensownej śmierci ludzi zabitych w czasie wojny – na froncie lub poza nim – przez żołnierzy, którzy ze ślepym posłuszeństwem wykonują rozkazy.

Cytaty z książki charakteryzujące problematykę utworu:

„(…) dzieli ich coś niewidzialnego, a ogromnie potężnego: rozkaz”.

„Ale rozkaz to rozkaz, a służba to służba, a wódka to wódka i całe życie zasrane”.

„Ale, człowieku – pomyśl, czterdzieści lat musiałem przeżyć, aby teraz żyć snami”.

„Kto na dobitkę utrzymuje przyjaźń z kucharzem, temu nie brak cukru”.

„Gdy się bowiem tkwi na samym dnie społecznej piramidy, jako maleńki, świadomością istnienia dygoczący kamyk, szczegóły trybu życia nie wchodzą w ogóle w rachubę”.

„Sztuka zatruwania człowiekowi życia kłującymi słowami była w wojsku rozwinięta do mistrzostwa”.

„Bóg ci pomoże! – powtarzała. Durny żołnierzu, ale kto pomoże Bogu?”.

„W tym właśnie sęk; diabeł przecież nie żąda, aby w niego wierzyć. On chce tylko, byś ty robił swoje, a on swoje, i gwiżdże na wiarę i niewiarę”.

„Niemcy, tyle ci tylko powiem, co niedziela składają Bogu w kościele wizytę z przeprosinami, ponieważ w nic nie wierzą, a potem idą własną drogą i robią, co uważają za słuszne. A my? Rosjanie wierzą i Żydzi wierzą, i Litwini, i Polacy – wszyscy wierzą i wierzą w Boga, a jak im się wiedzie?”.

„Grisza tymczasem rozważał w duchu, że modlitwa to dobra rzecz, ale tego czasu należałoby użyć raczej na wypicie kawy (…)”.

„Na ludność patrzono tak, jak patrzy patriarchalny, nadłabski dziedzic na swoich polskich parobków i dziwki”.

„Wojna pożerała drzewo; prócz ludzkiego mięsa, odzieży i zboża niczego nie pożerała każdej chwili w takich ilościach, jak belki, kłody, deski, słupy, papierówkę, wióry, wełnę drzewną i trociny”.

„Całe życie jest bez sensu. Gdybym miał rozum, dawno bym się powiesił. Człowiek wciąż jeszcze ma nadzieję, że będzie pokój, a cóż mu takiego da ten pokój? Stary, nudny świat”.

„Z cichym pomrukiem i bełkotem, niby modlący się Żyd, płynie Niemen swoją drogą”.

„Człowiek, który nigdy nie uczył się czytać, ma dziwne uczucie, gdy stoi w blasku księżyca przed wydrukowanym plakatem”.

„A przecież dobrze byłoby, gdyby człowiek czasem z siedmiu języków umiał czytać przynajmniej w jednym”.

„Co jednak jest dużo dziwniejsze – oto człowiek został stworzony, że nie może się bez tego sensu obejść. Pan go szuka, ja go szukam, ludzie z książek też go szukają. A jeśli człowiek bez niego nie zdoła się obejść, to przecież pewnego dnia może on się objawić”.

„Najprzód: >Kochajcie nieprzyjaciły wasze<, a potem: karabiny maszynowe i miotacze ognia, i granaty – to się stanowczo ze sobą nie zgadza”.

„(…) bo taki jest już ten świat: jeśli raz staniesz przed sądem, to musisz zostać ukarany, choćbyś nawet był tak niewinny, jak szpic na pozłacanej kopule cerkwi”.

„Zbyt wszechwładnie dziczał naród pod obuchem śmierci przeistoczonej w codzienność”.

„Jako kobieta powinna pani właściwie stać po naszej stronie, bo ze wszystkich wydziedziczonych z praw i niewolnych istot na ziemi, nie wyłączając dzieci, kobiety są najbardziej poniżane”.

„Kobieta – myślał Bartin – prawdziwa kobieta. Nie powinna tak cuchnąć tytoniem”.

„Prawo do kłamstwa należy do niezaprzeczalnych praw człowieka od jego czasów szkolnych”.

„O sensie i bezsensie wojny dojrzali ludzie już przed paru tysiącami lat wypowiedzieli swoją opinię”.

„Nie można mieszać Pięcioksięgu Mojżesza i kazania na Górze z radością wojny, jak się miesza szampana z czerwonym winem”.

„Tyle jest przebaczenia na świecie, że wszystkim ludziom może się coś z tego dostać, nawet Niemcom”.

„W najbardziej nieludzkiej z epok ludzie mówią do siebie najchętniej >człowieku<”.

„Kula podczas ucieczki lepsza jest niż kula pod murem”.

„Nie, po śmierci nie ma drugiego życia. Jeśli tacy ludzie [duchowni] chcą to człowiekowi wmówić – oni przecież nic nie wiedzą”.

„Powiem ci coś: nasze czasy są gorsze niźli czasy Sodomy i Gomory, tak myślę”.

„Mali ludzie znają jedynie małą wolność”.

„Tak wznosiły się i upadały Korynt i Jerozolima, Aleksandria i Rzym, a wszystkie żyją nadal. Wojna i pokój są jak odpływy i przypływy ludzkości; szczęśliwi ci, co mieszkają za tamami…”.

„(…) czy Mane Tekel Fares nie błyszczy niewidocznie na ścianie tego pokoju, w którym pewien generał, kierując się swym nędznym rozumem, chce ośmieszyć boskie przykazania”.

„Nikt nie potrafi przeskoczyć przez własny cień, choćby on był nie wiem jak mały: a ja rzucam swój cień już siedemdziesiąt dwa lata”.

„W niektórych punktach ziemskich systemów powinno być wprawdzie włączone nadludzkie przewidywanie, co bowiem jest >małe<, a co >duże<, co ma skutki, a co nie, okazuje się zawsze dopiero potem”.

„Coś w człowieku przesiąknięte jest przesądem. Człowiek wije się nie chcąc przyznać (a przecież to jest fakt), że wszystko, co się zdarza, może mieć wpływ na dalsze zdarzenia”.

„Spokojna kobieta warta jest więcej niż morga gruntu”.

„Rzecz oczywista, każdemu wolno się weselić na swój sposób”.

„Bo kto zbacza z drogi prawa, ten sam na siebie wydaje wyrok”.

„Niezłe wrażenie sprawia epoka, w której pobożność poczyna się oddzielać od wiary kościelnej jak kalkomania od wilgotnego papieru”.

„Niemcy jako moralność kurczą się do wymiarów nitki”.

„(…) żołnierz powinien stulić pysk i ślepo słuchać, a w razie potrzeby strzelać do rodzonego ojca i matki”.

„Żył jak człowiek i umrze jak człowiek, jak prosty człowiek, taki, który niewiele miał czasu dla Pana Boga i dla którego Bóg niewiele miał czasu (…)”.

I wojna światowa była dla społeczeństw zachodnich traumą. Jak słusznie zauważył Andrzej Chwalba, „nawet ci, którzy wygrali, w istocie byli przegranymi”. Konsekwencją krwawej wojny był ponowny wzrost popularności haseł pacyfistycznych oraz antymilitarystycznych, i to nie tylko wśród przegranych, ale także wśród zwycięzców. Nie bez wpływu były również idee głoszone przez niemieckich pisarzy. Ewoluowały one od 1914 roku – apoteozy armii i czynu zbrojnego – do 1933 roku oraz skrajnego antymilitaryzmu i pacyfizmu. Po zakończeniu wielkiej wojny wielu niemieckich pisarzy, głęboko rozczarowanych wydarzeniami ostatnich lat, zamilkło. Nie było to jednak jednoznaczne z krytyką wojska; najsławniejsi niemieccy literaci, jak Tomasz Mann, byli wręcz wrogami pacyfizmu. W 1918 roku Mann napisał esej „Rozważania człowieka apolitycznego”. Zaatakował w nim pacyfistów, a także bronił wartości niemieckiej kultury symbolizowanej przez Schopenhauera, Nietzschego i Wagnera. Niemieccy pisarze uważali, że konsekwencje traktatu wersalskiego są krzywdzące dla narodu niemieckiego. Jeszcze w 1930 roku Mann oceniał, że rozbrojenie Niemiec było niesprawiedliwością. Sytuacja zmieniła się jednak zupełnie w kolejnych latach Republiki Weimarskiej. Wtedy pisarze, weterani I wojny światowej, podjęli totalną krytykę służby wojskowej. Jednym z nich był Arnold Zweig, który w słynnej książce z 1927 roku „Spór o sierżanta Griszę” dowodził, że tyrania militarna jest największą tyranią ze wszystkich wówczas istniejących.

Trauma wojenna wytworzyła w europejskiej kulturze swoistą metafizykę wojny. Jedni – jak Ernst Jünger, Louis-Ferdinand Celine, Izaak Babel, a w Polsce Stanisław Rembek – uwznioślali ją jako wewnętrzne przeżycie, podróż do kresu nocy, czyn rewolucyjny lub narodowowyzwoleńczy. Inni widzieli w wojnie demoniczną siłę otwierającą drogę nihilizmowi i cynizmowi. W krajach, które dobiły się niepodległości, z dumą patrzono na sukcesy w wojnach granicznych. Awangarda, futuryzm, kult maszyny, ekspresjonizm, to wszystko miało swe początki przed wojną – w pięknej epoce cesarzy z pióropuszami, generałów z szablami u boku – ale z całą mocą wybuchło w czasie wojny i po niej.

Narodowi socjaliści w Niemczech na długo przed zdobyciem władzy w kraju nie mieli wątpliwości, że pacyfizm najchętniej rozpowszechniają Żydzi w celu rozkładu morale i ogłupienia narodu niemieckiego. Hitler określał pacyfizm jako absurd „wrogi ludzkiej naturze i rozsądkowi”, któremu ufają jedynie „fantaści”. W Mein Kampf cynicznie twierdził, że „faktycznie idea pacyfistyczna, godna człowieka, jest być może całkiem dobra wtedy, gdy najwyżej stojący człowiek przedtem zdobędzie i podporządkuje sobie świat w takim zakresie, który uczyni z niego jedynowładcę tej ziemi”. Po upływie dziesięciu lat od napisania tych słów ich autor zaczął je w pełni realizować. Upadek niemieckiego ruchu pacyfistycznego nastąpił z chwilą objęcia władzy przez Hitlera. W III Rzeszy nie tylko zlikwidowano organizacje, ale ze szczególną zawziętością ścigano osoby krytykujące służbę wojskową i nawołujące do jej bojkotu. Przeciwnicy militaryzacji wyjeżdżali lub uciekali za granicę, tych, którzy pozostali w kraju, represjonowano. Po przejęciu władzy przez Adolfa Hitlera książki Zweiga zostały publicznie spalone. W 1933 r. zmuszony był opuścić Niemcy. Przez Czechosłowację i Szwajcarię dotarł do Francji. Ze względu na swoje syjonistyczne przekonania wyjechał do Hajfy, w ówczesnej Palestynie, gdzie z czasem zaczął skłaniać się ku socjalizmowi. W 1936 r. odebrano mu niemieckie obywatelstwo i skonfiskowano jego majątek.

W książce „Spór o sierżanta Griszę” nie ma huku armat, wystrzałów z karabinów, podmokłych okopów, wszyscy oczekiwali na ogłoszenie zawarcia pokoju i jak zauważył Arnold Zweig na kartach tej wstrząsającej powieści - „było jedną z cech tej zwariowanej wojny, w której kawaleria nie grała żadnej roli, muzyka i chorągwie pozostawały w tyle, a piechota szła do natarcia dopiero wówczas, kiedy pewne było, że w okopach nieprzyjacielskich ani jeden żyjący obrońca nie ma ochoty się bronić”. Armie rosyjskie, wyniszczone niezliczonymi klęskami i potwornymi stratami w ludziach, zrazu na własną rękę, potem za zgodą nowych władców politycznych, zawiesiły działania wojenne. W Petersburgu dokonywały się zmiany. Wielki car, batiuszka, Mikołaj II, abdykował, zrzekł się starej korony carów chcąc ją uratować dla syna; wielki książę Michał, powołany na regenta, wolał złożyć władzę w ręce Dumy, tylekroć rozpędzanego na cztery wiatry parlamentu; żołnierze strzelali do carskiej policji, czerwona chorągiew powiewała w głodującym Petersburgu, w Moskwie, Jekaterynburgu, Kazaniu… 


 Książka Arnolda Zewiga opowiada historię rosyjskiego jeńca wojennego nr 173, Grischy Iljicza Paprotkina, który ucieka ukrywając się wcześniej w pociągu towarowym z niemieckiego obozu jenieckiego Nawaryszki w Polsce do Rosji na początku wiosny 1917 roku. Po wyjściu z pociągu trafia na Litwę, gdzie po kilku dniach koczowania w lesie zostaje zabrany i zakwaterowany przez niewielką grupę litewskich partyzantów, którzy stawiali opór niemieckim okupantom. Tam też szybko rozwija się romans między Griszą a „Babką” Anną Kiryłowną, przywódczynią grupy, ale to nie odwodzi Griszy od planu powrotu do Rosji do żony i dziecka. „Babka” radzi mu, aby w razie schwytania podszył się pod rosyjskiego żołnierza Ilyę Biuszewa, który zmarł, zostawiając po sobie mundur, rzeczy, dokumenty oraz nieśmiertelnik. Grischa obawia się jednak, że w przypadku ponownej niewoli jako dezerter, zostanie skazany na dłuższy wyrok więzienia i tym samym straci szansę na wymianę z innymi jeńcami wojennymi, kiedy zakończy się wojna.

Zwierzęta leśne i polne przeżywają o wiele więcej  w nocy niż za dnia. W nocy kochają, chodzą do wodopoju, żerują, mordują się wzajemnie, pomykają tu i tam. Grisza jak owe zwierzęta przemykał nocą unikając pilnowanych przez żandarmów bocznych dróg. Idąc lasem, borem, podmokłymi mokradłami od czasu do czasu napotykał wiejskie domy lub zabudowania żydowskich sztetli. Obserwując świat dookoła rozważał tymczasem naturę świata. Mówił sobie, nie, mój drogi, to nie jest świat stworzony przez Boga, jak opowiadał mu ksiądz i jak Żydzi uczą się ze swej księgi. Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię, to możliwe, bo czasem pięknie ona wygląda i chwilami czuje człek coś dobrego, kiedy mu słonko świeci i kiedy leży w lesie, pijany zapachem młodych pędów, a wiewiórki w gałęziach i wrony żeglujące w powietrzu dowodzą, że coś niecoś jest tu jednak w porządku. Ale Bóg nie przeprowadził do końca tego klecenia nieba i ziemi. Nie można przecież wierzyć, że ktoś tu sfuszerował robotę.

Wiadomo, że pogłoska dużo prędzej wędruje w dół aniżeli w górę rzeki. W piątkowy wieczór, w słabo oświetlonych oknach, Żydzi, kiedy już odśpiewali szir hamaalot[1] i wypili po łyku wódki, opowiadali sobie legendę o krążącym żołnierzu. Starzy ludzie nie znajdowali w tym nic dziwnego i swymi wyostrzonymi na Talmudzie mózgami dociekali tylko czy to duch żydowskiego, czy też chrześcijańskiego żołnierza. Mężczyźni i kobiety młodszego pokolenia natomiast uśmiechali się przebiegle i sądzili raczej, że żołnierz ten jest z krwi i kości. Wszak bawiący tu nieraz Ajzyk Menachem wspominał o swoich dobrych znajomych żyjących po lasach – osobliwe, bardzo osobliwe… Stara poczciwa Chana Łaja wiedziała coś więcej. Przed kilkoma dniami o brzasku, gdy gwiazdy błyszczały jeszcze nad skośnym dachem jej domku, szła do piwnicy tuczyć gęś, rezydującą tam w dobrym ukryciu. U płota stał Grisza i prosił o chleb. Czyż pobożna Żydówka, której Bóg zsyła biedaka, ma się go wpierw pytać, co on za jeden? Wszak mógł to być sam prorok Eliasz, który przybrał postać i rysy żołnierza wnosi błogosławieństwo do domu, dając możliwość spełnienia dobrego uczynku. - Cedaka tacil mimaet, dobry uczynek ratuje od śmierci – szepnęła Chana Łaja na wspomnienie wielkiej kromki czarnego chleba, którą podała Griszy niczym samemu „prorokowi”. Ten gest potwierdził tylko przypuszczenia Griszy, że jednak Bóg miał jakiś współudział w stworzeniu tego świata.

Niestety, zmiana tożsamości okazała się tragicznym błędem: kiedy Grisza został złapany przez Niemców w pobliżu małego miasteczka Merwińsk, podał żandarmom nazwisko rosyjskiego żołnierza Biuszewa nie wiedząc, że był on poszukiwanym szpiegiem, który od tygodni próbował wrócić do rosyjskich oddziałów. Los Griszy był przesądzony, nowa instrukcja dowództwa wojskowego, która miała na celu utrzymanie dyscypliny nakazywała skazanie wszystkich rosyjskich dezerterów na śmierć za szpiegostwo. Z chwilą odczytywania Griszy wyroku śmierci, zbieg przyznał się, że skradł tożsamość i opowiedział historię swojej ucieczki. Na początku wszystko wydawało się iść zgodnie z prawem, Bertin adiutant sędziego Poznańskiego, zlokalizował obóz, z którego Grisza uciekł. Z obozu zostają wysłani dwaj żołnierze, aby zidentyfikować Griszę. Jednostka wojskowa w Merwińsku przekazała akta sprawy do kwatery głównodowodzącej Armii Wschód. Jednak generał Schieffenzahn, przypadkowo dowiaduje się o tej dziwnej sprawie i postanawia potraktować ją, jako sprawę polityczną. W związku z tym zwraca akta swoim podwładnym w Merwińsku z adnotacją, że wyrok śmierci na Griszy musi zostać wypełniony i że egzekucja musi zostać wykonana jak najszybciej. Rozkaz naczelnego dowództwa zaczyna służyć, jako narzędzie gry o władzę i przywileje w biurze sztabu, pomiędzy biurem komendanta w Merwińsku odpowiedzialnym za egzekucję Griszy a Rittmeister von Brettschneiderem, który przewodniczył urzędowi komendanta i  był całkowicie obojętny zarówno na sytuację prawną Sądu Wojennego, jak i tożsamość więźnia Paprotkina. Wyczuwał jedynie okazję do zadania klęski szefowi dywizji, a jednocześnie do tego, by móc zyskać większe uznanie w oczach generała Schieffenzahna. Z drugiej strony generał von Lychow, oraz jego adiutant i siostrzeniec porucznik Winfried, sędzia Poznański i jego adiutant Bertin – wspierani przez dwie pielęgniarki, które są drugoplanowymi, lecz ważnymi postaciami w tej powieści – próbują opóźnić wykonanie rozkazu egzekucji, dopóki generał nie będzie miał okazji osobiście jej cofnąć. Sędzia Poznański, który był religijnym Żydem, próbował wytłumaczyć swoim przełożonym, że w ogóle uważa przełożonych za przestarzałą i nieludzką instytucję, i że hierarchia rang, duch przymusu, a nawet samo istnienie armii utrzymuje ludzkość na poziomie odczuwania z epoki kamiennej. Dla sędziego Poznańskiego sprawa Biuszewa przedstawiała się zupełnie jasno. Policja miejscowa ujęła rosyjskiego piechura, Ilję Pawłowicza Biuszewa z 67 pułku piechoty, w odległości około stu sześciu kilometrów za frontem, w okolicy Merwińska: spał w pustej daczy na kolonii podmiejskiej. Ponieważ przyznał się, że już od wielu tygodni wałęsał się za frontem w wiarygodnym zamiarze udania się do Wilna, gdzie na Antokolu mieszkała jego matka. Jednak po sprawdzeniu tożsamości zbiega ustalono, że nie jest on Ilją Pawłowiczem Biuszewą, lecz sierżantem Griszą, byczym chłopem z dziecięcym wyrazem twarzy. A przy tym miał Krzyż św. Jerzego za bitwę pod Przemyślem i niechby, kto inny dokonał tej sztuki, i dobrnął z obozu Nawaryszek aż do Merwińska.

Sam Arnold Zweig wielokrotnie na kartach powieści nie pozostawia wątpliwości, że historia sierżanta Griszy jest w pełni wyjaśniona przez fakt, że na wojnie prawa jednostki nie istnieją. Tam, gdzie śmierć i przypadek stają się dominującymi zasadami życia, sprawiedliwość staje się jeszcze bardziej łutem szczęścia niż jest w warunkach pokoju. Można więc podejrzewać, że książka „Spór o sierżanta Griszę" jest, wbrew intencji autora, jedynie ilustracją starożytnego rzymskiego wglądu silent enim leges inter arma („bo wśród broni prawa milczą”). Przykład Griszy pokazuje, że życie, które upływa, niewiele daje sposobności do wyjaśnień. Duchowni różnych wyznań religijnych wprawdzie tylko z teorii wiedzą, co się dzieje po śmierci z człowiekiem, ale to jest bez znaczenia. Człowiek z pewnością nie ma powodu do wiary w przyszłe życie, kiedy z dziurą w głowie albo na wpół rozerwany przez minę zatacza się i pada, a w tym samym czasie politycy palą w ciepłych gabinetach drogie cygara. Na tamtym świecie nie może być już w ogóle miejsca dla tylu niewinnie umierających. Jasne jest, że wiele tajemnic kryje się w człowieku. Grisza miał małą chałupę i był robotnikiem w fabryce mydła w Wołogdzie; tam, na skraju stepu, mieszkała Marfa Iwanowna jego żona i pilnowała dziecka. „Ale zawsze znajdą się ludzie, którzy włożą rękę pomiędzy”. Skrupulatny i przejmujący opis ostatniego dnia Griszy z wykopaniem własnego grobu, ostatnim goleniem oraz posiłkiem, sporządzaniem testamentu, marszem na miejsce egzekucji i sama egzekucja, po wykonaniu której pluton żołnierzy pije wódkę jest z pewnością jednym z najbardziej poruszających w powieści Arnolda Zweiga. Autor pokazuje, jak wiele chrześcijański Bóg ma wspólnego z Aresem – i to zarówno od strony historycznej, jak i psychologicznej (archetypowej). Wojna jest pozaczasową siłą obecną w ludzkiej imaginacji – a także, owszem, w codziennym życiu każdego z nas. Osoby zaangażowane w taki czy inny sposób w destrukcyjną działalność wojny, zarówno jej żołnierze, jak i jej ofiary, odkrywają w sobie, co paradoksalne, niezwykle silne i głębokie poczucie mocy istnienia, bycia żywym, bycia człowiekiem. „Spór o sierżanta Griszę” to bardzo pesymistyczna książka. Sama w sobie jest przewodnikiem po wojennym imaginarium. To niezwykle ważna powieść, nieodzownie konieczna lektura dla każdego, zyskująca na znaczeniu dosłownie z każdym dniem w naszych tak bardzo niespokojnych i pełnych konfliktów czasach. Wizja człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga lub przynajmniej posiadającego potencjał sięgnięcia po boskie atrybuty jest tak uwodząca i przynosi tak wielkie samozadowolenie, że trudno się z nią rozstać. „Człowiek- to brzmi dumnie” oraz „Człowiek jest miarą wszechrzeczy” to hasła wciąż  bezmyślnie powtarzane, które rządzą naszą psychiką. Wydaje nam się, że jesteśmy w stanie wszystko rozwiązać, jednak to iluzja boskiej wszechmocy. Całkowicie zgadzam się z autorem, który napisał w książce: „(…) czy Mane Tekel Fares nie błyszczy niewidocznie na ścianie tego pokoju, w którym pewien generał, kierując się swym nędznym rozumem, chce ośmieszyć boskie przykazania”.

 

 

 

 

 

 


[1] Psalmy Dawidowe rozpoczynające się od tych słów. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz